Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Franciszek Jaworski, CZARTOWSKA SKAŁA


Można gościńcem Łyczakowskim, można i drogą Krzywczycką, a zawsze się dusza uraduje – to białym szlakiem, który wzdyma się i opada jak pierś nadobnej dziewicy – to wreszcie leśną, wykrętną drożyną, piękną jak wymarzone śnienie studenta, podlotka lub starej panny. Bo Łyczaków zachował jeszcze trochę kokieterii na swoich odętych pagórkach, spadzistych wąwozach, rozsiadłych przy ziemi chałupkach. Jeszcze się Kajzerwaldu wycięty lasek naszczerzy resztką wytrzebionej drzewiny, jeszcze gdzie niegdzie gliniaste porysowane parowy, rozpęknięte garby dadzą złudzenie aż… wierchów tatrzańskich. Tak jest, wirchów smreczystych, bo pewien oryginalny zakopiańczyk, osiadłszy we Lwowie, zamieszkał na ulicy Leśnej i powiada, że „rankiem se chodzi wirchami” łyczakowskimi i dobrze mu jest.

Jeżeli jednak ów oryginalny zakopiańczyk zaaklimatyzuje się naprawdę we Lwowie – to z pewnością nie pójdzie na „Czartowską Skałę”, bo to dla lwowianina za daleko. Ho! Ho! Czartowska Skała! „Taże to kawał drogi”, a człowiek nóg swoich nie wygrał na loterii przecież, ani nie kupił na tandecie. Z pewnym więc zgorszeniem patrzy osiadły obywatel na wisusa studenta, co w gronie kolegów, podobnych jak i on wisusów, pędzi nie wiedzieć po co na Czartowską Skałę, nie może zrozumieć manii turystycznej akademika, a już splunąłby z indygnacją na widok familii, któraby w niedzielę, zamiast dusić się w kurzu placu powystawowego, zechciała odetchnąć świeżym powietrzem lesienickiego boru. Zresztą lwowianin na samej ulicy Łyczakowskiej za dużo ma pokus, aby się mógł im oprzeć i nie osiąść gdzieś po drodze na mieliźnie. Zaledwie bowiem minie otwarte na oścież podwoje szynku „pod rakiem” czyli po lwowsku „pod krebsem” i drugiego przybytku „pod turkiem”, już go woń piwnego „pod gołąbkami” uderzy ogródka i pana Piotra restauracja, Kijaka – po przejściu zaś rogatki, vulgo „kopytkowego drąga” już mu Knosef z dala „ogrodem zdrowia” powiewa, a bardzo wreszcie hartownej woli potrzeba, aby się oprzeć urokowi lesienickiego prazdroju – browaru Grunda.

 

Gdy tedy obywatelu lwowski miniesz jak Odyseusz owe Scylle i Charybdy, one syreny, co wabią zdradziecko rzępołem skrzypiec i rozdętymi dudami katarynki, możesz sobie powiedzieć jak pierwszy lepszy austriacki feldfebel: „ist gut” i maszerować dalej, aż do siódmego słupka kilometrowego między Lwowem a Winnikami.

 

Oh! Ty lwowski obywatelu! Ty, któryś wołowym barytonem – ryczał w kościele na majowym nabożeństwie – „chwalcie łąki umajone!” i tremolando ciągnął „góry i doliny zielone” i grzmiał wreszcie fortissimo „chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki” – ty, obywatelu lwowski, skręć koło siódmego słupka kilometrowego w lewo i popatrz – popatrz, jak to wszystko chwali Pana Boga, jak nawet z najwyższej skały onej „czartowskiej kazalnicy” grzmi pieśń potężna, której gardło twoje zapite nigdy wyśpiewać nie zdoła. Oh! ty lwowski obywatelu!

 

I jeszcze popatrz na źródła, zakręty, wyboje, na skaliste złomy, na leśne zaułki, na cały wreszcie majestat „Czartowskiej Skały”, abyś poznał i zrozumiał, co jest czar przyrody, jej uśmiech słodki, jej zwalista powaga i ogromnych głazów utajona potęga. To nie szatro ceglane, które się pompatycznie kamienicą nazywa, ani bruk trembowelskim ciosem wyłożony, ani wreszcie ogrodu jezuickiego wydeptana ścieżka – ale to jest moc i potęga, to piękność i uroczne szepty wiosny, to powaga gwaru lasu i skalistych zboczy, śpiew martwy, a tak bardzo dojmujący. Nie jest Czartowska Skała spacerowym ogrodem, ale pobojowiskiem tajemniczych mocy, które się zwarły ku górze i tak na zawsze zakrzepły i zmartwiały.

 

 

 

Widok z Kopca Unii Lubelskiej w kierunku wschodnim. Na pierwszym planie Piaskowa Góra, dalej wzgórza Zniesienia. Na ostatnim planie Czartowska Skała (z wieżą triangulacyjną)

 

 

To tak, jakby spieniona ziemia wzniosła się nagle pasmem wzgórz od Lwowa i sunąć chciała wzdłuż łyczakowskiego gościńca, na Winniki. Co ją w drodze wstrzymało, nie wiadomo, dość, że tuż nad Lesienicami urywa się nagle przyczółkiem wzniesionym do 418 metrów ponad poziom morza i tworzy tzw. „Czartowską Skałę”. Jest to najwyższy punkt w całej okolicy Lwowa, przewyższa go tylko nieco sam szczyt kopca na Wysokim Zamku. Las stary bukowy podchodzi aż pod sam wierzchołek wzgórza, u którego stóp bije małe źródełko, wyżej ułożyły się piaski zielonawe, a stromymi zboczami pnie się wysoka droga aż na sam szczyt Czartowskiej Skały.

 

Pionowo sterczące skały z wapnistego piaskowca odsłonięte są nagle od północy i piętrzą się na kilkanaście metrów wysoką, pionową skrzesaną ścianą, którą lud miejscowy powszechnie nazywa „kazalnicą czartowską”. Skała ta przypomina nieco podobne wybryki natury w okolicy Pieniak (Wysoki Kamień) i Podkamienia (słup kamienny pod klasztorem). Poniżej skały czartowskiej, na mocno spadzistym stoku północnym, rzucił ktoś przed wiekami „garść” głazów o rozmaitych, często fantastycznych formach, objętości kilku do kilkunastu metrów sześciennych.

 

Od strony gościńca łyczakowskiego i Winnik otula całą górę las bukowy, zwany na mapach „lasem żupan”. Tak więc w starożytnym żupanie śpi sobie i drzemie „Czartowska Skała” nadsłuchując tylko huku rozsadzanych prochem i kilofami bloków swoich kamiennych.

 

Bo Czartowska skała, od dawna już, od półwieku, a może i dłużej, karmi wnętrzem swoim okoliczne drogi i dostarcza kamienia każdemu, kto ma prawo założyć tam kamieniołom. Jest to jedyne jej bogactwo i jedyna chluba, bo podczas gdy Wysoki Zamek lub Piaskowa Góra ulokowały swe fundamenta na samym tylko, tak dobrze we Lwowie znanym, białym piasku, Czartowska Skała aż po sam swój wierzchołek jest kamienna. Bogactwo to jednak bodaj czy nie stanie się wkrótce przyczyną jej zagłady. Już dziś Czartowska Skała świeci dziurami wybranego kamienia, a dziury te coraz się powiększają, coraz bardziej zmieniają samą postać wzgórza, które dzięki dwom kamieniołomom, co się wpiły w jego ciało, gotowe zniknąć niebawem w naturalnym swym majestacie, a zmienić się w płaskie, banalne wzniesienie, podobne do trywialnej, pękatej niewiasty. Bywa zresztą i tak na świecie, ale mimo całego szacunku dla użyteczności kamieniołomów, niepodobna oprzeć się wrażeniu, że przecież szkoda tak pięknego zabytku przyrody, który od wieków nadawał krajobrazowi lwowskiemu wybitną, charakterystyczną cechę, a sam zasługuje jednak na coś innego aniżeli na zatykanie dziur na drodze. Być może, że Namiestnictwo lwowskie znajdzie jaki sposób zakonserwowania „czartowskiej skały”, która zresztą w wykazie przedłożonym ministerstwu umieszczoną została w rzędzie zabytków przyrody, zasługujących na ochronę.

 

Lwów tak brutalnie i bezwzględnie rozpiera się i niszczy swoje piękne do niedawna jeszcze okolice, że częściowe przynajmniej ratowanie tego, co się bez szkody dla nowożytnych potrzeb lub kolei Lwów–Podhajce da uratować, jest obowiązkiem tych, którzy kochają swoje miasto.

 

Przyznać trzeba, choćby to nawet trochę i przykro było, że Niemcy lwowscy z połowy dziewiętnastego wieku bardziej się zachwycali okolicą Lwowa aniżeli my dzisiaj. W świąteczne dni wybierały się rodziny biurokratyczne za miasto, rozkładały wszędzie, gdzie tylko przyroda hojną dłonią rozsypała swe dary i poiły się jej urokiem sentymentalne Niemki, wzdychał nawet filister biurokrata. Z tego sentymentu i z westchnień owych ­filisterska urosła nawet miniaturowa literatura niemiecka, opiewająca okropnym wierszem, płaczliwymi tony, a z nieodstępnym czarno-żółtym sosem piękność okolic Lwowa. Co prawda mdło i niedobrze się robi, gdy się czyta poetyczne sielanki w guście Spaziergange eines lemberger Poeten, von Łyczaków nach Kisielka albo drugie: Lembergs schoen Umgebungen, ale zawsze sielanki te były, czytały je rozmamłane Niemki i przepojeni piwem ich mężowie, a w niedzielę biegło to wszystko za miasto, zaludniało skromne wzgórki romantycznymi balladami w stylu swojego czasu i gdyby nie posunięta aż do obrzydliwości ckliwość, można by czuć nawet pewną sympatię dla tych, którzy niedaleko szukali przedmiotów swojego podziwu.

 

Naturalna rzecz, że „czartowska skała” wraz z całą swoją naprawdę romantyczną okolicą w pierwszym rzędzie stanowiła źródło natchnienia dla wieszczów lwowskich. Bo co dziś widzimy na Czartowskiej Skale, to tylko szczątki tych cudów przyrody, które się tu roztaczały jeszcze w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Wówczas cała przestrzeń ku wierzchołkowi zasiana była skałami, co siwe od starości, to porosłe mchem zielonym lub czerwonawym, wyginały się w fantastyczne nieledwie kształty. Widział w nich niedzielny wycieczkowiec to formy lwa gotującego się do skoku, lub rozpasaną architekturę diabelskiej kapliczki, zarysy spoczywającego krokodyla, lub wreszcie skalisty ołtarz ofiarny, otoczony krwawymi hienami. Niektóre skały, obrosłe niebieskim kwieciem niezapominajek, patrzyły martwo a dumnie na czerwony dach folwarku, co się ścielił u podnóża góry, lub malutka chatka małżonków Baczyńskich, staruszków, których publiczność lwowska nazywała Filomenem i Baucydą, lub wreszcie cały ogromny obszar, który od widnokręgu do widnokręgu roił się wioskami o „dziwnie zakrojonych kształtach” i panoramą Lwowa wraz z lewkiem na wieży ratuszowej i majestatycznymi kopułami św. Jura. A dalej tajemnicze groty, jakieś zwaliska, niby to mury Cyklopów, jakieś przejścia podziemne, a nad tym wszystkim niepodzielnie panujące trzy olbrzymich rozmiarów głazy łyse i nagie i aż potworne w tej swojej nagości, na której turysta i wycieczkowiec chętnie rył swe nazwisko i scyzorykiem uwieczniał pobyt swój na Czartowskiej Skale.

 

Dokończenie w następnym numerze