Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Maria Mokrzycowa, HISTORIA LWOWSKIEGO LOTNIKA

 

W czasie I wojny światowej mój ojciec Stefan Trolka (1896–1945) służył w wojsku austriackim na terenie Austrii. Był lotnikiem i mechanikiem samochodowym. Pod koniec października 1918 roku przyjechał do swoich rodziców, mieszkających we Lwowie przy ulicy Lwowskich Dzieci, nieopodal kościoła św. Elżbiety, aby spędzić z nimi urlop. Ulica została tak nazwana później, ale nie znam jej wcześniejszej nazwy.

 Ojciec był wstrząśnięty, gdy 1 listopada 1918 roku zobaczył wszędzie ruskie flagi i pełno żołnierzy ukraińskich. Wtedy narodziła się nowa nacja, Rusini stali się Ukraińcami. Na ratuszu i wszystkich gmachach urzędowych zawiesili swoje flagi. Byli to strzelcy siczowi, którzy chcieli stworzyć swoje państwo na terenie wschodniej Galicji. Państwem tym miał rządzić arcyksiążę Wilhelm Habsburg z linii żywieckiej. Muszę tu dodać, że mimo tego nieudanego członka rodu rodzina ta wykazała się dużym patriotyzmem w czasie II wojny światowej.

 Moment rozpoczęcia tej wojny Ukraińcy świetnie wybrali, bo dorośli mężczyźni zdolni do walki byli w szeregach armii austriackiej na różnych frontach, a we Lwowie pozostały tylko kobiety, starzy ludzie, dzieci i młodzież. Wkrótce po rozpoczęciu ataku przez Ukraińców do ojca przyszło dużo młodzieży gimnazjalnej z prośbą o broń i szkolenie w strzelaniu. Ojciec udał się z nimi na lotnisko w Skniłowie i wraz ze swoimi kolegami uzbroił ich i nauczył strzelać. Na lotnisku były zapasy broni, po którą zgłosiło się więcej młodzieży; lotnisko w Skniłowie nigdy nie wpadło w ręce ukraińskie. Młodzi chłopcy uzbrojeni i przeszkoleni ruszyli do obrony swojego miasta – by stać się Orlętami Lwowskimi.

 Ojciec już nie wrócił do mieszkania swoich rodziców, tylko pozostał na lotnisku. Miał pełne ręce roboty, bo lotników i mechaników było mało, samolotów też niewiele, były wyeksploatowane i wymagały ciągłych napraw. Ojciec został kierownikiem montowni samolotów. Nasi lotnicy patrolowali drogi wiodące do Lwowa. Na Lwów szły rzesze chłopstwa ukraińskiego. Nasi lotnicy ostrzeliwali ich i zrzucali na te hordy bomby zapalające. Gdy bomb zabrakło, zrzucali na nich bańki wypełnione benzyną, które sami sporządzali.

Do Skniłowa przybyli też brawurowi lotnicy amerykańscy.

Na odsiecz naszemu miastu przybyło wielu ochotników z całej Polski. Muszę się też pochwalić, że mój wuj, podpułkownik Ludwik Iwaszko, wówczas porucznik, stał na czele pociągu pancernego, który osłaniał drogę kolejową wiodącą do Przemyśla.

Wszyscy, którzy brali udział w obronie Lwowa, zostali odznaczeni Krzyżem Obrony Lwowa.

My, Kresowiacy, jeśli tylko możemy, pielgrzymujemy na cmentarz Obrońców Lwowa. Wstrząsające wrażenie robią groby tych bardzo młodych chłopców.

Chcę dodać, ze nieopodal tego cmentarza były groby lotników, którzy brali udział w obronie Lwowa, nawet jeśli zmarli później. Na krzyżach ich grobów były śmigła samolotów.

W 1939 roku ojciec mój został zmobilizowany i znowu znalazł się w Skniłowie. Gdy zaczęły się tam pierwsze naloty niemieckie, nasi lotnicy rzucili się do samolotów, aby odlecieć i ratować maszyny.

Nie wszystkim się to udało. Ojca usiłował zastrzelić jakiś młody oficer, ale zginął na całe szczęście w czasie tego bombardowania. Po tych nieszczęsnych działaniach wojennych prześledził jego pochodzenie, ów zdrajca był wnukiem kolonistów niemieckich, prawdopodobnie z Winnik.

Po upadku Polski, gdy już u nas byli sowieci, do mieszkania moich rodziców przybyła duża grupa lotników, kolegów ojca. Chcieli oni przedrzeć się na Węgry. Mieli sowicie opłaconego przewodnika.

Moja mama, która była dużo młodsza od ojca, rzuciła mu się do nóg, błagała, aby nie zostawiał jej samej z dziećmi. Całe szczęście, że ojciec został, bo ten ukraiński przewodnik zdradził lotników i cała grupa została zastrzelona. Pamiętam jedynie, że wśród nich był mąż mojej cioci, kapitan Nowotny, też lotnik. Wkrótce moja ciocia wraz z 15-letnią siostrą została wywieziona do Kazachstanu. Parę lat po wojnie wróciła do Polski.

Mój ojciec przeżył wojnę, ale Sowieci dopadli go tuż po wojnie, zmarł 1 sierpnia 1945 roku.