Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Jan Białowąs, LEKARZ LUDZKICH DUSZ I CIAŁ

Życie, działalność i śmierć ks. Stanisława Szczepankiewicza

 Ksiądz Stanisław w sadzie przy plebanii, 1938 r.

 

Niniejsza opowieść o niezwykłym księdzu z Podola nawiązuje do artykułu „Wspomnienia wigilijne 1944 r.” tego samego Autora, a zamieszczonego w naszym kwartalniku CL 4/12.

DOM I UNIWERSYTET
Ksiądz Stanisław Szczepankiewicz – od 1934 do 1944 r. proboszcz parafii w Ihrowicy w powiecie tarnopolskim – został przez UPA zamordowany siekierą w dniu 24 grudnia 1944 roku.

Urodził się 10 II 1906 r. w Radziechowie w rodzinie woźnego Sądu Powiatowego na Podolu. Rodzina była biedna, ale szanowana i stawiana za wzór za wewnętrzną harmonię i skromny, ale godny styl życia. Jak większość polskich rodzin w miasteczku, Szczepankiewiczowie byli wyznania rzymskokatolickiego. Stanisław wychowywał się wraz z rodzeństwem – dwiema siostrami i dwoma braćmi. Był drugim kolejnym dzieckiem w rodzinie. Na wychowanie dzieci duży wpływ wywierała matka Anna, kobieta światła o charakterze spokojnym i rozważnym. Wszystkie dzieci w rodzinie uzyskały wykształcenie co najmniej średnie, a synowie pokończyli studia, co w tym bardzo ciężkim dla ludności Małopolski Wschodniej czasie po I wojnie światowej było wielkim osiągnięciem rodzinnym.

W domu Szczepankiewiczów panował gorący patriotyzm pełen polskiego ducha, z tęsknotą do wolności Ojczyzny, której zwiastuny pojawiały się na horyzoncie polskiego życia politycznego na terenie Galicji w początkach XX wieku. Ale oprócz prądów wolnościowych były też symptomy niepokoju związanego z wojną pomiędzy Austrią a Rosją.

   
Marzeniem młodego Stanisława były studia medyczne. Jednak w niespokojnych i ciężkich dla Polaków latach przed pierwszą wojną światową rodziny nie stać było na realizację tych marzeń. Ostatecznie po wielu rozmowach z rodzicami i miejscowymi księżmi, którym młody Stasio usługiwał przy ołtarzu, zdecydował się na studia teologiczne. Były one zwolnione z opłat. Zdał egzaminy i został przyjęty na Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie.

Uniwersytet był uczelnią otwartą, więc równolegle z teologią mógł studiować medycynę. I tak, nie zaniedbując teologii, zaczął równolegle uczęszczać na wykłady nauk medycznych. Zaprzyjaźnił się ze studentami medycyny, zdobywając ich uznanie za pracowitość w zdobywaniu wiedzy medycznej jako drugiego kierunku nauki. Często korzystał z ich notatek i podręczników. Medycyna wciągnęła młodego kleryka do tego stopnia, że stał się wręcz fanatykiem tej dyscypliny. Ze studiów, oprócz przygotowania teologicznego, wyniósł więc również wiedzę i powołanie lekarskie. Można powiedzieć, że był przygotowany do leczenia ludzkich dusz i ciał.


Po pięcioletnich studiach teologicznych i przygotowaniu formacyjnym do kapłaństwa diakon Stanisław otrzymał święcenia w Katedrze Lwowskiej z rąk arcybiskupa Bolesława Twardowskiego, metropolity lwowskiego. Po obronie pracy magisterskiej w 1932 roku uzyskał również dyplom uniwersytecki i stopień naukowy magistra teologii.


Na Wydziale Teologicznym UJK we Lwowie studiowało i pracowało wielu wybitnych księży profesorów, późniejszych biskupów w różnych diecezjach polskich. Jednym z nich był arcybiskup Józef Bilczewski, kanonizowany we Lwowie przez Jana Pawła II, profesor dogmatyki, który już wcześniej swoją szeroką działalnością społeczną, duszpasterską i naukową rozbudzał powołanie i ducha kleryków.

O studiach medycznych ks. Stanisława brak szczegółowych informacji. Pomimo starań nie dowiedziałem się na jakim poziomie zostały one zakończone. Należy przypuszczać, że nauki medyczne kontynuował wraz z kolegami, z którymi rozpoczynał medycynę, od pierwszego do ostatniego roku studiów.

 

PIERWSZA PARAFIA

Pomoc ihrowickich parafian w czasie żniw na polu parafialnym, 1936–38Pierwszą placówką duszpasterską, do której został skierowany ks. Szczepankiewicz jako neoprezbiter, była parafia w Zborowie. Pracował tam z ogromnym zaangażowaniem i zapałem jako wikariusz i katecheta w latach 1932–1934. Swoją energię i zdolności poświęcał młodzieży szkolnej i pozaszkolnej. Prowadził z nią zajęcia w ramach Akcji Katolickiej i Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej i Żeńskiej. Był powszechnie lubiany i szanowany przez młodzież. Pomagał jej w samokształceniu i zdobywaniu ogólnej wiedzy. Ludzie młodzi ciesząc się z odzyskanej przez Polskę niepodległości byli żądni wiedzy, dlatego chętnie uczestniczyli w zebraniach, w czasie których młody wikary wygłaszał pogadanki oświatowo-patriotyczne i religijne. Młodzież formowana przez ks. Szczepankiewicza z ochotą angażowała się w działania o charakterze społecznym, artystycznym, a także krajoznawczym. Miały one w zamyśle kapłana uczyć, wychowywać i integrować młode pokolenie zborowian. Młody ksiądz dał się poznać jako prawdziwy nauczyciel i przyjaciel młodzieży. Jego pracowitość zyskała mu powszechne uznanie i przyjaźń w kresowym miasteczku.

Proboszcz parafii w Zborowie w pełni docenił zapał ewangelizacyjny i zaangażowanie społeczne młodego księdza wydając mu pozytywną opinię. Stwierdził, że jest zdolny i dobrze przygotowany do administrowania samodzielną parafią. Opinię tę podzielili przełożeni w Kurii Metropolitalnej we Lwowie przenosząc ks. Szczepankiewicza na administratora parafii w Ihrowicy. Tą samodzielną od dwóch lat parafią zarządzał dotąd ks. Walerian Dziunikowski, który powrócił do pobliskiej Płotyczy, gdzie już wcześniej pracował jako wikariusz.

PIERWSZA KOLĘDA W IHROWICY
 

Na początku 1934 r. ks. Dziunikowski z upoważnienia ks. abp. Bolesława Twardowskiego oficjalnie wprowadził do parafii nowego administratora. Jak wspominał S. Białowąs, ojciec autora, działo się to w czasie niedzielnej mszy świętej przy pełnej kaplicy wiernych. – Mam nadzieję – mówił ks. Dziunikowski – że współpraca parafian z młodym, pełnym zapału do pracy duszpasterskiej księdzem ułoży się harmonijnie i służyć będzie chwale Bożej.Po zakończeniu nabożeństwa koncelebrowanego przez obu kapłanów ks. Szczepankiewicz podziękował ks. Dziunikowskiemu za miłe powitanie i owocną pracę duszpasterską z parafianami Ihrowicy. – Będę się starał nie zawieść tak miłej rekomendacji – powiedział. – Sądzę, że moja praca z parafianami będzie się układać jak najlepiej. Postaram się otoczyć opieką duszpasterską młodzież szkolną i pozaszkolną – zapewnił nowy proboszcz.Słowa młodego księdza były we wsi szeroko komentowane. Parafianom podobała się energiczna postawa duszpasterza, a szczególnie przypadła im do gustu zapowiedź pracy z młodzieżą. We wsi żywa była tradycja bezinteresownej pracy społeczno-edukacyjnej organizowanej przez Towarzystwo Szkoły Ludowej (TSL). Jednak od czasu, gdy po śmierci swego syna Kazimierza, żołnierza Legionów Piłsudskiego, zrezygnował z funkcji przewodniczącego TSL Jan Białowąs, zwany Małym Jankiem, nie wyłonił się jeszcze nowy animator oświaty zdolny porwać za sobą społeczność ihrowicką. We wsi cieszono się więc z zapowiedzi, że młody ksiądz podejmie społeczną pracę z młodzieżą. Sądzono, że mając do dyspozycji kościelną ambonę osiągnie pożądany cel. Już wkrótce ihrowiczanie mieli okazję odkryć kolejne przymioty swojego nowego proboszcza. Pierwszą możliwością wzajemnego bliższego poznania się była kolęda. Kapłan potrafił w bezpośredniej rozmowie zjednać miejscowych patriotów i ludzi bliskich Kościołowi. W czasie wizyt interesował się poziomem życia parafian. Szczególną uwagę kierował na sytuację rodzin wielodzietnych, których w tym czasie było wiele. Dopytywał się o stan zdrowia, doradzał, w jaki sposób utrzymywać higienę osobistą. Chorym na poczekaniu udzielał praktycznych porad lekarskich lub zachęcał do przyjścia na plebanię w celu dokładniejszego badania. Parafianie byli zdziwieni, że proboszcz znajduje czas i chęć na rozmowę z nimi nie tylko o sprawach wiary, ale też na tematy zdrowia, lekarstw, rodziny, szkoły, pracy, gospodarki czy spraw kultury. W odwiedzanych domach rozmawiał nie tylko z dorosłymi, ale też z dziećmi i dorastającą młodzieżą. Chłopców namawiał, żeby uczyli się ministrantury. Stawiał jednak warunki. Mieli słuchać rodziców, być grzecznymi nie tylko w szkole i dobrze się uczyć. Pamiętam doskonale, że do mszy św. usługiwało zawsze wielu chłopców ze starszych klas szkoły podstawowej, gdyż bycie ministrantem stanowiło wielki zaszczyt. A na lekcjach religii ksiądz wymieniał i chwalił ministrantów.

DUSZPASTERZ I SPOŁECZNIK

Już po pierwszej kolędzie ujawniły się organizacyjne talenty nowego proboszcza. Słysząc skargi parafian na wysoką lichwę, z jaką wiązało się praktykowane powszechnie pożyczanie pieniędzy u Żydów, zaproponował Grzegorzowi Błaszkiewiczowi, który jako jeden z niewielu mieszkańców Ihrowicy ukończył cztery klasy szkoły wiejskiej i dwie gimnazjum w Tarnopolu, zorganizowanie we wsi Kasy Stefczyka. Ksiądz zachęcał do tej inicjatywy wyjaśniając, że każdy członek kasy mógłby pożyczyć pieniądze bez płacenia wysokich procentów i pomnażania przez ubogich Polaków bogactwa Żydów. Zaproponował Błaszkiewiczowi wyjazd na kurs do Lwowa w celu nauki księgowości i prowadzenia takiej kasy, a nawet osobiście załatwił mu miejsce na organizowanym kursie i wspomógł materialnie jego wyjazd. Po ukończeniu kursu przydzielono Błaszkiewiczowi pomieszczenie w Domu Ludowym na prowadzenie kasy. I chociaż kapitał początkowy był mizerny, to pożyczek kasa udzielała do samego 1939 roku. Dzięki właściwemu przygotowaniu do prowadzenia kasy przez Grzegorza Błaszkiewicza, jego rzetelności, uczciwości i przyjaznemu stosunkowi do ludzi, nie zanotowano żadnych skarg na funkcjonowanie kasy, a ihrowiczanie w listach adresowanych do mnie do dziś zachowują go w życzliwej pamięci.

Po objęciu parafii przez nowego proboszcza polska społeczność Ihrowicy w bardzo szybkim tempie zaczęła się integrować. Rosnąca zaradność Polaków wzbudzała zazdrość u braci Ukraińców, a u ukraińskich nacjonalistów wręcz zawiść.

Tymczasem z inspiracji nowego proboszcza zagospodarowano młodzieży czas wolny od zajęć szkolnych. Popularne stały się treningi, zawody sportowe, marsze i ćwiczenia strzeleckie. Zimą uprawiano głównie narciarstwo, a latem odbywały się zmagania lekkoatletyczne na boisku szkolnym lub na łąkach. Ks. Stanisław prawie zawsze był na nich obecny, czasami nawet sędziował, a także robił zdjęcia, gdyż był z zamiłowania fotoamatorem. Młodzież bardzo ceniła obecność księdza w czasie gier i zawodów sportowych. Z księdzem często przychodzili też nauczyciele.

Ksiądz Szczepankiewicz angażował się też w publiczne uroczystości patriotyczne. Rozpoczynały się one zawsze mszą św. odprawianą przez niego w kościele, a po nabożeństwie kontynuowane były w Domu Ludowym lub przed Pomnikiem Zwycięstwa. Reżyserem uroczystości i przedstawień była nauczycielka Parascewia Białowąs, zwana ciocią Niusią. Młodzież recytowała wiersze, śpiewała piosenki patriotyczne, odgrywała scenki z historii Polski. Na każdej uroczystości w pierwszym rzędzie siedział ksiądz proboszcz w otoczeniu nauczycieli i gminnej władzy.

Autorytet nowego proboszcza rósł niezwykle szybko. Nie tylko był szanowany, ale wręcz podziwiany za dobroć, przystępność i bezinteresowność. Dość powiedzieć, że młodym udzielał ślubów kościelnych za darmo. Odpłacano mu potem pracą w jego przykościelnym gospodarstwie. Żniwa na polu parafialnym trwały zaledwie jeden dzień, tylu było chętnych do pomocy. Zachowały się zdjęcia kolektywu żniwiarzy na polu parafialnym, zrobione przez księdza Stanisława.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wieś podolska była zniszczona przez walki frontowe i bardzo biedna. Poprawę wiejskiego życia utrudniała recesja. Towary przemysłowe były bardzo drogie, a produkcja rolnicza tania. Wszechobecna była przysłowiowa „galicyjska bieda”. Brakowało miejsc pracy, więc rozwinęła się emigracja. Z kraju wyjeżdżała ze szkodą dla społeczeństwa najbardziej aktywna młodzież.

Jedną z pierwszych prywatnych inwestycji w powiecie tarnopolskim było zbudowanie nowoczesnego motorowego młyna w Hłuboczku Wielkim. Właścicielami młyna byli dwaj Polacy – Wojciech Orzędała i Józef Szoniec. Inwestycja była trafiona. Przemiał trwał przez całą dobę, a mąka z dorodnej podolskiej pszenicy sprzedawana była na terenie całego kraju i za granicę. Właściciele młyna postanowili zainwestować zarobione pieniądze w kolejny młyn. Zwrócili się do proboszcza Ihrowicy z prośbą o wskazanie miejscowych uczciwych i przedsiębiorczych Polaków gotowych zainwestować razem z nimi w budowę drugiego motorowego młyna. Ksiądz wskazał cieszącego się dobrą opinią Grzegorza Błaszkiewicza, który przystał na propozycję zorganizowania spółki. Przystąpiło do niej aż 14 udziałowców. Na wniosek ks. Szczepankiewicza spółka była otwarta także dla Ukraińców.

Budowa młyna trwała półtora roku. W dzień uruchomienia przyszło wielu ludzi podziwiać okazały budynek i urządzenia młyńskie. Kiedy silnik ruszył i zaświeciły się żarówki, zapanowała powszechna, niepohamowana radość.

Obserwowałem osobiście zadowolenie i radość rodziny Błaszkiewiczów. Synowie Michał, Karol i Kazimierz krzątali się przy pracującym silniku. Każdy z nich przygotowywał się do samodzielnego ciągłego nadzoru nad jego pracą. Ks. Szczepankiewicz w towarzystwie inwestorów również obserwował uruchomienie młyna. Widać było, że jest szczęśliwy z powodzenia tego przedsięwzięcia, dzięki któremu jego parafianie u siebie mogli mleć zboże, kilkunastu z nich znalazło zatrudnienie, a Ihrowica w najbliższych latach miała zostać oświetlona elektrycznością płynącą z turbiny zainstalowanej we młynie.

Niestety plany te pokrzyżowała wojna. Po 17 września 1939 roku, gdy Kresy znalazły się pod okupacją sowiecką, właściciele młyna stali się „złymi kapitalistami“, którym odebrano ciężko zapracowaną własność na rzecz „ robotniczo-chłopskiego” państwa – Związku Radzieckiego. A na kierownika młyna selrada (rada gminna) powołała Ukraińca, nacjonalistę Kucia.

 


BUDOWA NOWEGO KOŚCIOŁA

 

Budowa nowego kościoła pw. św. Krzyża ­w Ihro­wicy, 1938. Na pierwszym planie zakupiona figura Chrystusa oraz kamień na fundamenty. W głębi widoczny stary drewniany kościółek.Po objęciu parafii przez ks. Szczepankiewicza kościołowi ihrowickiemu zaczęło przybywać wiernych. Jednym z powodów była szeroko aprobowana działalność duszpasterska i społeczna nowego proboszcza. Chętnie przychodziły do kościoła osoby z rodzin mieszanych, które wcześniej uczęszczały do cerkwi. Takich mieszanych małżeństw w Ihrowicy było wiele. W połowie lat trzydziestych liczba wiernych wzrosła do tego stopnia, że nie mieścili się w małym kościółku, co było uciążliwe w czasie deszczu czy mrozu.W końcu ks. Szczepankiewicz po zapoznaniu się z dokumentacją parafialną i stanem nieruchomości kościelnych zwołał Radę Parafialną. Poinformował ją, że liczba wiernych w parafii przekroczyła tysiąc osób. Na wszystkich nabożeństwach parafianie zapełniają cały kościół, co stwarza trudności w sprawowaniu liturgii. Zdaniem proboszcza, należałoby się poważnie zastanowić nad budową nowej, obszerniejszej świątyni. A miejsce na nią było, gdyż zadbano o nie już z chwilą powołania parafii. Propozycja budowy nowego kościoła spodobała się nie tylko członkom rady, ale i ogółowi parafian. Postanowiono, że nowy kościół ma mieć 50 metrów długości, wysoką bryłę i smukłą wieżę. Architektom zlecono opracowanie projektu kościoła, a Rada Parafialna przystąpiła do gromadzenia środków na jego budowę. W latach 1936 i 37 nawieziono olbrzymie sterty kamienia ciosowego i cegły. W 1938 roku powstały fundamenty pod kościół. Ks. Stanisław, który zdobył już sobie duży autorytet i umiejętnie posługiwał się kościelną amboną, okazał się być prawdziwym spiritus movens całego przedsięwzięcia. Potrafił zmobilizować społeczność ihrowicką do ofiarnego wysiłku finansowego i fizycznego. Zaczęto już zagospodarowywać przestrzeń wokół przyszłego kościoła, ale dalsze prace i budowę przerwała wojna. Na pamiątkę olbrzymiego wysiłku ihrowiczan pozostał tylko spis rodzin polskich sporządzony w urzędzie gminy dla potrzeb opodatkowania się na rzecz budowy kościoła. Dokument zachował i przywiózł do powojennej Polski kierownik szkoły pan Bazyli Chabin.

IHROWICKI JUDYM
Anna Szczepankiewicz, matka księdza, na pytanie mojego ojca, gdzie i kiedy jej syn posiadł wiedzę medyczną, odpowiedziała, że jeszcze w szkole średniej interesował się medycyną.
– Nasze dochody – mówiła – nie pozwalały wówczas wykształcić syna na lekarza. W domu było pięcioro dzieci, a mąż miał małą pensję. Zarobek starczał więc tylko na skromne utrzymanie rodziny. Cieszyłam się bardzo, kiedy po rozpoczęciu studiów teologicznych syn był zadowolony z tego kierunku. Byli w rodzinie tacy, którzy żartowali, że syn spełnił marzenia matki.
W czasie pracy na parafii w Zborowie ks. Stanisław nie ujawniał swoich talentów medycznych. Był pochłonięty pracą z młodzieżą. Dopiero po objęciu parafii w Ihrowicy poczuł się gospodarzem własnego czasu. Szybko zaadaptował się do panujących tu warunków. Poczuł się odpowiedzialny nie tylko za stronę duchową parafian, ale też za ich zdrowotność. O jego wielkiej pasji leczenia chorych bez względu na narodowość wspomina Tadeusz Balicki, ihrowicki nauczyciel z lat 1934–1937. Pisze on: Przyjaźniliśmy się z księdzem. Byliśmy z nim po imieniu. Stwierdzam, że był wielkim Polakiem i serdecznym przyjacielem wszystkich Polaków i Ukraińców. Pamiętam, że przychodził do nas i mówił do żony: „Pozwolisz, że zabiorę Tadeusza. Idziemy na wieś”. Żona zawsze się zgadzała. Chodziliśmy po wsi, wstępowaliśmy niemal do każdego domu. Nikogo nie wyróżniał (…). Był dobry dla wszystkich. Wszystkim chciał pomagać. Chodził po wsi i udzielał porad lekarskich. Był zapaleńcem w tej dziedzinie. Wyniki jego leczenia były skuteczne i widoczne
Podobnie pułkownik Kazimierz Białowąs stwierdził, że ksiądz wniósł ogromny wkład w podniesienie poziomu zdrowotności i higieny ihrowiczan. Ukraińcy uwielbiali naszego księdza za to, że traktował ich na równi z Polakami, nawet rozmawiał z nimi po ukraińsku.
Sam też pamiętam, jak starsi ludzie porównywali „praktykę” lekarską ks. Szczepankiewicza z – uchodzącym za niezwykle skuteczne – leczeniem z czasów I wojny światowej. Mówili, że ksiądz jest tak dobrym lekarzem jak owi leczący ich wówczas lekarze wojskowi. Oznaczało to wielkie uznanie dla jego umiejętności medycznych w tym środowisku.
Umiejętności te okazały się szczególnie przydatne w czasie wojennym. Dokładnie zapamiętałem wrzesień 1939 roku. Wiele jednostek wojskowych przemieszczało się gościńcem przez naszą wieś z północy na południe w kierunku Zaleszczyk. Po 17 września oddziały – już bez oficerów – w nieładzie zdążały na północ kraju. W tej masie było wielu rannych żołnierzy, którzy resztkami sił trzymali się większych grup ze względu na napady Ukraińców. Nie działały wówczas żadne zorganizowane służby medyczne, bo załamały się struktury państwa. Właśnie w tych tragicznych dniach przy szosie przed plebanią zobaczyłem napis: „Punkt opatrunkowy rannych”. Ksiądz osobiście opatrywał rannych żołnierzy i osoby cywilne idące z wojskowymi. Jego matka Anna zapraszała głodnych do kuchni na szybki posiłek. Widziałem, że wielu żołnierzy korzystało z tej pomocy. Kiedy zabrakło bandaży, ksiądz przynosił obrusy kościelne i kazał ciąć na pasy do opatrywania ran. Żołnierzom dawał takie bandaże na drogę jako zapasowe opatrunki. Ksiądz zwrócił się też do miejscowych gospodyń o lniane płótno na opatrunki i panie okazały się bardzo hojne. Polska ludność była wówczas bardzo ofiarna w niesieniu pomocy wszystkim potrzebującym Polakom, tym bardziej że działał dobry przykład z plebanii.

LEKARZ DWÓCH OKUPACJI
Swoją umiejętnością leczenia ludzi, a nawet zwierząt, ks. Stanisław niezwykle przysłużył się ihrowickiej społeczności za pierwszej okupacji sowieckiej. Wprawdzie władza radziecka przysłała lekarza Rosjanina, ale okazał się on alkoholikiem. Pił nawet adikałon (mocne perfumy), a kolejki chorych ustawiały się przed plebanią. Wracz radziecki spowodował, że zabroniono księdzu przyjmowania chorych, bo nie miał dyplomu lekarskiego. Jednak po tym zakazie popularność ks. Szczepankiewicza jako lekarza znacznie wzrosła. Wracz-adikałon, jak go przezywali uczniowie, zasłynął tym, że za buteleczkę perfum wystawiał uczniowi zwolnienie lekarskie nawet na tydzień. Ciekawostką jest fakt, że o wizytę lekarską u ks. Szczepankiewicza ubiegali się nawet oficjele radzieccy. Wieczorami po cywilnemu przywozili oni do księdza swoje rodziny. Jak opowiadała mi pani Chabinowa z Ihrowicy, za pomoc lekarską udzielaną przez księdza sowieckim rodzinom, a także za łapówkę w postaci przedwojennych garniturów, został zwolniony z więzienia NKWD jej mąż Bazyli Chabin, do 1939 roku kierownik szkoły powszechnej w Ihrowicy.
Po pierwszej wywózce Polaków na Syberię, która nastąpiła 10 lutego 1940 r., we wsi zapanowała atmosfera strachu i niepewności jutra. W każdej rodzinie gromadzono zapasy żywności i ciepłej odzieży. A kiedy nadeszły pierwsze listy błagalne zesłańców z prośbą o trwałą żywność, odzież i lekarstwa, ksiądz Stanisław niezwykle aktywnie zaangażował się w ich zdobywanie. Wspólnie ze swoją matką sporządzał mieszanki ziołowe i zalecał umieszczanie torebek z tymi lekarstwami w paczkach wysyłanych sybirakom.
Następna okupacja, tym razem niemiecka, okazała się dla ludności polskiej na Podolu pod względem opieki medycznej jeszcze trudniejsza od poprzedniej. W dalszym ciągu nie było lekarzy, szpitali i lekarstw. Nic dziwnego, że ks. Szczepankiewicz miał pełne ręce roboty. Lekarstwa pomagał mu zdobywać młodszy brat Antoni, który był lekarzem we Lwowie i często odwiedzał brata i matkę. Okazał się on też dobrym pośrednikiem przy pozyskiwaniu medykamentów. Otrzymywał je za żywność od Niemców z garnizonów stacjonujących w miastach. Brat był też konsultantem ks. Szczepankiewicza w trudniejszych przypadkach chorobowych.
Codziennie przez gabinet na plebanii przewijali się chorzy niezależnie od narodowości i zapatrywań politycznych. Ksiądz wyleczył m.in. Omeliana Widłowskoho, którego ojciec Stefan był aktywnym banderowcem. Odwiedzał chorego rano i wieczorem, choć doskonale wiedział, jaki to był dom. Doprowadził do zdrowia chorującego na dyzenterię Ihora Nakoniecznego z rodziny ukraińskich nacjonalistów, a także cierpiącego na niedowład kończyn Mykołę Kucia, który za okupacji niemieckiej był wójtem Ihrowicy i wyrządził Polakom wiele krzywd.
Księdzu Stanisławowi zawdzięczała też zdrowie Ukrainka Anna Sapun „Duma”, której lekarze chcieli amputować nogę. Nie zgodziła się, a ksiądz wyleczył ją ziołami. O swojej wdzięczności Anna Sapun pamiętała również po napadzie i zamordowaniu księdza. Gdy inni Ukraińcy bali się mówić o wigilijnym mordzie, ona nazywała tę zbrodnię po imieniu. Złorzeczyła mordercom i odwiedzała grób księdza. Dbała, by nie został zrównany z ziemią, tak jak mogiła zbiorowa Polaków. Plewiła na nim kopczyk i stawiała kwiaty.
O porady lekarskie dla swych rodzin zabiegali u ks. Szczepankiewicza księża greckokatoliccy. Przyjeżdżali z żonami i dziećmi, a takie odwiedziny nieraz przeciągały się do późnych godzin wieczornych. Dzięki nim stosunki między duchownymi obu wyznań były wręcz wzorowe.
Bez przesady można ks. Szczepankiewicza porównać do literackiej postaci doktora Judyma ze znanej powieści Stefana Żeromskiego. Bezinteresownie leczył Polaków i Ukraińców, o czym mogą zaświadczyć żyjący jeszcze w Polsce i za granicami ihrowiczanie.

PĘTLA ŚMIERCI    
Zażyłość między ks. Szczepankiewiczem a duchownymi greckokatolickimi doprowadziła wiosną 1943 roku do uzgodnienia przez proboszczów obu obrządków, że na zakończenie misji cerkiewnej w czasie procesji Polacy i Ukraińcy razem poniosą olbrzymi dębowy krzyż. Ksiądz Szczepankiewicz prosił swoich parafian o liczny udział w procesji i dźwiganiu krzyża na najwyższą w okolicy górę Dyblankę (374 m). Osobiście ten krzyż także niosłem.
Niestety wspólna uroczystość zakończyła się antypolską agitacją. Po postawieniu i poświęceniu krzyża jeden z trzech przybyłych misjonarzy ukraińskich powiedział, że nadszedł czas, żeby oczyścić naszą ziemię z chwastów. Nasz naród musi oczyścić dorodną pszenicę ukraińską z kąkolu (…). Najwyższy czas zacząć (…).
Wszyscy zgromadzeni odczytali te słowa jednoznacznie, jako nawoływanie Ukraińców do zbrodni na Polakach. Szczególnie groźny i bulwersujący był fakt, że do zbrodniczych działań wzywała osoba duchowna nauczająca Słowa Bożego. Nic też dziwnego, że po tej uroczystości Polacy trochę wypominali swojemu proboszczowi, że za bardzo się angażuje w leczenie nacjonalistów.
W tym czasie propaganda OUN skutecznie zatruwała zgodne dotąd współżycie między obiema nacjami, wywołując wśród Ukraińców nienawiść do Polaków. Tymczasem we wsi zaczęli pojawiać się Polacy – uciekinierzy z Wołynia – którzy opowiadali o straszliwych pogromach. Jednak Ukraińcy, których ksiądz leczył, nadal zapewniali, że w Ihrowicy nic złego ani jemu, ani innym Polakom wydarzyć się nie może. I Polacy, chociaż często spali po różnych kryjówkach i u zaprzyjaźnionych Ukraińców, nadal w te zapewnienia chcieli wierzyć.
Lato i jesień 1943 r. przeminęły w Ihrowicy jeszcze spokojnie. Pierwsze ofiary zbrodni OUN-UPA padły na początku 1944 r. I tak: 16 lutego w Dubowcach uprowadzono 6 Polaków, po których zaginął wszelki ślad; 23 lutego dokonano napadu na Berezowicę Małą, gdzie zamordowano 131 osób; 25 lutego na ihrowickiej kolonii Chomy zostali zamordowani Franciszek Dziedzic (lat 40) i jego syn Kazimierz (15 lat). Zginęli oni za pomoc w grzebaniu pomordowanych w Berezowicy Małej. Miejscowości te oddalone były od Ihrowicy od 2 do 6 kilometrów.
Pętla śmierci zaciskała się wokół Ihrowicy, a uciekać nie było gdzie. Tarnopol leżał w gruzach, a do Lwowa, przeludnionego w tym czasie od uciekinierów, było 140 kilometrów, co przy braku dostępności komunikacji kolejowej stanowiło barierę nie do przebycia. Do tego panowała sroga zima.
Ostatnie pismo do Kurii Metropolitalnej we Lwowie, z relacją o napadzie i mordach ukraińskich nacjonalistów w Berezowicy Małej oraz o panice w Ihrowicy, ks. Stanisław skierował 26 lutego 1944 roku (L: 154-4). W liście napisał:
W nocy z 23 na 24 II około 300 uzbrojonych rozmaicie (kosy, siekiery i broń palna) napadło na Berezowicę Małą, gdzie samych wyłącznie Polaków wymordowano 131 osób nie licząc ciężko poparzonych, gdyż ponad 40 osób spalono żywcem wprzód powiązawszy (kobiety i dzieci). Okropny i przerażający widok – rozprute nożami wnętrzności i kołami poprzebijane dzieci na wylot. Pozostali przy życiu Polacy, którzy uciec zdołali z Berezowicy M., wyjeżdżają czym prędzej na tułaczkę. Berezowica oddalona od Ihrowicy o 8 kilometrów. Podniecenie i przestrach opanował Ihrowicę – przestrach i panika podsycana pogróżkami, np.: Tu takie same bude (tutaj będzie tak samo) itp. Około 1/3 Polaków z Ihrowicy już spakowana, w tym tygodniu wyjeżdżają w różne strony – wielu do Tarnopola. Nastrój jest bardzo smutny i przygnębiający. Parafianie doradzają często: niech ksiądz z nami wyjeżdża. Przebywanie w Ihrowicy jest bardzo niebezpieczne i ryzykowne. Na Chomach, 4 km od Ihrowicy, zastrzelili 25 II 1944 Polaka Franciszka Dziedzica i jego 15-letniego syna. W Dubowcach, 6 km od Ihrowicy, zamordowano 6 Polaków; tam też nowy, w 1939 r. wybudowany kościół ulega powolnej rozbiórce. Chór, posadzka, ołtarz, okna, drzwi, itp., już zupełnie zrabowano.
O ile stosunki się nie poprawią, a parafianie będą wyjeżdżać (pozostało po 1940 r. 900 dusz) dalej, to będę musiał wyjechać do Tarnopola, skąd prócz niedziel jeszcze raz lub 2 w tygodniu dojeżdżać będę, aby administrować parafią. Polacy nocami już kilka miesięcy nie śpią, okropne stosunki. Otrzymałem ostrzeżenie, ażebym się pilnował lub wyjechał. Na razie pozostaję; jeśli będę zmuszony wyjechać, powiadomię Najprzewielebniejszą Kurię. (…) Ihrowica, 26 II 1944, Ks. Szczepankiewicz Stanisław*.
Osobiście pamiętam gorące dyskusje Polaków, nie wiedzących co robić. Moja rodzina znalazła się dodatkowo w niebezpieczeństwie, ponieważ banderowiec Mykoła Kuź, wracając nad ranem „ z roboty”, a mordowani byli tej nocy Polacy w Berezowicy Małej, bawiąc się pistoletem sam siebie ranił w nogę. Nie przyznał się do tego, lecz oskarżył o postrzał męża mojej siostry, Stefana Grabasa, na którego nacjonaliści wydali wyrok śmierci. W tajemnicy ostrzegła o tym moją siostrę Ukrainka – jej koleżanka szkolna. Siostra ze szwagrem i dzieckiem mieszkali razem z nami, więc strach padł na całą naszą rodzinę. Żyliśmy z wyostrzoną uwagą, od zmroku do świtu obserwując otoczenie i nocując po kryjówkach.

PASTERZ NIE OPUSZCZA OWCZARNI
Na początku marca 1944 roku we wsi dało się słyszeć pierwsze frontowe strzały armatnie. Wojska sowieckie zbliżały się do Tarnopola i Polacy oczekiwali ich jak zbawienia. W okolicach Ihrowicy pojawili się 7 marca. W tej sytuacji banderowcy zeszli do podziemia, tak że za dnia nie było ich widać. Po tygodniu NKWD zaczęło wykrywać ich kryjówki. Nastąpiły pierwsze aresztowania. Jest pewne, że to nie Polacy wskazywali te miejsca. NKWD zawdzięczało informacje żołnierzom z rozbitych jednostek cofającej się armii sowieckiej w 1941 r., którzy w czasie okupacji niemieckiej służyli za parobków u bogatszych nacjonalistów ukraińskich. Tymi żołnierzami byli przeważnie Ukraińcy z Ukrainy zazbruczańskiej, nie popierający nacjonalistów, a do Polaków ustosunkowani pozytywnie. Już wcześniej zdarzało się, że ostrzegali Polaków przed planami nacjonalistów. Oni musieli współpracować z NKWD i wykazać się czynami, żeby nie trafić na Syberię.
W Ihrowicy i okolicach zapanował dla Polaków względny spokój. Ludzie zaczęli spać we własnych domach i łóżkach. Doskonale pamiętam ten czas, gdy po miesiącach poniewierki mogłem wreszcie wysypiać się do woli. A potrzebowałem snu, bo miałem 17 lat.     W kwietniu 1944 roku powołano mężczyzn w wieku od 18 do 55 lat do wojska na wojnę. Polaków do Wojska Polskiego, a Ukraińców do Armii Czerwonej. Z Polaków poszli wszyscy, a z Ukraińców tylko część. Zostali przeważnie ci, którzy obawiali się odpowiedzialności za kolaborację z Niemcami. A kiedy front przesunął się na zachód, zasilone kadrowo oddziały UPA powróciły do zbrodniczych napadów na polską ludność.
Jesienią wśród Polaków na Tarnopolszczyźnie znów zaczęła narastać atmosfera strachu i zagrożenia. Dni stawały się krótsze, a noce – w czasie których banderowcy dokonywali napadów – coraz dłuższe. Sotnie UPA rosły w siłę. Potrzebowały zaopatrzenia w żywność i siłę pociągową, a najłatwiej było im zdobyć te środki mordując i rabując bezbronne polskie rodziny.
Wszystkie te okoliczności nie wpłynęły na postawę ks. Stanisława, który tak jak dotąd leczył wszystkich potrzebujących. Ukraińcy, szczególnie ci korzystający z medycznych umiejętności księdza, nadal zapewniali, że w Ihrowicy będzie spokój. Tak też twierdził ks. Hałaś, miejscowy paroch z cerkwi. Wydawał się mocnym gwarantem spokoju w wiosce. Zapewne takim go też widział ks. Szczepankiewicz, gdy ks. Janowi Mądrzakowi z Berezowicy Małej, namawiającemu go do natychmiastowej ucieczki, odpowiedział: Tego co się stało u was w Berezowicy Małej, ja się nie spodziewam od naszych ihrowickich Ukraińców. Ja zostanę ze swoimi parafianami, co się wydarzy im, to i mnie. Ja muszę być z nimi. Dobry pasterz nie opuszcza swojej owczarni...
Rozmowa między księżmi toczyła się przy świadkach w czasie obiadu u Jadwigi Białowąs „Buń”. Ks. Jan Mądrzak wstąpił do niej przejeżdżając przez Ihrowicę w godzinach przedpołudniowych. Bardzo się spieszył, by z powodu krótkich grudniowych dni w drodze nie zastała go noc.
Tymczasem ks. Szczepankiewiczowi zaczęło brakować lekarstw, którymi wcześniej hojnie obdarowywał pacjentów. Sam sporządzał mieszanki ziołowe i różne maści dla chorych. Bywał proszony o wizyty także do domów banderowskich. Leczył nawet ukrywających się dezerterów z Armii Czerwonej, świadomie narażając się na odpowiedzialność karną przed NKWD. Wiedział, że jest Ukraińcom bardzo potrzebny jako lekarz i w tym upatrywał ratunku dla śmiertelnie zagrożonej parafii.
Po latach dowiedziałem się od miejscowych Ukraińców, że ksiądz sporządzał bardzo dobrą maść na świerzb. Była to u banderowców częsta dolegliwość, ponieważ przebywali w brudnych i mokrych kryjówkach, zarażając się często jeden od drugiego. Powtórzyli mi nawet wypowiedz jednego ze zbrodniarzy: Szkoda, że nie wymusiliśmy przed zabiciem księdza recepty na sporządzanie maści na świerzb, która była bardzo skuteczna! Stąd wiemy, którzy z miejscowych Ukraińców rozbijali drzwi plebanii, mordowali księdza i jego rodzinę, przeprowadzili na plebanii pierwszy rabunek.
Nie można wykluczyć, że część ihrowickich nacjonalistów nie zamierzała oszukiwać i mordować księdza, ale być może nie do nich należał decydujący głos w sprawie zbrodniczego ataku.

WIGILIJNY MORD
W wigilię 24 grudnia 1944 r. o godzinie siódmej rano proboszcz odprawił roraty. Do kościoła przyszło kilkanaście kobiet. Julia Litwin po nabożeństwie poinformowała księdza, że idąc do kościoła spotkała kilku młodych mężczyzn ubranych w długie płaszcze i kożuchy, pod którymi mieli broń. Mężczyźni nie zaczepiali nikogo, ale bacznie przyglądali się przechodniom. Ks. Szczepankiewicz z uwagą wysłuchał tej wiadomości, zalecił ostrożność w drodze powrotnej i życzył spokojnych świąt.
Jednak sam cały dzień był bardzo niespokojny. Przy dekoracji kościoła na święta Bożego Narodzenia pomagały mu córki śp. Jana Białowąsa (Głąby), zamordowanego tydzień wcześniej. Widziały, jak ksiądz często wychodził na drogę. Interesował się chłopcami z „Istrebitielnoho Batalionu” (IB), którzy od dwóch dni mieli posterunek samoobrony w Domu Ludowym po przeciwnej stronie drogi niedaleko kościoła. Około południa słychać było strzały na kolonii Chomy, co bardzo zaniepokoiło księdza. Odebrał też alarmującą wiadomość od księdza Hałasia z cerkwi, żeby natychmiast wyjechał do Tarnopola lub schronił się z rodziną w jego domu. Odrzucił tę propozycję i pozostał na miejscu mówiąc: Jak mogę pozostawić swoich parafian. Co będzie im, to i mnie.
Napad na Ihrowicę rozpoczął się tak jak wieczerza wigilijna – z pierwszą gwiazdką. Bandyci zaatakowali wieś z kilku stron. W pierwszej kolejności szturmowali plebanię. Najpierw wezwali księdza do otwarcia drzwi, a gdy to nie poskutkowało, zaczęli je rozbijać. Zajęło im to kilkanaście minut, gdyż drzwi były okute i zabezpieczone sztabami. Ksiądz w tym czasie nieustannie dzwonił na alarm sygnaturką zawieszoną na strychu. Czynił to do ostatnich chwil życia, ratując od śmierci co najmniej kilkanaście polskich rodzin, które zaalarmowane pouciekały od stołów wigilijnych do kryjówek. Na ratunek księdzu nie pospieszył nikt, gdyż we wsi praktycznie nie było mężczyzn, a kilkuosobowy posterunek Istrebitielnoho Batalionu w Domu Ludowym banderowcy ostrzeliwali z broni maszynowej. Mimo ogromnej przewagi nie próbowali go jednak zdobyć.
Mieszkałem blisko plebanii. Gdy rozpoczynaliśmy wigilijną wieczerzę i mama podawała opłatek, usłyszeliśmy dźwięk sygnaturki i strzały. Natychmiast uciekliśmy z mieszkania i skryliśmy się na strychu obory sąsiada Ukraińca. Przy pokrywie śnieżnej i niewielkim mrozie dobrze słyszeliśmy odgłosy uderzeń młotów w drzwi plebanii i po kilkunastu minutach trzask wyłamywanych desek. Na plebanii zostali zarąbani siekierami ks. Stanisław Szczepankiewicz (38 lat), jego matka Anna (70 lat), brat Bronisław (36 lat) i siostra Maria Dorazil (33 lata).
Niewątpliwie ksiądz poznał swoich oprawców, co musiało mu przysporzyć dodatkowych cierpień duchowych. Wiemy już, którzy z miejscowych Ukraińców brali bezpośredni udział w morderstwie. Już po miesiącu sprawca zaniósł do szewca buty księdza. Szewc wcześniej je naprawiał, więc rozpoznał. Ten fakt z niesmakiem – gdyż wiedzieli, że ksiądz leczył rodzinę mordercy – opowiadali i komentowali między sobą miejscowi Ukraińcy jeszcze po 12 latach od zbrodni, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Ihrowicę. Plebania została obrabowana z co cenniejszych przedmiotów. Bandyci wynieśli z niej wiele tobołów załadowanych łupem. Gwoli prawdy historycznej trzeba dodać, że to chęć zdobycia dobytku polskich sąsiadów motywowała część Ukraińców do haniebnych czynów.          
Ksiądz Szczepankiewicz został pogrzebany obok zbiorowej mogiły swoich parafian. Jako jedynego z zamordowanych pochowano go w trumnie naprędce zbitej z bydlęcego żłobu. Po ekspatriacji Polaków niektórzy z leczonych przez księdza Ukraińców ukradkiem dbali o usypany na jego mogile kopczyk, który plewili i ozdabiali kwiatami polnymi wkładanymi do słoika. Natomiast zbiorowa mogiła Polaków została zrównana z ziemią. Jednak za dnia Ukraińcy bali się zbliżać do mogił księdza i jego parafian. Jeśli przyjeżdżali Polacy, to towarzysząc im w drodze na cmentarz Ukraińcy nie podchodzili do mogiły księdza. A gdy już to nastąpiło, w żadnym wypadku nie pozwalali sobie robić zdjęcia przy grobie.
Dopiero w połowie lat 50. Ukraińcy, którzy poczuwali się do wdzięczności wobec księdza-lekarza, zaczęli wyłamywać się z zakazów podpilla (podziemia). Ukrainka Elżbieta Horbacz z wdzięczności za uratowanie jej córce życia nocą postawiła na grobie ks. Szczepankiewicza metalowy krzyż. W latach 60. podczas modlitw na grobach zmarłych nie omijano już grobu księdza, choć zbiorowa mogiła Polaków jeszcze dla Ukraińców jakby nie istniała. Dopiero po zbudowaniu pomnika w 2008 roku Ukraińcy bez cienia strachu zaczęli odwiedzać zbiorową mogiłę Polaków, klękają przed krzyżem, modlą się, składają wieńce, kwiaty i palą znicze. Starsi z melancholią czytają nazwiska sąsiadów i kuzynów wyryte na granitowych płytach i wspominają czasy, kiedy za sąsiadów mieli Polaków i żyli z nimi w przykładnej zgodzie.
Większość ihrowickich Ukraińców wyraża mi wdzięczność za zbudowanie pomnika. Zrozumieli, że zamordowani Polacy są godni upamiętnienia. Jest coś niezwykłego i wzruszającego w tym, że po 65 latach nie wygasła ich pamięć o polskim księdzu, który w ich sercach i umysłach zapisał się jako wspaniały lekarz, wielki autorytet moralny i wzór sługi Bożego. Wiele razy byłem w Ihrowicy starając się o zgodę na budowę pomnika. Za każdym razem słyszałem od miejscowych Ukraińców: Takoho czołowika zabyły. Win buw dobrym czołowikom i likarom, a za likuwanije ne braw zapłaty (Takiego człowieka zabili. On był dobrym człowiekiem i lekarzem, a za leczenie nie brał zapłaty).

ZACIERANIE PRAWDY
Mortui viventes obligant – umarli zobowiązują żywych – głosi łacińska sentencja. Dusze zamordowanych upominają się o prawdę i pamięć rodaków. Oni zginęli za Polskę. Należy im się od nas chrześcijański pochówek. Ci, którzy uniknęli bandyckiego topora na Kresach, szczególnie odczuwają ten obowiązek.
Są miejsca i chwile, które trwale przechowujemy w pamięci, i są tacy ludzie, których nie sposób zapomnieć. Takim wydarzeniem był mord wigilijny w Ihrowicy i takim człowiekiem – ksiądz Szczepankiewicz – kapłan wielkiej godności i wielkiego serca. Za życia i w chwili śmierci ratował bliźnich. Zabili go ci, którzy mieli u niego dług wdzięczności. Piszę te słowa z obowiązku podziękowania za to, że przeżyłem z rodziną dzięki niemu. Myślę, że widząc nad głową siekierę ksiądz zadał sobie pytanie: Czy zasłużyłem na taką śmierć? Odpowiedzią był cios. Jaka szkoda, że głosu w tej sprawie nie mogą zabrać martwi …
Potworną zbrodnią wycinania Polaków w pień – jak mówili „od małoho do staroho” – Ukraińska Armia Powstańcza zhańbiła naród ukraiński. Jedną trzecią jej ofiar stanowiły dzieci! Wykonując przykazania OUN sformułowane w „Dekalogu” nacjonalisty ukraińskiego podeptała wszystkie przykazania Boskie. Walka rzekomych „partyzantów” UPA z dziećmi, kobietami i starcami to historia gwałtów i przemocy o stopniu barbarzyństwa przekraczającym skalę nawet XX-wiecznych europejskich totalitaryzmów. Tego nie można zapomnieć, przemilczać. Tymczasem mordy UPA na Kresach są od lat uporczywie wymazywane z pamięci Polaków. Dzieje się to jakby wbrew przestrodze Jana Pawła II, że naród, który zapomina o swojej historii, jest skazany na zagładę. Jeden ze znanych publicystów napisał, że pamięć o zbrodniach ukraińskich na Polakach jest dziś spychana do pamięci rodzinnej i prywatnej. I są to słowa trafne.
Dziwi i boli postawa naszej hierarchii kościelnej, która niechętnie porusza temat zbrodni UPA. Nic dziwnego, że wśród Kresowiaków utarło się ironiczne powiedzenie, że najważniejszym świętym w polskim Kościele jest Święty Spokój i nie należy go burzyć tematem mordów. Przykładem tego milczenia jest sprawa zamrożenia procesów beatyfikacyjnych księży męczenników, którzy zostali uśmierceni razem ze swoimi parafianami na Kresach. Księża ginęli przy ołtarzach, podczas sprawowania nabożeństw. Zabijano dzieci przystępujące do pierwszej komunii świętej. Niektórzy z księży mogli uniknąć śmierci – jak choćby proboszcz Szczepankiewicz – a jednak nie opuścili parafian i Kościoła.
Dlatego dla Polaków pochodzących z Ihrowicy i części zamieszkujących tę wieś obecnie Ukraińców kapłan ten jest Świętym Człowiekiem. Nie przekonuje nas tłumaczenie, że kresowi księża ginęli z przyczyn narodowościowych, co ma być przeszkodą w beatyfikacji ich jako męczenników za wiarę. Zbrodnia nacjonalistów ukraińskich miała swoje podstawy w faszystowskiej i antychrześcijańskiej doktrynie Dmytro Doncowa. Skoro nie istnieją już prawne przeszkody dla beatyfikowania księży będących ofiarami zbrodniczych systemów totalitarnych – hitlerowskiego nazizmu i sowieckiego komunizmu – to dlaczego nadal istnieje bariera dla beatyfikacji ofiar integralnego nacjonalizmu ukraińskiego, równie zbrodniczego co bezbożnego – jak narodowy socjalizm i komunizm?
Nie do zaakceptowania są dla nas pseudopolityczne argumenty, że nie należy przypominać nacjonalistom ukraińskim ich zbrodni na Polakach, ponieważ ich to osłabia, a przecież stanowią główną antyrosyjską siłę na Ukrainie, i to Polsce powinno zależeć na tym, aby dzięki nim Ukraina nie dostała się pod wpływy Rosji. Tego typu argumentacja, zwana także doktryną Giedroycia, to czystej wody makiawelizm polityczny nie do pogodzenia z nauką Kościoła. To dlatego uhonorowanie prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, który rozniecił na Ukrainie Zachodniej kult zbrodniarzy Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, doktoratem honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego spotkało się z tak potężnym protestem Kresowian i wielu absolwentów tej uczelni. Nie godzi się katolickiej uczelni wyznawać zasady „cel uświęca środki“ i nagradzać piewcę Ukraińskiej Powstańczej Armii. Jak może katolicka uczelnia podzielać opinię takich „ekspertów” od polityki międzynarodowej jak choćby prof. Jerzy Pomianowski, który w imię mrzonek politycznych potrafi poniżać Polaków wypędzonych z Kresów nazywając ich szowinistami, bo rzekomo zaszkodzili ukraińskim „narodowcom“ wygrać wybory.
Nie tylko mam prawo, ale i obowiązek pisać i opowiadać to, co przeżyłem i co na własne oczy widziałem, kiedy UPA mordowała dzieci, kobiety i starców – bom ocalał z rzezi. Do dziś słyszę rozpaczliwe krzyki palących się bliskich mi ludzi i odgłos uderzeń młotów rozbijających drzwi plebanii. Przez 14 lat starałem się o zezwolenie na uporządkowanie zbiorowej mogiły Polaków w Ihrowicy i postawienie krzyża. Wspierał mnie śp. minister Andrzej Przewoźnik. Jeździłem, prosiłem, przekonywałem, że uporządkowanie tego grobu nie pogorszy stosunków polsko-ukraińskich, ale je polepszy. Ostatecznie dzięki pomocy Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, mojej determinacji, a także dobrej znajomości języka ukraińskiego uzyskaliśmy zgodę na zbudowanie pomników nie tylko w Ihrowicy, ale i w Berezowicy Małej, Płotyczy i Łozowej (cmentarz w Szlachcicach), bo w tej części Tarnopolszczyzny średnio co 7 kilometrów jest jakaś zbiorowa mogiła Polaków pomordowanych przez UPA. Prawda i pamięć nie zburzyły stosunków polsko-ukraińskich w tych miejscowościach, ale je polepszyły, co jednak jest chyba najmniej ważne dla różnego autoramentu pro-banderowskich politykierów nawet z tytułami profesorskimi.




*    Ks. prof. Józef Wołczański, Eksterminacja narodu polskiego i Kościoła Rzymskokatolickiego przez ukraińskich nacjonalistów w Małopolsce Wschodniej w latach 1939–1945. Materiały źródłowe, t. I i II.