Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Paweł Pencakowski, TYLKO WE LWOWIE (1)

 

Pamięci Profesor Wandy Pencakowskiej (1922–2008) – mojej Matki

 

Jakże trudno jest pisać o Lwowie człowiekowi urodzonemu i wychowanemu w rodzinie lwowskiej!

Do pisania potrzebny jest pewien dystans, jakiś obiektywizm, a ludziom stamtąd, w tym i mnie samemu, tego właśnie dystansu brakuje. Choć bowiem całe życie mieszkałem w Krakowie, to jednak ten Lwów był wciąż obecny w moim rodzinnym domu.

 

Jawił się on w specyficznym słownictwie, w charakterystycznym śpiewnym akcencie (kiedy niedawno prezentowano dokonania zmarłego trenera tysiąclecia – Kazimierza Górskiego, oczywiście lwowiaka – jego sposób mówienia przypomniał mi nieżyjącego od wielu lat mego Ojca). Był ten Lwów punktem odniesienia wszelkich ocen, funkcjonował we wszystkich możliwych porównaniach i zawsze, na każdym polu wygrywał: ta co tam Rzym, co tam Paryż i Florencja – Lwów to dopiero...

 

Do mego świata należeli od samego początku honorowi batiarzy lwowscy, eleganckie lwowskie panie i rezolutne przekupki. Jedna z nich zamieszkała po wojnie w Krakowie i moja babcia robiła kawał drogi, aby pod pozorem kupowania marchewki czy pietruszki – porozmawiać z tą kobietą, znaną tylko z widzenia sprzed wojny (spotkania pani profesorowej z przekupką kończyły się zazwyczaj łzami). Od dzieciństwa wiedziałem, kim byli Tońcio i Szczepcio ze słynnej „Lwowskiej fali”, kim zaś rozstrzelani przez Niemców profesorowie tamtejszych uczelni oraz inni wywiezieni prze sowietów i zamorzeni na „nieludzkiej ziemi”. Wiedziałem, co się wydarzyło w więzieniu w tzw. Brygidkach i jak wyglądały wywózki lwowiaków na wschód (wśród wywiezionych była moja Matka). Znałem heroiczną epopeję lwowskiej Armii Krajowej i „Wachlarza”.

Znana mi była z opowieści najpiękniejsza na świecie panorama miasta: oczywiście panorama Lwowa oglądana z Wysokiego Zamku, Cmentarz Orląt – najwspanialsze campo santo Europy. Wiedziałem, że w tym niezwykłym mieście istniały trzy archikatedry katolickie (jedyny taki przypadek w skali świata!), znakomite uczelnie wyższe z Uniwersytetem i Politechniką na czele. Szybko poznałem maksymę Leopolis semper fidelis Poloniae i dowiedziałem się, że od swego założenia do 1708 roku to miasto nie zostało nigdy zdobyte. Że tu król Jan Kazimierz składał swoje śluby Królowej Korony Polskiej. I że kiedy nadszedł czas próby, lwowscy mieszczanie nie chcieli przyjąć do wiadomości pierwszego rozbioru Polski i złożyć przysięgi na wierność cesarzowej Marii Teresie i Austrii – oni jedyni i poseł Ziemi Nowogródzkiej Tadeusz Rejtan, protestujący w sposób tyleż dramatyczny co bezskuteczny na sejmie warszawskim. Wiedziałem co to jest cytadela, co to pułk „Dzieci Lwowa”. Znana mi była pewna kamienica (zdaje się na Zamarstynowie), z dachu której woda odprowadzana była do Morza Czarnego z jednej połaci, a do Bałtyku z drugiej – bo tędy właśnie przebiegał europejski dział wód. Znałem z opowieści parki i place, wzgórza i ulice, „Panoramę Racławicką” i pocztę, dworzec i teatr, kościół św. Elżbiety i schronisko ck weteranów wojskowych.

O każdym z tych miejsc traktowała piosenka lub jej zwrotka, jakiś wiersz, anegdota czy wspomnienie.

W świadomości dziecka, a później młodzieńca, to co powszechne we Lwowie i ogólnie znane łączyło się z tym co rodzinne, najbliższe. A więc zegar u Bernardynów, który śpieszył się trochę i bijąc wskazywał uczniom, że już najwyższy czas, aby biec do szkoły (poganiał on również moją Mamę, mieszkającą z rodzicami i bratem przy ulicy Wyspiańskiego). Na samym początku ulicy Łyczakowskiej, naprzeciw kościoła Klarysek, znajdowało się zaś biuro firmy projektowo-budowlanej dziadka Stefana. Firma ta prowadziła kiedyś prace konserwatorskie w Arsenale Królewskim i tam między podbiciem stropu a podłogą robotnicy znaleźli doskonale zachowany żółty ser: ogromny krąg mający – jak obliczono – ponad 220 lat. Mój Ojciec wspominał jego smak!

We Lwowie była kawiarnia „Szkocka”, w której zbierali się matematycy z Uniwersytetu, tworzący słynną na całym świecie szkołę matematyczną, oraz kawiarnia „Roma”, gdzie spotykali się pracownicy naukowi Politechniki – bywał tam mój dziadek Jan – ojciec matki. Oprócz nich renomowana restauracja Bisanza i hotel „George”, gdzie lubił podjeść dobrze sobie radzący dziadek Stefan, i cukiernia Ludwika Zalewskiego, której nadzwyczajne wyroby transportowano co dzień do Paryża samolotem! Dochodzi do tego II Żeńskie Gimnazjum im. Adama Asnyka, I Państwowe Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego, wreszcie Wydział Architektury Politechniki Lwowskiej, które to szkoły średniego i wyższego stopnia ukończyli moi rodzice. A byli tam z nimi ich wspaniali nauczyciele i profesorowie, koleżanki i koledzy. Tam rodziły się przyjaźnie, które przetrwały długie lata, trwała nauka i gdy nadszedł czas ciężkiej próby: konspiracja, wojenna bieda i poniewierka, ucisk i heroizm oraz śmierć zbierająca obfite żniwo.

Ale nade wszystko wspominana była u nas w domu atmosfera – ta szczególna atmosfera przedwojennego Lwowa – aura przyjaźni, otwartości, serdeczności. Ten świat zawalił się jak wiadomo w czasie II wojny światowej i przestał istnieć.

 

Widok centrum Lwowa  z czasów przed II wojną

 

Kiedy teraz piszę o tym, przypomina mi się Rzeźnia numer pięć, genialna książka Kurta Vonneguta, który spróbował napisać dzieło o zagładzie Drezna w czasie II wojny światowej, a właściwie o wojnie samej, jej okropieństwach, bezsensie i o tym, że człowiek jest niczym wobec „spuszczonej z łańcucha historii”. Zamiast grubego tomu noblista Vonnegut stworzył cienką, „bełkotliwą” – jak sam mówi – książczynę, w której tłumaczy, że wielkiej tragedii opisać nie sposób. W obliczu totalnej katastrofy trzeba milczeć. Ponadto człowiek nie powinien oglądać się wstecz, bo skończy jak biblijna żona Lota, która obejrzała się na ginące miasto i zamieniona została w słup soli. Ale Lwów to przecież nie Sodoma, która za wyrokiem Boskim przepadła z kretesem, i nie Drezno, które – choć całkowicie zburzone – zostało jednak odbudowane. Lwów przetrwał jako miasto: jego gmachy, arterie, zieleń, zaułki istnieją wciąż i nadal zachwycają. O tym można mówić i o tym chciałbym napisać tych parę stron. Tak więc będzie to tekst o tym, czym Lwów był i czym pozostaje dla Polaków, a szczególnie dla lwowian. Jest on bowiem obok Warszawy, Krakowa i Wilna jednym z czterech mitycznych miast, wokół których koncentruje się, żyje i rozwija polska wyobraźnia historyczna i pamięć narodowa, niezależnie od geopolityki, wysiłków rozmaitych ciemnych sił i upływu czasu.

Lwów leży na europejskim dziale wód, w miejscu gdzie stykają się trzy obszary geograficzne: Płyta Podolska, Wyżyna Mało­polska i Roztocze, na prastarym szlaku handlowym łączącym od tysiąca lat łaciński Zachód z bizantyjskim Wschodem, z Lewantem i krajami islamu. Miasto założone zostało w połowie XIII wieku przez księcia halicko-włodzimierskiego Daniela i nazwane imieniem jego syna Lwa (†1301). W granicach Królestwa Polskiego Lwów znalazł się w roku 1349 w ramach realizacji umów dynastycznych, nie zaś podboju. Od tego czasu datuje się jego dynamiczny rozwój. Kamieniem milowym była lokacja miasta na prawie magdeburskim (1356), podniesienie go do rangi stolicy województwa ruskiego oraz przeniesienie tu siedziby arcybiskupstwa z Halicza (1412). Lwów ukształtował się jako miasto wieloetniczne. Mieszkali tu Rusini, Ormianie, Polacy, Niemcy, Żydzi, Włosi, Węgrzy, Wołosi, Grecy, Hucułowie i inni. Mówiono tu różnymi językami i wyznawano rozmaite religie. Obok biskupstwa łacińskiego było już w połowie XIV wieku biskupstwo ormiańskie i prawosławne – od 1539 roku. Z czasem przekształciły się one w trzy arcybiskupstwa katolickie obrządku łacińskiego, ormiańskiego i greckiego (to ostatnie w 1700 r., w związku z przyjęciem Unii). Działały tu mocne organizacje cechowe, rozwijał się samorząd miejski, funkcjonowały instytucje samorządowe, religijne i kulturalne, rozmaite stowarzyszenia i bractwa, a wśród nich założone w połowie XVI w., łączące w swych szeregach Rusinów, Bractwo Uspieńskie, cieszące się niezależnością od ortodoksyjnej hierarchii Kościoła obrządku wschodniego (Stauropigia), zasłużone w wydawaniu książek i fundacjach pobożnych.

 Po połowie XIV w. we Lwowie powstała regularna sieć ulic i rynek, wzniesiono fortyfikacje miejskie, wodociągi i kanalizację, powstała mennica. W XV i XVI w. można było obserwować wspaniały rozkwit rzemiosła i handlu, w tym handlu lewantyńskiego. Siedziby swoje miały we Lwowie najznakomitsze rody magnackie. Zróżnicowana struktura ludnościowa i kulturowa miasta znajdowała swoje odzwierciedlenie w architekturze i sztuce Lwowa, łączącej rozmaite pierwiastki oraz promieniującej we wszystkie strony zarówno w średniowieczu, w erze nowożytnej, jak i później. Wszystko to owocowało również w literaturze, teatrze, poezji i w nauce.

 

 Rynek lwowski

 

Patrząc na Lwów i usiłując odkryć źródło jego szczególnego piękna, należy zacząć od układu przestrzennego. Miasto Lwów rozwijało się pod względem urbanistycznym w sposób racjonalny i harmonijny. Ulokowane w zróżnicowanym pod względem topografii terenie, miało zawsze wiele miejsca dla siebie. Ruskie miasto przedlokacyjne usytuowane było u stóp Wysokiego Zamku. Tam znajduje się Stary Rynek i najdawniejsze świątynie: cerkwie św. Mikołaja, św. Onufrego (Bazylianów), św. Praksedy (Paraskewii) oraz kościoły łacińskie św. Jana Chrzciciela i Matki Boskiej Śnieżnej. Wszystkie one postawiono za czasów panowania książąt ruskich, którzy – jak widać – przejawiali daleko posuniętą tolerancję w sprawach wyznaniowych. Tam tez powstały pierwsze budowle świeckie, po których czas zatarł wszelkie ślady.

Miasto lokacyjne, założone z całą pewnością przez inteligentnych i dobrze wykształconych średniowiecznych urbanistów z Zachodu, charakteryzuje się istnieniem obszernego rynku pośrodku i sieci regularnie rozplanowanych ulic. Tę szczególną osnowę urbanistyczną wzbogacał i wypełniał stopniowo architektoniczny wątek prezentujący „wszystkie kolory tęczy”. Było więc miejsce na ratusz – chwałę Lwowa, siedzibę jego samorządu, na liczne kościoły – w tym farę miejską, podniesioną do rangi katedry, a później archikatedry, i katedrę ormiańską. Dochodzą do tego cerkwie (np. Uspieńska, zwana Wołoską), kościoły i klasztory katolickie (Augustianów, Bernardynów, Jezuitów, Reformatów, Karmelitów, Trynitarzy, Pijarów, Klarysek, Benedyktynek i tylu innych), ormiański kościół św. Krzyża, jak również synagogi, w których modlili się lwowscy Żydzi, i – z czasem – protestanckie zbory. Wokół rynku budowano z rozmachem kamienice i pałace, które były też przerabiane i zdobione przez następne pokolenia.

Jednak Lwów rozwijał się dalej i wkrótce wyszedł poza ramy nakreślone przez czternastowiecznych urbanistów. Rozrastały się więc jego przedmieścia sytuowane wzdłuż głównych ciągów drogowych. Tam wznoszono nowe świątynie, w tym m.in. wspaniałe założenie katedry św. Jura, a także mały kościół św. Antoniego przy ulicy Łyczakowskiej, św. Marii Magdaleny przy ulicy L. Sapiehy, św. Mikołaja przy ulicy Mochnackiego czy zbór ewangelicki przy ulicy Zielonej. Kwitły więc za czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów te lwowskie przedmieścia.

 Ciąg dalszy w następnym numerze