Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Aleksander Kalmus, PROFESOR

(wspomnienie myśliwskie)

 

 

Gdy w bezsenne noce nawiedzają mnie myśli, obawy i troski, staram się zwalczyć je wspomnieniami pogodnymi i radosnymi. Powracam – jak prawie wszyscy w starości – do lat dzieciństwa i młodości.

Najsilniej, z dokładnością precyzyjnego rysunku, narzuca się wtedy mojej pamięci wspomnienie trzydniowego polowania z ojcem na Łojowskiej Górze, na południe od Nadwórnej. Widzę tamte odległe obrazy i zdarzenia. Nie utraciły one nic ze swej barwności, zastygły wyraźnie, jak na kliszy.

Leżę w bujnej trawie, na rozgrzanej słońcem, nieskoszonej jeszcze łące, na południowym stoku góry. Wzrok mój błądzi coraz to dalej i dalej. Na ciemnobłękitnym niebie stoją nieruchomo, wysoko, białe pasy pierzastych cirrusów wróżących pogodę. Na ich tle przesuwają się majestatycznie dwa jastrzębie; krążą, jakby nie poruszały skrzydłami, zataczają koła, spirale, czasem zdaje się, że zawisły bez ruchu
w jednym punkcie. Pasma wzgórz, potem gór, rysują się jedne za drugimi, coraz wyższe, każde w innym kolorycie. Te najbliższe ciemnozielone, dalsze coraz jaśniejsze, poprzez odcienie fioletu, aż do szarości ostatniego, najwyższego – Czarnohory.

W kierunku południowo-zachodnim rozciąga się pasmo Gorganów. Wyróżnia się ostro Sywula i potężna Doboszanka, a zza Jawornika sterczy stożek Chomiaka. Z zamykającej horyzont, lekko przymglonej Czarnohory wznosi się Pietros, dalej na wschód grupa Howerli, a jeszcze dalej Pop Iwan.

Za ciemną postacią świerkowego boru widać odcinek toru kolejowego, wchodzącego na łukowy wiadukt w Lubiżniej, ginie on za zakrętem w lesie. W dolinie błyszczy Prut, to niknie, to znów się pojawia w dali, kilkakrotnie rysując swoje zakola, znaczy swą drogę złotymi błyskami. Ukazują się fragmenty Jaremcza, Mikuliczyna, Worochty.

Łąka pachnie ziołami i kwiatami. Brzęczą owady, bezszelestnie unosi się – jakby skokami – ważka. Jej długie skrzydła przeświecają kolorami tęczy. Różnobarwne motyle tańczą i przysiadają na kwiatach.
Z otaczających nas lasów dochodzi ptasia muzyka; kukanie, kląskanie i trele sprawiają wrażenie zawodów wokalnych. Jakiś pan wilga z panem kosem przedrzeźniają się wzajemnie, a sójka wtrąca się terkotaniem. Wabi zięba, szczygieł i drozd. Przed wieczorem rozpoczną swój koncert słowiki. Wydaje się, że przyroda rozsypała na tej łące i otaczającym ją lesie całe swoje bogactwo barw, kształtów, gatunków. Boże! Jakbym chciał wyrazić piękno Twego świata! Nie potrafię. Chłonę tylko widok, odgłosy i nastrój chwili. Jakbym przeczuwał, że wnet to wszystko utracę.

 

Była to połowa czerwca 1939 roku. Przyjechałem z Ojcem furką zaprzężoną w parę koni wczoraj po południu. Nie była to ani wycieczka, ani zwykłe polowanie. Przyczyną i celem naszej wyprawy był „Profesor”. Z tego przezwiska od wielu lat znany był leśnikom i myśliwym stary rogacz – „myłkus”.

Miał na swoim koncie liczne morderstwa młodych, dorodnych kozłów, które zabijał lub ciężko kaleczył – długimi prawie prostymi rogami, zdegenerowanymi, w kształcie bagnetów. Atakował nie tylko w walce
o samice w okresie rykowiska, ale przy każdej okazji, jakby zabijanie sprawiało mu radość. Od lat był już zresztą poza wiekiem rozpłodowym, czego dowodem było atakowanie nawet samic. Wisiał więc nad nim wyrok śmierci wydany przez łowczego powiatowego. Wielokrotnie myśliwi zasadzali się na niego. Był kilka razy strzelany i raniony, ale zawsze potrafił się jakoś wylizać. Nabrał za to doświadczenia i chytrości. Zmieniał stale miejsca pobytu i to w dalekim zasięgu. Wykazywał niesłychaną ostrożność
i czujność i konsekwentnie prowadził swój zbójecki tryb życia. Wśród myśliwych stał się żywą legendą. Każdy marzył o zdobyciu jego poroża, a głównie sławy pogromcy „Profesora”.

I teraz właśnie, gdy strażnik leśny wypatrzył go na Łojowskiej Górze, kolejka przyszła na mego Ojca i... szansa dla mnie.

Byłem wtedy świeżo po maturze licealnej w Stanisławowie i przyjechałem na zasłużone wakacje.

Od dziesiątego roku życia Ojciec zabierał mnie coraz częściej na polowania, górskie wycieczki i wyprawy. Był bardzo aktywny w Polskim Towarzystwie Tatrzańskim, ale był też wytrawnym myśliwym. To jego hobby wynikało nie z pasji upolowania zwierzyny, ale z miłości do niej i do przyrody. Strzelał bardzo rzadko i tylko w ramach odstrzału selekcyjnego. Zwalczał też na swoich terenach łowieckich kłusownictwo, bardzo rozpowszechnione na Huculszczyźnie, i starał się w swoim Kole Łowieckim o podniesienie morale myśliwych, ich wiedzy o zwierzynie i przyrodzie.

 

Na Gwiazdkę 1936 roku, na krótko przed ukończeniem 16 lat, dostałem od Ojca dubeltówkę, dobrą „szesnastkę” belgijską i prawo do ustrzelenia przy sposobnej okazji rogacza. Nadarzyła się ona w lecie następnego roku, gdy przeznaczył jednego kozła na odstrzał selekcyjny. Pojechaliśmy do Lasów Majdańskich na „podjazdkę”. Ustrzeliłem wtedy mego pierwszego i... ostatniego kozła. Gdy zwierzę padło, podeszliśmy do niego. A wtedy rogacz podniósł swój piękny łeb i spojrzał na mnie. Z jego wielkich oczu spływały dwa rzędy łez. W tym spojrzeniu był taki strach, ból i żal, że serce mi zamarło.

Przyrzekłem sobie wtedy nie strzelać nigdy więcej w życiu do zwierzyny płowej. Tego spojrzenia nigdy nie zapomnę. Ojciec dobił go potem strzałem w serce. Polowałem już tylko na lisy, dziki i wilki.

A teraz miałem się zmierzyć z „Profesorem”. Najpierw odmówiłem, ale Ojciec wytłumaczył mi, że jest to coś całkiem innego i nie sprzeniewierzę się swemu przyrzeczeniu zabijając myłkusa; uratuję przecież
w ten sposób życie wielu rogaczy.

Po przyjeździe na miejsce chłopską furką i wyładowaniu bagaży przy brogu siana, w którym mieliśmy nocować, udaliśmy się na przegląd terenu. Na najwyżej położonym punkcie hali stał samotny, stary jesion, a na nim została zmontowana tzw. ambona. Z tej platformy był doskonały wgląd na prawie cały teren, obejmujący rozległe łąki przedzielane odgałęzieniami mieszanego lasu i grupkami drzew. Przez lornetki sprawdzaliśmy polanę za polaną, aż do zapadnięcia zmroku. Pokazało się kilka jeleni, stadko saren i młodzieży, ale zaledwie dwa kozły. Nie było naszego „Profesora”.

Wytypowaliśmy najkorzystniejsze miejsce na „zasiadki” do kolejnego obsadzania i już dobrze głodni
i zmęczeni wróciliśmy na nasz biwak. Buzowało tam wesołe ognisko, rozpalone przez towarzyszącego strażnika łowieckiego – Symeona. Nocleg był przygotowany w prawie jeszcze pustym brogu, gdyż sianokosy miały się dopiero zacząć. Symeon przygotował dla nas suche sianko i na nim warstwę drobnych gałązek jedliny. Na czterech okorowanych pieńkach świerków spoczywał zawieszony na rzemiennych pętlach czterospadowy dach ze strzechą. W miarę wypełniania brogu sianem dach podnoszono do 4–5 metrów.

Nad ogniskiem wisiał kociołek na żerdzi, a w nim bulgotała kipiąca woda źródlana. Z apetytem spożywaliśmy smaczną obiado-kolację. Upiekliśmy na rożnach młode kurczaki, do tego był chrupiący chleb z masłem. Popiliśmy herbatą z rumem. Po jedzeniu były pogwarki. Ojciec opowiadał o walkach w Karpatach w czasie pierwszej wojny, a Symeon o przeprawach z kłusownikami. Nawiasem wspomnę, że
i on sam też był „raubszycem”, do czasu gdy został strażnikiem. To była sprawdzona metoda Ojca; nikt tak dobrze nie znał terenu, zwierzyny, zwyczajów i konkurentów jak oni. Od momentu złożenia przysięgi i otrzymania legalnie strzelby stawali się idealnymi „cerberami”. To była sprawa honoru.

Mieliśmy następnego dnia zacząć od wczesnorannej „zasiadki”, więc udaliśmy się do brogu na spoczynek. Wleźliśmy w śpiwory na kocach, pachnącym sianie i jedlince. Z lasu dochodziły pohukiwania sów, gwiazdy migotały znacznie większe i wyraźniejsze niż w dolince. Usnąłem prawie natychmiast.

 

budziło mnie terkotanie budzika. Było jeszcze zupełnie ciemno i bardzo chłodno, ale trzeba było wstawać, by zająć stanowiska jeszcze przed nadejściem zwierzyny. Ta bowiem, zanim wyjdzie na otwartą przestrzeń, bacznie obserwuje, co się tam dzieje. Na śniadanie nie było czasu ani ochoty. Łyknęliśmy tylko z termosu gorącej herbaty z cynamonem dla rozgrzewki i wyruszyliśmy w drogę.

Ojciec zaprowadził mnie na stanowisko około dwa kilometry od obozowiska w młodniku. Potem sam udał się na swoje miejsce. Las był odległy o jakieś 60 metrów.

Zaczynało świtać. Załadowałem strzelbę i znalazłem sobie pieniek za kępą wysokiej paproci. Niebo na wschodzie rozjaśniało się coraz mocniej, potem poróżowiało, zrobiło się zupełnie jasno. Słońce miałem za plecami, łąkę przed sobą. Przemożnie ogarniała mnie senność, ale walczyłem z nią, wyobrażając sobie, że za chwilę wyjdzie z lasu „Profesor”. I rzeczywiście… wyszedł wprost naprzeciw z przecinki nie on, ale piękny jeleń, czternastak. Bacznie rozglądał się po łące i zaczął się spokojnie paść. Co kilkanaście sekund podnosił łeb z rozłożystym porożem i sprawdzał, czy jest bezpiecznie.

Po jakimś kwadransie pokazały się o 200 metrów dalej trzy sarny i skubiąc trawkę powoli się oddalały.

Nieoczekiwanie poczułem za uchem bolesne ukłucie i odruchowo klapnąłem ręką, aby zabić gza. Ale przy tym zawadziłem o gałązkę i natychmiast jeleń spojrzał w moją stronę. Zamarłem w bezruchu, ale to go nie uspokoiło. Zrobił kilka kroków w moim kierunku, stanął i znów kilka kroków, beknął z dezaprobatą, po czym lekkim truchcikiem pobiegł wzdłuż lasu, w dół łąki. Wolał na wszelki wypadek zmienić miejsce posiłku na bezpieczniejsze. Jeszcze półtorej godziny czekałem na wizytę „Profesora”, ale z lasu dochodził tylko szczebiot i wabienie ptaków. Miały swój drugi, godowy okres.

Wróciłem więc powoli do obozu, gdzie Symeon spał smacznie. Po pół godzinie przyszedł też Ojciec.
I on nie zobaczył „Profesora”. Zjedliśmy śniadanie: jajecznicę na wędzonce i kawę z mlekiem, którą przyniosła nam w bańce córka strażnika. Po śniadaniu wybrałem się na spacer na szczyt Łojowskiej Góry, skąd otwierał się widok na stronę zachodnią, w dolinę Bystrzycy Nadwórniańskiej, na Piaseczną
i Przełęcz Pantyrską. Znalazłem mnóstwo dojrzałych poziomek i zobaczyłem na drzewie rysia. Zbudzony ze sjesty południowej, fukał z dezaprobatą, a potem oddalił się niespiesznie.

Wróciłem w samą porę na obiad. Symeon ugotował pyszną mamałygę, którą zjedliśmy z bryndzą
i gęstą śmietaną. Potem zdrzemnąłem się ze dwie godziny. Leżałem na miękkiej trawie i mchach
i patrzyłem na rozsłoneczniony krajobraz. Było mi dobrze i szczęśliwie. O piątej trzeba było znów wyruszyć na łowy.

Dostałem następne stanowisko, niżej rannego. Była prawie 6 po południu. I znowu zastygłem w bezruchu, z napiętym słuchem i wzrokiem. Po pół godzinie nadleciała sójka z przeciwległego lasu.

Zaraz mnie wypatrzyła i podniosła wrzask. Latając wokoło trzepotała skrzydłami, ukazując piękne niebieskie lustra, terkotała, beczała i świstała z widoczną złością. Napyskowała mi solidnie, po czym poleciała do lasu i tam naplotkowała wszystkim zwierzakom o intruzie na łące. Myślałem, że zostawi mnie w spokoju, ale nie! Wracała dwa razy, by sprawdzić, czy jeszcze jestem. Wiedziałem, że nie pokaże się już żadna sarna, a tym bardziej „Profesor”. O roli sójki jako wywiadowcy mówił mi Ojciec nieraz. Mogłem spokojnie zakończyć polowanie. Nie byłem jednak zły na ptaka, nawet mnie ta scena ubawiła.

Wieczorem i w nocy las rozbrzmiewał pobekiwaniem i szczekaniem rogaczy i odgłosami ptaków.

Zasnąłem później, już po wyjściu księżyca. Był prawie w pełni i ostro rysował się na niebie, co zapowiadało piękną pogodę. Następny dzień był podobny do poprzedniego. „Profesor” był dalej niewidoczny. Obawialiśmy się, że mógł nas wyśledzić i ulotnił się na dobre. Poszliśmy spać w minorowym nastroju. Zostało nam tylko jedno, ranne polowanie, a w południe miała po nas przyjechać furka.

Niezbyt dobrze w nocy spałem. Budziły mnie myszy polne dobierające się do naszych zapasów. Kilka razy przeganiałem, ale bezskutecznie, wracały. Wtem Symeon zaczął chrapać. Był to koncert na piłę, gwizdek i maszynę parową. Ale myszy się przeraziły i zniknęły bezpowrotnie.

 

Rano byłem dość „padnięty”, ale trzymałem przed Ojcem fason. Oprzytomniałem po umyciu się
w lodowatym źródełku. Karnie wyruszyłem na ostatnią zasiadkę. Tym razem stanowisko moje zostało wyznaczone całkiem na dole, w południowej zatoce łąki, na granicy z lasem państwowym. Po lewej stronie miałem głęboki, stromy parów zarośnięty młodym laskiem brzozowym i olchami. Na jego dnie bulgotał wesoło strumyk, spadając małymi kaskadami w stronę Prutu. Przede mną w odległości 70 metrów wyrastała ściana gęstego, wysokopiennego boru świerkowego, a po prawej łąka pięła się łagodnie w górę. Była zarośnięta wyjątkowo wysoką trawą, pełną margaretek, dzwonków, maków, płomieniczników i mieczyków. W miarę rozświetlania się budziło się coraz więcej ptaków. Dołączały się do koncertujących już od nocy kosów. Ich inwencja muzyczna była zadziwiająca. Usiadłem na małym trójnogu w kępie drzew, osłonięty od góry zwisającą gałęzią, a od dołu krzakiem młodej leszczyny
i jałowca. Ułamałem kilka zasłaniających widok gałązek. Byłem w głębokim cieniu.

Na wprost mojej kryjówki otwierała się w ścianie lasu wąska luka, jakby brama, zapraszająca do wyjścia na łąkę. Ona przyciągała głównie moją uwagę i w tym kierunku miałem skierowaną strzelbę.

Czas zaczął się dłużyć. Nic się nie działo. Słońce początkowo przezierało przez gałęzie, a w końcu wyszło ponad ich wierzchołki, zalewając blaskiem wyhaftowaną kwiatami łąkę. Robiło się ciepło. Rozluźniłem napiętą uwagę. Może nawet na chwilę się zdrzemnąłem. Nagle bardziej poczułem niż spostrzegłem jakiś ruch po prawej stronie. Oprzytomniałem natychmiast i powoli zwróciłem głowę w tamtą stronę. Ujrzałem małą sarenkę w odległości 20 metrów. Siutka miała pewnie dwa i pół, może trzy miesiące, była jeszcze cętkowana i prawie kryła się w bujnej trawie. Stąpała krok po kroczku, powolutku, bezgłośnie,
z wdziękiem baletnicy. Skubała końce źdźbeł trawy, trącając swoim czarnym, błyszczącym noskiem kielichy kwiatów, jakby je wąchała. I ciągle zbliżała się do mnie. Zamarłem w bezruchu. Wpatrzony
w urokliwe stworzenie ledwie śmiałem oddychać. O 30 metrów dalej ujrzałem kątem oka drugą sarenkę
i ich matkę. I one pasły się spokojnie. Byłem zafascynowany tym widokiem.

Siutka była może 6 metrów dalej ode mnie, gdy na nosie usiadł mi komar. Pamiętny przygody z gzem, nie odważyłem się go klepnąć, ale tylko dmuchnąłem w górę. Po chwili znów zabrzęczał, siadł mi na policzku i wlazł pod okulary na powiekę. I wtedy nie wytrzymałem i zdjąłem okulary, by usunąć paskudnika. Momentalnie sarenka pisnęła i spłoszona uciekła w stronę matki. Równocześnie usłyszałem niskie, głośne szczeknięcie z przeciwnego kierunku. Spojrzałem w tę stronę i przez ułamek sekundy ujrzałem olbrzymiego kozła z długimi prostymi rogami. To był „Profesor”. Włożyłem szybko okulary i zdołałem tylko zauważyć, że głowę miał prawie całkiem siwą. Stał w odległości może 30 metrów ode mnie, na skraju parowu. Lewym bokiem był zwrócony do mnie, jakby chciał mi ułatwić strzał w komorę. Ale zanim podrzuciłem broń do policzka, myłkus dał susa i potem drugiego. Z łoskotem łamanych gałęzi zniknął w parowie. Musiał podejść w czasie kontemplowania sarenki i pewnie pasł się przez dobre kilka minut w zasięgu strzału. Nie miałbym prawa spudłować! Jak błyskawica przeleciała mi przez głowę myśl, by strzelić w czasie skoku, ale mnie coś powstrzymało od pociągnięcia spustu. Dobrze się stało, bo pewnie bym spudłował albo go ranił. Może musiałbym potem znowu patrzeć na łzy płynące z oczu „patriarchy”? Uratowała mu życie siutka, może jego wnuczka?

Taki był koniec tego pięknego polowania i moich nadziei na sławę myśliwską. Taaaką okazję przepuściłem! Patałach, a nie myśliwy! Ale choć musiałem wysłuchać jeszcze słusznych wymówek Ojca, który całe zdarzenie widział przez lornetkę ze swego stanowiska na ambonie – nie żałowałem.

A jeśli nawet był to żal, minął szybko, a obraz ukwieconej łąki ze stąpającą, pełną gracji sarenką został w mojej pamięci jak najdroższy skarb na zawsze.

Maj 1996

 


ALEKSANDER KALMUS (1921 Lwów – 2000 Kraków, Rakowice), architekt – specjalista budow. przemysłowego, ekolog. Wychowany na Pokuciu
i Huculszczyźnie (ojciec pracował w przemyśle naftowym); do szkół uczęszczał we Lwowie, Nadwórnej i Stanisławowie. W 1939 udział w Junackich Hufcach Pracy u boku WP, a po wejściu sowietów ucieczka do GG. Wskutek dobrej znajomości j. niemieckiego nakaz pracy do fabryki samolotów w Poczdamie,
i tam zarazem udział w pracy wywiadowczej dla AK. Zwolniony z powodu gruźlicy, wrócił do Krakowa. Po zakończeniu wojny wstąpił na Politechnikę, studia architektoniczne. W 1951 rozpoczął pracę przy budowie Nowej Huty, najpierw miasta, potem zakładów kombinatu. W 1960–61 pracował
w Niemczech, potem w różnych biurach projektowych w kraju. Na emeryturze od 1978, podjął działalność na rzecz ochrony środowiska.