Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Bogna Wernichowska, LWÓW SIĘ BAWI

Jeśli wierzyć pamiętnikarzom, nie było zimą weselszego miasta i bardziej hucznych karnawałów nad lwowskie. Bawiono się wówczas wszędzie – poczynając od arystokracji skupionej wokół pałacu Namiestnika, poprzez bogate ziemiańskie i mieszczańskie rodziny prowadzące domy otwarte, sfery artystyczne – aż do bardzo demokratycznych zabaw w tancbudach na przedmieściach miasta. Lwów słynął też z wielkich bali publicznych, na których spotykali się przedstawiciele wszystkich niemal środowisk. Sława lwowskich karnawałów docierała nawet do Wiednia, stąd podobno i oficjalne cesarskie wizyty nieraz miały miejsce w karnawale.

 

„PRZEPRASZAM WASZĄ WYSOKOŚĆ!”

W styczniu 1881 roku Franciszek Józef wraz z liczną świtą przybył do stolicy Galicji uroczyście witany na lwowskim dworcu przez wszystkie stany – jak pisała ówczesna prasa. Zima była mroźna i śnieżna, sanna wspaniała, stąd też cesarskim ekwipażom zaprzężonym w prześliczne, białe konie, lipizzanery, zmieniono koła na płozy. Całe miasto podziwiało te imponujące sanie zdobne cesarskim herbem, sunące przez pryncypalne ulice w stronę namiestnikowskiego pałacu.

Na drugi dzień, a było to 31 stycznia, odbył się wspaniały bal w salach ratusza. Wśród licznych gości obecny był młody człowiek, Marian Rosco-Bogdanowicz – zaledwie 18-letni, noszący pierwszy w swym życiu frak. Syn bogatej szlacheckiej rodziny z Podola, miał w przyszłości zostać szambelanem na wiedeńskim dworze, a w późnej starości spisać swe wspomnienia – wielce barwny i interesujący obraz życia towarzyskiego i obyczajowego w tamtej epoce.

A że bal zrobił na młodziku wielkie wrażenie, stąd wiadomo, jak bawiono się w przytomności Jego Cesarskiej Mości w salach lwowskiego ratusza w ostatni styczniowy wieczór 1881 roku.

Powitany przez radę miejską, a wszyscy w polskich strojach, u wjazdu do ratusza, cesarz wszedł na sale wiodąc pod rękę żonę namiestnika panią Alfredową Potocką, wówczas jeszcze piękną i olśniewającą szafirami z łańcuckiego skarbca – wspomina Rosco-Bogdanowicz. Orkiestra zagrała Boże ochroń, Boże wspieraj i cesarz, przeszedłszy wzdłuż szpaleru pochylających się w dworskich ukłonach gości, zajął stojący na podium fotel – wokół stanęła świta. Tymczasem kilkadziesiąt par ustawiać się zaczęło do mazura, ulubionego tańca, któremu także cesarz – o czym wiedziano – zawsze chętnie się przypatrywał, jeżeli mu się zdarzyło być obecnym na balach w Galicji.

Rozległy się pierwsze tony dziarskiego tańca. Wszystkie pary były w polskich strojach.

Wielu danserów wyjęło na ten wieczór spośród rodzinnych pamiątek bezcenne słuckie pasy, a do odświeżonych kontuszy przyszyło guzy z drogich kamieni. Ich partnerki wybrano spośród znanych z urody lwowskich pań i panien, z najbardziej szacownych szlacheckich i mieszczańskich familii.

Mazura prowadził Jerzy Weryha-Darowski, znakomity tancerz, znany ze swego temperamentu i godnych podobno zawodowego baletmistrza umiejętności tanecznych. Mazur wypadł świetnie, ale pan Weryha-Darowski tak się rozhukał, że podczas figury zwanej wężem przebiegł na czele długiego korowodu tańczących cesarskie podium i gruchnął cesarza w bok – pisał Bogdanowicz.

Nieskonfudowany tym bynajmniej zawołał po francusku „pardon Majesté” i pogalopował dalej. Cesarz uśmiechnął się co prawda, ale był to jedyny wypadek, że podczas przerwy w balu nie kazał sobie przedstawić pana aranżującego tańce – wspominał Rosco-Bogdanowicz.

Po mazurze wszyscy tancerze ustawili się w koło, a cesarz w towarzystwie Michała Gnoińskiego – prezydenta Lwowa i hrabiny Potockiej przyjmowali prezentację gości. Panów przedstawiał Gnoiński, a panie – Alfredowa Potocka. Czuły na damskie wdzięki Habsburg zwrócił podobno uwagę na dwie urocze młode dziewczyny, jasnowłose w typie angielskim, przypominające portrety piękności Albionu.

Kiedy hrabina zapytała siostry bliźniaczki o nazwisko, jedna z nich odpowiedziała „Klerman”, co pani Alfredowa zrozumiała jako Clermont i tak przedstawiła panny cesarzowi. Ten zdumiony cudzoziemskim brzmieniem zapytał Panie są Polkami? Tak, Polki, ale Izraelitki – odpowiedziała jedna z nich. Cesarz uśmiechnął się łaskawie i powiedział: To nic nie szkodzi. Pani Alfredowa opowiadała to wydarzenie w towarzystwie jako anegdotę.

 

W KRĘGU DOBRYCH RODZIN...

Sprawozdawcy prasowi – w tym także lwowski korespondent „Czasu” – wyliczali sumiennie, kto też we Lwowie przyjmował podczas karnawałów i dochodzili do konkluzji, że przez te najweselsze tygodnie roku rodzin kręgu szlachty i bogatego mieszczaństwa, regularnie urządzających bale czy tańcujące wieczorki, było w mieście pięćdziesiąt kilka.

Otwierały na karnawał swe podwoje pałacyki i dworki należące do mieszkającej na Podolu szlachty, tańczono też w amfiladzie pokoi mieszczańskich kamienic.

Dla młodzieży wielką atrakcją były tak zwane adolescenten-bale, czyli popołudnia taneczne, na których bywały panienki i młodzieńcy od piętnastego do osiemnastego roku życia – jeszcze niewprowadzeni oficjalnie w świat. Wodzirejem był zwykle któryś z popularnych we Lwowie metrów tańca – wywodzili się oni zwykle z lwowskiego baletu. Chłopcy występowali w gimnazjalnych czy studenckich odświętnych mundurach, dziewczęta w białych sukienkach, przepasanych błękitnymi czy różowymi szarfami.

Tańczono niezmordowanie od czwartej do dziesiątej wieczór, pogryzając w krótkich przerwach między walcami i kadrylami drobne ciasteczka, popijane szklankami cytrynowej lemoniady. Wszyscy byli z tych karnawałowych popołudni wielce zadowoleni – młodzi, bo w dobie, kiedy koedukacja nikomu nie była znana, mogli bezkarnie ściskać w tańcu dłonie panienek. Towarzyszący młodzieży starsi także dlatego, że gościnni gospodarze dbali o ich rozrywki, aranżując w przyległych salonikach partie kart, szachów a czasem nawet występy lwowskich aktorów, nie mówiąc o smacznych i ładnie zastawionych stołach w stylu angielskim – co w tamtych czasach było bardzo modne: mocna herbata ze śmietanką, grzanki i tartinki, albo francuskim, kiedy to stoły zastawione były maleńkimi, wytwornymi przekąskami.

Wielkim powodzeniem cieszyły się tak zwane pikniki, urządzane w pałacu namiestnikowskim przez hrabinę Marię z Sanguszków Potocką zwaną familiarnie panią Alfredową. Ta mądra i popularna w towarzystwie lwowskim dama zdawała sobie sprawę, że wielu ziemian o świetnych nazwiskach nie bywa na balach z braku pieniędzy na reprezentację, chcąc więc i tym zubożałym rodzinom oddać honor i dać im możność przedstawienia córek ludziom lepszej sfery, wydawała przez cały karnawał we wtorki i czwartki składkowe przyjęcia połączone z tańcami. Wstęp nigdy nie wynosił więcej niż 5 guldenów od osoby (dochód przeznaczony był na podrzutki), a sama hrabina pokrywała koszty kolacji, serwując gościom ryby i pulardy z gospodarstwa w Łańcucie.

Podczas pikników damy występowały w skromniejszych toaletach (przybycie w sukni z trenem i brylantowej kolii uważano by za nietakt), a panowie niekoniecznie musieli być we frakach.

I tak niejedna dobrze urodzona, choć uboga panienka zawdzięczała pani Alfredowej zrobienie dobrej partii, gdyż gospodyni pikników dbała, by młodzi ludzie otrzymujący zaproszenia byli materialnie niezależni, a czasem nawet majętni – wspominał Rosco-Bogdanowicz.

 

NOCE W MIEJSKIM KASYNIE

Wielkie bale publiczne w Miejskim Kasynie gromadziły rzeczywiście cały Lwów. W mazurze i walcu bratały się różne stany, skromni urzędnicy obtańcowywali panny o wielotysięcznych posagach, panienki o pięknych nazwiskach ochoczo podawały w tańcu dłonie lwowskim selfmademanom.

W latach osiemdziesiątych XIX wieku prawdziwe poruszenie wywołało pojawienie się na balu rodziny Kisielków. Pan Jan Kisielka był bardzo zamożnym właścicielem słynnego browaru na Podzamczu. Mówiono, że zaczął od stanowiska palacza kotłów, a jako człowiek 50-letni był wielokrotnym milionerem, jego piwo znane było nie tylko we Lwowie i we Wschodniej Galicji, wysyłał je także na Węgry, a nawet do Wiednia.

Papa Kisielka, wówczas już wdowiec, miał trzy przystojne, wesołe i lubiące się bawić córki, a także trzy młodsze od siebie siostry. Dwie z nich to były typowe „wesołe wdówki” – najmłodsza panna w balzakowskim wieku. Te sześć dam, ubranych w sprowadzane z Wiednia toalety, obok wysokiego, zażywnego piwowara, wciśniętego w ten wieczór w sztywną koszulę z gorsem i frak, zwracały uwagę wszystkich od chwili wkroczenia na balową salę. Wokół panien i ciotek cisnęli się kawalerowie i wdowcy, znający dobrze okrągłe sumy posagów, jakie bogaty browarnik przeznaczał nie tylko córkom, ale i siostrom, gdyby i te ostatnie znalazły jeszcze konkurentów.

Pan Kisielka podejmował też co środę w swoim wcale obszernym pałacyku przy browarze. Dom jego słynął z gościnności, dobrej muzyki i wystawnego stołu. Nic też dziwnego, że cała szóstka domowych niewiast w ciągu trzech karnawałów doskonale wydała się za mąż, ku radości jowialnego browarnika.

 Gmach Gubernium we Lwowie na XIX-wiecznej rycinie. Po lewej tzw. Wały Gubernatorskie

 

ZABAWA W SIENKIEWICZOWSKIM ­STYLU

Kiedy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych triumfy czytelnicze święciła Trylogia, lwowskie Towarzystwo Dobroczynności wpadło na pomysł, aby na ratuszu wydać kostiumowy bal, na którym wszyscy obecni mieli być przebrani w stroje bohaterów tego dzieła. Złośliwy sprawozdawca zauważył później, że do mazura stanęło sześciu Wołodyjowskich, dwanaście Helen Kuncewiczówien, dziesięć pań w kostiumach mających naśladować strój dworki księżnej Gryzeldy Wiśniowieckiej, Anusi Borzobohatej, a prawie wszystkie damy w kwiecie wieku przebrały się za księżnę Gryzeldę.

Widziano też paru Bohunów, kilku Ketlingów, gromadę husarzy, a dwóch zażywnych starszych panów, włożywszy kontusze i zakrywszy lewe oko opaską, wyobrażało Zagłobę. Bal udał się nadzwyczajnie, tańczono poloneza, kilka mazurów, a nawet – aby modzie epoki, w której rozgrywa się akcja Trylogii, stało się zadość – majestatyczny taniec świecznikowy, podczas którego każda z danserek trzymała w dłoni zapaloną świeczkę. Opuszczone dzieci, na które łożyło Towarzystwo Dobroczynności, miały dzięki tej karnawałowej imprezie, zapewniony opał do końca zimy, ciepłe okrycia i trzewiki (...), do lwowskich zakładów opiekuńczych dla dziatwy odesłano też wiele koszy napełnionych pieczywem, łakociami i wędliną – wszystko, co pozostało w balowych bufetach – pisał sprawozdawca „Czasu”, chwaląc też dodatkową inicjatywę, polegającą na kweście podczas przerwy w tańcach. Pięć najładniejszych panien w kostiumach Sienkiewiczowskich bohaterek wzięło przybrane wstążkami i różami kosze i obeszło całe towarzystwo. Tak panowie, jak i panie wrzucali uroczym kwestarkom do koszyczków wcale niebagatelne datki. Zebraną sumę 6 tysięcy reńskich przekazano potem na fundusz pomocy ubogim studentom uniwersytetu.


Powyższy tekst zapożyczyliśmy za zgodą Autorki z dziennika „Czas” z 2/3 lutego 1991 r.

 

BOGNA WERNICHOWSKA była m.in. wieloletnią redaktorką w dawnym „Przekroju”.