Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Z ks. ALFONSEM GÓROWSKM rozmawia Janusz M. Paluch

Mieliśmy okazję się poznać w Kołomyi w czerwcu 2002 r. Podejmował ksiądz wtedy popularny polski zespół Stare Dobre Małżeństwo, który dzięki Generalnemu Konsulatowi RP we Lwowie wędrował ze swą pieśnią po Kresach. Pytanie, w jaki sposób polski ksiądz z Diecezji Tarnowskiej trafił na Kresy, zadawałem pewnie podczas tego spotkania. Teraz, zachęcając Księdza do wspomnień o tamtych latach, ponawiam je…

Już w czasie studiów w Seminarium Duchownym myślałem o tym, że chętnie podjąłbym pracę duszpasterską na Kresach. Oczywiście nie było to wtedy ani skonkretyzowane, ani możliwe, przecież to był jeszcze okres schyłkowego Związku Sowieckiego. A i w Polsce, choć komuna już się słaniała, to jednak miała się jeszcze całkiem dobrze. Na kapłana zostałem wyświęcony w 1987 r. przez ks. bpa Jerzego Ablewicza, ordynariusza tarnowskiego.

 

Skąd wtedy taki pomysł? Z tego co wiem, nie ma ksiądz żadnych rodzinnych związków z Kresami.

 

W czasach, kiedy w Polsce rodziła się pierwsza Solidarność, byłem uczniem Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Długosza w Nowym Sączu. Docierała do nas literatura podziemna, z której chętnie korzystaliśmy. Wtedy pierwszy raz czytałem pamiętniki ks. Bukowińskiego, który prowadził duszpasterską pracę na terenie ZSRS. Te wspomnienia były poruszające. I na pewno pragnienie misyjnej pracy na wschodzie rodziło się we mnie już wtedy. Po święceniach kapłańskich ksiądz biskup podjął jednak bardzo słuszną decyzję, abym popracował jakiś czas w rodzimej diecezji, by nabyć doświadczenia kapłańskie w warunkach typowo polskiej parafii. Tym bardziej że wtedy nie było jeszcze warunków do podjęcia normalnej pracy duszpasterskiej na wschodzie. Taka możliwość pojawiła się dopiero około 1989 r. po spotkaniach papieża Jana Pawła II z Michaiłem Gorbaczowem. Wtedy na wschód pojechali do pracy misyjnej pierwsi kapłani z Polski. Ja chciałem pojechać już w 1991 r., ale nie pozwoliła na to sytuacja w parafii Barcice, w dolinie Popradu, gdzie pracowałem jako wikariusz. Spędziłem tam pięć niezapomnianych lat. Piękna parafia i jakże dobrze się tam pracowało! Wiele się tam nauczyłem, a te doświadczenia owocowały potem w pracy na Kresach. W Barcicach zatrzymały mnie najpierw choroba księdza proboszcza, potem jego śmierć. Mój wyjazd na wschód trochę się odciągał. Dopiero w 1992 r., kilka miesięcy po powstaniu państwa ukraińskiego, za zgodą ks. biskupa Józefa Życińskiego, wyjechałem na Kresy. We Lwowie zgłosiłem się do ks. metropolity arcybiskupa Mariana Jaworskiego, który skierował mnie do pracy w Tarnopolu.

 

Czy to był pierwszy wyjazd księdza w tamte strony?

 

W 1991 r. udało mi się wyjechać na taką krótkotrwałą posługę kapłańską do Bukowiny w Rumunii, w okolice Suczawy. Wyjechaliśmy z kolegą, ks. Adamem Urbańskim, na wakacyjny kurs służby liturgicznej do miejscowości Solonetul Nou, czyli do Sołońca Nowego nieopodal Kaczyki. Mieszkają tam Polacy, potomkowie rodzin górniczych, którzy budowali kopalnię soli w Kaczyce. Większość ludzi zamieszkujących okoliczne miejscowości to Polacy używający na co dzień języka polskiego, gwary lachowskiej. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Pierwsze szokujące zadziwienie to 36 godzin spędzonych na granicy radziecko-rumuńskiej! Tam się odbywały wtedy sceny dantejskie, strach w oczach! Zastanawialiśmy się, gdzie my jesteśmy! W końcu dotarliśmy na miejsce. Spotkanie z ludźmi, którzy po tylu latach potrafili zachować polskość, kulturę i tradycję, w tym świecie przecież prawosławnym, to był dla nas bardzo pozytywny impuls. Kościół rzymskokatolicki trzymał się tam dość mocno. Sanktuarium w Kaczyce, do którego jechaliśmy, wybudowane zostało też przez górników bocheńskich.

 

Mówimy o pięknym neogotyckim kościele wzbijającym ku niebu swe wieże nieopodal kopalni soli…

 

Tak, to wspaniała świątynia wzniesiona wg projektu architektonicznego prof. Teodora Talowskiego, który zaprojektował też kościół pw. św. Elżbiety we Lwowie oraz kościół Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Tarnopolu, wyburzony dopiero w 1954 r. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za jakiś czas będę głosił Słowo Boże właśnie w Tarnopolu… Mieszkaliśmy wówczas w uroczym Sołońcu, gdzie jest niewielki kościół, bywaliśmy też w dojazdowej wtedy kaplicy w górskiej miejscowości Poiana Mikuli. Jeździliśmy tam furmanką! To była moja pierwsza przygoda misyjna!

 

Wróćmy do roku 1992, kiedy został ksiądz skierowany na teren Kresów, do Tarnopola.

 

To był początkowy okres organizowania się parafii w Tarnopolu. Dojeżdżał tam wówczas z Buczacza w niedzielne popołudnia ks. Ludwik Rutyna. Postać nietuzinkowa. Kapłan, któremu tamten region wiele zawdzięcza. Warto odnotować odległość z Buczacza do Tarnopola – 60 km. W Tarnopolu odprawiał w niedzielę dwie msze święte i jedną w poniedziałek rano – w zrujnowanej kaplicy na cmentarzu na Mikulinieckiej Górce. Tam od listopada 1991 r. gromadzili się Polacy. W poniedziałek wracał do Buczacza, gdzie organizował pięć kolejnych wspólnot. Kiedy tam przyjechałem, najpierw zamieszkałem pod Tarnopolem w Hałuszczyńcach u ks. dziekana Michała Jaworskiego. Dojeżdżałem każdego dnia do Tarnopola 40 km. Po jakimś czasie znalazłem mieszkanie u polskiej rodziny w Berezowicy Wielkiej pod Tarnopolem, u państwa Dorożyńskich. Stamtąd miałem już tylko 4 km do kaplicy na tarnopolskim cmentarzu. Życie religijne w Tarnopolu toczyło się w tej kaplicy, bowiem tamtejsze władze nie oddały nam żadnego kościoła. Z czasem w kaplicy zrobiłem remont dachu, zainstalowałem ogrzewanie podłogowe, dobudowałem chór. Po tych przebudowach i remontach kaplica mogła pomieścić ok. 150 osób. Z roku na rok przybywało w naszej tarnopolskiej wspólnocie wiernych, a więc zwiększałem też liczbę odprawianych mszy św. W tamtym czasie odbywały się cztery niedzielne msze i jedna w tygodniu.

 

Proszę przybliżyć nam postać ks. Rutyny…

 

To był kapłan urodzony w Podzameczku koło Buczacza i wyświęcony jeszcze we Lwowie. Święcenia przyjął w czasie okupacji. Jako młody ksiądz został wikariuszem w parafii w Baworowie pod Tarnopolem. W 1944 r. przyszli na plebanię banderowcy, wyprowadzono księdza proboszcza i organistę, którego zastrzelono od razu. Próbowano ująć też ks. Ludwika. Ale jakimś cudem udało mu się wyskoczyć przez okno, a granat, który rzucono za nim, nie eksplodował. Ukrył się na wieży kościoła, gdzie przebywał około dwóch tygodni. Był poszukiwany, ale na szczęście nie znaleźli go. Potem ukrywał się, aż przedostał się przez granicę do nowej Polski. Był długoletnim proboszczem w Kędzierzynie-Koźlu. Kiedy był już na emeryturze, w 1989 r., przyjechał na Ukrainę i objął placówkę w Buczaczu. W cerkwi w rodzinnym Pozdzameczku odnalazł konfesjonał z kościoła, przy którym przystąpił do pierwszej spowiedzi, a w kościele w Buczaczu odnalazł chrzcielnicę, przy której był chrzczony. Przy pomocy parafian z Kędzierzyna-Koźla i sponsorów z Dolnego Śląska odbudowywał kościoły, podnosił z ruin. Dzisiaj, kiedy się zwiedza kościół w Buczaczu czy w Złotym Potoku, Koropcu albo Uściu Zielonym, trzeba mieć świadomość, że te świątynie stanęły ponownie dzięki księdzu Rutynie. Jest to jego wielkie dzieło odnowy nie tylko tych świątyń, ale przede wszystkim wspólnot w tych wszystkim miejscowościach. W ubiegłym roku miałem okazję wizytować Buczacz, więc ponownie mogłem patrzeć na owoce jego pracy. Ks. prałat Ludwik Rutyna zmarł w roku 2011 i do końca, mimo zaawansowanego wieku, prowadził pracę duszpasterską. Pozostawił po sobie piękne świadectwo w diecezji lwowskiej.

 

Czy podejmował ksiądz próby odzyskania innego kościoła na terenie Tarnopola? Przecież to było miasto wojewódzkie, w którym było kilka świątyń rzymskokatolickich.

 

Ze wspólnotą tarnopolską podjęliśmy próby odzyskiwania naszych kościołów. Został jeszcze przepiękny kościół dominikański z XVIII w. projektowany przez Jana de Witte, kościół jezuicki został zamieniony na „szwejną” fabrykę, którą później odsprzedano Niemcom. Ten zakład upadł – byłem tam w czerwcu tego roku, wszystko pozamykane, nic się nie dzieje. Trzeci kościół, wspominany wcześniej, został wysadzony w powietrze za czasów Chruszczowa. Próby odzyskiwania kościoła pojezuickiego okazały się dla mnie mało przyjemne. Podałem miasto w tej sprawie do sądu arbitrażowego, co skończyło się wydaleniem mnie poza województwo tarnopolskie w 1996 r. Proszę nie myśleć, że odbyła się jakaś rozprawa. Po prostu nie dostałem od pełnomocnika do spraw religii pieczątki umożliwiającej mi dalszą pracę. Obecnie w Tarnopolu pracuje, pochodzący z Ryglic, ks. Andrzej Malig, mój kolega z roku w seminarium duchownym. W końcu udało mu się zdobyć plac pod budowę kościoła. Wybudował najpierw dom parafialny, w którym zaaranżował kaplicę, a później przepiękny, nowoczesny kościół, nawiązujący do tradycji neogotyckiej, który przed trzema laty był konsekrowany. Ta parafia bardzo dobrze się rozwija, jest bardzo mocnym ośrodkiem Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie. A ja od 1996 r. zostałem proboszczem w stolicy Huculszczyzny – Kołomyi.

 

Zanim jednak przejdziemy do pięknej Kołomyi, proszę opowiedzieć o swej pracy w okolicach Tarnopola. To księdzu przypadła rola pobudzania i animowania tych nowych wspólnot do życia…

 

Kościół parafialny w Kołomyi przed II wojnąKościół parafialny w Kołomyi po sowieckiej deformacji

Rzeczywiście, ale tak naprawdę to mamy do czynienia z wolą miejscowych wiernych, którzy docierali do naszego kościoła w Tarnopolu na msze święte. Jeżeli w takiej miejscowości była grupa wiernych na tyle duża i odważna, że podpisała się pod wnioskiem o zarejestrowanie wspólnoty, to takich czynności się dokonywało. Tak było z grupą mieszkańców z Brzeżan. Przyjeżdżali do Tarnopola, ale kiedy już była ta grupa na tyle duża, że zostali zarejestrowani, to przy mojej pomocy sprowadziliśmy księdza Mieczysława, który został tam proboszczem i już tę nową parafię organizował i prowadził. Msze początkowo odprawiane były w prywatnym mieszkaniu, ponieważ kościół zamieniony był w salę gimnastyczną. Po jakimś czasie władze pozwoliły odprawiać nabożeństwa w dawnej zakrystii, a później, z okazji większych świąt, w sali gimnastycznej. A jak już zawieszono tam krzyż, to nie ośmielili się go zdjąć. I takimi małymi krokami zmierzano do odzyskania świątyni. Poza tym obiekt był już tak zdewastowany, z dziurawym dachem, że utrzymywanie tam sali gimnastycznej, którą musieliby remontować, a to przecież kosztuje, im się już nie opłacało. W końcu, po wielu latach, miejscowe władze ustąpiły. Oddano nam kościół, który jest już wyremontowany. Pracy było dużo, trzeba było zdjąć nadbudowane piętro i wybudować nowy dach. Zajęło to wiele lat pracy kilku kapłanów, którzy tam byli proboszczami! Podobnie było w Załoźcach… W kościele zrobili jakiś skład kołchozowy. Kiedy przyjeżdżałem do wiernych, spotykałem się też z władzami kołchozu. Byli nam przychylni. Dyrektor kołchozu mówił, że właściwie ten magazyn nie jest im potrzebny, że wiele rzeczy mogą przenieść w inne miejsca. Na co ja szybko zareagowałem – to chyba my możemy się tam modlić… Na to dyrektor: – A przecież nic nie stoi na przeszkodzie…No to proszę mi klucze dać do tego magazynu – odpowiedziałem. I już mieliśmy klucze do świątyni, chociaż nie było jeszcze oficjalnego pozwolenia na działalność wspólnoty. Ale zaczęliśmy odprawiać nabożeństwa. Dopiero później przyszły oficjalne pozwolenia i trwały procedury przekazania naszej wspólnocie kościoła. Kiedy już formalności zostały załatwione po naszej myśli, przystąpiliśmy do remontu. Jak zawsze, zaczynaliśmy od dachu, żeby deszcz nie lał się do środka. A potem, już mój następca, doprowadził do remontu wnętrza. Figury z kościoła przez te trudne lata przechowywali parafianie. Kiedy chodziłem po kolędzie, dowiadywałem się, że u jednych jest figura Matki Bożej, u innych figura św. Jana. Ludzie modlili się w domach przy tych figurach. Docierałem też do Petrykowa i Jeziernej. W Jeziernej spotykaliśmy się w prywatnym domu. W kościele znajdował się skład jakichś materiałów. Trudno było odzyskać świątynię, ale mojemu następcy w końcu się to udało. Kościół żywy istniał, doświadczałem tego na każdym kroku! Nie było kapłanów, nie było sprawowanej mszy świętej, ale ci najwierniejsi i najodważniejsi korzystali z tych kilku ośrodków, które pozostały otwarte. A najbliżej Tarnopola były to Lwów i Złoczów.

 

To spory kawałek drogi od Tarnopola…

 

Wierni na Kresach nie mieli wyboru. Ze Złoczowem jest związana historia ks. bpa Jana Cieńskiego. Miałem jeszcze zaszczyt i przyjemność poznać go, choć był już bardzo schorowanym i leciwym człowiekiem. Opowiedziano mi wprost niewiarygodną historię o tym, w jaki sposób udało mu się zostać po wojnie w Złoczowie. Kapłani byli zmuszani do opuszczania parafii wraz z wiernymi i ekspatriowani najczęściej na Ziemie Zachodnie. Księdza Cieńskiego to jednak nie objęło. Dlaczego?... Pewnego zimowego mroźnego dnia został wezwany do chorego. Po drodze znalazł ciężko postrzelonego człowieka. Był to oficer KGB. Uratował mu życie. Ten oficer, kiedy już doszedł do siebie, odwiedził ks. Cieńskiego i zapytał go: – Co chcesz za to, co zrobiłeś? Ksiądz bez namysłu odpowiedział: – Chcę zostać w tym kościele, w Złoczowie. I został w nim bez przerwy do dnia śmierci w roku 1993. Byłem na jego pogrzebie. Dopiero wtedy, podczas uroczystości pogrzebowych, oficjalnie ogłoszono, że śp. ks Jan Cieński był biskupem in pectore dla tych terenów. I rzeczywiście, okazało się, iż wyświęcił kilku księży zarówno w obrządku rzymskokatolickim jak i w grekokatolickim. I dzięki niemu ta parafia przetrwała najcięższe lata. Ale nie tyko w Złoczowie, bo przecież i w okolicy. W Tarnopolu miałem jego parafian z Woroniaków. Co ciekawe, Polacy z Woroniaków nie wyjechali. Mimo silnej presji na nich wywieranej tak byli przywiązani do swej ziemi i do ks. Cieńskiego, który przecież pozostał. I dzięki takiemu podejściu uratował się też ośrodek katolicki w Woroniakach.

 

Świadectwo wiary i polskości dawali też Polacy w różnych miejscach na Kresach. Czy miał ksiądz okazję spotkać innych legendarnych kapłanów z tamtych stron?

 

Poznałem ks. Ludwika Mednisa. To był spolszczony Łotysz. Pracował na terenie parafii Chodorów. W czasach radzieckich był proboszczem i dziekanem w Stryju. Miał przeróżne talenty, przepięknie odnawiał szaty litur­giczne, stare gotyckie ornaty. Lubował się w sztuce kościelnej. Był też świetnym kucharzem, czego doświadczaliśmy odwiedzając go przy okazji imienin. Potem, jak powstała diecezja łucka, pracował jako sekretarz biskupa. Wśród tych starszych księży muszę wymienić też ks. bpa Marcjana Trofimiaka. Kiedy rozpoczynałem pracę w Tarnopolu, pracował w Krzemieńcu. W Czerniowcach proboszczem był ks. Krajewski. Zmarł w początkach mojej pracy w Kołomyi. Moi parafianie jeździli do kościoła do Czerniowiec, to tylko 70 km, a do Lwowa 200 km. Kościół w Czerniowcach działał przez cały czas. Czerniowce położone są już na Bukowinie, gdzie nie było szowinizmu i nacjonalizmu. W latach II wojny światowej Czerniowce należały do Rumunii. Dlatego też część tamtejszej wspólnoty żydowskiej się uratowała. Warto odwiedzić dobrze zachowany kirkut w Czerniowcach. Tam bardzo dobrze współpracowały ze sobą towarzystwa polskie, żydowskie i niemieckie. To wielokulturowe miasto o pięknych tradycjach. Trzeba wymienić też ks. Krzyśkę, który urodził się na Ukrainie, ale seminarium duchowne skończył w diecezji częstochowskiej. Pracował najpierw w Mikulińcach, a potem w Kopyczyńcach.

 

Proszę opowiedzieć o Polakach, których ksiądz zastał na Kresach. Jakie wrażenie na księdzu zrobili?

 

Polaków na Kresach dawnej II Rzeczypospolitej pozostało niewielu. Ten teren objęty był przesiedleniami. Polaków ekspatriowano. Kiedy przybywali tam kapłani z początkiem lat dziewięćdziesiątych, to spotykali kilkunastoosobowe grupy Polaków, które same się aktywizowały. Po pół roku pracy ks. Ludwika Rutyny w Tarnopolu objąłem wspólnotę liczącą już 50–60 osób, w której rzeczywiście zdecydowaną większość stanowili Polacy – było ich ponad 90%. Wiekowo byli to ludzie urodzeni jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, a więc ludzie starsi, głównie kobiety. Mężczyźni poszli na wojnę i albo zginęli, albo nie mieli już do czego wracać. Wcześniej tereny te były objęte eksterminacją OUN–UPA, która zgotowała Polakom krwawą rzeźnię, a potem ostatecznie weszły w skład ZSRS. Wspólnota tarnopolska złożona była w większości z wdów albo osób, które jako dzieci przeżyły piekło ludobójstwa ukraińskiego na Polakach. Po wojnie do Tarnopola przybyła też spora grupa Polaków z Ukrainy wschodniej czy środkowej, z rejonu Żytomierza i Winnicy. Tam żyło wielu Polaków. Tarnopol rozbudowywano w związku z rozwijającym się przemysłem. Potrzeba było rąk do pracy. Za czasów sowieckich Tarnopol z miasteczka, liczącego przed wojną 28 tysięcy ludności, stał się metropolią liczącą około 250 tysięcy mieszkańców. Wśród Polaków przybyłych do Tarnopola z głębokiej Ukrainy byli ludzie niezwykle wartościowi pod względem religijnym. Mimo że przeszli przez czasy zaborów i porewolucyjnej sowieckiej władzy, zachowali wiarę, ale język polski już nie tak dobrze. Posługiwali się językiem ukraińsko-rosyjskim. Im dalej na wschód, tym więcej naleciałości rosyjskich… Ale modlitwę odmawiali w języku polskim. Teksty modlitw były przekazywane z pokolenia na pokolenie. Byli bardzo gorliwymi katolikami. I to oni stanowili już większość moich parafian w Tarnopolu. Z miejscowych Polaków, po przesiedleniach, została naprawdę garstka. Z czasem odnajdywali się kolejni. Jak wspomniałem, kiedy przyszedłem do Tarnopola, nasza wspólnota liczyła ok. 60 osób. Kiedy poszedłem do urzędu, to się zorientowałem, że w Tarnopolu zarejestrowanych jest około 1200 Polaków! Mówimy o tej grupie, która w paszporcie miała wpisane Polak. Oczywiście z tej grupy było z nami tylko kilkanaście osób. Reszta była wykorzeniona zarówno z polskości, jak i z wiary. Na Ukrainie utożsamiano religię z narodowością. Mówiono: Polak to katolik, szczególnie na Ukrainie wschodniej. Z biegiem czasu Kościół stawał się tam jednak coraz bardziej rzymskokatolicki niż polski. Ta reguła stawała się anachroniczna. W Kijowie opowiadali nawet taki żart: Wśród ludzi wychodzących z kościoła po mszy świętej zauważono ciemnoskórych. Ktoś zdezorientowany zapytał: Nehry to też Poliaki? Po roku pracy zauważyłem, że mimo iż tarnopolska wspólnota się rozwija, to wciąż w kościele nie widać młodych ludzi ani dzieci. W rozmowach, szczególnie podczas pierwszej kolędy w Tarnopolu, pytałem: – Dlaczego nie przyprowadzacie swoich dzieci i wnuków do kościoła? A oni mi mówią: – Bo nie rozumieją polskiego. Dlatego już w 1992 r. wprowadziłem dodatkową mszę świętą w języku ukraińskim. Również katechizację prowadziliśmy dla dzieci po ukraińsku. Równocześnie wszyscy mieli też możliwość uczenia się języka polskiego. Wychodziliśmy z założenia, że jeśli ktoś jest polskiego pochodzenia, a nie zna rodzimego języka, to kiedy go opanuje, będzie też miał możliwość uczestniczenia w liturgii mszy św. odprawianej po polsku. Zdawaliśmy sobie też sprawę, że większość naszych parafian pochodzi z rodzin mieszanych. Tak naprawdę to rodzin czysto polskich chyba nie było. Parafia musiała się w ten sposób otworzyć na Polaków nieznających języka polskiego.

 

Co spowodowało, że naraziliście się na zarzuty, że polscy księża ukrainizują Polaków na Kresach… Takie skargi płynęły do Polski z Kresów, a jeden z duchownych indagowany przeze mnie w tej sprawie odpowiedział, że Kościół nie jest po to, by prowadzić lektoraty języka polskiego.

 

Podkreślam wyraźnie, że chodziło głównie o Polaków nieznających języka polskiego. Przypominam też, że pierwszym zadaniem Kościoła jest docieranie z Ewangelią w sposób zrozumiały do wszystkich swoich odbiorców. Ale żeby nie potwierdzać też tego bolesnego dla ciężko pracujących polskich księży zarzutu, jaki często nam stawiano, że ukrainizujemy Polaków, przy parafiach organizowane były lektoraty języka polskiego. Nieraz sami księża podejmowali się prowadzenia takich lekcji języka i kultury polskiej. Uczyliśmy języka polskiego, opowiadaliśmy o polskiej kulturze, literaturze, sztuce i polskich tradycjach. Staraliśmy się niczego nie zaniedbywać. W Tarnopolu istniało też Towarzystwo Kultury Polskiej, a w jednej ze szkół powszechnych – nr 24 – była nauczycielka, która uczyła języka polskiego. Mnie też zatrudniono w ekskluzywnej szkole nr 3 w Tarnopolu. Ale to było tylko zatrudnienie, bo jak władze się dowiedziały, że ksiądz z Polski chce uczyć w szkole języka polskiego, od razu nastąpiła interwencja nacjonalistów i do rozpoczęcia przeze mnie zajęć nie doszło. Ale zatrudniony byłem… Jednak przy kościele czy przy Towarzystwie Kultury Polskiej nikt nam nie zabraniał prowadzenia zajęć z polskości. Dlatego oprócz języka polskiego uczono historii Polski, geografii, a także zakładano zespoły ludowe. Dziecięcy zespół ludowy „Kołomyjka” założyłem w 1998 r. na osnowie tańców huculskich, choć wprowadzaliśmy też polskie tańce, jak krakowiak, polonez czy mazur, bo to były dzieci pochodzenia polskiego. Latami zbieraliśmy fundusze na stroje krakowskie i huculskie. Dzięki temu zespół „Kołomyjka” mógł pokazywać się i w Mrągowie, gdzie zdobył nawet Grand Prix i Nagrodę Prezesa Telewizji Polskiej. Byliśmy też zaproszeni na koncert galowy z okazji Święta Niepodległości Polski do Warszawy, do Teatru Powszechnego, gdzie występowały zespoły polonijne z całego świata. Ostatnie dwa lata są dla zespołu tragiczne. Notoryczny brak funduszy. A wszystko przez to, że pieniądze z Senatu RP na taką działalność na wschodzie przejęło MSZ. Ja co roku organizowałem warsztaty dla tego zespołu w Grywałdzie. Inicjatywa ta była tym cenniejsza, że w zajęciach brały udział polskie dzieci z Ukrainy i Polacy z Grywałdu. Mimo trudności zespół miał i ma do dziś w repertuarze tańce polskie i huculskie, ale także klasyczne.

 

Czy rzeczywiście takie posunięcie jak otwarcie się na język ukraiński spowodowało wymierne dla wspólnoty parafialnej korzyści?

 

Oczywiście! Przyniosło bardzo dobre efekty. Kiedy odchodziłem z Tarnopola po czterech latach pracy, to wspólnota liczyła już około 500 osób! Ludzie się do nas przekonywali, dzieci też, jak już złapały kontakt z księdzem i Kościołem, mając możliwość uczenia się języka polskiego, to niemal natychmiast zaczynały mówić po polsku! Na wschodzie ludzie mają doskonały słuch muzyczny, który ułatwia im poznawanie języków obcych. Nie miały też żadnego problemu z ortografią, bo w ich języku wszystko się wymienia. U nich inaczej się wymawia „h” i „ch”, nie ma więc możliwości popełnienia błędu! Tylko my jesteśmy już głusi, bo zatraciliśmy poczucie tej różnicy.

 

Proszę opowiedzieć o konkretnych osobach, które w sposób szczególny zasłużyły się dla wspólnoty?

 

Jest wiele takich osób, które powinno się wymienić. Są wśród nich także osoby już nieżyjące. Na pewno muszę wspomnieć państwa Krystynę i Tadeusza Dorożyńskich z Berezowicy. To oni udzielili mi w pierwszych miesiącach pracy w Tarnopolu azylu w swym domu. W prawdziwie polskim domu. Nazywałem go ambasadą polską w Tarnopolu. Tam się mówiło po polsku, świętowało po polsku, a pan Tadeusz chlubił się tym, że w starym, przedwojennym dowodzie miał wpisaną w rubryce narodowość: Polak, i to samo miał wpisane w dowodzie radzieckim. Gdy jego syn mieszkający w Kijowie, Eugeniusz, złożył wniosek o paszport i stwierdził przy odbiorze, że w rubryce narodowość wpisano: Ukrainiec, powiedział zdumionym urzędnikom, że to nie jest jego paszport. Zmieniono mu dokument. W tamtych czasach trzeba było mieć nie lada odwagę cywilną, żeby na taką demonstrację się zdecydować. Taka postawa to efekt wychowania w rodzinie, w domu polskim. W Tarnopolu spotkałem także, nieżyjącego już niestety, pana Ludwika Jenczyka. Ten pochodzący z rodziny ziemiańskiej z terenów Litwy Polak był przyjacielem naszej parafii. Był absolwentem architektury przedwojennej Politechniki Warszawskiej. Odbył dziesięcioletnie, przymusowe „wczasy” na Syberii. Z zesłania powrócił do Tarnopola. Jego żona była Ukrainką, szlachetną kobietą, pochodzącą z Połtawy. Udzieliłem im sakramentu małżeństwa, jak tylko pojawiłem się w Tarnopolu. Ponieważ ona była prawosławna, to przed Soborem takim małżeństwom nie można było udzielić ślubu. Jenczykowie byli jednymi z pierwszych, którzy w latach 90. przyjęli w Tarnopolu sakrament małżeństwa. Dzięki panu Ludwikowi, jego fachowości i znajomościom – przez lata był dyrektorem architektów na całe województwo tarnopolskie – udawało się nam przebijać przez biurokrację w sprawach placu pod budowę kościoła i zatwierdzenia planu. Ostatecznie wszystko się udało zrealizować mojemu następcy ks. Andrzejowi Maligowi i to dzięki pomocy pana Ludwika, który de facto jest autorem projektu nowego kościoła w Tarnopolu – choć to nie on jest podpisany pod projektem. To jego dzieło, jego myśl architektoniczna!

 Rynek i ratusz w Kołomyi

W każdej wspólnocie istnieje organ zarządzający… Jak wyglądała współpraca z radą parafialną?

 

Wiele by opowiadać, przecież tyle lat tam spędziłem, współpracując z wieloma wspólnotami w tylu miejscach. Współpraca była dobra, przecież tyle dobrego udało się nam wspólnie tam zdziałać!… Oczywiście były też kłopotliwe sytuacje, o których trudno jest mi mówić. Wiadomo przecież, że prace czy towarzystwa kultury polskiej, czy naszej wspólnoty były inwigilowane przez wiadome służby. I ten oddech tajnych służb czuliśmy ciągle na plecach. Oni nie działali bezpośrednio, ale mieli wpływ na ludzi. Próby skłócania, rozbicia jedności między kościołem a towarzystwem kultury polskiej, czy też… To bardzo trudne, co chcę powiedzieć. Byłem jednak przekonany, że pierwszy prezes towarzystwa był ich człowiekiem, współpracownikiem. Nie wymienię więc jego nazwiska. Kiedy już mieliśmy pewność, że tak jest, udało nam się go wyeliminować przy pomocy wyborów. W parafii nie mieliśmy rady parafialnej, wciąż działały tzw. „dziesiątki”, które z przeszłości nie szczyciły się chlubną tradycją. W czasach radzieckich „dziesiątki” parafialne były narzędziem w rękach władzy do podejmowania decyzji za duszpasterzy, za proboszcza. To „dziesiątki” decydowały o tym, czy msza święta się odbędzie czy nie. Czy dany ksiądz będzie mógł pracować w parafii czy nie. Chociaż w tamtych czasach ani parafii, ani księży za wielu nie było. Duchowni pracowali więc pod okiem tych „dziesiątek”. I ten system przeniósł się potem na lata dziewięćdziesiąte. Żeby zarejestrować wspólnotę, trzeba było mieć „dziesiątkę”. Nie twierdzę, że w tych „dziesiątkach” wszyscy byli skorumpowani czy związani ze służbami. Ale na pewno część z nich tak. Parafianie przychodzili do mnie w tajemnicy i informowali, że jakaś osoba jest współpracownikiem służb albo o tym, że ja i moi bliscy współpracownicy mamy zainstalowany podsłuch. Próbowano też zwerbować naszych lektorów czy młodych ministrantów. Ofiarą takiej sytuacji został mój poprzednik w Kołomyi, ks. Piotr Buk. W parafii pojawił się chłopak po wojsku. Złamali go i zmusili do współpracy. I to on próbował grubymi nićmi „szyć” szpiegowanie ks. Piotra. Zresztą za to domniemane szpiegostwo wydalono go z Ukrainy, niczego mu jednak nie udowadniając. To jest metoda walki, jesteś za aktywny, nie podobasz się nam, to zawsze znajdziemy pretekst do pozbycia się ciebie. Kiedy przyjechałem z Tarnopola do Kołomyi, jako ten usunięty z Tarnopola, bo ośmieliłem się podać władze miasta do sądu, że nie oddali nam kościoła, że inny kościół zabrali nam na katedrę grekokatolicką, a w trzecim jest fabryka. My chcieliśmy tę rozpadającą się fabrykę, czyli dawną świątynię, przywrócić dla Kościoła. Nie mogli mi tego darować, że miałem czelność upomnieć się o swoje. W Kołomyi od razu odwiedził mnie gość ze służb i zaserwował mi taki tekst, że trzeba wszystko zgłaszać do nich, informować o każdym, kto do mnie przyjedzie, czy kto oprócz mnie będzie odprawiał mszę świętą. Przerwałem mu stanowczo, informując, że mam ważny paszport i ukraińską wizę na pracę i nie jestem pracownikiem służb, żeby na kogoś, kto legalnie przekracza granicę państwa ukraińskiego, donosić, co i gdzie będzie w Kołomyi robił, i pokazałem mu drzwi. Dodatkowo poszedłem na skargę do władz miasta, że byłem przez taką osobę nachodzony i stawiano mi warunki i żądania. Taka stanowcza reakcja chyba poskutkowała, bo przez dziewięć lat miałem spokój i nie miałem bezpośredniego spotkania z nimi. Jednak Kołomyja miała doświadczenie wyrzucenia księży posądzonych o szpiegostwo. W jakimś sensie z deszczu trafiłem pod rynnę. Mnie interesowała tylko praca duszpasterska, nigdy nie angażowałem się w jakąkolwiek działalność pozakościelną. Wiadomo jednak, że grupy szowinistów i nacjonalistów, a w Kołomyi szczególnie, atakowały kościół tylko za to, że gros wiernych stanowili Polacy. A szowinizm antypolski nie umarł, on jest silny szczególnie na terenach byłej II RP. W prawie wszystkich miastach buduje się teraz pomniki Stepanowi Banderze i czyni się go bohaterem na zachodzie państwa ukraińskiego. Najlepszy na to dowód, że w Tarnopolu, mieście, które założył hetman Jan Tarnowski, nie ma on swojej ulicy. W czasach sowieckich ulicę jego imienia przemianowano na ulicę Lenina. A potem, już w państwie ukraińskim, – jak to się mówi: zamienił stryjek siekierkę na kijek… – przemianowano ją na prospekt Stepana Bandery. Nasuwa się smutna refleksja: jacy bohaterowie, takie i społeczeństwo... Chociaż na razie szowinizmu nie popiera Ukraina środkowa i wschodnia, ale zachód ciągle jest chory na tę nienawiść.

 

Czy pamięta ksiądz swoją pierwszą mszę świętą odprawioną na tamtych terenach i jakie z tym łączyły się przeżycia?

 

Pierwszą mszę św. odprawiłem w drodze do Tarnopola. Po przekroczeniu granicy w Mościskach udałem się do Strzelczysk. Tam pracowali dwaj moi koledzy – wspominany już ks. Andrzej Malig i ks. Andrzej Rams – proboszcz. Organizowali parafię we wsi Strzelczyska, która w 90% była zamieszkana przez Polaków. Była tam wtedy kapliczka zbudowana z płyt pilśniowych. Kiedyś się spaliła i została odbudowana, zanim powstał przepiękny kościół wzniesiony przez ks. Andrzeja Ramsa. Właśnie w tej skromnej, drewnianej kapliczce odprawiałem swą pierwszą mszę na Kresach. Doskonale też zapamiętałem pierwszą mszę świętą odprawioną w Tarnopolu. Ludzie byli tacy przejęci tym, że mają w końcu swojego księdza. To były mocne przeżycia, rozmowy z nimi, radość, że mszę odprawił ich własny duszpasterz. W pamięci utkwiły mi też uroczystości związane z przystępowaniem do pierwszej komunii. To było niesamowite wrażenie, bo bywało tak, że do pierwszej komunii przystępowały razem córeczka, mama i dziadkowie! A dziadkowie byli w trakcie przygotowywania się do sakramentu małżeństwa! Rocznie miałem 10–20 ślubów par z 20–30-letnim stażem pożycia. Miałem też taki przypadek, że do sakramentu małżeństwa przystąpiła para z 50-letnim stażem pożycia! Kiedyś zapytałem jedną parę, czy wcześniej nie mieli możliwości związania się ślubem przy ołtarzu, we Lwowie czy Czerniowcach. Dojrzały „pan młody” odpowiedział: – Poszedłem do księdza, a on mnie zapytał: co ty prawosławną sobie za żonę bierzesz? W czasach przedsoborowych taki mieszany ślub był niemożliwy. A po Soborze działalność Kościoła w ZSRS była już zupełnie sparaliżowana. Społeczeństwo zastraszone i nie każdemu starczało odwagi na chrzest dzieci, spowiedź czy ślub kościelny. Był lęk przed utratą pracy, szykanami czy nawet uwięzieniem. Kolejnym niezapomnianym doświadczeniem było przygotowywanie dorosłych, często starszych ludzi do chrztu. To mobilizowało mnie do tego, żeby ten przekaz wiary nie był taki tradycyjny. To wszystko było dla nich, ale i dla mnie zupełnie nowe. Jako dorośli mieli poznać prawdy wiary, uznać je za swoje i tę wiarę wyznać osobiście w dniu chrztu. Nie było takich przypadków za wiele, niektórzy przyjmowali chrzest z rąk biskupa. Ja też miałem uprawnienia do chrztu osób dorosłych i delegację udzielania bierzmowania.

 

Druga parafia, w której podjął ksiądz pracę duszpasterską, to piękna huculska Kołomyja. Jak trafił ksiądz w Kołomyi?

 

W związku z niemożnością prowadzenia pracy duszpasterskiej w Tarnopolu zostałem skierowany przez ks. Abpa Mariana Jaworskiego na placówkę w Kołomyi. Pracowałem tam przez 9 lat! Parafia kołomyjska zaczęła działać już w 1991 r. Wówczas kościół i parafię w Kołomyi obsługiwał ks. dziekan Kazimierz Halimurka ze Stanisławowa. W roku 1992 przybył do parafii ks. Piotr Buk, który pracował do 1995 r. Został usunięty z Ukrainy. Próbowano mu przyszyć łatkę szpiega. Służby bezpieczeństwa przez trzy miesiące stały pod plebanią, wywierając presję psychiczną na proboszcza. Były też pogróżki. Ks. arcybiskup został postawiony w trudnej sytuacji: Jeśli na siłę będziecie chcieli go zostawić, zgodzimy się, ale nie jesteśmy w stanie zapewnić mu bezpieczeństwa. Ks. Piotr z Kołomyi wyjechał z ks. biskupem Marcjanem. Dostał pięcioletni zakaz wjazdu na Ukrainę. Wspólnota kołomyjska bardzo przeżywała nagonkę na księdza. To była wielka trauma dla ludzi. Ks. biskup po wywiezieniu ks. Piotra skierował do pracy ks. Romana Stadnika, który potem był moim wikarym. Mianowanie na proboszcza w Kołomyi miał już obecny proboszcz w Tarnopolu, ks. Malig. Ponieważ mnie wyrzucono z Tarnopola, dostałem skierowanie do Kołomyi, a jego wysłano na moje miejsce. W Kołomyi zastałem już dobrze zorganizowaną parafię, posiadającą kościół blisko centrum miasta. Świątynia mieszcząca się w centrum miasta, w samym rynku, została zamieniona na cerkiew grekokatolicką. Za czasów sowieckich była przebudowana, dodano piętro, a wewnątrz był sklep z zabawkami dla dzieci. Nasz pojezuicki kościół przetrwał w miarę dobrym stanie. Za sowietów był tam magazyn mebli. Od frontu dobudowali do świątyni salon sprzedaży mebli. W 1991 r., mimo że kościół był oddany wiernym, nadal przywozili meble. Ludzie protestowali. Nasza parafianka, pani Malwina, w drzwiach rzuciła im się pod nogi krzycząc: Po moim trupie! Jeżeli chcecie tu wnosić meble, to po moim trupie! I poskutkowało, wycofali się i nie próbowali więcej. Po odzyskaniu świątyni, jeszcze w takim magazynowym otoczeniu, odprawiane były msze święte. Kiedy przybyłem do Kołomyi, przed kościołem był jeszcze sklep meblowy oraz toaleta dla personelu. Koniec końców udało się ten sklep wyeksmitować. Ale nie za darmo. Obiecaliśmy im wyremontować dach na takim potężnym uniwiermagu. Kosztowało to kilkanaście tysięcy dolarów. Uzyskaliśmy też pozwolenie na rozebranie tej sklepowej przybudówki do kościoła. Oczywiście to wszystko osiągnęliśmy po wielkich bojach i trudach. Do naszych starań włączył się ambasador Bahr z Kijowa, obecny ambasador w Moskwie. To był człowiek zakochany w Kołomyi, bardzo cenił sztukę huculską, której centrum znajduje się przecież właśnie tu. To był rok 1997, kiedy przygotowywał spotkanie na szczycie między prezydentem Polski i Ukrainy w Kołomyi i wtedy nasza sprawa stanęła na najwyższym szczeblu rozmów międzypaństwowych. Po tym spotkaniu Stanisławów dostał polecenie, by sprawę załatwić po naszej myśli. Zabrali sklep meblowy i całość oddali nam. I na tym się skończył protekcjonizm. Oni się rozjechali, a my zostaliśmy sami z naszymi problemami. Tyle że miejscowym Polakom pozostaną wspomnienia i fotografie, jak witali kwiatami czy to prezydenta RP, czy to premiera. Kołomyja przyciąga swym niepowtarzalnym Muzeum Pisanki… Wracając do naszego sklepu meblowego… Jeszcze w czasie rozbiórki dostaliśmy karę, ponieważ nie przedstawiliśmy władzom miejskim projektu, jak budynek kościoła będzie wyglądał po rozbiórce. Pozostawiliśmy jedno pomieszczenie, które pełni rolę sali widowiskowej. Dla potrzeb parafii w 1997 r. kupiłem dom przy ul. Chopina na plebanię. Na górze przez jakiś czas mieszkały siostry, ale też już przeniosły się do swojej siedziby, do zakupionego domu przy ul Kraszewskiego. Prowadzą tam przedszkole. Stara plebania znajdowała się obok kościoła. Za sowietów umieszczono tam szpital chorób wenerycznych. Do dzisiaj tego budynku nam nie oddano. Po przybyciu do Kołomyi przez rok mieszkałem w zakrystii, którą przysposobił na mieszkanie ks. Piotr Buk.

 

Jak wyglądała praca z Polakami w Kołomyi?

 

Gdy porównuję Kołomyję i Tarnopol w kontekście polskości, to Kołomyja jest znacznie mocniejszym ośrodkiem. Tarnopol przed wojną był zdecydowanie mniejszy. Kołomyja, chociaż nie była województwem, była dwukrotnie większym miastem pod względem liczebności mieszkańców – mieszkało tam 46 tys. ludzi. Po wojnie miasto nie rozbudowało się za wiele. Pozostało w dawnych granicach administracyjnych. Pozostało też trochę Polaków. Kołomyja od początku lat 90. była większą parafią niż tarnopolska. Środowisko polskie było dość aktywne. Kiedy się tam pojawiłem, działał już chór „Lumen”, skupiający Polaków, pasjonatów polskiej pieśni, pasjonatów śpiewu. Uczestniczyli kilkakrotnie w festiwalu chórów polonijnych w Koszalinie. Istniało też towarzystwo polskie – potem nawet dwa, bo pojawiły się jakieś animozje. Udało się też zdobyć miejsce na szkołę polską – mieliśmy trzy sale, w tym dwie bardzo duże. Wcześniej, kiedy nie było jeszcze szkoły, języka polskiego uczyliśmy u sióstr, tam gdzie odbywała się katechizacja. Polska sobotnia szkoła w Kołomyi zrzeszała ponad sto dzieci! A parafia w Kołomyi liczyła ponad 500 osób!

 

Miejscowe władze nie przeszkadzały?

 

Wyłączając tajne służby, które nieustannie nas pilnowały, nie mogę narzekać. Ukraińcy byli pozytywnie do nas nastawieni. Nasza parafia rzymskokatolicka uchodziła za wspólnotę dojrzałą i wymagającą. Wierni kościoła grekokatolickiego dostrzegali to, ponieważ zdarzały się takie sytuacje, że zapisywano do nas dzieci na katechezę, które wcześniej w cerkwi dopuszczone zostały bez przygotowania do pierwszej komunii świętej. Świadomi religijnie rodzice chcieli, by ich dzieci przeszły to przygotowanie. Grekokatolicy organizowali dwa–
–trzy spotkania i udzielali dzieciom w pierwszej klasie sakramentu pierwszej komunii. One nie miały pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Dlatego niektórzy zapisywali dzieci już w drugiej czy trzeciej klasie do nas, żeby przeszły kurs przygotowania i przynajmniej żeby umiały adorować Pana Jezusa, którego przyjmują w Komunii Świętej. Tak więc parafia miała pod tym względem dobrą opinię. Wiele osób z cerkwi korzystało też u nas z sakramentu pojednania. Zawsze, jak siadło się do konfesjonału, byli ludzie do spowiedzi.

 

Jakie wspólnoty w okolicach Kołomyi prowadził ksiądz?

 

Dojeżdżałem do Obertyna, gdzie msze święte odprawiało się w domu pani Gieni. Z czasem powstała idea budowy kościoła. Zaczęliśmy gromadzić cegłę, dostaliśmy też plac pod budowę świątyni. W pewnym momencie okazało się, że w centrum Obertyna znajduje się budynek nieużywanego kinoteatru, który chcieli wykupić adwentyści. A że głowa sielskiej rady był nam życzliwy, przyszedł do naszej parafianki, pani Adeli, która była inspiratorką wszelkich poczynań naszej wspólnoty i stała na czele „dziesiątki”, i powiedział: – Słuchajcie my nie chcemy mieć tutaj jakiejś sekty w centrum Obertyna. Bierzcie ten kinoteatr! Bierzcie – to znaczy kupcie. Oczywiście my podchwyciliśmy tę ideę, tym bardziej że ten kinoteatr został zbudowany w miejscu budynku Sokolstwa polskiego, w samym centrum Obertyna. Pięćdziesiąt metrów od kościoła, który zniszczono dopiero w latach 80.! W miejscu świątyni wybudowano blok mieszkalny. Przystałem na tę zasugerowaną propozycję, bowiem wiadomo, z czym się wiąże budowa kościoła we wspólnocie liczącej ok. 50 osób. Choć i ta wspólnota z czasem się rozrastała. W Obertynie Polacy i Ukraińcy żyli w dobrych relacjach. Świadczy o tym fakt, że kiedy zburzono kościół rzymskokatolicki, to figurę Matki Bożej przeniesiono do cerkwi prawosławnej, gdzie przeczekała najgorsze lata. Po zmianach na Ukrainie wierni wraz z duchownym przeszli na grekokatolicyzm. Ojciec Dymitr, bardzo szlachetny człowiek, który był prawosławnym kapłanem, korzenie miał jednak grekokatolickie. Gdy powstało państwo ukraińskie, zrobili w parafii referendum: kto jest za cerkwią grekokatolicką, kto za prawosławną. Za cerkwią prawosławną opowiedziały się tylko dwie osoby. Większość zadecydowała, że mają się trzymać obrządku grekokatolickiego i wspominać w modlitwie papieża. Ojciec Dymitr był bardzo pozytywnie nastawiony do mnie. To się komuś nie podobało i w końcu został zmieniony. W jego miejsce przyszedł ojciec Jarosław, typowy szowinista, który próbował nastawić ludzi przeciwko nam, wyznawcom kościoła rzymskokatolickiego, czyli właściwie przeciw Polakom. Ale co ciekawe, sami Ukraińcy powiedzieli mu: – A co ojciec chce od tego księdza? My tu zawsze dobrze żyliśmy. My tu nie chcemy żadnej wojny! I skończyło się. Ale to nie były już te same kontakty co za czasów o. Dymitra. Ten nowy ksiądz raz przyszedł na naszą uroczystość, innym razem zignorował… Czasami z ambony powiedział coś nieprzyjemnego przeciwko Polakom, tak jakby oni nie mieli w Obertynie swojego miejsca. Ale co jest ciekawe, w czasie wojny, gdy banderowcy chcieli mordować Polaków w Obertynie, to Ukraińcy, z wójtem na czele, nie zgodzili się na to. Akcje były tak przygotowywane, że przychodziły do wsi oddziały i wciągały zawsze miejscową ludność. Miejscowi przygotowywali listy, mieli wskazywać, które domy są polskie. Wójt obertyński miał powiedzieć do rady złożonej z Ukraińców: – To do kogo pójdziemy? Do ciebie, bo twoja żona Polka? A może do ciebie? Co, będziemy się sami mordować? I Obertyn przetrwał, a wójta nie zabili. Miejscowe władze zgodziły się też, bym postawił krzyż na miejscu dawnego pomnika, gdzie pochowani są żołnierze Tarnowskiego polegli w bitwie pod Obertynem. W późniejszym czasie pozwolili odnowić ten pomnik w całości. Dwa lata temu – w 2011 r. – Tarnów wmurował na tym krzyżu przepiękną tablicę ku czci Tarnowskiego. Była piękna wspólna uroczystość, msza św., poświęcenie tablicy! Polacy zaprezentowali swój program, Ukraińcy też się ładnie pokazali. Wracając do naszego nowego kościoła w Obertynie… Kiedy już Ukraińcy zaproponowali nam ten kinoteatr, nie zastanawiałem się ani chwili, poszedłem do arcybiskupa, znaleźliśmy pieniądze i za 19 500 dolarów budynek został przez nas zakupiony. Sala ponad 300 m2 z dachem, który ks. Artur Zaucha – mój kołomyjski wikary, który w późniejszym czasie został proboszczem w Obertynie – odbudował. Jednak pierwszym proboszczem w Obertynie był ks. Stanisław Majchrzak, który objął też duszpasterską opieką Tłumacz. Parafia kołomyjska opiekowała się też wspólnotą w miejscowości Ceniawa w pow. kołomyjskim. Od Stanisławowa przejęliśmy parafię w Ottyni, w której urodził się Franciszek Karpiński. Jego rodzinny Hołosków należał do parafii ottynińsiej. W kościele znajduje się tablica poświęcona pamięci tego wybitnego polskiego poety i dramatopisarza. Parafia w Ottyni zorganizowana została przez ks. Halimurkę, a w 1993 r. przekazana pod opiekę parafii w Kołomyi i tak jest do dzisiaj. Są to osobne, niezależne parafie, tyle że mają na razie wspólnego duszpasterza. Wspólnoty w tych miejscowościach są niewielkie. W Ceniawie wspólnota liczy ok. 100 osób. Kiedy byłem w Kołomyi, dyrektor szkoły w Ceniawie zgodził się, bym uczył katechezy w szkole.

 

Jakie były relacje z kościołem greko­katolickim?

 

Myślę, że podobnie się to układało na całej Ukrainie Zachodniej, w dawnej Galicji. Część duchowieństwa była zarażona szowinizmem, czyli miała nastawienie antypolskie, ale była też część duchownych, którzy utrzymywali z nami dobre kontakty. I właściwie to oni stanowili w tych trudnych momentach dla nas taki bezpiecznik, bo dawali świadectwo, że księża rzymskokatoliccy są normalnymi duchownymi, nie są ukrainożercami – jak często nas przedstawiano, że jesteśmy normalnymi ludźmi, też katolikami. Trzeba zaznaczyć, że proprawosławne prądy w cerkwi grekokatolickiej były dosyć mocne. Tym bardziej że znaczna część duchowieństwa grekokatolickiego wywodziła się z cerkwi prawosławnej, ponieważ do stanu duchownego przygotowywali się w prawosławnych seminariach. Mentalnościowo więc dość mocno tkwili w prawosławiu. Objawem tego był choćby fakt, że samozwańczo swego metropolitę mianowali patriarchą, który przecież patriarchą nie jest, i w kanonie wymieniają go jako patriarchę. Czyli posłuszeństwo wobec Kościoła i papieża, uznawanie jego zwierzchności jest takie nie wiadomo jakie. Często się mówiło, że grekokatolicy związani są z Kościołem zachodnim tylko dlatego, że Kościół im po prostu pomaga, wspiera ich nie tylko duchowo, ale i materialnie.

 

Obchody 70-lecia ludobójstwa na Polakach na Wołyniu zdominowały w tym roku tematykę kresową. Czy w czasie pracy księdza w Tarnopolu lub Kołomyi problemy mordów UPA na Polakach się pojawiały?

 

Tak. Spotykałem przede wszystkim świadków, którzy to przeżyli. Ukraińcy do zbrodni się nie przyznawali. Bali się swoich. Polacy też milczeli pełni obaw. Ten strach mieli zakodowany w sobie. Zdarzali się jednak odważniejsi, którzy ze łzami w oczach opowiadali o dramatycznych przeżyciach. Czasami nawet Ukraińcy otwierali się przede mną. Oni też w jakimś sensie byli ofiarami tego dramatu. Nie wszyscy przecież należeli do zbrodniczego ruchu OUN–
–UPA. Żyli z Polakami w zgodzie, a tu nagle ich pobratymcy palili także ich wieś… Niektórzy Ukraińcy też ginęli z rąk swych rodaków. Wielu było też takich, którzy udzielali Polakom azylu. Wspominani pp. Dorożyńscy opowiadali, że większość nocy w 1944 r. spędzili w kopach siana albo u Ukraińców – w domach czy stodołach. Tam byli bezpieczniejsi niż we własnym domu, gdzie najpewniej zostaliby spaleni i zamordowani. To są też bohaterowie, których trzeba uznać. Na tablicach poświęconych zamordowanym wioskom spotykamy też nazwiska ukraińskie, często z dopiskami: Ukrainiec lub ukrywał Polaków. Ale diabeł nie śpi… Z końcem czerwca 2013 r. byłem w Płotyczy. Tam jest pomnik poświęcony zamordowanym Polakom. Na tablicy napis w języku ukraińskim: Tragiczno ubyti, czyli zamordowani, celowo zatarty kamieniem, zniszczony. Na Ukrainie wciąż są mocne grupy ludzi, które nie mogą się pogodzić z prawdą. Przecież Polacy nie umarli śmiercią naturalną, tylko zostali bestialsko zamordowani przez konkretnych ludzi, z których robi się dzisiaj bohaterów narodowych Ukrainy. Cieszy jednak, że jest coraz więcej miejsc upamiętniających ludobójstwo Polaków na Kresach. Jeżeli my, jako społeczeństwo, jako Polacy, nie zrobimy tego, to będziemy za to siedzieć w czyśćcu i to bardzo długo! Przecież te dziesiątki tysięcy ludzi naprawdę niewinnie zginęło. Sądzę, że w Polsce, jeśli są miejsca, gdzie niewinnie zginęli Ukraińcy, to już dawno je upamiętniono. A taka pamięć należy się też zamęczonym Polakom tam, gdzie zostali w bestialski sposób zakatowani. I to jest już ostatni dzwonek, by to zrobić! Teraz mija 70. rocznica ludobójstwa na Wołyniu, a w przyszłym roku – podobna rocznica rzezi na Podolu. Takich miejsc do upamiętnienia jest tam wciąż dużo, choć – Bogu dzięki – wiele już zostało upamiętnionych.

 

 

Czy w czasie duszpasterskiej posługi księdza w Tarnopolu i Kołomyi udało się upamiętnić choć jedno miejsce kaźni Polaków?

 

Wtedy nie. Za wcześnie. Poza tym kapłan z Polski nie mógł raczej wychodzić z taką inicjatywą. Oczywiście dalibyśmy wsparcie, uczestniczylibyśmy w poświęceniu takiego pomnika. Inicjatywa jednak musiałaby wyjść spośród wiernych, mieszkańców wioski lub dawnych jej mieszkańców, którym udało się przeżyć okrutną zbrodnię. W początkowych latach 90. jeszcze za wcześnie było na podejmowanie takich inicjatyw na Ukrainie. Sprawy upamiętnienia miejsc zbrodni były i są trudne. Szowinizm na Ukrainie nadal jest bardzo silny. Już codzienna działalność parafii wiązała się z otwartymi atakami w prasie kołomyjskiej na Kościół i kapłanów. Odbywało się to szczególnie w piśmie „Wisnyk”, z którym związane były grupy szowinistów. Zarzucali nam, że polonizujemy ukraińskie dzieci. A z Polski docierały do nas głosy z zarzutami, że księża ukrainizują Polaków… W Kołomyi odprawialiśmy jedną mszę świętą po polsku i drugą po ukraińsku z elementami rosyjskimi i niemieckimi. Wszystkich wiernych chcieliśmy uszanować. W Kołomyi byli tacy, którzy z pretensjami mówili, że powinniśmy Słowo Boże głosić tylko po polsku. Byli też i tacy, którzy pytali, dlaczego nie po ukraińsku, skoro tu jest Ukraina? Takie stanowisko miały głównie osoby związane ze służbami. Z kolei prawosławna cerkiew ukraińska miała pretensje, że mają nabożeństwa odprawiać po ukraińsku, a nie w języku staro­słowiańskim, skoro język ukraiński używany jest w cerkwi grekokatolickiej?! I jak tu znaleźć złoty środek? Natomiast udzielałem się w upamiętnianiu miejsc historycznych. Choćby wspominany już Obertyn. Ale i miejsca związane ze Stanisławem Vincenzem. Postawiliśmy pomnik i tablicę w miejscu, gdzie stał jego dom. Będąc w Kołomyi, trudno było nie trafić na jego ślad. Choć muszę się przyznać, że dopiero tam się dowiedziałem, kim on był. Przecież w mojej szkole o Vincenzie nawet się nie zająknęli! Kiedyś trafił do mnie turysta z RP i zapytał mnie, gdzie jest Słoboda Rungurska, bo chciał odwiedzić miejscowość, w której urodził się Vincenz. Pojechaliśmy tam razem. Za czasów sowieckich mieścił się tam pionierskij łagier pilnowany wtedy przez stróża. Gdy zapytaliśmy o Vincenzów, odpowiedział: – Owszem, jest tu takie miejsce, gdzie stał dom Vincenzów. W trawie odkryliśmy jeszcze zarysy fundamentów. Spotkaliśmy też staruszkę, która doskonale pamiętała Vincenzów. Odnaleźliśmy też ruiny kościoła, który wybudowali mieszkający tam inżynierowie polscy. Po wojnie ocalały chyba tylko trzy domy. Cała reszta została spalona i zniszczona. Ale właśnie tam w roku 1888 urodził się Stanisław Vincenz, jako syn nafciarza – Feliksa Vincenza, który razem ze Stanisławem Szczepanowskim, czyli pionierem przemysłu naftowego na tych terenach, rozpoczynali budowę szybów naftowych. Szczepanowski przeniósł się do Borysławia, a Feliks Vincenz pozostał w Słobodzie Rungurskiej i jest nawet pochowany na tamtejszym cmentarzu, którego zarośnięty fragment gdzieś między drzewami odnaleźliśmy. Zachowało się zaledwie dziesięć nagrobków. Na żadnym nie natrafiliśmy na jego nazwisko. Matka Vincenza pochodziła z Krzyworówni, z rodziny ziemiańskiej. Jej rodzice pochowani są przy cerkwi. W Krzyworówni nie było kościoła rzymsko­katolickiego, a oni byli dobrodziejami tej cerkwi. Pop pokazywał nam ich podobno grób, choć nie było na nim żadnej inskrypcji. Tam jest też pochowany wuj Vincenza, który przyjaźnił się z ukraińskim poetą Iwanem Franko. Ten ostatni odwiedzał go w Krzyworówni. Natomiast Stanisław Vincenz w Słobodzie Rungurskiej wybudował pomnik na cześć Iwana Franki ze znanym już powszechnie napisem: Wierzę w siłę ducha i dzień twojego zmartwychwstania. To też świadczyło o bardzo dobrych odniesieniach pomiędzy Polakami a Rusinami na tamtych terenach. Vincenz był człowiekiem światowym, bardzo dobrze wykształconym, o szerokich horyzontach. Poznał tyle barw kultury, nie tylko huculskiej, ale i europejskiej, co się odbija w jego twórczości. Kulturze huculskiej poświęcona jest epopeja Na wysokiej połoninie, przeciekawe w jego dziełach są tematy żydowskie, wśród Żydów miał wielu przyjaciół. Natomiast podręcznikiem otwartego myślenia i zdrowej tolerancji są Rozmowy z Sowietami. W dawnym Gimnazjum im. Kazimierza Jagiellończyka, w budynku, który do dzisiaj pełni rolę szkoły, umieściliśmy tablicę informującą, że do tego gimnazjum uczęszczał Stanisław Vincenz. Wspólnie z Towarzystwem Kultury Polskiej ze Stanisławowa, w Hołoskowie, w miejscu, w którym stał dom rodzinny Franciszka Karpińskiego, postawiliśmy pomnik. Poświęciłem ten pomnik razem z popem prawosławnym i księdzem grekokatolickim.

 

Dlaczego ksiądz odszedł z Kołomyi?

 

Na pierwszym kazaniu w Kołomyi publicznie powiedziałem, że wszyscy żałujemy księdza Piotra, przeżywając jego przymusowe odejście, i wszyscy jesteśmy przekonani, że on nie był żadnym szpiegiem, że został stąd niesłusznie wyrzucony i proszę się nie zdziwić, jeśli po kilku latach usłyszycie na mój temat coś podobnego. Zagrałem va banque i jeszcze poszedłem się poskarżyć miejscowym władzom, że – jak opowiadałem wcześniej – byłem nachodzony przez tajne służby. Miałem spokój, choć byłem świadomy, że cały czas jestem inwigilowany, że mam telefony na podsłuchu. Nie przejmowałem się tym, bo nie prowadziłem żadnej działalności antyukraińskiej. Ale ja poddaję się woli Bożej, byłem potrzebny Hucułom, potem potrzebowali mnie górale w Pieninach, w Grywałdzie. Teraz jestem w Tuchowie – w tym jest palec Boży… Wracając do pana pytania… Nie wiem. Po prostu nie dostałem przedłużenia pozwolenia na pracę. Musiałem opuścić Ukrainę. Ksiądz biskup otrzymał od władz ukraińskich informację, że temu księdzu nie przedłużymy już pobytu… Z jakiego powodu, nie wiadomo. Nie będę ukrywał, że mogło to być związane z działaniem tamtejszego Towarzystwa Kultury Polskiej w Kołomyi. Była tam pewna grupa ludzi, przypuszczalnie inspirowana przez ukraińskie służby, która chciała zarzucić mi ukrainizację Polaków. Tak naprawdę – o ironio – to ja robiłem dla polskości dwa razy więcej, niż powinienem, i to zawsze we współpracy z Towarzystwem. Ich denerwowało, że jest msza święta po ukraińsku, że parafia się rozwija, że są Ukraińcy uważający się za rzymskich katolików. Ale przecież ten rozwój był też dla polskości korzystny! Wielu, którzy mieli korzenie polskie, nawet dalekie, poprzez kontakt z parafią do tej polskości mogli wracać. Kiedyś uczestniczyłem w dyskusji w Telewizji Polonia, gdzie zostałem zaatakowany przez sławnego ks. Dzwonkowskiego o to, że duchowieństwo na wschodzie ukrainizuje Polaków. A przecież tak naprawdę Kościołowi trzeba dziękować, że te resztki polskości uratował, podtrzymał, a to, że jest dwujęzyczna liturgia, to tylko uszlachetnia, pokazuje kulturę i otwarcie ze strony nas, Polaków. A my, księża, jesteśmy przede wszystkim duszpasterzami, a to, że jesteśmy dodatkowo Polakami, to chwała Bogu, bo nadal jesteśmy strażnikami polskości na Kresach! Oczywiście, wśród współczesnych księży może się trafić taki przypadek wychowania apatriotycznego, czyli na zasadzie – nie wiadomo kto ja jestem. Komuna i III RP przysłużyły się takiemu wychowaniu znacznie. Taką atmosferę w Polsce się wyczuwa. Przyznawać się dzisiaj do polskości, do patriotyzmu – to trochę wstyd, obciach… Ale mnie tego nikt nie może zarzucić. Skargi Towarzystwa podobno szły na mnie też do Warszawy. Parafianie mnie bronili. Pisali w mojej obronie listy do księdza biskupa. Mnie się wydawało, że mam za sobą bardzo wielu ludzi i to wpływowych. Także spośród Ukraińców. Być może to też się nie podobało tajnym służbom. Oczywiście to są tylko moje domniemania…

 

Dziękując Księdzu za rozmowę, pozwolę sobie na podzielenie się refleksją na temat kondycji polskości w parafiach rzymsko­katolickich na terenie państwa ukraińskiego… Rzeczywiście dochodziły do nas, także do naszej redakcji, informacje na temat wycofywania języka polskiego z liturgii i katechizacji oraz wycofywania się parafii z prowadzenia nauki języka polskiego. Polacy stamtąd prosili o interwencje i wsparcie. Nie napawało to ani radością, ani optymizmem – szczególnie środowisk kresowych. Nie do końca też zgodziłbym się z tezą, że to Polacy zawdzięczają Kościołowi zachowanie polskości w dżungli komuny… Myślę, że również Kościół – a może nawet przede wszystkim Kościół – winien być wdzięczny Polakom za to, że przetrwali w języku polskim, tradycjach i obyczajach polskich i wierze. Czy wspaniali kapłani, „Boży szaleńcy” – jak ks. Bukowiński, o. Serafin Kaszuba, ks. bp Cieński czy ks. bp Kiernicki, mieliby dla kogo pracować, gdyby tam zamilkła mowa i kultura polska? Czy Kościół rzymskokatolicki miałby wtedy szanse przetrwania na Kresach?