Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Ks. prof. dr Józef Wołczański, OD OBROŃCÓW LWOWA CHCEMY UCZYĆ SIĘ PATRIOTYZMU I SZLACHETNOŚCI

Kazanie wygłoszone w czasie mszy św. za Orlęta Lwowskie 22 listopada 2013 r. w Bazylice Mariackiej w Krakowie

Naszą pamięcią, modlitwą ogarniamy dzisiaj Obrońców Lwowa w 95. rocznicę oswobodzenia miasta spod władzy wojsk ukraińskich i chcemy przypomnieć sobie ich heroiczną postawę, postawę Orląt Lwowskich, młodych ludzi, dziewcząt i chłopców, którzy nie zważając na trudy, na poświęcenie, na cenę, jaką trzeba było zapłacić, walczyli o miasto, ojczyste miasto, o Ojczyznę, o związek ziem południowo-wschodnich z Rzeczpospolitą. Chcemy uczyć się od nich patriotyzmu, szlachetności, bezinteresowności, altruizmu i heroicznego umiłowania Polski, naszej Matki. Ale dołączamy również pamięć o innej rocznicy – o 70-leciu ukraińskich mordów na Polakach w Polsce Południowo-Wschodniej, na Wołyniu podczas II wojny światowej. To jakby spadkobiercy tamtych napastników wojny ukraińsko-polskiej, to jakby odprysk tych, którzy wal­czyli w dramatyczny, bestialski, wyrafinowany sposób, który nie liczył się z ludzkim ani Boskim prawem, likwidując przeszło 100 tys. istnień polskich na Kresach. Chcemy tę pamięć, naszą modlitwę i serce złożyć tu na ołtarzu, aby Bóg przyjął naszych rodaków i aby trud ich życia nie okazał się marny. Pragniemy także pamiętać o więźniach łagrów, zsyłek, katorgi, tych wszystkich ludziach, którzy budowali pamięć i patriotyzm. Uczmy się od nich i postępujmy w ich ślady.

Lwowianka Helena Terlecka napisała w czasie II wojny światowej, podczas zesłania na Sybir, przejmujący wiersz pod tytułem Bądź wola Twoja:

 

Ciągle kogoś zostawiam po drodze

Ciągle od kogoś odchodzę

A droga taka daleka

I ciągle ktoś na mnie czeka

Wciąż ktoś ze świata mnie woła

Pustka dokoła

Dokoła łez tęcza niestartych

Łez biednych

Nic już niewartych

Więc tak bez końca

Tak ciągle

Więc tylko cicho się modlę

Niech wola Twoja się stanie

O Chryste nasz Panie

 

Wydawałoby się, że to są pesymistyczne słowa pełne rezygnacji, kapitulacji, a jednak jest to postawa chrześcijańska przyjęcia Boga za drogowskaz, za osobę. Chcemy i dzisiaj przyjrzeć się wydarzeniom, które znamy z historii, ale również z opowiadań bliższych i dalszych osób, które kształtowały naszą ludzką świadomość. Ale spójrzmy najpierw na dzisiejsze czytanie; otóż przed chwilą odczytaliśmy przypowieść św. Mateusza o pannach rozsądnych i niemądrych. W starym tłumaczeniu użyto bardziej adekwatnych i soczystych określeń: o pannach głupich i mądrych, bo czym innym jest nierozsądek, a czym innym głupota. Czym innym jest mądrość, a czym innym jest roztropność. I jednak w tym klimacie poprawności tutaj także znajdzie się takie glossy, które nie chcą ranić naszych uszu. Ale oto owe panny głupie, które czekają na oblubieńca, zapomniały zaopatrzyć się w oliwę. Te drugie, mądre wiedziały, że może opóźnić się przybycie oczekiwanego gospodarza. I oto nagle pod koniec nieoczekiwanie przybywa ów pan, którego wszyscy wyglądają. Jedne z nich narzekają na brak oliwy, a drugie cieszą się, że posiadają tę oliwę. Jaki jest finał, jaka jest konsekwencja tej sceny? Otóż te, które nie były przewidujące, zostały wyproszone na zewnątrz, nie były gotowe na spotkanie, nie były godne spotkania. Te, które zaś były przewidujące, zostały zaproszone na salony. To także nasza ludzka rzeczywistość. I my ulegamy mirażom. I nam się wydaje, że mamy pod dostatkiem środków do życia. I my cieszymy się z asekuracji, różnego rodzaju układów towarzyskich, zawodowych, prywatnych czy sąsiedzkich. Ale w najmniej oczekiwanym momencie przychodzi niespodzianka. Jesteśmy osamotnieni i płaczemy po nocach. Nikt nas nie chce wspomóc. Przyjaciele nas nie poznają, a i bliższa rodzina odwraca się plecami. Brak owej roztropności, przewidywania, mądrości skutkuje potem katastrofą. To ponadczasowa opowieść Chrystusa.

Ale również i w naszych dziejach były tego typu analogie. Oto pod koniec I wojny światowej wszyscy marzą o wolnej Polsce, o Polsce złożonej z terytorium integralnego sprzed zaborów. Nikt nie wyobrażał sobie, że zabraknie w wolnej Ojczyźnie Lwowa, Wilna i owych Kresów, które tworzyły kulturę przez wieki. Ale zabrakło przewidywania, zabrakło mądrości, zabrakło roztropności. I oto 1 listopada 1918 roku Ukraińcy zawłaszczają Lwów i południowo-wschodnie Kresy. Wszędzie łopoczą flagi ukraińskie ku zaskoczeniu i goryczy Polaków, znikają emblematy władzy austriackiej i pojawia się nowy porządek rzeczy: represje, restrykcje, szantaże, rozstrzelania i różnego rodzaju opresje. Padają ich ofiarą Polacy, którzy chcieli stworzyć tam, odbudować Polskę na tych ziemiach, które od wieków należały do Rzeczypospolitej. Wszyscy wiemy, jakie były trudy walki o Lwów i o Kresy. To już stała się legendą owa opowieść o Orlętach, o tych, którym niestraszne były znoje, którzy uciekali przed matką, ojcem do zbrojnych oddziałów, aby zasilić je swoimi siłami. W jednej z kronik klasztoru Karmelitanek Bosych we Lwowie siostra klauzurowa opisuje młodego chłopca, który znalazł się w sąsiedztwie ich klasztoru. I pisze w ten sposób: Wśród grupki obrońców znalazł się dwudziestoletni Iwo Skałkowski. Po spowiedzi i komunii św. zaproszony został na śniadanie. Potem wesoło opowiadał szczegóły znanych walk, niebezpieczeństw, a przed odejściem ukląkł przed kratą prosząc o błogosławieństwo na dalszą drogę, a była to droga ostatnia. W samo święto Młodzianków zginął śmiercią bohatera zaciętej walki z ukraińskim pancernikiem miotającym wściekłe pociski na miasto. Innym, jeszcze młodszym od Iwona był 18-letni Piątkowski. Matka jego, prawdziwie wielka Polka, na wieść, że ten syn ukochany idzie w szeregi, rzekła do niego: Idź, nie będę cię wstrzymywać, bo w sercu moim na pierwszym miejscu Bóg, na drugim Ojczyzna, a dzieci moje na trzecim. Poszedł więc, a jego ciotka spotkała go na ulicy, jak wychodził z kościoła naszego z wyrazem takiego rozradowania na twarzy, że zapytała go o przyczynę. Ten zawołał: Ciociu, wyspowiadałem się, teraz jestem lekki, taki szczęśliwy, gotów na wszystko. Poszedł, a raczej wybiegł do boju, aby na drugi dzień przy zdobywaniu sejmu paść w obronie miasta i Ojczyzny.

Takich zapisów jest mnóstwo i wszyscy dobrze je znamy z literatury, historii, malarstwa polskiego. Ale trzeba sobie powiedzieć jedno, że ową inspiracją popychającą ówczesną młodzież polską do walki był najczystszej próby patriotyzm, była świadomość, że skoro brakuje wojska, żołnierzy, to trzeba oddać to co najcenniejsze: życie, młodość, bez względu na konsekwencje. A konsekwencje były najczęściej tragiczne: rany, a nawet śmierć. To dlatego potem po zakończeniu wojny wzniesiono ów panteon ku czci Orląt Lwowskich, gdzie przeciętna wieku bohaterów oscyluje od 14 do 22 lat. Nie oglądano się na przyszłość, na aktualną karierę, na lęk przed śmiercią, ale wiedziano, że Ojczyzna jest w potrzebie, że trzeba pójść i złożyć dla niej w ofierze swoje życie.

To dla nas także wielkie wyzwanie i nuta refleksji: Jaką my dzisiaj prezentujemy postawę? Czy stać nas na poświęcenie dla Ojczyzny? Dzisiaj nie mamy takich potrzeb, aby pójść walczyć zbrojnie, ale czy umiemy poświęcić swój czas, swoje myślenie, swoją młodość na rzetelność, na uczciwość w pracy, w szkole, w nauce, na przyjaźń czystą i głęboką, na umiejętność szukania i budowania relacji z ludźmi, na poświęcenie, na altruizm, na zaniechanie prywaty, egoizmu, a oddanie swego czasu, swego życia ideałom największym. To każdy z nas jest wezwany do rachunku sumienia, aby w tym naszym patrzeniu na problem spojrzeć jak w lustro w swoją twarz i w swoje życie.

Ale obok tych Orląt, które walczyły o każde piętro miasta Lwowa, a także innych miast wschodnich, południowo-wschodniej Polski pojawili się także ludzie cywilni, którzy znosili udręczenia od okupacji ukraińskiej. Cały impet nowej władzy był obliczony na usunięcie z powierzchni ziemi śladów polskości. Ale w pierwszym przypadku ten impet skierowany był pod adresem inteligencji świeckiej i duchownej: nauczycieli, dyrektorów przedsiębiorstw, urzędników państwowych, a także kapłanów i zakonników. W Kołodziejówce koło Tarnopola Ukrainiec, wpadając na plebanię, krzyczy do księdza: Gdyby ciebie tu nie było, to nie byłoby Polaków. Ty agitowałeś i głosowałeś na posła Polaka, a posłowie polscy domagają się likwidacji naszej Ukrainy. Po czym komendant wydaje wyraźny wyrok: Nie strzelać do niego, ale wymierzyć mu 80 nahajek, a potem rozsiekać na kawałki! Ksiądz uszedł z życiem szczęśliwie, ponieważ opresanci byli zajęci rabunkiem plebanii. Ale obok niego takie represje spotkały sześciu duchownych, którzy zostali rozstrzelani tylko dlatego, że byli Polakami i katolikami. To właśnie w nich widziano ośrodek oporu, bo gdzie był ksiądz, gdzie był kościół łaciński, kościół polski, tam budowała się świadomość polska, zachodnia, cywilizacja europejska. Te wszystkie rzeczy na ogół są nam znane, a jednak mimo wszystko warte przypomnienia.

W innym miejscu żołnierze ukraińscy pochwycili Polaka, który dostał się do niewoli jako ranny polski żołnierz. Wrzucili go do rzeki Złotej Lipy. Rzecz działa się koło Tarnopola, w Markowej. A gdy ten nie utonął i dopłynął do brzegu, wrzucili go po raz drugi, a następnie po raz trzeci. Gdy i za trzecim razem się nie utopił, wzięto go na przesłuchanie. Przede wszystkim zażądano, aby mówił po rusku, czyli po ukraińsku. Ten nie znał tego języka, więc przesłuchiwano go gruntownie i za każdym razem bito nahajką, aż wreszcie zanurzono go pod wodą i utopiono jak psa. Wszystkie epizody pochodzą z kronik kościołów i klasztorów. Te materiały przez dziesięciolecia były niedostępne do badań naukowych, zamknięte, ale warte przytoczenia, bo pokazują one drugą stronę wydarzeń, nie ową batalistyczną, ale psychologiczną, ludzką twarz tamtych czasów. Wydawałoby się, że to Kościół powinien łagodzić konflikty. Tak zwykle było. Ale w tym przypadku Kościół greckokatolicki, także przecież katolicki, ale obrządku wschodniego, przyjął postawę inną, lansując tezę o konieczności zbudowania Ukrainy niepodległej. I znowu cytat z kroniki z Ostrówka koło Sokala: Ruchowi owemu przewodzili księża ruscy, tak jak przewodzili w pracy lat dziesiątki nad wychowaniem tego ruchu nacjonalistycznego i nagle przebudzili się zaalarmowani straszną rzeczywistością. Zrzucili maskę ci, którzy w niej grali rolę zręcznie, przyjaciół naszych, w naszych polskich kołach towarzyskich. Oni to wiece zwoływali, w cerkwiach na nas do rzezi nawoływali i gwałtów. Za nimi nauczycielstwo, chłopstwo, żywioły rozpalone nienawiścią stawały się tym szkodliwsze, że nasze posiadały zaufanie. Najbliżsi Ukraińcy, znając dokładnie stosunki miejscowe, powodowali aresztowania, rabunki i doszczętne ruiny naszych plebanii, dworów polskich, ludu polskiego. Strasznie liczne straty, ale duch ludu naszego stanął jak szczytna wieża na tych gruzach.

Tych przykładów jest mnóstwo i byłoby bezcelowym je tutaj przytaczać, bo są one wydrukowane, dostępne w literaturze historycznej, ale spójrzmy na to z perspektywy czasu. Ileż ci nasi rodacy musieli tam wycierpieć. Ileż znieść owego bezhołowia, owego całkowitego, pełnego grozy niebezpieczeństwa, że tu nie będzie już nigdy Polski. Że z tego regionu Europy Polska ma zniknąć. To tamte czasy, ale niespełna dwadzieścia lat potem, podczas II wojny światowej przyszły jeszcze mocniejsze akordy. Oto działalność band ukraińskich UPA i stowarzyszonych z nią oddziałów położyły faktycznie kres istnieniu polskości na tych ziemiach. Dzisiaj, podróżując po Ukrainie, dzisiejszej Ukrainie, spotyka się puste obszary, zwłaszcza na Wołyniu, gdzie tylko ślady studni, albo też podmurówek domów świadczą o niegdysiejszych osadach i wioskach. Nad owymi pustymi zgliszczami, pogorzeliskami szybują ptaki, a tylko niekiedy Polacy ocaleni, wypędzeni, mieszkający dziś tu w naszych granicach przyjeżdżają tam z nostalgią i tęsknotą na groby najbliższych.

W tym roku* na 15 sierpnia zostałem poproszony z kazaniem do Bazyliki Metropolitalnej we Lwowie na uroczystość Matki Bożej Wniebowziętej. Przywołałem m.in. aktualną 70. rocznicę mordów ukraińskich na polskich obywatelach Kresów Wschodnich. Przytoczyłem pewne fragmenty z owych wydarzeń w oparciu o kroniki kościelne. Przytoczyłem w sposób beznamiętny, historyczny, konkretny, nie rozliczeniowy. Po mszy św. zostałem wezwany do zakrystii i nieznany mi mężczyzna zaczął mnie pouczać, że jest oburzony tonacją kazania, ponieważ on szukał tutaj modlitwy, a zetknął się z polityką. W czasie dyskusji okazało się, że jest to urzędnik ukraińskiej służby bezpieczeństwa, czyli dawnego KGB sowieckiego, który nadal inwigiluje Kościół i chce monitorować styl formułowania pewnych prawd i problemów, zjawisk i opinii na temat historii. Zarzucił mi, że nie wspomniałem o Akcji Wisła, nie wspomniałem o Chmielnickim, że nie wspomniałem o Ukraińcach zamordowanych przez Polaków. Kiedy odwołałem się do tematu kazania, a więc Matki Bożej Wniebowziętej, rocznicy eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w II wojnie światowej, ten upierał się, że jest to jednak manipulacja, a on chciał jako Ukrainiec usłyszeć drugą prawdę – o polskich bestialstwach na ukraińskim narodzie. Kiedy wytykałem mu ignorancję i całkowitą nieznajomość historii, a właściwie jakąś chęć ukazania swojej prawdy za każdą cenę, ten zaczął z kolei dyskutować ze mną, że w zasadzie jest oburzony i zagroził mi jutrzejszymi rozruchami we Lwowie wskutek mojego kazania. Zaproponowałem mu, żeby zacząć dziś, na świeżo, bo noc ostudzi zapały. Odszedł oburzony, zapowiadając dalsze konsekwencje, których oczywiście nie było. To także jest skutek tamtych dziesięcioleci minionych.

Święty arcybiskup Bilczewski pisał, że gdyby Ukraińcy zwyciężyli w czasie tej wojny o Lwów w roku 1918, to nie byłoby mowy o jakimkolwiek już śladzie cywilizacji zachodniej na tamtych ziemiach. Dziś dzieje się to w sposób metodyczny: niszczenie kościołów, przebudowa ich struktur, brył architektonicznych, usuwanie i dewastacje pomników polskiej kultury, a na Łyczakowie, mimo iż jest to cmentarz objęty statusem muzeum, dalej następuje zjawisko rabunku, dewastacji, kradzieży i zacierania polskich napisów. To także krzyk tamtych czasów. Wydaje się, że ten symbol orła broniącego gniazda poszedł na marne. Że ten zryw bohaterstwa naszych rodaków z roku 1918 właściwie był bezprzykładny, a zarazem niepotrzebny, bo i tak wszystko przepadło. A jednak nie, bo przecież istnieje w ludziach pamięć, istnieje w narodzie pamięć, bo tylko ten naród, co traci pamięć, traci życie. Stąd chcemy nie tyle karmić się historią dla niej samej, ale uczyć się na błędach przeszłości – po to, by nie popełniać w przyszłości błędów.

Co więc dzisiaj możemy wynieść z tej lekcji historii? Przede wszystkim konieczność odwiedzania tamtych ziem, częstych wizyt na naszych wschodnich ziemiach. Nie po to, aby odzyskiwać je siłą, przemocą czy inną metodą, ale aby pielęgnować pamięć o dziejach i o kulturze tamtych stron. To przykre, że Niemcy potrafią z pomocą dotacji rządowych starać się o wzniesienie muzeum czy ośrodka pamięci o wypędzonych. A nasz kraj, nasze środowiska rządowe nie umieją zdobyć się na tego rodzaju gest, aby zabezpieczyć na przyszłość pamięć o tamtych dziejach, o kulturze, o wymiarze psychologicznym, a także materialnym. Wobec tego jedźmy tam, na Wschód. Umiejmy dostrzegać piękno tamtych ziem. Umiejmy ratować resztki cywilizacji zachodniej, nie w kontraście do Wschodu, ale aby utrzymać to, co zostało. Za lat sto czy dwieście nie będzie już śladów żadnych. Jeśli zaniedbamy teraz tę akcję ratunku, potem będzie się mówić tylko i wyłącznie o kulturze bizantyjskiej. Już dzisiaj zresztą pojawiają się państwowe wydawnictwa albumowe w języku ukraińskim, mówiące o gotyku ukraińskim, o baroku ukraińskim, o renesansie ukraińskim, o rokoko ukraińskim. Jest to więc próba zawłaszczenia w jakiś sposób pojęć, zjawisk, wydarzeń, które nie są przypisane tamtej cywilizacji.

Kto jednak z Europejczyków bywających na Wschodzie zrozumie te niuanse? Chcemy zatem bywać tam i zwiedzać, ale również próbujmy publikować swoje wspomnienia, wspominać swoich bliskich. Dokumenty gromadzić skrzętnie. Umiejmy je jakoś kumulować w jednym miejscu. Bodaj w tutejszej Bibliotece Jagiellońskiej, Ossolineum wrocławskim, w instytucjach, które mają znamię trwałości. Niech zostaną te resztki pamiątek. Niech będą krzykiem na bezludziu. Niech będą jakąś jasną żagwią pokazującą dorobek, kulturę i ładunek serca.

Chcemy dziś prosić Boga, abyśmy sami nie umarli, aby nasza pamięć nie umarła, aby nasze serca nie wystygły i aby nasz rozum nie otępiał wskutek dobrobytu i wskutek wszechobecnego dostatku i bylejakości. Chcemy prosić Boga o wrażliwość, o czujność, o roztropność i wreszcie mądrość, by modląc się o sprawy doczesne, nie zatracić także pamięci o przeszłości. Przytoczmy jeszcze jeden wiersz owej lwowianki, Heleny Terleckiej, która będąc w łagrach sowieckich marzyła o powrocie na ziemie ojczyste. Pisała również w tonacji bardzo pesymistycznej, ale oddającej jej stan ducha:

 

Na Twoje Jezu umęczone ciało

Padły łzy Matki bolesne i święte

Co się stać miało

Już się dokonało

Poprzez wyroki Boga niepojęte

Smutne są dusze uczniów aż do śmierci

I cicho płacze Maryja z Magdali

O Panie, Panie cóżeś nam uczynił

I któż Ci Chryste ten kamień odwali

Na Twoje ciało bolesne Ojczyzno

Padły łzy matek ofiarne i święte

Co się stać miało

Już się dokonało

Poprzez wyroki Boga niepojęte

Smutne są dusze nasze aż do śmierci

I jak Maryja płaczemy z Magdali

Że żaden, żaden jeszcze z nas nie godzien

Kamienia z grobu twojego odwalić

 


*    Chodzi oczywiście o rok 2013.

 

Tekst przygotowała do druku Anna Madej.