Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Franciszek Jaworski, CZARTOWSKA SKAŁA (2)


Również i sama nazwa tego uroczyska podniecała fantazję romantyków lwowskich z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku, napełniając także zgrozą pobożne właścicielki całego obszaru w osobach lwowskiego konwentu Benedyktynek. Dlaczego właśnie „czartową” miała być ta skała, skąd jej takie bezbożne miano? I tutaj właśnie można zaobserwować bardzo ciekawe zjawisko, jak daleka była od życia i od otoczenia grupa Niemców, nadających ton ówczesnemu Lwowowi. Bo przecież pierwszy lepszy chłop z Lesienic byłby wytłumaczył tę nazwę w sposób, dla gadki ludowej, stanowczy i jasny. W czasach kiedy Lucyper z diabłami niższej rangi chodził sobie jeszcze swobodnie po świecie, a nawet okazywał się głupszym od niejednego wieśniaka, były takie figle i czartowskie psoty na porządku dziennym. Brał czart „kamyczek” i dla zabawy, może dla sportu, rzucał nim na drugiego diabła, swego zawodowego kolegę. Co diabłu „kamyczek”, to człowiekowi wielka skała. A czasami „kamyczek” upadł sobie gdzieś przypadkowo i został osamotnioną skałą, o której dziecko każde wie przecież, że to czartowska sprawa

Mogło i tak być, że nieczysty duch czasami się zgniewał, coś mu tam przyszło do łba rogatego i począł się biesić. Toż on wtedy drzewa wydzierał z korzeniami, na rozstajnych drogach wicher skręcał w diabelskie młyńce, a gdy się zapamiętał, to skały wydzierał i nosił je. Nosił a składał na jedno miejsce, aż się całkiem umęczył i uspokoił. Ot i cała geneza nazwy Czartowskiej Skały, do której szanowny profesor Łomnicki, znany i wytrwały geolog, dodać może jeszcze określenie, kiedy mniej więcej te figle diabelskie poruszyły okolicę późniejszej wioski Lesienic – w epoce dyluwialnej, czy też denudacyjnej.

Ale wieszczom lwowskim geologia z folklorem nie wystarczały wcale. Oni musieli się jeszcze skompromitować zupełną ignorancją historii. Wsiadł więc niejaki F.K. Salomon w roku 1822 na pegaza, który lekkością swoją i powiewnymi loty przypomina trochę perszerońskie konie od wozów meblowych i popełnił ponurą balladę o Czartowskiej skale. Czego tam nie ma w tej balladzie, którą następny inny jakiś wieszcz lwowski przyswoił literaturze polskiej! Na Czartowskiej skale „wznosi swe czoło Igora gród dawny” otoczony przez „posępne dęby”. W nim mieszkał Igor okrutny, co „nie uklękał przed cnoty obliczem”, a obok brat jego Wołodar, który miał znowu ten wypadek, że „srogo mu serce zranił wdzięk niewieści”. Rana była tak ciężka, że „nasz rycerz wzdychał bez ustanku, czuł niepokoje i słodkie boleści”. Była to jednak całkiem po prostu „Adela słynąca z czarownej ponęty”, do której Wołodar przez kilka zwrotek ballady przemawia stylem kochanków z Nowej Heloizy, pojmuje ją w małżeństwo, co znowu nie podoba się Igorowi. Potem kiełbasi się wszystko w prawdziwą „Mordgeschichte”, w której „dziki Tatar z kozakami w zmowie”, jakiś syn Igora, Fedor, ba nawet książę węgierski Rakoczy niepoślednią grają rolę. Kończy się wszystko zamordowaniem kochanka Wołodara, w tym chyba celu, aby osamotniona Adela mogła pójść „klasztorne łzami zlewać mury”, a morderca Fedor pod Buskiem i Glinianami w wojnie z Rakoczym odpokutować swe winy. Naturalnie „zdradny Igor rzuca się wściekły na skał urwiska, ze zamkowej wieży”, a nieprzyjaciele burzą zamek cały, tak że nawet kamień nie pozostał na kamieniu.

O ile jednak ten domorosły Walter Scott był o tyle oryginalny, że niewinne skały zaludnił czułymi kochankami i zbrodnią, o tyle drugi wieszcz lwowski, który kilkadziesiąt lat później opiewał dzieje Czartowskiej Skały, nie zadał sobie nawet tyle fatygi, aby się zdobyć na samoistny pomysł. Oto w 36 zwrotkach, drukowanych na cierpliwym papierze „Przyjaciela Domowego”, opowiedział tę samą historię, tylko innym, więcej bohaterskim wierszem, nadając bohaterom tym samym inne, już w sentymentalnym stylu swojej epoki, imiona. Wołodar nazywa się u niego Bojanem, czuła Adela Budzisławą, Fedor Teodorem, a resztą ta sama mordercza historia, z tymi samymi nonsensami i niedorzecznościami.

Obok poezji stanęła godnie również i historiografia lwowska. Słynny „historyk” i „heraldyk” lwowski, którego dzieje żywota i prac opisał niedawno szczegółowo dr Ostaszewski-Barański – ów Ludwik Zieliński, co bez zająknienia potrafił na żądanie odnaleźć dyplom Kazimierza Wielkiego, nadający danej osobie tytuł hrabiego (!), ten „literata” w dawnym lwowskim tego słowa znaczeniu, oglądnąwszy Czartowską Skałę „od stóp do głów”, rzekł w swoim pisemku „Lwowianinie”: To ruiny pogańskiego zamku, przed r. 800 ery chrześcijańskiej, stawianego na on czas, gdy miano zwyczaj w skale wykować lub z nieociosanych brył kamieni mieszkania stawiać.

Kiedy tak „historycy” i „poeci” lwowscy wypowiadali swoje ostatnie słowo nad Czartowską skałą, znajdowała się ona pod najczulszą opieką ksieni lwowskiego konwentu Benedyktynek, nazwiskiem Kuhn. Sielankowa ta ksieni wypisała w roku 1834 cały tomik niemieckich wierszy (Lemberg schoe­ne Umgebungen) na cześć Czartowskiej skały, na jej szczycie wystawiła „świątynię muz” czy „świątynię Apollina” dla wygody wycieczkowiczów. Ta świątynia muz była po prostu altanką ze szpiczastym dachem i niewielką werandą, ale zawsze świadczyła bardzo dodatnio o zmyśle estetycznym ksieni, która dla amatorów pięknych widoków wystawiła jeszcze wygodne bariery i schody aż na sam szczyt skały.

W tych też czasach Czartowska Skała była najulubieńszem miejscem wycieczkowym lwowian. Roiło się tedy od wycieczkowiczów, a omnibus, który podówczas kursował między Lwowem a Winnikami, ułatwiał znacznie komunikację. Należało nawet po trosze do dobrego tonu mieć na stole u siebie lub na komodzie błyszczące barwą bursztynu kamyki z Czartowskiej Skały, które chętnie rozdawali robotnicy, pracujący przy kamieniołomie.

Kamyki te, różne odmiany i formy wapienia, różowiły się czasami krwią ludzką, gdyż rabulistyczny sposób wydobywania kamienia i nieostrożne obchodzenie się z prochem przy rozsadzaniu skał kosztowały niejedno życie ludzkie. Jeżeli więc kiedy Czartowska Skała usprawiedliwiała swe piekielne miano, to wówczas gdy huk pękających skał i oblatywanie rumowiska tyle wywoływało poetycznych uniesień u ksieni Kuhn.

Ale nie tylko ksieni Kuhn szukała w fantastycznych kształtach Czartowskiej Skały i na pobliskim folwarku lesienickim sielanki śpiewnej i rozkosznej, z dala od chóru zakonnego i monotonnych brewiarzów. W naszych już bowiem czasach mówiono dużo o innej sielance, w której rolę pasterki z niezwykłym powodzeniem odgrywała siostra Kolumba, kiedy indziej znowu staruszki zakonne tam resztę dni swoich spędzały na łaskawym chlebie. Lesienice bowiem razem z całym obszarem Czartowskiej Skały należą, już od siedemnastego wieku począwszy, do lwowskiego konwentu Benedyktynek, któremu je wniosła w posagu założycielka klasztoru Katarzyna Saporowska.

Dla starszych generacji zakonnych jednak była „Czartowska Skała” znacznym utrapieniem, a to z powodu opryszków i rozbójników, którzy w jej grotach i złomach mieli siedliska i grasowali po starym trakcie gliniańskim. Jeszcze by mogła ta skała wspomnieć nieco o przeciągających pod jej stopami wojskach kozackich i tatarskich, które opodal, na gruncie krzywczyckim, oznaczanym po dziś dzień na mapach jako „Tabory”, stały obozowiskiem. Był zresztą jeden „wycieczkowiec”, który wśród największej śnieżycy przepędził dzień cały na Czartowskiej Skale, ale to stało się jeszcze w roku 1695, więc i wycieczka miała zgoła inne cele, aniżeli dzisiejsze spacery. Właśnie bowiem wówczas rozeszła się po Lwowie wieść o nadciągającej hordzie Tatarów, a hetman Jabłonowski, dowódca siły zbrojnej lwowskiej, wypatrywał stamtąd, którymi szlakami pójdzie nieprzyjaciel i z której strony najpierw łuna gorejących wiosek zaznaczy krwawą jego drogę.

Skoro jednak mowa o pożarach, to nie zawadzi wspomnieć, że był jeden pożar w ubiegłych wiekach, który w związku z Czartowską skałą odbił się fatalnie w badaniach nad początkiem Lwowa i jego założeniem. W roku mianowicie 1259 miasto Chełm nawiedzone zostało tak strasznym pożarem, że jak powiada najstarszy ruski kronikarz i „ze Lwowa patrzący widzieli łunę od wielkiego ognia”. Jest to pierwsza historyczna wzmianka o istnieniu Lwowa, a na jej podstawie rozumował śp. prof. Szaraniewicz, że pierwotny, najstarszy Lwów leżeć musiał na Czartowskiej Skale, gdyż byłoby to jedyne miejsce we Lwowie najwyższe, skąd by można było widzieć łunę tak odległego pożaru. Hipoteza ta, na tak kruchych podstawach oparta, nie mogła się ostać. Zarzucił ją i sam prof. Szaraniewicz, a inni historycy wykazali, że to niekoniecznie z samego miasta czy zamku musiano pożar widzieć. Kto sobie poszedł za miasto, gdzieś na wyniosłe miejsce i tam zobaczył łunę, to z największą racją mógł powiedzieć, że pożar był widzialny przecież ze Lwowa.

Kwestia jednakowoż, czy na „Czartowskiej Skale” nie stał dawnymi czasy jakiś zamek, zajmowała długo romantyczne umysły z pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Naturalnie bzdury lwowskich poetów nie mogą być brane w rachubę, jest jednak jedno świadectwo brzmiące dość wiarygodnie. Wspomniana mianowicie ksieni Kuhn opowiada o koleżance zakonnej, jakiejś Gertrudzie, która żyjąc z końcem XVIII wieku, jakoby widziała na „Czartowskiej Skale” resztki murów i zwaliska jakiegoś zamku. Jeśli to nie fantazja histeryczki, to by można przypuścić, że poprzedni właściciele „Czartowskiej Skały”, zanim jeszcze przeszła ona na własność konwentu, posiadali tam jakiś zameczek lub strażnicę.

Jakkolwiek się jednak miały rzeczy w przeszłości, to w niczym to nie zmienia stanu obecnego, że „Czartowskiej skale” grozi zagłada. Jeśli tak dalej pójdzie z kamieniołomami tamtejszymi, to już za lat kilka będzie ona należeć do rzędu wspomnień. A szkoda!

Szkoda miejsca pięknego, na którym krzyż ostatnio zatknęła lwowska „Gwiazda” i tablicę pamiątkową wmurowała – tablicę rozbitą przez wroga i znowu wmurowaną.

Szkoda „Czartowskiej Skały”.