Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Ryszard Legutko, POLSKIE OPOWIEŚCI


Niniejszy tekst jest rozdziałem z książki prof. Ryszarda Legutki pt. „Esej o duszy polskiej”

 

Historia zerwanej ciągłości ma swoje symboliczne opowieści. Takich opowieści – indywidualnych i zbiorowych – jest wiele, a niemal każdy, kto żył wystarczająco długo w PRL-u, ma jakąś swoją wersję. Z wielu możliwości wybrałem trzy, a motywacją ich wyboru było własne doświadczenie.

 

Ryszard LegutkoZ pewnością jedną z najbardziej dramatycznych jest opowieść o Lwowie, czarownym polskim mieście, które decyzją naszych sojuszników zostało nam odebrane, a wkrótce także zamordowane, i to niekoniecznie w metaforycznym sensie tego słowa. W rękach nowych właścicieli Lwów, miasto kupiecko-urzędniczo-akademickie, szybko straciło swój charakter. Prawowitych mieszkańców – kupców, urzędników i akademików – wygnano, wywieziono bądź wymordowano. W piękne pałace, kamienice, posiadłości, kościoły weszli ludzie znikąd, nie mający nawet świadomości, co przejmują i jakie powinni mieć wobec przejętych dóbr zobowiązania. l tak zniknął kilkusetletni kawał polskiego doświadczenia, a wraz z nim zniknęli ludzie, budynki, dzieła sztuki, przedmioty, w które wpisane były dorobek i pamięć. To, co pozostało po dawnych właścicielach, szarzało, niszczało, rozpadało się. Parki pozarastały chaszczami, cmentarze ulegały dewastacji, a pamięć ludzka powoli słabła i obojętniała.

Lwowski świat przestał istnieć, czyniąc wielką wyrwę w polskim pojmowaniu historii i tożsamości narodowej. Proces rozpadu i odrywania Lwowa nie dokonywał się wyłącznie samoczynnie. Można było dostrzec świadomą intencję niszczycielską motywowaną resentymentem i nienawiścią. Nowi mieszkańcy Lwowa dewastowali miasto, bo nie rozumieli jego wartości, nie da­rzyli afektem jego dorobku, nie poczuwali się do obowiązku zachowania ciągłości. Ale też zaznawali trochę złej i niskiej radości niszcząc ślady pańskiej Polski, a przez to utwierdzając się w swojej władzy. Stąd wizyta we Lwowie zawsze nasuwa tę myśl, iż stary Lwów nie tyle przestał istnieć na mocy bezosobowych wyroków, ile został z pełną świadomością zamordowany.

 

Polskie podróże do Lwowa są zawsze przygnębiające, choć zapewne przeżywane bardzo indywidualnie. Moje podróże, które podjąłem dość późno, bo już po upadku ZSRR, też nie przynosiły pocieszenia. Pojąłem w sposób zmysłowy to, co wcześniej było dla mnie jasne intelektualnie, a mianowicie, że rewolucja komunistyczna w istotny sposób się powiodła, bo odebrała Polakom tak wiele, iż nie mogli odtworzyć umysłowego, społecznego i duchowego stanu posiadania okresu przedrewolucyjnego. Bo choć Lwów był jeden i niepowtarzalny, to przecież miejsc podobnie jak on unicestwionych było znacznie więcej, nie tylko na kresach, lecz także poza nimi. Trudno zliczyć miasta, miasteczka, domy, posiadłości, majątki rodzinne i wspólnotowe, które uległy likwidacji, grabieży, destrukcji czy aneksji. W tym sensie Polacy po 1945 roku nie odbudowywali swojej ojczyzny, tak jak robiły to inne narody doświadczone przez wojnę. Myśmy raczej budowali nową Polskę, bo stara nie istniała w takim stanie, by można ją było odbudowywać.

 

 

 

Podróże do Lwowa nasunęły mi jeszcze jedną myśl. Może losy tego miasta symbolizują w jakimś głębszym sensie dzieje Polski powojennej, a w każdym razie znaczącej jej części. Może Polska, tak jak Lwów, też znalazła się w rękach ludzi znikąd, którzy weszli w posiadanie kraju bez świadomości jego wartości. Może kluczem do rozumienia Polski Ludowej jest właśnie obraz obcej grupy zdobywającej władzę nad wielkim obszarem, grupy ludzi odnoszących się z pogardą do wszystkiego, co zastali, nie rozumiejących ducha kraju, nie mających żadnego szacunku dla jego dorobku i dziedzictwa, często kierujących się wrogością wobec pańskiej Polski i z radością niszczących to, co z niej pozostało. Grupa ta stawiała sobie za cel wytrzebienie z ludzkiej pamięci wszystkich wcześniejszych obrazów Polski, tak jak grupa przejmująca Lwów dążyła do usunięcia z pamięci obrazu pięknego polskiego Lwowa, jego obyczajów i jego legendy. Taka metafora losów Polski zapewne nie przystaje do wszystkiego, co się u nas działo, ale w niemałym zakresie jest adekwatna. Piękny kraj po II wojnie szarzał, brzydł, zmieniał się w ponurą krainę. Pod pewnym względem i przez pewien czas cała Polska dzieliła więc los Lwowa, choć to, co najgorsze dla tego miasta, zostało jej oszczędzone.

 

Inna opowieść symbolizująca losy polskie to opowieść o Warszawie. Wspaniałe przedwojenne miasto, też posiadające własną legendę, równie barwną jak legenda lwowska, zostało zniszczone przez Niemców, a dobite przez komunistów. Historia wojennej Warszawy to historia heroizmu nieodmiennie wywołującego podziw, niezależnie od kontrowersji wokół oceny sensowności Powstania Warszawskiego. Warszawiacy broniąc się we wrześniu 1939 i prowadząc swoją walkę w 1944 roku wzięli na siebie w obu przypadkach odpowiedzialność za losy kraju. Ten obraz dzielnych warszawiaków przetrwał wszystkie historyczne perturbacje i wielką krucjatę ideologiczną przeciw Wrześniowi i przeciw Powstaniu, podejmowaną okresowo w epoce komunizmu. Stanowi bodaj najżywszy w naszej pamięci przykład zbiorowego wysiłku wojennego na obszarze polskim. Za swój heroizm warszawiacy zapłacili wysoką cenę: zniszczeniem miasta, radykalną zmianą jego substancji społecznej, a jakby tego było mało, poddaniem eksperymentowi architektonicznemu w czasach komunizmu. Warszawa to miasto nieszczęsne: piękna kiedyś, okrutnie ukarana za swoje bohaterstwo przez Niemców, a po części także komunistów, i wreszcie niemożebnie zbrzydzona przez nową władzę ludową, która na miejscu dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej architektury wybudowała socrealistyczne i komunistyczne paskudztwa.. Dawnej urody Warszawa nie odzyskała, brzydoty zaś nadanej jej przez komunistów nigdy do końca nie straciła.

Dla krakusa, takiego jak ja, przyjazd do Warszawy był zawsze przyjazdem do innej Polski. Nie miałem z tym miastem żadnych związków rodzinnych, mogących ocieplić jej percepcję, a ilekroć Warszawę odwiedzałem, czyniłem to zawsze z jakichś powodów służbowych, oficjalnych, a więc pozbawionych życzliwszych emocji. Miasto odbierałem więc źle, a brzydota jawiła mi się ze smutną jaskrawością. Moja percepcja nie była odosobniona. Ten charakter Warszawy przetrwał upadek ustroju, jakkolwiek samo miasto miało swoją wielką wewnętrzną dynamikę. Wpisywało się więc dobrze w rzeczywistość najpierw socjalistyczno-partyjną, a później kapitalistyczno-nowoczesną. Pod wieloma względami było i nadal jest miastem atrakcyjnym, jakkolwiek nie straciło hybrydyczności i sztuczności, a przede wszystkim nie wyzbyło się tego grzechu pierworodnego, jakim był socrealistyczny akt założycielski. Piękne miejsca w Warszawie – a jest ich niemało – wydają się więc raczej dodatkiem do miasta, przypadkowo zachowanym elementem, śladem jakiejś tajemniczej prehistorii, nie zaś jego istotą. Stąd Warszawa nowa nie posiada swojego wizerunku estetycznego, symbolicznego obrazu, przez który mogłaby być identyfikowana i kojarzona, tak jak kiedyś miała swój symboliczny wizerunek Warszawa stara i jaki do pewnego stopnia miała – na swoje nieszczęście – w czasach komunistycznej odbudowy.

 

Kiedy więc twierdzę, że losy Warszawy są kluczem do losów Polski ostatnich dziesięcioleci, to mam na myśli wszystkie powyżej wymienione cechy. Jak Warszawa, Polska odznaczyła się bohaterstwem i za bohaterstwo brutalnie ją skrzywdzono. Jak Warszawa, Polska została przez komunistów spaskudzona i z tej brzydoty trudno się jej wyzwolić. Jak Warszawa wreszcie, Polska to byt hybrydyczny ze wszystkimi tego dobrymi i złymi konsekwencjami. Z pewnością to owa hybrydyczność sprawiła, iż w czasach komunizmu Polska była zapewne najbardziej nadającym się do życia ze wszystkich krajów bloku sowieckiego. Jest też Polska, jak Warszawa dzisiaj, krajem dużego sukcesu kapitalistycznego, jeśli pod tym określeniem będziemy rozumieć ujawnienie się ludzkiej przedsiębiorczości i rozwój umiejętności tworzenia bogactwa. Ale są też i złe skutki hybrydyczności. Mimo swojej atrakcyjności i obiektywnych oznak zaradności, Polska dzisiejsza ciągle, jak Warszawa, sprawia wrażenie kraju sztucznego, żyjącego na niby, bez wyraźnej tożsamości, bez wyraźnego wizerunku, bez identyfikowalnej dla obcych i swoich specyfiki, bez cech rozpoznawalnych wśród innych narodów europejskich, bez samoświadomości, czym jest, jaką ma wartość i jaką rolę do spełnienia. We wszystkich akcjach propagandowo-promocyjnych Polska ma zasadnicze kłopoty z prezentacją własnego obrazu: wszystko tutaj działa dobrze, a przecież nie istnieje nic oryginalnego, co mamy o sobie do przekazania.

 

 

Trzecią opowieścią symbolizującą losy polskie jest opowieść krakowska. Tę znam najlepiej, bo stanowi część mojego życia. Pierwsze moje doznanie nieciągłości pojawiło się dawno, bo jeszcze w czasach dzieciństwa, a jej widocznym i najbardziej poruszającym znakiem była Nowa Huta. Dzielnica zbudowana na gruntach rolnych wokół absurdalnie wielkiego kombinatu, kojarzyła się mi zawsze – urodzonemu i wychowanemu w Krakowie – ze zbiorowiskiem ludzi bez korzeni i bez ukształtowanego obyczaju. Taką opinię podzielała większość mieszkańców ówczesnego Krakowa. Mieszkałem z rodziną, a były to lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, na obrzeżach Krakowa przedwojennego. Nie wywodziłem się jednak z miejscowej rodziny mieszczańskiej. Moja mama urodziła się i wychowała w województwie lwowskim, w środowisku bez tradycji inteligenckich. Pracowała na poczcie w Samborze i tam poznała mojego ojca, który w tym mieście odbywał służbę wojskową i grał w miejscowej drużynie piłkarskiej. Związki emocjonalne z II Rzeczpospolitą były w moim domu krakowskim jednak dość silne, co sprawiało, iż złą opinię o Nowej Hucie jako społeczności stworzonej przez komunistów decyzją ideologiczną przyjmowaliśmy jako bezdyskusyjną. To był inny świat; inny historycznie i kulturowo. Do Nowej Huty się nie chodziło – chyba że w jasny dzień i należało wrócić przed zmrokiem, bo później niebezpiecznie; mieszkanie zaś w nowohuckich blokach uchodziło za deklasację, podobnie jak chodzenie do nowohuckich szkół czy instytucji. My – krakowianie, nawet w pierwszym pokoleniu, jak moje, nawet tak jak moja rodzina ledwie aspirujące do inteligencji – uważaliśmy się za nosicieli dobrego obyczaju, pamięci historycznej, inteligenckości, ogłady, stabilności, cnót mieszczańskich oraz zakorzenionego w doświadczeniu rodzinnym antykomunizmu. My byliśmy żywym doświadczeniem zbiorowym; oni – nowohucianie – chaotyczną społecznością zdezorganizowaną przez historię, politykę i ideologię.

Nie rozumiałem wówczas, iż polskie społeczeństwo w jakimś niebłahym zakresie bliższe było temu obrazowi Nowej Huty, jakim żywiła się nasza wyobraźnia, niż ówczesnemu obrazowi nas samych. Polskie dzieje to przecież w dużej większości dzieje jednostek i grup, które po wojnie znalazły się w zupełnie nowym miejscu, nowym ustroju, nowej gospodarce i nowym obyczaju. Sama zaś Nowa Huta w którymś niezauważonym przez nikogo momencie zlała się z Krakowem i to nie tylko dlatego, iż zabudowano obszary dzielące starą część miasta z nową. To zlanie dokonało się na poziomie ludzkim, bo społeczności wtopiły się jedna w drugą, tak jak zapewne planowali inicjatorzy budowy Nowej Huty, choć niekoniecznie z przewidzianymi skutkami. Społeczność nowohucka – przypomnijmy – protestowała dzielnie przeciw komunistycznej ateizacji, a pracownicy kombinatu im. Lenina byli w roku 1980 inicjatorami ruchu w Małopolsce, który zrodził regionalną Solidarność.

 

Ale krakowska opowieść trwa nadal, w formie coraz bardziej zmistyfikowanej. Kraków ciągle wierzy – jak kiedyś w czasach mojego dzieciństwa – w swoją wyjątkowość, szlachetną mieszczańskość, zakorzenienie w historii. Tymczasem taki obraz już dawno nie przystaje do rzeczywistości, a krakowianie nie wyróżniają się szczególnie spośród innych miejskich społeczności. Piękne stare centrum Krakowa otoczono wielkimi obszarami blokowisk, nieodróżnialnymi od Nowej Huty ani estetycznie, ani socjalnie. Wzajemne przenikanie starego Krakowa i Nowej Huty nie skończyło się wyłonieniem stanu średniego. Powstała społeczność dość jednorodna, ani szczególnie mieszczańska, ani szczególnie robotnicza, ani wielkomiejska, ani małomiasteczkowa, ani konserwatywna, ani postępowa. Krakowska społeczność dobrze odzwierciedla nastroje i nawyki całej Polski i od pewnego momentu odzwierciedlała je także w czasach PRL­-u. Kraków żyje więc przekonaniem o swojej przedwojenności i, by tak rzec, antynowohuckości, podczas gdy w rzeczywistości jest w swoim nastawieniu, poglądach i obyczajach zdecydowanie powojenny i ponowohucki. O ile Warszawa jest sztuczną hybrydą bez trwałej jedności, o tyle Kraków to społeczność żyjąca w fikcyjnym przeświadczeniu, że taką trwałą jedność posiada, ponieważ – i to jest jedyny argument – zawsze ją posiadała. Losy Krakowa to także po części ilustracja losów Polski.

 

Kiedyś Polska mogła rzeczywiście być porównywana z Nową Hutą otaczającą Kraków, miasto będące symbolem enklaw zachowujących kulturową ciągłość. Ale takie porównanie jest już nieaktualne, choć legenda o wyjątkowości miejsca przetrwała, przekształcając się w fikcję, do której Polacy się przyzwyczaili. Przyzwyczaili się więc, niczym krakowianie, do przekonania, że historia w nich żyje, podczas gdy już dawno zapadła w stan śpiączki, być może nawet terminalnej. Przyzwyczaili się, niczym krakowianie, do poglądu, iż wizerunek ich tworzą pojedyncze miejsca o wielkiej urodzie będące zapisami dawnej świetności, natomiast nie dostrzegają wielkich obszarów znijaczałych, pozbawionych wdzięku, oderwanych od żywej przeszłości i przenikniętych byle jaką teraźniejszością. Wydaje im się, niczym krakowianom, iż stanowią ostoję wyrafinowanego i cywilizowanego konserwatyzmu – co niekiedy konstatują z dumą, a niekiedy ze złośliwą i buntowniczą drwiną, podczas gdy w rzeczywistości są wychowani w tymczasowości, przeniknięci jej duchem, a rzekome zrozumienie dla dłuższej perspektywy stanowi zaledwie mało wiarygodną pozę. Opowieść warszawska ilustruje to, kim Polacy dzisiaj faktycznie są; opowieść krakowska jest natomiast opowieścią o polskim samooszukiwaniu.

 


RYSZARD LEGUTKO, ur. 1949 w Krakowie, w rodzinie wschodniomałopolskiej. Studia filologii ang. oraz filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Profesor filozofii na UJ i w Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie. W latach 1992–2005 prowadził w Krakowie Ośrodek Myśli Politycznej. W kolejnych latach wicemarszałek Senatu RP, minister edukacji narodowej, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP (2007). Autor wielu książek, głównie na tematy państwa i społeczeństwa.