Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Romana Żukowa, WYCIECZKA DO LWOWA I NA WOŁYŃ

W dniach 10–15 maja 2013 roku miłośnicy Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich z Krakowa (i nie tylko) wyruszyli kolejny już raz na wycieczkę do Lwowa i na Wołyń. Jednakże obecna nasza wyprawa miała zupełnie odmienny charakter od poprzednich, ponieważ cel jej był inny niż zwykle.

Nie zależało nam jedynie na zwiedzaniu zabytkowych miejsc (to też było), ale ważniejsze dla nas było to, aby właśnie w tym roku udać się na Wołyń. Chodziło nam o przywrócenie historycznej pamięci
o kresowej tragedii Polaków na Wołyniu i Ziemiach Południowo-Wschodnich II Rzeczypospolitej.

Uznaliśmy, że powinniśmy tam być i długo się nie zastanawiając, udaliśmy się w podróż.

Zaczęliśmy oczywiście od Lwowa, ponieważ bez tego ukochanego miasta nie może się odbyć żadna wycieczka. We Lwowie – wiadomo: miłe wspomnienia, nieustanne zwiedzanie dobrze znanych miejsc, odwiedziny znajomych, którzy tam zostali.

Po dwudniowym pobycie we Lwowie ruszamy w kierunku Wołynia. Zaczynamy od Łopatynia. Zwiedzamy kościół, cmentarz legionistów, grób gen. Dwernickiego. Jesteśmy w Beresteczku, Plaszowej (miejsce bitwy 1651), Młynowie (400-letnia rezydencja Chodkiewiczów) i zatrzymujemy się w Dubnie.
Tu zwiedzamy zamek i pałac Lubomirskich. Zostajemy na nocleg w hotelu. W następnym dniu przed nami Przebraże. Był to najsilniejszy na Wołyniu ośrodek samoobrony w walce z UPA.

Od tej chwili zmienia się właśnie charakter naszej wycieczki, zmienia się nastrój wśród jej uczestników.

Cmentarz w Przebrażu robi na nas niesamowite wrażenie: rzędy mogił, krzyży, tablic z nazwiskami ofiar. Zapalamy znicze, składamy kwiaty, ustawiamy biało-czerwone chorągiewki, krzyże oplatamy biało-czerwonymi szarfami, modlimy się... (tak robimy na każdym cmentarzu, który odwiedzamy).

Na naszych wycieczkach często zdarzają się różne nieprzewidziane sytuacje, takie jak np. odnalezienie kogoś z rodziny, czyjegoś grobu zupełnie przypadkowo itp. Tym razem też nie obyło się bez niespodzianek. Jeden z uczestników wycieczki nagle się zatrzymał na dłużej. Stał zaskoczony, nie mógł opanować wzruszenia. Otóż na jednej z tablic odczytał imię i nazwisko prawdopodobnie swego wuja. Wiedział o tym, że wuj na zawsze pozostał w tych stronach, ale nie wiedział dokładnie gdzie. I tu nagle ten napis... Zatrzymaliśmy się dłużej w tym miejscu, on złożył biało-czerwone kwiaty przy tablicy, pomodliliśmy się... Później długo jeszcze o tym mówił.

Dalej jedziemy do Ołyki, gdzie znajduje się kolegiata pw. św. Trójcy oraz zamek Radziwiłłów,
a w Klewaniu – zamek Czartoryskich. Szukamy cmentarza w Janowej Dolinie. Jedna z pań z naszej grupy mówi nam, że posiada przedwojenne zdjęcie swojej ciotki, która stoi przy tablicy z napisem Janowa Dolina. A dziś? Las, a w nim groby, groby... Nie ma kościoła ani przykościelnego placu, na którym zostały pogrzebane ofiary zbrodni. Tylko las i mogiły...

Nocujemy w Sarnach i następnego dnia przed nami Porośle – wieś całkowicie wymordowana, obecnie nie istnieje.

Odwiedzanie cmentarzy przeplatamy zwiedzaniem ciekawych miejsc, które są na naszej trasie: Włodzimierzec z pałacem Krasickich, Czartorysk (siedziba rodowa Czartoryskich), dalej – Polski Lasek (Kostiuchówka) z kwaterami legionistów 1915 i 1916 roku. Pod koniec dnia docieramy do Kowla.
Tu nocujemy.

Następnego dnia zatrzymujemy się w Zasmykach – też silnym ośrodku samoobrony przed UPA – odwiedzamy cmentarz i udajemy się do Kupiczowa – dawnej osady czeskiej. Następnie Rudna – wieś wymordowana w 1943 roku. Po wiosce został tylko krzyż, przed którym znów stoimy w zadumie, bo trudno sobie nawet wyobrazić, że coś takiego mogło się wydarzyć. I ciągle zadajemy sobie pytanie: „Dlaczego?”

Dojeżdżamy do Porycka i znów – mord UPA na Polakach zgromadzonych w kościele w 1943 roku. Postawiono tam obelisk z nieco dziwnym napisem: „Pamięć, żałoba, jedność”.

W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze Zimno, gdzie znajduje się 1000-letni prawosławny monastyr żeński, Włodzimierz Wołyński, Bełz, Żółkiew i wracamy na nocleg do Lwowa, aby następnego dnia wyjechać do Krakowa.

Jeśli chodzi o samą podróż, to należą się gorące podziękowania naszemu kierowcy, który ze stoickim spokojem i niesamowitym wręcz mistrzostwem pokonywał te uciążliwe trasy, bowiem drogi na Wołyniu są fatalne. Niejednokrotnie musieliśmy zawracać, bo dalej nie dało się jechać. Dzięki temu, że na drogach nie ma praktycznie żadnego ruchu, mogliśmy czasem jechać lewą stroną, kiedy wydawała się mniej wyboista i dziurawa.

A jako ciekawostkę możemy opisać hotel w Sarnach, gdzie rano zastaliśmy łazienki (na korytarzu) zamknięte na kłódkę i aby się umyć, trzeba było „pani etażowej” zapłacić. Dużo tego było, nie sposób wszystko opisać. Ale to nas nie zraziło. W nagrodę mieliśmy piękną pogodę, chociaż w tym samym czasie w kraju było zimno i padały deszcze.

Jesteśmy bardzo zadowoleni, że byliśmy tam i w takim właśnie czasie, że tyle zobaczyliśmy i doznaliśmy tak głębokich uczuć i wrażeń. To jest zdanie wszystkich uczestników wycieczki, którym jestem wdzięczna za to, że nie potraktowali tego wyjazdu jako kolejną rozrywkę, ale byli odpowiednio przygotowani: mieli ze sobą biało-czerwone kwiaty, chorągiewki, szarfy, znicze i że wśród nas panował odpowiedni nastrój. Warto było to wszystko przeżyć.

Kolejna nasza wyprawa dobiegła końca. Jeszcze tylko słowa pożegnania i oczywiście, jak zwykle, pytania: „Kiedy następny raz? Kiedy jeszcze?”...

 

 Odpoczynek na wycieczce