Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Maria Zdziarska-Zaleska, RATOWAŁA OBROŃCÓW LWOWA

Poniższy tekst stanowi rozdział zatytułowany „Lwów” z książki Marii Zdziarskiej-Zaleskiej pt. „W okopach. Pamiętnik kobiety lekarza batalionu”, I wyd. Warszawa 1934, II wyd. Łódź 2000. Autorka, studentka medycyny na Uniwersytecie Warszawskim, wyjechała w grudniu 1918 r. wraz z grupą koleżanek do Lwowa, gdzie jako sanitariuszki włączyły się do obrony Miasta. W 1920 r. działała w innych jeszcze rejonach zagrożonych Ziem Wschodnich.

 

Jechaliśmy 5 grudnia. Pociąg sanitarny złożony był ze starych niemieckich wagonów III klasy, kilku wagonów towarowych z noszami (dla ciężej rannych) i wagonu-kuchni.

Przed wyjazdem kazano mi wystarać się o lekarstwa, środki opatrunkowe i naczynia kuchenne. Dostałam urzędowe zapotrzebowanie i poodbierałam te wszystkie potrzebne rzeczy z magazynów sanitarnych, a czego tam nie mieli, dokupiłam z własnej floty.

Maria Zdziarska, Lwów 1919Personel pociągu składał się z lekarza, medyka, aptekarza, dwunastu akademiczek, komendanta-porucznika i dwudziestu żołnierzy załogi. Komendant kazał obrać między akademiczkami „starszą siostrę” – koleżanki obrały mnie. Zaraz pierwszego dnia wzięłyśmy się do mycia i czyszczenia wagonów, a jednocześnie dwie koleżanki gotowały dla całego personelu. W przeciągu dwóch dni drogi doprowadziłyśmy pociąg do względnego porządku, tak że już koło Rozwadowa był gotowy na przyjęcie rannych. Noc ostatnia z dnia 7 na 8 grudnia przeszła w naprężeniu. Wszyscy w ostrym pogotowiu. Ponieważ załoga była niewielka, komendant rozdał nam zapasowe karabiny.



Spodziewaliśmy się, że nas Ukraińcy zaatakują, gdyż wedle słów komendanta dworca Przemyśl nie było dnia, aby któryś z pociągów, idących do Lwowa lub ze Lwowa, nie został napadnięty.

Rano, szczęśliwie bez żadnych przygód, stanęliśmy we Lwowie. Tegoż dnia każda z nas miała kilka godzin wolnych, by wyjść na miasto. Oglądaliśmy Lwów i jego zniszczenie. Dziewiątego rano – wiadomość, że patrole ukraińskie na rogatkach i że linia kolejowa do Przemyśla obsadzona przez wroga. Bojąc się zniszczenia toru, natychmiast ładujemy transport rannych z „Techniki” i „Szpitala Garnizonowego”1 i wieczorem wyjeżdżamy.

Żegnając nas, lekarze z „Techniki” proszą, by o ile to będzie możliwe – wrócić, gdyż służby sanitarnej jako tako wykwalifikowanej brak ogromny.

Kilka z nas chciało zostać zaraz, ale oczywiście komendant pociągu nie zezwolił, gdyż nie miałby kto opiekować się rannymi w czasie drogi.

W trzech wagonach towarowych z pryczami i noszami mieszczą się ciężko ranni, reszta rannych ma tylko miejsca siedzące w wagonach III klasy. Każda z nas dziesięciorga (dwie są kucharkami) ma po dwa wagony pod swoją opieką. Mnie i Natalce Grodzińskiej dostają się wagony z rannymi Ukraińcami. Jedziemy trzy noce i dwa dni przez Kraków do Wadowic. Pracy bardzo wiele. Z gotowaniem koleżanki ledwie mogą nadążyć, choć kilku żołnierzy z załogi pomaga. Każda z nas, mająca pod swoją opieką rannych, musi trzy razy dziennie przynieść z kuchni do swoich wagonów jedzenie i naczynia (co jeszcze jest utrudnione koniecznością przenoszenia w czasie ruchu pociągu, gdyż prawie nigdzie nie stajemy), rozdzielić je, potem zebrać naczynia i w kuchni pomyć. Poza tym trzeba zmieniać opatrunki, gdyż jedne przeciekają, inne się zsuwają, dawać wodę do picia lub lekarstwa, bo na osiemdziesiąt rannych, którymi każda się opiekuje, zawsze się znajdzie któryś narzekający lub potrzebujący czegoś.

Cały więc czas jazdy pracujemy wszystkie, prawie bez wytchnienia. Dwunastego rano wyładowujemy transport w Wadowicach (w latach wojny istniał w Wadowicach duży szpital wojskowy dysponujący w 1919 roku 1500 miejscami) i przez dwa dni czyścimy wagony. Trzynastego wieczorem w Krakowie przychodzi rozkaz, by pociąg wracał do Warszawy.

Pięć z nas ponawia prośbę zwolnienia ze służby w pociągu, gdyż chcemy jechać do Lwowa. Komendant zgadza się i cała nasza piątka (Mija Matuszewska, Nata Grodzińska, Jadzia Zielińska, Kazia Maykowska i ja), dostawszy zwolnienie i dokumenty podróży, żegna personel pociągu sanitarnego i bieg­nie na stację szukać lokomocji do Lwowa. Osobowy ma odejść o jedenastej. Czekamy na stacji. Czuję się dziwnie zadowolona, spokojna i wprost przepełniona radością, że nareszcie jedzie się do prawdziwej i wyłącznej służby dla kraju.

Pociąg przyszedł już do Krakowa tak przepełniony, że nie można było marzyć o zdobyciu miejsca do siedzenia. Rano dojechaliśmy do Przemyśla, skąd po kilkugodzinnym postoju te same wagony wyruszyły dalej z zamiarem dotarcia do Medyki. Gdyśmy dojeżdżali do Medyki, zaczęli Ukraińcy ostrzeliwać pociąg artylerią, zmuszając go do szybkiego odwrotu do Przemyśla. Od komendanta dworca dowiedziałyśmy się, że tego dnia nie będzie już prób przedostania się do Lwowa, ale może nazajutrz koło południa wyruszy jakiś osobowy pod osłoną pancerki. Trzeba więc było pomyśleć o noclegu; dzięki naszym dokumentom podróży dostałyśmy przez komendę placu pomieszczenie w jakimś szpitalu.

Na drugi dzień rano byłam w katedrze na mszy świętej i u spowiedzi, potem zwiedziłam miasto, którego położenie bardzo mi się podobało.

Koło pierwszej rozmieszczamy się znów w wagonach, tym razem miejsc dużo, do Lwowa nie tak wielu podróżnych, przeważnie wojskowi. Dzięki bliskości walk – atmo­sfera dużej życzliwości i przychylności między ludźmi.

O trzeciej pociąg rusza i bez przeszkód dojeżdża do Medyki, tam trzeba wysiąść, przejść kilometr przez nadpsuty most i przesiąść się do pociągu wysłanego ze Lwowa.

O dziesiątej wieczór stajemy u celu. Wędrujemy na „Technikę” gdzie komendant patroli sanitarnych przyjmuje nas owacyjnie. Dostajemy herbatę i chleb oraz nocleg na sali chorych, gdzie leżą dwie ranne sanitariuszki. Następnego dnia w południe załatwiono formalności z przyjęciem nas do kolumny sanitarnej i już o piątej wyjechałyśmy autem we trzy (Nata, Kazia i ja) do Kulparkowa, na tak zwaną placówkę. Tam zastałyśmy medyka, który jest komendantem placówki. Żywią nas w zakładzie dla obłąkanych, gdzie mamy kwatery. Wieczorem idziemy do Sokolnik (cztery kilometry) zorientować się w położeniu naszego odcinka i dowiedzieć się, co tam słychać.

Noc przeszła spokojnie. Osiemnastego wieczorem odkomenderowano nas do Sokolnik2, do punktu opatrunkowego 4 kompanii 1 pułku Strzelców Lwowskich. W Sokolnikach, jako w pierwszej linii, trzeba było być w ostrym pogotowiu, czyli że człek spał nie rozbierając się i nawet nie zdejmując trzewików. Zaraz pierwszej nocy z osiemnastego na dziewiętnastego o drugiej rano dano znać, że Ukraińcy gotują się do ataku. Doktor nasz (lekarz 1 batalionu 1 pułku Strzelców Lwowskich) był „tchórzem podszyty”, kazał więc punkt zwinąć, wszystko spakować i „zwialiśmy” pod Kulparków. Około piątej rano, zobaczywszy, że do Sokolnik idą posiłki, doktor nabrał ducha i za posiłkami pociągnęliśmy z powrotem. Nigdy nie zapomnę widoku idących wtedy żołnierzy. Szedł 5 pułk piechoty, stare laguny.

Mgła, ciemno, tylko jaśniejszy trochę szlak drogi i idące sylwetki żołnierskie. Kompania za kompanią, wózki z karabinami maszynowymi. W Sokolnikach kazano nam rozłożyć punkt opatrunkowy w szkole. Obok umieścił się sztab. Byłyśmy świadkami obsadzenia Sokolnik i wysłania wojsk na zajęcie Sołonki. Z „Techniki” przyjechały dwa auta sanitarne i dwie „siostry”. Uważając, że na punkcie opatrunkowym jest nas więcej niż potrzeba, wyprosiłyśmy u doktora, by nas posłał na linię. O jedenastej dostajemy rozkaz, by wraz z dwoma sanitariuszami i parą noszy pójść na linię jako patrol sanitarny. Jednego z „sanitetów” doktor wyznaczył na komendanta patrolu, a my mamy mu być bezwzględnie posłuszne. Ów „łapiduch-komendant” dostał instrukcje, gdzie mamy iść i co robić. Pokazano mu „sztabówkę”, gdyż jak się potem okazało, nasz „sanitet” nie tylko nie znał się na mapach, ale szczegółową widział pierwszy raz w życiu. Piechota nasza posunęła się już sporo w stronę Sołonki, mieliśmy więc ze dwa kilometry do linii.

„Komendant”, jak prawdziwy łapiduch, przede wszystkim zatrzymał się po drodze w chałupie i kazał gotować mleko i dać jedzenia. Byłyśmy zirytowane takim „dowództwem”; naokoło słychać dobrą strzelaninę, a ten woli siedzieć w chacie i czekać na mleko. Po dość długich układach udało się nam nakłonić go do dalszej drogi. Minąwszy wieś, jeziorko, most, wyszliśmy na szosę, która już była mocno ostrzeliwana. Szliśmy bokiem, rowami, kule gwizdały nad głowami; „komendant” dawał nam z tyłu gromkie rozkazy, by zawrócić; udawałyśmy, że nie słyszymy, i brnęłyśmy wesoło dalej, wobec czego biedny komendant musiał posuwać się za nami, choć wolałby zapewne siedzieć spokojnie w chałupie nad mlekiem. Po kilkuset krokach, gdyśmy wydostali się za zakręt szosy, ujrzeliśmy w odległości jednej czwartej kilometra tyralierkę. Południe, śnieg biały aż lśniący, okolica falista, huk artylerii, trajkot maszynek, a przed nami na tle białości śnieżnej długa linia ciemnych sylwetek naszych żołnierzy, biegnących z całym spokojem po pochyłości pod górę, mimo że dokoła nich widać bryzgi śniegu od kul Ukraińców, którzy strzelają ze szczytu. Co chwila linia nasza zatrzymuje się, pada, salwa ogniowa i znowu z całym spokojem zrywają się naprzód. Byłam oczarowana – taka z całego tego obrazu biła pogarda śmierci i siła niefrasobliwości. Wtem widzimy, że jeden z żołnierzy w czasie biegu upadł nieprawidłowo, podbiegamy we dwie z Natą, będąc przekonane, że ranny; rzeczywiście dostał kulką w twarz. Prowadzimy go ze sto kroków do chałupki, gdzie miał punkt opatrunkowy lekarz batalionu, dr Borkowski, absolwent z Krakowa, jeden z tych dzielnych, znających swe obowiązki lekarzy batalionu. Dowiedzieliśmy się, że to 1 batalion 5 pułku piechoty Legionów. Lekarz z naszą pomocą nałożył opatrunek, a ponieważ był i drugi ranny, kazał mi doktor odwieźć obu na wozie do punktu w Sokolnikach. Spełniwszy rozkaz, wróciłam z końmi. Nasi posunęli się już z pół kilometra naprzód. Lekarz batalionu też przesunął swój posterunek. Rannych znowu było kilku. Przed wieczorem 5 pułk piechoty, za którym już ciągle się posuwałyśmy, zdobył Sołonkę. Lekarz batalionu kazał nam pójść za lewym skrzydłem, aby przeszukać, czy nie zostali tam ranni. Ciemno, śnieg, idziemy w piątkę polem, wpadamy po pas w zaspy, szukamy. Przeszukawszy cały wskazany nam odcinek, wracamy do Sołonki i już z ostatnimi prawie oddziałami kawalerii wycofujemy się do Sokolnik. Tu nikogo już z punktu sanitarnego nie zastajemy. Pędzimy do Kulparkowa, noc ciemna, zadymka, błądzimy, w końcu o drugiej w nocy docieramy do zakładu w Kulparkowie przemoczone do nitki, zziębnięte i głodne. Tam w izbie przyjęć kładziemy się na ławkach spać na kilka godzin. O szóstej rano ruszamy, jeszcze mokre, do Sokolnik i zakładamy punkt opatrunkowy. Ogarnia nas zniechęcenie. Widzimy, że mimo wielkich wysiłków i dużego nakładu energii i dobrej woli niewiele co zrobiłyśmy. Rozważamy, czy dobrze czynimy, będąc tutaj na służbie, i czy nie pożyteczniej byłoby pracować w szpitalu, wróciwszy do Warszawy. Jeść nie było co (kupiłyśmy trochę kartofli i buraków gotowanych, i to było całodzienne nasze pożywienie). Zimno porządne, drzewa nie ma, porąbałyśmy więc ławkę i napaliłyśmy nią w piecu. Przed wieczorem zjawił się lekarz z 1 pułku Strzelców Lwowskich, który od dziewiętnastego przebywał we Lwowie zamiast w Sokolnikach. O dziesiątej wieczorem zostałyśmy zluzowane przez trzy inne sanitariuszki i na czterdzieści osiem godzin odmaszerowałyśmy do Kulparkowa na odpoczynek.

Zniechęcenie i przygnębienie trwa dalej. Zastanawiamy się ciągle, czy nie pożyteczniej wrócić do Warszawy. Kazia decyduje się stanowczo wracać. Nata i ja mimo wielu „ale” czujemy, że nie można się po pierwszej próbie zniechęcać, że należy wytrwać. Nazajutrz Kazia wyjeżdża. Dwudziestego drugiego wieczorem znowu posyłają nas na czterdziestoośmiogodzinną służbę do Sokolnik; tym razem było cicho i spokojnie.

Dwudziestego czwartego o czwartej zmiana; wracamy do Kulparkowa. Na ­wilię dostajemy zaproszenie do stołowni lekarskiej zakładu. Wilia mimo uprzejmości lekarzy przeszła mi smutno. Drugi raz dopiero spędziłam ten dzień poza domem, a pierwszy raz bez nikogo bliskiego. Święta Bożego Narodzenia zawsze miały dla mnie najwięcej uroku i były najbardziej związane, jakby zrośnięte z pojęciem „domu rodzinnego”; toteż tego dnia, trudniej jeszcze niż w inne dni, było trwać na stanowisku, tak coś rwało i ciągnęło do „domu”, do swoich.


Od lewej: Mierczyńska, Grodzińska, Matuszewska, Gepnerówna, Zdziarska, Mierczyńska, Zielińska, Lwów 1919.

O dwunastej byłyśmy na pasterce w kaplicy zakładu. W pierwszy dzień świąt po południu odwołano nas na „Technikę”, a punkt w Kulparkowie zwinięto. Na „Technice” powiedziano nam, że na wszystkich punktach zastój i roboty nie ma. Mimo to było ostre pogotowie, nie mogłyśmy więc pójść na miasto, tylko trzeba było siedzieć w lokalu kolumny sanitarnej. Był to pokój na parterze w „Technice”. Prócz nas było tam jeszcze kilka innych sanitariuszek, które hałaśliwie i niewybrednie zabawiały się z szoferami aut sanitarnych. Nie chcąc słuchać i patrzeć, odwróciłyśmy nasze krzesełka w rogu pokoju do ściany i zwrócone plecami do krzykliwego towarzystwa, siedziałyśmy gawędząc we dwie. Dzień ten wydał się tym dłuższy i tym cięższy, że zwątpienie w owocność naszej pracy trwało dalej, a zetknięcie się bliższe z wojskiem i jego organizacją musiało ukazać obok bohaterstwa, uczciwości i bezbrzeżnego poświęcenia, tchórzostwo, małoduszność, nieuczciwość i brak obowiązkowości (bo przecież zawsze i wszędzie są różni ludzie); a nawet w pierwszych chwilach widok tych wszystkich wad w tak ukochanym i wyidealizowanym od dzieciństwa wojsku naszym – przesłonił dobre strony. Kwatera noclegowa była to wielka sala w gimnazjum obok „Techniki”, z kilkoma niezupełnie czystymi łóżkami. Na drugi dzień, widząc, że sytuacja się nie zmienia, postanowiłyśmy po południu iść do szefa sanitarnego, by zasięg­nąć informacji, czy jesteśmy rzeczywiście potrzebne, czy nie. Mjr Węgrzynowski3 nie chciał nawet słyszeć o naszym wyjeździe, dowodząc, że sił sanitarnych brak, a na nasz argument, że tyle czasu nic prawie nie zrobiłyśmy, że wojsko to przecież taka instytucja, w której musi być wszystko przygotowane na różne ewentualności, a tym bardziej musi być gotowa służba sanitarna, by w razie potrzeby nieść pomoc, gdy zaś na razie pomoc ta jest zbędna – to tym lepiej. Przekonało to nas zupełnie i postanowiłyśmy wytrwać.

Dwudziestego siódmego rano wysłano nas autem za Żółkiewską rogatkę. Ukraińcy zaatakowali Kościarnię i młyn i naszych stamtąd wyrzucili. Auto zostało przy fabryce konserw Ruckera, a my pobiegłyśmy z opatrunkami na linię. Były już tam dwie nasze współtowarzyszki, Jadzia Zielińska i Mija Matuszewska. Biegniemy prosto szosą w stronę Zboisk, nie zważając na kule. Niedaleko drogi do Kościarni spotykamy naszych, cofających się dość bezładnie. Mówią nam, że dalej zostali ranni. Mijamy więc żołnierzy. Wyprzedziłam Natę i o jakieś dwieście kroków widzę czołgającego się rowem rannego. Był to podporucznik ranny w udo, przestrzał przez kość, krwawi znacznie, ale robić opatrunek na miejscu nie sposób, gdyż Ukraińcy widząc nas, sieką wzdłuż rowu maszynką. Ranny już sił nie ma się czołgać, ja zaś nie mogę go unieść, ciągnę go za ręce po śniegu kilkadziesiąt kroków i dopiero za budynkiem robię opatrunek, umieszczam go na jakiejś kapie wziętej z domku żydowskiego i razem z Natą, która dobiegła, niesiemy. Co kilka kroków musimy przystawać, tak ciężko. Niesiemy pięćset metrów do mostku. Tam zastajemy żołnierzy z kompanii owego porucznika, którzy biorą go na płaszcz i karabiny. My zaś znowu zawracamy, gdyż mówią nam, że niedaleko został ranny jeden z żołnierzy. Rzeczywiście jest. Przeciągamy go pod mostek, robimy opatrunek i we czworo z dwoma żołnierzami – niesiemy. Iść strasznie ciężko, rów pełen topniejącego śniegu. Kule lecą dość gęsto. Jedna przeszywa spódnicę Naty, druga rękę rannego. W końcu docieramy do Ruckera i oddajemy rannych na auto. Zaraz zaczyna się nasz kontratak. Jest znowu kilku rannych, ale nie ciężko, robimy więc opatrunki i sami odchodzą do rogatek, gdzie dorożkarze z wielką chęcią i bez zapłaty sankami zabierają ich do szpitali. W chwilach wolnych donosimy amunicję skrzynkami, ale jeśli skrzynka pełna, to bardzo ciężko. Późnym wieczorem Kościarnia i młyn – odebrane. W Kościarni zastajemy ranną obywatelkę, Zośkę z batalionu szturmowego. Aut już nie ma, Nata sankami odwozi na „Technikę” obywatelkę i jeszcze dwóch rannych. Mróz duży . Daję do przykrycia rannej moje futro, a sama wracam na placówkę „Gafota” (Galicyjska Akcyjna Fabryka Obuwia), odległą o trzy kilometry. Na placówce tej od osiemnastego są Mija i Jadzia, a mnie i Nacie dwudziestego siódmego kazano tam pozostać. Mimo zmęczenia – nastrój świetny; czujemy wszystkie, żeśmy dnia nie zmarnowały. Wtedy dopiero zrozumiałam w pełni, że mimo bezczynności jest się pożyteczną, trwając na stanowisku, bo zawsze na czas można być tam, gdzie naszej pomocy potrzeba.

Placówka nasza mieści się w domu żydowskim obok fabryki konserw Ruckera, naprzeciw mamy zniszczoną fabrykę obuwia „Gafota”. Właściciele domku oddali nam salonik. Mamy tam rozklekotany fortepian, stół, parę krzeseł i sztuczną palmę. Sypiamy wszyscy na podłodze na sianie, które na dzień wynosimy. Prócz nas czterech jest dr Spittal4 (nasz komendant) i jako współlokator dr Tomasik5, lekarz batalionu szturmowego, stojącego na tym odcinku. Obaj lekarze odważni, sumienni i delikatni, tak że współpraca i współżycie z nimi łatwe. Sypiamy oczywiście nie rozbierając się, gdyż na placówce zawsze trzeba być w pogotowiu, najbardziej dokucza długie niezdejmowanie trzewików, tym bardziej że nieraz paru dni trzeba, aby namiękłe w śniegu wyschły na nogach. Jako przykrycie w nocy służą nam nasze palta. Najgorsza sprawa z opałem i praniem. Opału Żydzi nie mają, a zimno dokucza porządnie. Zobaczywszy kiedyś zapas węgla w Kościarni, jedziemy co dzień z ręcznymi saneczkami po ów węgiel. Prać również trzeba samemu. Dzień schodzi na sprzątaniu, paleniu w piecu, praniu, gotowaniu. Trochę się czyta lub gawędzi.

Trzydziestego przyjechał powtórnie do Lwowa nasz pociąg sanitarny. Radość nasza była wielka z zobaczenia znajomych oraz listów i paczek z domu. Ja dostałam całą masę bakalii, pierników, ale najbardziej ucieszyła mnie zapasowa para trzewików. Załoga odwiedziła nas a i my byłyśmy z wizytą w pociągu. Trzeciego pociąg zabrał transport rannych i odjechał. Zostały się trzy akademiczki, dwie siostry Mierczyńskie i Janka Niewiadomska. Czwartego posłano je na placówkę – na Persenkówkę.

Szóstego wieczór Nata i Jadzia, które chodziły po fasunek na „Technikę”, przyniosły wiadomość, że piątego zginęła na Persenkówce Janka Niewiadomska. Siódmego był u nas na inspekcji pułkownik-lekarz Halban6. Byłyśmy zachwycone jego uprzejmością i dobrocią. Poza alarmami fałszywymi lub strzelaniną – spokój.

Dziesiątego po południu pogrzeb Janki. Nata i Mija zostały na placówce, a ja z Jadwigą poszłyśmy na pogrzeb. Od bramy cmentarnej do grobu niosłyśmy trumnę we cztery, wraz z Mierczyńskimi. Pogrzeb miała Janka wojskowy. Był pluton honorowy, salwa nad grobem. Szef sanitarny mjr Węgrzynowski przemawiał, a byli też płk lek. Halban i mjr lek. Domaszewicz7. Rwała się Janka do służby dla kraju, do pracy ofiarnej, i na drugi dzień po zaczęciu tej służby – oddała wszystko krajowi, co oddać mogła – zginęła. Smutno. Wracając z pogrzebu, spotkałyśmy na placu Bernardyńskim szwadron 5 pułku ułanów. Przyszła odsiecz od Rawy Ruskiej przez Żółkiew, Dublany. Ucieszyłam się, widząc między ułanami Bogdana Pniewskiego. Pogawędziliśmy chwilę, tak miło spotkać daleko od domu znajomą twarz.

Idąc do swojej placówki, mijałyśmy piechotę i artylerię, które i potem jeszcze, późno w noc, szły szosą od Dublan ze śpiewem. Usłyszałam tego dnia pierwszy raz Wojenko, wojenko i Białe róże.

Jedenastego rano byłyśmy z Natą na „Technice” po fasunek, gdy okazała się natychmiastowa potrzeba udania się do Skniłowa. Pojechałyśmy we dwie i jakiś medyk. Auto sanitarne dowiozło nas tylko do rogatki, a dalej bali się jechać. Wziąwszy nosze, pobiegłyśmy piechotą. Medyk został z autem.

W Sygniówce w sztabie objaśniono nam, że Skniłów od rana był już dwa razy w rękach Ukraińców, że rannych podobno bardzo dużo, ale dojść nie można. Nie zważając na to, biegniemy. Strzelanina gęsta, ale przecież już jesteśmy z tym otrzaskane. O jakieś pół kilometra od Skniłowa spotykamy naszą tyralierkę wycofującą się, gdyż Skniłów znowu stracony. Dochodzimy prawie pod Syg­niówkę i po chwili za naszą linią, idącą już czwarty raz do kontrataku, posuwamy się naprzód. Skniłów odbity po raz czwarty. Rannych dużo. Zabieramy się do opatrunków. Do siódmej wieczorem bez odpoczynku pracujemy, zbierając, opatrując i wysyłając rannych. Wracając po skończonej pracy, o mało nie dostałyśmy się w ręce Ukraińców. Nasi opuścili Skniłów, o czym nie wiedziałyśmy, gdyż byłyśmy zajęte w chałupkach opatrywaniem rannych nieprzyjaciół. Udało nam się zwiać, ale Ukraińcy, umieściwszy na górce w Skniłowie maszynki, sypali kulami wzdłuż drogi. Dostałyśmy się jednak bez szwanku do Sygniówki, napotkawszy po drodze resztę batalionu szturmowego, wycofującego się ze Skniłowa. Przeczekałyśmy trochę, a gdy strzelanina zupełnie ucichła i dowiedziałyśmy się, że w nocy nie będzie naszego kontrataku, powróciłyśmy piechotą (około ośmiu kilometrów) na „Gafotę”, gdzie byłyśmy o jedenastej w nocy, porządnie zmachane i głodne. Tej nocy ułani 5 pułku ustąpili (a ściślej mówiąc, uciekli) z Dublan, częściowo wprost do Lwowa, częściowo zaś obsadzili Zboiska. O świcie chodziłyśmy do Zboisk dowiedzieć się, czy nie mają rannych i nie potrzebują pomocy sanitarnej. Spotkałam p. Tadeusza Plebańskiego. Przez parę dni na naszym odcinku względny spokój.

Szesnastego, gdym chodziła po fasunek na „Technikę”, powiedziano mi, że leży jakiś ranny student z Warszawy, który się chce koniecznie ze mną zobaczyć. Pobiegłam na salę. Ku mojemu przerażeniu ujrzałam Jurka Boguskiego (kolegę Zbyszka, który niejednokrotnie bywał w Łęgonicach). Biedak, bardzo ciężko ranny w brzuch, i to w pierwszej swej bitwie. Ucieszył się, gdy mnie zobaczył. Prosił, by przy nim pozostać. Dałam znać na placówkę, że nie wrócę zaraz, i zostałam. Jurek strasznie cierpiał z powodu pragnienia. Trzy dni już nic nie miał w ustach, błagał mnie, by mu dać piwa, ale po operacji jamy brzusznej (zeszycie w kilku miejscach podziurawionych kiszek) nie wolno mu było nic dawać, nawet picia. Mówił do mnie o swej śmierci, że się głęboko raduje, iż dane mu było spełnić obowiązek względem kraju; prosił, by powtórzyć jego rodzicom, że nie powinni się martwić, bo on umiera spokojny i radosny. Po paru godzinach zaczął bredzić, mówiąc o rodzinie, znajomych, granatach i powtarzając słowa modlitwy. Nie wierzyłam, aby mógł umrzeć ten tak dobrze znany student, jedynak, prawie dziecko jeszcze o twarzy dziewczynki. O siódmej wieczorem zmarł. W chwili śmierci, śmierci, której nie żałował bo była dla kraju, stał mi się tak bliski, że płakałam długo i serdecznie, modląc się przy jego zwłokach. Przyszedł lekarz, stwierdził zgon i kazano go wynieść do trupiarni. Biegałam do dowódcy szpitala, aby pozwolili umieścić zwłoki w kaplicy. Nic się nie dało zrobić. O dziesiątej powróciłam na placówkę.

Na drugi dzień o siódmej rano przyszłam na „Technikę”. Wydostałam ubranie Jurka, które nie było zupełne (widocznie część w czasie transportu lub w szpitalu się zapodziała). Dokupiłyśmy więc z Marysią Uhmianką (harcerka, siostra z sali, gdzie Jurek leżał) potrzebną resztę i poszłyśmy we dwie ubrać go. Okrutny, nigdy nie zapomniany widok trupiarni: czterdziestu żołnierzy zupełnie obdartych lub w strzępach, przeraźliwie pokaleczonych, z twarzami wykrzywionymi, z oczami rozwartymi, leżało rzędem pod ścianą, tak jak ich przywieziono z pola bitwy – przeważnie akademicy z 36 pułku. Tylko Jurek był na noszach przykryty kocem. Ubrawszy Jurka musiałam zostawić go jeszcze w tej strasznej trupiarni i pobiec kupić trumnę, na którą pieniądze pożyczył mi mjr Węgrzynowski. Gdy trumna już była, włożyliśmy do niej Jurka i wtedy pozwolono przenieść go do kaplicy szpitalnej. Dwa dni miałam bieganiny, by załatwić formalności pogrzebu.

 Dziewiętnastego wieczorem przyjechali ojciec i siostra Jurka wskutek mojej depeszy. Dwudziestego żałobne nabożeństwo i zalutowanie trumny, dwudziestego pierwszego wyprowadzenie zwłok na kolej.

Straszna była ta pierwsza śmierć na moich rękach znanego, bliskiego człowieka. Pod wrażeniem tych przejść pisałam do rodziców:

 

Lwów, dn. 21 I 1919 r.

 

[...] Dziś była eksportacja Jurka. Po mnie przysłano samochód z „Techniki” – więc byłam. Biedny ojciec, tak strasznie rozpaczał, a za konduktem szło tylko parę osób. Jedno więcej życie młode poszło na ofiarę, na wielki siew przyszłości. Zgasło to życie bez skarg, cicho, a nawet z radością spełnionej ofiary.

Co ich już padło na tej drodze przez te cztery lata! Ale Wolność to tak bezcenna rzecz, że trzeba ją krwią opłacić! A niegodziwość ludzka i nieuczciwość, i zażartość partyjna to takie ciężkie przewinienia, że trzeba je też krwią odkupić. Chwilami, patrząc na organizację władz i widząc wszędzie straszne usterki i braki, łamie się coś w człowieku w niepewności, czy przetrwamy, czy wzniesiemy gmach trwały i mocny, czy nie zabraknie nam ludzi szlachetnych. Ale to chwile tylko, bo wierzę całą duszą, że gmach naszego Państwa urośnie trwały i piękny i że będziemy mieli, musimy mieć, ogół ludzi szlachetnych.

 

Dwudziestego czwartego stycznia z rozkazu szefa sanitarnego pojechałam z koleżanką Jadzią Bujwidówną na inspekcję szpitali do Wadowic, Bielska i Dziedzic (w 1919 roku istniały w tych miejscowościach duże placówki polskiej wojskowej służby zdrowia). Stamtąd, stosownie do rozkazu, podążyłyśmy do Warszawy, aby przedstawić w Departamencie Sanitarnym warunki w armii „Wschód” i prosić o zabieranie transportów rannych do byłego Królestwa. Konferowałam w tej sprawie z płk. Lothem8, ówczesnym szefem Departamentu Sanitarnego, a moim profesorem. Trzeciego lutego byłyśmy z powrotem we Lwowie, załatwiwszy pomyślnie wszystkie zlecenia.

W czasie mojej nieobecności zwinięto posterunki sanitarne dookoła Lwowa. Zostałyśmy przydzielone do dywizyjnej kolumny sanitarnej. Mieszkałyśmy we Lwowie i rozwoziłyśmy do pułków stojących naokoło Lwowa ciepłą bieliznę, swetry i koce. Dwa tygodnie zeszło nam na tej nudnej i mozolnej pracy.

Siedemnastego lutego, wczesnym rankiem, słyszymy wielką strzelaninę w kilku miejscach, najgęstszą jednak od strony Rzęsny. Budzimy dowódcę kolumny. Uzyskujemy pozwolenie pójścia z opatrunkami na linię i o piątej jesteśmy już we cztery (Jadzia, Mija, Nata i ja) w drodze do Rzęsny. Między Rzęsną Polską a Ruską spotykamy pancerkę „Śmiały” dowodzoną przez por. Stanisława Małagowskiego. Podoficerem w tejże pancerce był brat dowódcy, Kazimierz. Jadzia i Mija znały obu braci, ja tylko młodszego, zatrzymałyśmy się więc na chwilę, aby zamienić kilka słów. Zaraz za Rzęsną Ruską dogoniłyśmy pierwszą linię naszych, posuwającą się naprzód. Pod lasem, jakiś kilometr drogi, byli ranni; dobrnęłyśmy tam przez śnieg i opatrzywszy ich, wysłałyśmy do Lwowa.

Minęliśmy tak Kozice, Domażyr. Gdzieś przed Domażyrem nasi się zatrzymali. Było południe. Mimo mrozu i śniegu człek był zmachany i chciało się pić. Z rozkoszą jadłyśmy śnieg garściami. Po paru godzinach nakazano ogólny odwrót. We dwie z Natą byłyśmy przy kompanii lwowskiej „Starka”, która miała osłaniać odwrót. Dochodząc do Kozic, dostałyśmy się w krzyżowy ogień. Kozice zajęte. Marny los. Trzeba okrążać, nakładać gdzieś na Zimną Wodę.

Około dziesiątej wieczór dotarłyśmy do Zimnej Wody, zmachani i głodni. Kompania zatrzymała się na noc. Zjadłszy trochę ciastek i wypiwszy herbaty (w karczmie żydowskiej nic więcej nie było), położyłyśmy się spać na ławach w tejże karczmie. Skoro świt wróciłyśmy przez Lwów do Rzęsny Polskiej, gdzie została nasza placówka sanitarna. Przez parę dni byłyśmy w Rzęśnie. Dwudziestego pierwszego powróciłyśmy do Lwowa, a dwudziestego trzeciego dostałyśmy obie z Natą od mjr Domaszewicza, szefa sanitarnego lwowskiej dywizji, przydział do 4 pułku piechoty Legionów.

Strasznie się obawiałam tego pułku, tym więcej, że szef sanitarny objaśnił nam, iż były tam jakieś „nieodpowiednie” sanitariuszki, które był zmuszony usunąć, i z tego powodu nie mógł nas przydzielić wcześniej do pułku, gdyż nie chciał, byśmy się z owymi sanitariuszkami zetknęły.

Trzęsłam się, idąc pierwszy raz do koszar na Zamarstynowie w celu zameldowania się lekarzowi pułkowemu. Lekarz pułkowy zatrzymał nas zaraz, aby mu pomóc przy „pułkowej wizycie lekarskiej”. Pierwsze wrażenie straszne: ambulatorium ciemne, brudne, izba chorych jeszcze gorsza i dwóch rządzących wszystkim sierżantów sanitarnych. Dowiedziałyśmy się, że tegoż jeszcze dnia przenosi się ambulatorium i izbę chorych do „Szkoły Sobieskiego”, którą pułk również zajmował. Po „wizycie” więc pomogłyśmy spakować aptekę i poszłyśmy obejrzeć nowy lokal – było to coś innego, duże, widne, dość czyste sale. Spotkałam tam kolegę T. Bartoszka, który był lekarzem II batalionu 4 pułku piechoty oraz moim kolegą z uniwersytetu. Nazajutrz miałyśmy pracę z urządzaniem ambulatorium i izby chorych na nowym miejscu. Starałyśmy się same zrobić jak najwięcej.

Dwudziestego pierwszego zawieszenie broni. Spokój zupełny. Korzystając z tego wykańczałyśmy urządzanie ambulatorium, kupując z naszej floty konieczne a brakujące rzeczy. Od harcerek lwowskich dostałyśmy obrazki i książki do izby chorych. W chwili zaczęcia naszej pracy w 4 pułku piechoty lekarzem pułkowym był dr Ostrowski, lekarzem izby chorych ppor. Maliński – stary czwartak, medyk z Krakowa, lekarzem I batalionu – ppor. Zajączkowski, II batalionu – kolega Bartoszek.

Stosunki nasze z całym sanitariatem pułkowym ułożyły się zupełnie dobrze; z żołnierzami spotykałyśmy się na razie tylko w ambulatorium i izbie chorych, a ponieważ starałyśmy się robić wszystko jak najlepiej, oceniali naszą dobrą wolę i pracę, darząc nas zaufaniem i sympatią.

Pierwszego marca wieczorem z powodu alarmu o jedenastej pojechałyśmy z dr. Zajączkowskim na rogatkę Żółkiewską, gdzie w fabryce Druckera przesiedzieliśmy w pogotowiu całą noc. Na rano wróciłyśmy do Lwowa, by być na wizycie lekarskiej i wypełnić swe obowiązki w izbie chorych. Przed południem wysłano nas znowu do Zboisk.

Na odcinku stał II batalion i w Zboiskach jako lekarz był kolega Bartoszek. Kazano nam pozostawać na odcinku dwa dni, gdyż był spodziewany atak Ukraińców, a służba sanitarna II batalionu, nie będąc kompletna, nie mogłaby wystarczyć na obsłużenie siedmiu placówek, dość rozrzuconych, bo na przestrzeni około dwóch kilometrów. Pierwszą rzeczą było oczywiście zapoznanie się z placówkami i dojściem do nich. Oprowadzał nas kolega Bartoszek i wtedy po raz pierwszy przekonałyśmy się o jego wielkiej odwadze, której potem niejednokrotnie dawał dowody. Do ataku tym razem nie doszło, cały czas była normalna pukanina, trochę większa nocą. Po dwóch dniach wróciłyśmy do Lwowa, aby prowadzić dalej naszą codzienną pracę w izbie chorych i ambulatorium.

Piątego znowu silniejsze ostrzeliwanie miasta. Kilka pocisków trafiło w składy z amunicją na dworcu Czerniowieckim. Przez dziesięć godzin trwał straszliwy pożar i kanonada wybuchających granatów. Siódmego atak Ukraińców na Zboiska. Mając raz na zawsze rozkaz, aby w razie ataku być na linii, w tej chwili pojechałyśmy do Zboisk. Szczęśliwie jednak rannych było niewielu. Ósmego część pułku dostała rozkaz wyjazdu do Jabłonny, a z reszty został utworzony czwarty batalion. Lekarzem tego batalionu został dr Ostrowski, inni lekarze wyjechali. Dziewiątego rano alarm, natychmiast wyjechałyśmy do Zboisk, wiedząc, że nie ma tam żadnego z lekarzy. Ukraińcy atakują, część naszych placówek już zdobyta. Czwarta placówka „Luśka” jeszcze się broni. Są na tej placówce ranni. Pędzimy tam obie, mimo że dojście trudne, droga odkryta na wzgórzu, a Ukraińcy sieką wzdłuż drogi maszynkami, aby nie dopuścić posiłków. Szczęśliwie jednak dobiegamy do placówki, robimy opatrunki, a potem na noszach wynosimy rannych. Z rannymi trzeba iść rowem, bo nie można ich narażać. Trudno i ciężko iść, gdyż rów napełniony jest rozmiękłą gliną (odwilż), w której grzęźnie się powyżej kolan. Toteż przeszedłszy tak parę razy ową drogę, aby wynieść z placówki wszystkich rannych, byłyśmy zmordowane porządnie i ubłocone nie do wiary. W Zboiskach we wsi był już jeden z lekarzy, przyjechał też konno szef sanitarny lwowskiej dywizji, mjr Domaszewicz, który trochę burczał na nas za narażanie się, nieostrożność itp.

Po południu zarządzono nasz kontratak i odebrano wszystkie placówki. Po naszym kontrataku chodziłam na VII placówkę „Piłsudczyk”, gdyż dano znać, że przed placówką jest ranny Ukrainiec. Mimo porządnej strzelaniny dotarłam do rannego i założyłam mu opatrunek, musiałam go jednak zostawić w polu do nocy, gdyż sama bym nie poradziła przyciągnąć go do placówki, a nie chciałam narażać naszych żołnierzy. Dopiero gdy się ściemniło, poszłam z jednym z sanitariuszy i przynieśliśmy rannego do Zboisk, ale ciężko było, bo to przeszło półtora kilometra drogi.

W nocy pozostałyśmy w Zboiskach. Panował już spokój. Na rano wróciłyśmy znowu do Lwowa do swych codziennych zajęć. Dzień ten 9 marca zdobył nam „markę” w pułku i szacunek żołnierzy. Z powodu ataku Ukraińców dziewiątego na wszystkie placówki pod Lwowem zawrócono ową część naszego pułku, która ósmego była załadowana na wagony, aby jechać do Jabłonny.

Jedenastego przerwana komunikacja między Lwowem a Przemyślem. Na naszym odcinku spokój. Miasto stale ostrzeliwane artylerią. Z szesnastego na siedemnastego spędzamy noc w Zboiskach z powodu alarmu. Dwudziestego trzeciego przywrócona komunikacja z Przemyślem; potem owa część naszego pułku przeznaczona do reorganizacji wyruszyła do kadry, pozostawiając we Lwowie tylko IV batalion. Dwudziestego ósmego znowu atak, na Kosiarnię. Byłyśmy tam, ale szczęśliwie nasi atak odparli i rannych nie było.

Poza tym spokojna praca w izbie chorych i ambulatorium. Ulepszamy co się da. Wydostajemy zapasy i gotujemy dla chorych, gdyż otrzymując jedzenie dla chorych z kotła, trudno utrzymać odpowiednie diety. Wcale nieźle udają się nam nasze ulepszenia. Inspekcja sanitarna, złożona z płk. Halbana i paru innych fiszów (których nazwisk nie pamiętam), orzekła, że nasza izba chorych ze wszystkich we Lwowie jest najlepiej urządzona i prowadzona. Stosunki tak z lekarzami, jak i żołnierzami, i oficerami mamy dobre.

W kwietniu coraz to alarmy, to ataki ukraińskie – ciągle prawie jesteśmy w Zboiskach. Miałam obiecany urlop dziesięciodniowy na Wielkanoc, tymczasem cofnięto urlopy i myślałam już, że na święta zostanę we Lwowie, gdy niespodziewanie w Wielki Piątek dostałam dokument podróży na trzy dni i w godzinę później wyjeżdżałam.

W nocy z soboty na niedzielę stanęłam w domu. Radość była nie byle jaka, choć króciutka, bo w drugi dzień świąt musiałam już wyjechać. We wtorek byłam z powrotem we Lwowie.

Tegoż dnia wieczorem przyszedł rozkaz pogotowia marszowego i całą parą musiałyśmy się brać do pakowania oraz zwijania izby chorych i ambulatorium. W dwa dni potem cały nasz IV batalion 4 pułku piechoty wyjechał transportem do kadry do Jabłonny. Sanitariat batalionu miał cały wagon dla siebie. Pierwszy raz jechałam transportem wojskowym; cudownie było, na stacjach wiara śpiewała, jechaliśmy coś trzy dni.

Pierwszego maja stanęliśmy w Jabłonnie. Zaraz skoszarowali batalion i dowiedziałyśmy się, że będą go reorganizować. Dostałyśmy przepustki do Warszawy i po obiedzie powitalnym, który odbył się w kasynie oficerskim z mowami, toastami itd., machnęłyśmy się do Warszawy na dwa dni, w czasie których obiecano nam wyrobić urlopy. Po dwóch dniach dostałyśmy dokumenty podróży i karty urlopowe na dziesięć dni.

Pojechałyśmy – Nata do Warszawy, ja do domu.

 

Okładka przedwojennego wydania książki, 1934MARIA ZDZIARSKA-ZALESKA (1898–1987) dr medycyny, oficer Armii Krajowej. Brała czynny udział w wojnie polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej jako sanitariuszka i lekarz batalionu. Podczas II wojny niosła pomoc cywilom i żołnierzom. Uczestniczyła w życiu konspiracyjnym. Aresztowana przez gestapo w 1943, więziona w obozach koncentracyjnych. Po wojnie mieszkała we Francji i pracowała w organizacjach polonijnych. W 1961 roku otrzymała od gen. Andersa stopień kapitana służby zdrowia. Odznaczona Krzyżem Walecznych, orderem Virtuti Militari, Krzyżem Niepodległości z mieczami oraz innymi odznaczeniami.







PRZYPISY (wybrane i skrócone)     

 

1   W listopadzie 1918 roku siły polskie we Lwowie dysponowały następującymi zakładami leczniczymi: Szpital nr 1 w gmachu Politechniki (dlatego potocznie „Technika”) przy ulicy Leona Sapiehy (przy nim mieściły się też dwie kolumny sanitarno-transportowe: samochodowa i konna, magazyn apteczny i lotne patrole, szpital dysponował ponadto trzema filiami: w internacie im. Piramowicza, przy ul. Listopada 6, w zakładzie karnym dla kobiet i w gimnazjum ukraińskim przy Leona Sapiehy), Szpital nr 2 Garnizonowy, ulokowany w barakach przy Kleparowskiej.

2   Po ewakuacji Lwowa przywódcy ukraińscy postanowili jak najszybciej odzyskać miasto, będące dla obu stron konfliktu symbolem. Zamiast uderzyć na Przemyśl i okrążyć Lwów wojska ukraińskie uwikłały się w ciężkie walki na przedmieściach. W początkach grudnia Ukraińcy dysponowali blisko 30 tys. żołnierzy wspartych 40 działami, znacznie przewyższając siły polskie. Niesprzyjającym dla atakujących czynnikiem była pogoda – zima w 1918 r. w tych stronach była wyjątkowo mroźna i śnieżna. W końcu grudnia Ukraińcy rozpoczęli ostrzał miasta z dalekosiężnej ciężkiej artylerii. Pierwszy poważny atak na Lwów nastąpił 25 XII  1918, a drugi dwa dni później. Polscy obrońcy walczyli bardzo mężnie, powszechnie znana stała się obrona Persenkówki, której kilkudziesięciu obrońców nie poddając się walczyło do końca. 29 grudnia Ukraińcy zdobyli stację wodociągów miejskich, a następnego dnia ich artyleria uszkodziła poważnie elektrownię, miasto zostało pozbawione prądu i wody. Z powodu odcięcia Lwowa od zaplecza zaczęły się kłopoty z zaopatrzeniem. Wojna zaczęła przybierać coraz okrutniejszą postać, została np. spalona wieś Sokolniki. W krytycznym dla obrońców momencie w początkach stycznia 1919 do Lwowa przebiła się odsiecz, wydatnie wzmacniając siły obrońców. Rozpoczęły się wówczas na obrzeżach miasta ciężkie walki pozycyjne. W lutym rozgorzały walki na całym obszarze od Medyki po Lwów. 25 lutego pod naciskiem misji alianckiej nastąpiło zawieszenie broni. Sytuację Ukraińców komplikował fakt, że walczyli także z oddziałami rosyjskimi – zarówno bolszewickimi, jak i białogwardyjskimi. Nie chcąc iść na ustępstwa, 1 marca zerwali rozejm i wznowili działania zbrojne. Jeszcze przez kilka tygodni toczyły się w okolicach Lwowa ciężkie walki, ale już od połowy marca skierowano w ten rejon znaczne posiłki, m.in. oddziały wielkopolskie. Przyczyniły się one do odrzucenia wojsk ukraińskich i zlikwidowania bezpośredniego zagrożenia miasta. Ostateczny cios polskie wojska zadały w maju, gdy ruszyła, w nocy z 13 na 14 tego miesiąca, wielka ofensywa od Prypeci po Karpaty.

3   Węgrzynowski Lesław Ignacy Żarmota, ur. w 1885 roku, dyplom lekarski w 1910 r. Po zakończeniu działań wojennych przeszedł do rezerwy. W latach trzydziestych był dyrektorem Lecznicy Lwowskiego Tow. Walki z Gruźlicą w Hołosku Wielkim pod Lwowem oraz Tow. Walki z Gruźlicą we Lwowie. Wchodził również w skład Związku Lekarzy Państwa Polskiego.

4   Spittal Stanisław, ur. 17 XI 1891 r., dyplom lekarski w 1921 r. Po zakończeniu działań wojennych pozostał w armii, ukończył studia. Awansował na kapitana, a potem na majora. Służył długo we Lwowie: najpierw w Wydziale Superrewizyjno-Inwalidzkim VI Okręgu Korpusu, potem był lekarzem w 6 batalionie sanitarnym (1925–1930), ordynatorem 6 Szpitala Okręgowego (VI 1930 – X 1931). Następnie przeszedł na stanowisko ordynatora Wojskowego Sanatorium w Zakopanem, skąd w 1932 odszedł do rezerwy. Jako lekarz ogólny praktykował w Załoźcach w powiecie Zborów.

5   Tomasik Witold, po wojnie w rezerwie, w 1923 w 6 batalionie sanitarnym jako podlekarz (studenci ostatnich lat medycyny służący w wojsku)

6   Halban Henryk, ur. w 1870 roku. Po wojnie w stopniu pułkownika rezerwy w 6 batalionie sanitarnym. Zmarł we Lwowie w 1933 roku.

7   Domaszewicz Aleksander, ur w 1887 r., absolwent Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Lwowskiego. Od 1907 związany z polskimi organizacjami niepodległościowymi, w latach 1913–1919 w ówczesnej Klinice Chorób Nerwowych i Umysłowych Wydziału Lekarskiego macierzystej uczelni. Od 1915 r. w Legionach, m.in. komendant szpitala. Czynny na terenie Lwowa w czasie walk o miasto, od XI 1918 komendant szpitala nr 1 „Techniki”. Po wojnie w rezerwie. Bardzo aktywny na lwowskiej niwie politycznej i społecznej. Był posłem i senatorem. Jako lekarz był od 1922 r. ordynatorem oddziału neurologiczno-psychiatrycznego Państwowego Szpitala Powszechnego, w 1930 r. utworzył pierwszy w Polsce oddział neurochirurgii. W kampanii wrześniowej ponownie zorganizował szpital wojskowy na terenie lwowskiej politechniki i był jego dowódcą. Aktywny w konspiracji, więziony przez Rosjan i Niemców w 1940 r. przedostał się do Warszawy. Był odznaczony wieloma orderami. Zmarł 14 IX 1948 roku.

8              Loth Edward, ur w 1884, dyplom lekarski w 1907, wybitny anatom i antropolog. Współtwórca polskiej wojskowej służby zdrowia.