Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI


♦ Stanisław Dziedzic wydał już swoją dwudziestą drugą książkę. Iluż to twórców parających się wyłącznie pracą naukową, pisarstwem czy publicystyką może poszczycić się takim dorobkiem? Ten zaś autor znajduje wiedzę, czas i siły pomimo mocno absorbującej działalności kulturalno-organizacyjnej – jako dyrektor Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Urzędzie Miasta Krakowa.

Nowa książka S. Dziedzica to gruby, ładnie wydany tom z pomnikiem prezydenta Dietla na okładce – o nim będzie niżej – a jej tytuł brzmi zachęcająco: Portrety niepospolitych (Wydawnictwo „Petrus”, Kraków 2013).

Stanisław Dziedzic zebrał 11 postaci, dla których żywi szczególną admirację. Są to profesorowie, ludzie teatru, sztuki i publicystyki, duchowni – albo tych dyscyplin razem wziętych – postacie zawsze twórcze. I są to nie tylko osoby autorowi współczesne, także
z mniej czy bardziej odległej przeszłości.

Jest tam więc troje wybitnych polonistów (Maria Dłuska, Tadeusz Ulewicz i Jan Błoński). Jest czterech duchownych, poczynając od księdza, poety i filozofa Karola Wojtyły, poprzez uczonego, arcybiskupa i już świętego Józefa Bilczewskiego, niezwykłego misjonarza Karola Antoniewicza, aż po reformatora studiów
i szkolnictwa, poetę Hugona Kołłątaja. Jest jeszcze prezydent Krakowa Józef Dietl, dwóch artystów różnych sztuk – twórca teatralny Mieczysław Kotlarczyk i malarz Włodzimierz Tetmajer,
a na koniec świetny dziennikarz Józef Dużyk.

Wśród postaci tych są osoby bardziej lub mniej znane w naszym społeczeństwie, a autor bynajmniej nie przyznaje im wyłącznie krakowskości. Pewien zamęt natomiast wprowadza autor przedmowy, który jedynie Bilczewskiemu przypisuje związki nie tylko z Krakowem. Otóż nie ma w tym pełnej prawdy – zależy wszak, jak na to spojrzeć i co uważać za najbardziej istotne w życiu i osiągnięciach – pochodzenie, wczesny okres życia czy ten najbardziej owocny? Nie ma wątpliwości, że Bilczewski był związany po połowie – urodzeniem, wychowaniem i studiami z zachodnią Małopolską i Krakowem,
a ze Lwowem i wschodnią Małopolską – drugą, twórczą, a więc historycznie ważniejszą połową swego życia.

Pozostałych uważa więc profesor historii na trwale związanych z Krakowem. No a Karol Antoniewicz? Urodzony pod Lwowem w 1807 r., tam studiował prawo i języki, a większość życia spędził we Lwowie
i w różnych miejscach Ziemi Lwowskiej i Wołynia, pracował za granicą, a po tragicznym okresie rodzinnym wstąpił do jezuitów w Nowym Sączu. W tamtych stronach przeżył rabację galicyjską, potem wracał do sił na Huculszczyźnie, i znowu w 1847 r. osiadł we Lwowie. Po zamknięciu przez władze austriackie klasztorów jezuickich (tzw. kasacie józefińskiej) wyjechał na Śląsk, a po wielkim pożarze, jaki dotknął Kraków w 1850 r., znalazł się tam, prowadząc działalność misyjną. Ale już w 1852 r. udał się na zaproszenie arcybiskupa gnieźnieńskiego do Wielkopolski (to zabór pruski) i tam wraz z grupą jezuitów założył klasztor w Obrze, zostając jego przełożonym. Tamże zmarł w 1852 roku.

Również Józef Dietl do Krakowa przybył w 47. roku życia. Przedtem pozostawał w rodzinnych stronach
w Małopolsce Wschodniej: we Lwowie rozpoczął studia filozoficzne, nie mogąc jednak podjąć wymarzonych studiów medycznych na uniwersytetach galicyjskich, przeniósł się do Wiednia, tam je ukończył i przez lata praktykował. Był doskonałym i twórczym lekarzem i w 1851 r., wykorzystując zaproszenie do Krakowa, osiadł na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tu jako profesor, a potem prezydent miasta spędził w Krakowie lat 27 (żył 74). To był oczywiście zasadniczy, godny okres jego życia.

I jeszcze Maria Dłuska, urodzona w Rosji (1900) w rodzinie polskiej, wychowana po polsku. Nauki rozpoczęła w Warszawie, na studia polonistyczne wybrała Kraków. Po habilitacji w 1935 r. osiadła we Lwowie na Uniwersytecie JK. W latach okupacji pracowała nadal twórczo i równocześnie nauczała na tajnych kompletach. Ekspatriacja w 1944 r. zawiodła ją na KUL, a w 1950 r. została profesorem UJ. Jej główną specjalnością naukową była poetyka i wersologia, ulubionym zaś poetą – Kazimierz Wierzyński*. Jeszcze inne postacie wywodziły się lub spędzały okresy swego życia w różnych stronach Polski. Autor starannie to notuje.

Hugo Kołłątaj, rodem z Wołynia, wspomniany poeta i reformator studiów, studiował w Krakowie i tu działał – i wiele zdziałał – ale nie tylko, także w wielu miejscach szerokiej, lecz podzielonej Rzeczypospolitej. Kiedy w 1803 r. wrócił na Wołyń, odegrał istotną rolę w tworzeniu – wraz z Tadeuszem Czackim – Liceum Krzemienieckiego. Był zawsze tam, gdzie działy się sprawy najważniejsze.

Czytelnika tych refleksji prosimy o wyrozumiałość: w naszym piśmie poświęconym problematyce nie tylko podwawelskiej, chcieliśmy zwrócić uwagę na słowa – nie, nie autora – które doprowadzają opisane postacie (poza jedną) do krakowskiej nobilitacji. A przecież to wszyscy byli znakomici Polacy, Polacy
w najszerszym rozumieniu tego słowa. Chwała za to autorowi książki.

Poza wymienionym, autor omawia świetnych profesorów i twórców krakowskich, a trzeba zacząć od Karola Wojtyły, jeszcze nie papieża, nawet nie biskupa, ale już piszącego i wiążącego się z teatrem.
Ale o Wojtyle napisano już tak wiele (i nadal będzie się pisać)! I zaraz potem Mieczysław Kotlarczyk, który stworzył niezapomniany Teatr Rapsodyczny, dokąd biegaliśmy w latach powojennych. I profesor Tadeusz Ulewicz – niedawno zmarły – uczony o najwyższej randze w dziedzinie literatury staropolskiej
i oświeceniowej. Blisko Ulewicza plasuje się profesor Jan Błoński, historyk i krytyk, zainteresowany polską i światową dramaturgią, a także literaturą i kulturą francuską, którą lansował na łamach dawnego, niezapomnianego „Przekroju”. Z nazwiskiem Błońskiego wiąże się jeszcze jeden pamiętany teatr krakowski lat popaździernikowego przełomu – Teatr 38. A z innej dziedziny dodajmy, że Błoński napisał książkę o prekursorze liryki polskiego baroku, Mikołaju Sępie-Szarzyńskim, nam, Czytelnikom CL, szczególnie skądinąd bliskim**.

Wreszcie świetny dziennikarz krakowski, Józef Dużyk. My, zwykli ludzie, pamiętamy jego teksty
z „Dziennika Polskiego”, skąd uczyliśmy się wiedzy o Włoszech, ale także o krakowskiej Młodej Polsce,
o tradycji jego rodzinnego Krakowa.

Cofając się nieco wstecz, nie można zapomnieć o szeroko omówionym portrecie Włodzimierza Tetmajera z bronowickiej legendy Wesela, przede wszystkim znakomitego malarza, ale i pisarza, polityka, zainteresowanego w swej twórczości i działalności polską wsią i jej mieszkańcami.

Dyr. Stanisław DziedzicNie przypadkiem kończymy nazwiskiem Tetmajera. Warto opowiedzieć Czytelnikom, że w 90-lecie śmierci artysty (XII 1923) autor omawianej książki S. Dziedzic został zaproszony do Muzeum Niepodległości w Warszawie do wygłoszenia wspomnienia
o owym wybitnym artyście i polityku. Został tam uhonorowany specjalną Nagrodą
im. W. Tetmajera.

Namawiamy do przeczytania ciekawej książki Stanisława Dziedzica. Poznajemy tam jego preferencje oraz znajomość życia i dzieła tych ludzi, których tak głęboko poznał i nam przedstawił.            

 

  [AC]

 

*    Kazimierz Wierzyński (1894–1969) urodził się w Drohobyczu.

**  Mikołaj Sęp-Szarzyński (1550–1581) urodził się pod Lwowem.

 

♦ Zbigniew Wawszczak, znany publicysta i reportażysta zamieszkały
w Rzeszowie, w ostatnich latach nie daje swym czytelnikom wytchnienia. Niedawno, bo w 2010 r., ukazał się opasły tom jego tekstów i wywiadów zatytułowany Tam był nasz dom. Wspomnienia Kresowian (Wydawnictwo „Carpathia”, Rzeszów 2010), a w połowie minionego roku na księgarskie półki – niestety tylko wybranych księgarń województwa podkarpackiego – trafiło dwutomowe wydanie jego książki Kresy. Krajobraz serdeczny. Wspomnienia wypędzonych (Wydawnictwo „Carpathia”, Rzeszów 2013). Bohaterami dwutomowego dzieła są rozmówcy Z. Wawszczaka, których spotkał na swej twórczej drodze życiowej, począwszy od pierwszych lat po studiach, kiedy to zamieszkał w Rzeszowie jako sublokator u rodziny pochodzącej z Kresów, aż po dzień dzisiejszy, kiedy Kresowian spotyka czy to w Rzeszowie, czy Horyńcu Zdroju podczas sanatoryjnej kuracji albo za Oceanem, w Stanach Zjednoczonych, gdzie odwiedza mieszkającą tam córkę. Po lekturze tej książki nie mogę wyjść z podziwu, że pokolenie wypędzonych, które także na swych barkach wznosiło z ruin powojenną Polskę, wciąż dzielnie trwa!

Tom pierwszy składa się z sześciu części. Pomieszczono w nim wspomnienia Kresowian, których tragiczny los nie tylko pozbawił rodzinnej ziemi, ale sowiecki okupant zesłał ich z całymi rodzinami na „nieludzką ziemię”, na Syberię. Ilu Polaków z tych transportów pozostało tam na wieki, zmarło z głodu, przepracowania, wycieńczenia, na skutek przeróżnych chorób? Tego tak naprawdę nie wie nikt. W części drugiej przeczytamy relacje z Podola i Ziemi Stanisławowskiej. Szkoda, że uwadze autora umknęła niewielka książka Tadeusza Kamińskiego Tajemnica Czarnego Lasu (Kraków 2001), będącej swoistym dokumentem poszukiwań miejsca kaźni inteligencji stanisławowskiej. Zbigniew Wawszczak wspomina też na stronach swej książki o zamordowanych w równie bestialski sposób i spoczywających
w Czarnym Lesie 2840 stanisławowskich Żydach, których zakwalifikował jako „honorowych obywateli Stanisławowa” (s. 122). Czy to możliwe, by to miasto miało aż tylu honorowych obywateli? Czy nie zaszła tu jakaś pomyłka, lapsus słowny? Bardzo interesujące są opowieści o Ormianach, o rodzinie Krzysztofowiczów, u których ostatnie trzy dni przed wkroczeniem wojsk sowieckich do Polski 17 września 1939 r. spędził Prezydent RP Ignacy Mościcki wraz z towarzyszącymi mu osobami. Osobna część tomu poświęcona jest ratowaniu Żydów przez Polaków, a kolejna ludobójstwu dokonanemu przez OUN–UPA na Polakach na terenie Wołynia i regionach Małopolski Wschodniej. Osobną część poświęcił autor dobrym kontaktom Polaków i Ukraińców, dzięki ofiarności których wiele osób uszło z życiem ze zgotowanych przez Ukraińców Polakom rzezi.

Tom drugi, złożony z pięciu części, wychodzi też poza obszar Lwowa i Kresów Południowo Wschodnich. Spotykamy tam relacje Polaków wypędzonych z Wileńszczyzny. Bardzo interesujące są też wspomnienia Polaków z Roztocza i ziemi lubaczowskiej. Jakby coraz mniej pamiętamy, że dramat Polaków zgotowany przez OUN–UPA dotyczył też terenów Roztocza. Z rzadka wspomina się, że Polacy z Lubaczowa ucie­kali przez nacjonalistami ukraińskimi, zanim z tych terenów wojska rosyjskie wyparły Niemców. Coraz rzadziej wspomina się też dramat rozgrywający się w Bieszczadach, który w końcu rozwiązany został przesiedleniami miejscowej ludności.

Na bez mała tysiącu stron przedstawił Zbigniew Wawszczak losy setek rodzin polskich dotkniętych ekspatriacją, skazanych na śmierć i zapomnienie na dalekiej Syberii. O pamięć o nich dopominają się od lat coraz skuteczniej ci, którym udało się przeżyć, oraz ich potomkowie. Ich głos wzmacniają wyraziście także książki Z. Wawszczaka. Dzięki pasji dziennikarskiej i publicystycznej Wawszczaka, opowiedziane losy Polaków, polskich kresowych rodzin, czyli dzieje Polski na Kresach, pierwotnie utrwalone zostały na taśmie magnetofonowej i wyemitowane w eter przez Rozgłośnię Polskiego Radia
w Rzeszowie. Ale – na szczęście – autor nie poprzestał na tym dość ulotnym dziele... Zebrał i opracował, opatrując współczesnymi komentarzami, głosy – często już nieżyjących – świadków tamtych tragicznych dni. Interesujący tekst opatrzył bogatą szatą foto­graficzną. Wszystko po to, by czytelnik chłonął książkę, nie odczuwając upływającego czasu. Książkę bowiem czyta się „jednym tchem”! Kiedy czytelnik się na chwilę zatrzyma, by zastanowić się nad tym, co czyta, nie może wyjść z podziwu, co warto wyraziście podkreślić, jak wspaniali byli to – i nadal są – ludzie, którzy potrafili pokonać traumę tamtych czasów, by – w nowym miejscu, nowej Polsce – dochodzić do ważnych funkcji i zaszczytów. I choć mieszkali w tej nowej Polsce, między Nysą Łużycką i Odrą a Sanem i Bugiem, to sercem zawsze byli i są na Kresach.

Książkę Zbigniewa Wawszczaka można kupić tylko na terenie Podkarpacia w sieci księgarskiej Księgarnia Nowa lub zamawiając telefonicznie u autora (tel. 178 542 897)

Janusz M. Paluch

 


 

♦ W numerach 1 i 3 CL z ub. roku omawialiśmy dwa pierwsze tomy Kresowej Atlantydy Stanisława S. Niciei, teraz przyszła kolej na trzeci, obszerniejszy i jeszcze bogatszy od poprzednich (ma prawie 270 stron tekstu i mnóstwo starych ilustracji). Tom ten zawiera cztery nasze wschodniomałopolskie miejscowości i… Abację nad Adriatykiem – o tym na końcu.

Te nasze miejscowości to najpierw dwa słynne miasteczka-letniska: Zaleszczyki nad Dniestrem oraz Kosów nad Rybnicą, dopływem Prutu. Kolejne dwa to miasta znane z innych historii: Chodorów i Kałusz.

Najwięcej miejsca poświęca autor Zaleszczykom. Jakżeby inaczej? Bo przecież niezwykłe położenie w najcieplejszym zakątku Polski, w dodatku nieprawdopodobnie okolone malowniczą pętlą Dniestru, punkt graniczny z Rumunią z dwoma ogromnymi mostami, kurort zwany podolską Riwierą i miejsce wypoczynku wielkich ludzi
z Piłsudskim na czele, słynne sadownictwo i winiarstwo, a w końcu tragiczna legenda „szosy zaleszczyckiej”.

Zaleszczyki od XV wieku były związane z rodzinami Buczackich, Lubomirskich, Poniatowskich. W XIX i XX w. właścicielami byli Bruniccy i Turnauowie. W tym okresie awansowały do tytułu polskiego Meranu i stały się letniskiem dla wielu znanych rodzin
i postaci. Przyjeżdżali tu Jan Kasprowicz, Maria Dąbrowska, Wacław Sieroszewski, muzycy, aktorzy i dziesiątki innych wybitnych osób, był tu raz Marszałek Piłsudski.
To wszystko runęło we wrześniu 1939 roku, razem z dwoma mostami…

Kosów – stolica huculskiego folkloru, ale także słynny zakład przyrodoleczniczy dra Apolinarego Tarnawskiego (oczywiście lata międzywojenne). I tu znakomici goście: Juliusz Osterwa, Kazimierz Sichulski, który tu wiele namalował, oczywiście Ferdynand Antoni Ossendowski, autor książki w serii   Cuda Polski o Huculszczyźnie, Adam Didur, a nawet Ignacy Daszyński…

Jednak najważniejsza była w Kosowie ceramika (może nawet jest, bo dziś chętnie ją naśladują). Było na pewno sporo huculskich artystów ceramików, ale górowali polscy, a wśród nich najlepszy – Aleksander Bachmiński, poniekąd „klasyk” huculskiej ceramiki. „Naukowcy” ukraińscy przerabiają tych Polaków na Ukraińców – z Bachmińskiego robią Bachmatiuka, z Baranowskiego Baraniuka. Żaden z tych artystów takich przechrzczeń nie używał, podpisywali się tylko po polsku.

Z Chodorowem wiąże się przede wszystkim słynna cukrownia, własność baronów de Vaux (spolonizowanych), związanych z rodami Lubomirskich, Lanckorońskich i jeszcze paru innych, bo ten tutejszy przemysł był złotą żyłą.

Ale to nie wszystko. W Chodorowie urodził się prof. Oswald Balzer, który uratował dla nas Morskie Oko. Pod Chodorowem urodził się Artur Grottger. Wyszło stąd wielu ludzi, którzy odznaczyli się w naszej kulturze, nauce, sztuce, życiu społecznym. Stąd pochodził niezapomniany doktor Jerzy Masior, lekarz, ale i wspaniały wychowawca młodzieży, który w powojennym Nowym Sączu wniósł tamtejszej młodzieży umiłowanie Lwowa, z jego polską historią i kulturą.

Kałusz, miasto dzwonów, jest może trochę mniej znany ogółowi w kraju, bo jego chluba – słynna odlewnia dzwonów ludwisarskiej rodziny Felczyńskich – musiała opuścić swoje gniazdo, istniejące tam od 1808 roku, i przenieść się do Przemyśla, gdzie działała jego filia. Niedawno powstały dwie następne,
w Gliwicach, różnych gałęzi rodu Felczyńskich.

Kałusz to nie tylko dzwony – zasłynął także ze złóż soli potasowych, które były drugim – po ropie naftowej – bogactwem podziemnym tego regionu, a zakłady, gdzie przetwarzano urobek kopalń, były jednym z najważniejszych przedsiębiorstw przemysłowych II Rzeczypospolitej. Sole z Kałusza służyły polskiemu rolnictwu w formie nawozów sztucznych, a zarazem zatrudniały wielkie liczby pracowników.

Z Kałusza pochodziło wiele wybitnych postaci w historii Polski – przede wszystkim Franciszek Smolka, jeden z czołowych polskich polityków doby porozbiorowej w monarchii austro-węgierskiej. Z okolic Kałusza wywodziła się znana rodzina Jordan-Rozwadowskich, z której wyszedł m.in. słynny generał Tadeusz Rozwadowski, zasłużony w obronie Lwowa 1918 r. i zwycięzca bolszewików w bitwie warszawskiej w 1920 r. W Kałuszu urodził się Jonasz Stern, malarz, profesor krakowskiej ASP, którego przejścia
w czasie holokaustu we Lwowie zostały już wielokrotnie opisane. Innym kałuszaninem był znakomity okulista z lwowskiej szkoły prof. Tadeusz Krwawicz.

I na koniec zapowiedziana Abacja. Dlaczego znalazła się w tej książce? Ten kurort, dziś w Chorwacji (Opatija), wcześniej w naszej wspólnej monarchii wiedeńskiej, położony nad ciepłym morzem Adriatyckim, był chętnie uczęszczany w miesiącach jesienno-zimowych przez wschodniomałopolskich Polaków – arystokrację i ziemiaństwo, zasobnych przedstawicieli inteligencji, polityków, pisarzy. Widywano tam nawet lwowskich biskupów. W doskonałych warunkach klimatycznych odbywano kurację lub aktywny wypoczynek turystyczno-towarzyski i fizyczny.

Czekamy niecierpliwie na IV tom Kresowej Atlantydy!

 


 

♦ Treść książeczki, którą nadesłał nam z Wrocławia pan Pilecki, jest z kilku względów niezwykła. Tytuł brzmi Wyłuskane z pamięci, z podtytułem Przeżycia wojenne Jerzego Marii Pileckiego (Wrocław 2013). Pierwszym objawem owej niezwykłości jest niepewność – ilu ma autorów? Są to bowiem wspomnienia, ale pisane w trzeciej osobie. Dowiadujemy się, że Pan Jurek zaczął kiedyś spisywać swoje przeżycia, ale różne przeszkody fizyczne (o których pisze zadziwiająco szczerze) nie pozwoliły na kontynuację. Wtedy wzięła to w swoje ręce Żona Hala – stąd forma trzeciej osoby. W końcu tekst skorygowała i i opracowała profesjonalnie Synowa Ewa. Koniec końców za autorów uznajemy pp. Jerzego Marię i Halinę Pileckich.

Druga niezwykłość to pytanie, czy Pan Jerzy to drohobyczanin, lwowianin, a może inowrocławianin lub stanisławowianin? Kim się czuje? Wyjaśnijmy: rodzice pochodzili ze Stanisławowa, ale ojciec, bankowiec, zmieniał siedmiokrotnie miejsce zamieszkania (tak bywało po I wojnie: b. Galicja musiała w wielu dziedzinach obsłużyć fachowcami resztę Polski). Był więc Inowrocław, gdzie urodził się Jerzy w 1923 roku, potem było 6 lat we Lwowie, z którym – jak mówi Pan Jerzy – związał się emocjonalnie najsilniej. Ale w końcu były dwa (!) lata w Drohobyczu – od 1938 do 1940, kiedy – siedemnastolatek – został aresztowany i wywieziony na Sybir. Powrócił na łono odmienionej ojczyzny (do Wałbrzycha) po sześciu latach.

Opis drogi Jurka Pileckiego z domu poprzez więzienia w Drohobyczu i Charkowie, a dalej przez dłuższe
i krótsze miejsca przymusowej pracy w Workucie – i po krótkim okresie nadziei w związku z wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej – w Taszkencie, Ferganie – do kopalń w Sel-Rocho na pograniczu Kirgizji
i Tadżykistanu, to historia pełna dramatycznych wydarzeń i niewyobrażalnych, szczegółowych sytuacji,
ale i obserwacji.

Powrót nastąpił w maju 1946 r. Jerzy został zrazu skierowany do pracy w kopalni w Wałbrzychu, pod ziemią. Wkrótce jednak awansował na laboranta. Potem ktoś mu dopomógł w dostaniu się do popołudniowego gimnazjum, zdał maturę.

W 1948 r. udało się przeniesienie do Wrocławia i wstęp na studia chemiczne na Politechnice. W 1950 r. ożenił się. Życie popłynęło, małżeństwo dorobiło się dwóch synów, czworga wnucząt, trojga prawnucząt…

*  *  *

Po tym wszystkim powstaje całkiem uzasadnione pytanie: skąd wziął się u Pana Jerzego tak mocny związek z Drohobyczem, z drohobycko-borysławskim środowiskiem, z historią Zagłębia Naftowego – skoro jego pobyt w tamtych stronach był niedługi i tak dramatycznie zakończony? I tak dawny!

Tym szczęśliwym bodźcem stało się poszukiwanie dokumentów rodzinnych, zachowanych w Drohobyczu przez czas wojny. Wszedł wtedy w tamtejsze ekspatrianckie środowisko drohobyczan, przyswoił sobie jego dzieje i tradycje, w końcu związał się z nim bez reszty. Wstąpił do Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Drohobyckiej (został nawet wiceprezesem Zarządu Głównego), ale przede wszystkim podjął się redagowania czasopisma „Ziemia Drohobycka”.

I tak było przez szereg lat, przyszedł jednak czas na odpoczynek. Redakcji pisma pod nieco innym tytułem: „Biuletyn Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Drohobyckiej” (pisaliśmy o nim) podjął się p. Jan Rybotycki, po paru latach p. Marian Szczepanowicz, który jednak niespodziewanie w sile wieku zmarł. Kto będzie następcą?

Na koniec porusza Pan Jerzy rzecz bardzo ważną. Pisze: Okazało się, że podjęcie zbyt wielu tematów „zemściło się” teraz dużą liczbą niedokończonych prac, których w dodatku nie ma komu przekazać. To teraz moje wielkie zmartwienie. Istnieje również problem dalszego losu zbioru nieraz unikatowych materiałów źródłowych.
To około 25 metrów bieżących dokumentacji, ponad 30 tys. kart osobowych, biblioteka drohobyczianów, ponad 250 widokówek sprzed 1939 r. i inne.

Otóż i my mamy podobne problemy. Ciągle oczekujemy na powstanie Instytutu Polskiego Dziedzictwa Historii i Kultury Kresów Wschodnich. Sprawa jego powołania ciągle jest niejasna – bardzo liczyliśmy na Muzeum Niepodległości w Warszawie, gdzie przez lata dyrektorował dr Andrzej Stawarz, i gdzie przed kilkunastu laty powstała „Kolekcja Leopolis” (gromadzi materiały z całych Ziem Wschodnich). W tej chwili nie ma tam dobrej atmosfery, ale przecież nie ma nic stałego. Coraz więcej prominentnych osób, zwłaszcza po ostatnich obchodach 70-lecia Ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, głośno mówi o potrzebie takiej naukowej instytucji, przecież wcale nie rewizjonistycznej.

Sądzimy więc, że właśnie do „Kolekcji Leopolis” powinno się włączyć skarby Pana Jerzego Pileckiego? Proponuję rozważenie sprawy przez ogólnopolskie środowisko drohobyckie.

A może do Ossolineum we Wrocławiu?

          Andrzej Chlipalski

 


 

♦ Z wdzięcznością odebraliśmy przysłaną nam przez p. Jana Rybotyckiego (rodem ze Schodnicy, zamieszkałego we Wrocławiu) książkę pt. Schodnica – Majdan – Urycz w zachowanych źródłach
i okruchach wspomnień
. Jest to praca zbiorowa pod redakcją Pana Jana, którego w sposób szczególny pamiętamy m.in. z opracowania dla nas haseł drohobycko-borysławsko-schodnickich. Otrzymana obecnie książka ma duży format (A4), ponad 320 stron i bardzo dużo zdjęć starych i nowych. Wydawcą jest Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Drohobyckiej, Wrocław 2013).

Kolejne rozdziały, omawiające miejscowości i ich dawnych mieszkańców – całe rodziny i wybrane postacie, zaczynają się od opisów historycznych. To bardzo ciekawe, bo przecież nie mieliśmy dotąd szansy poznania ich, może poza krótkimi wzmiankami w przedwojennych przewodnikach – ale któż je dziś posiada?

Opisywane miejscowości leżą w woj. stanisławowskim, na północnych obrzeżach Bieszczad Wschodnich – dziś niestety od przełęczy Użockiej odciętych od teraźniejszej Polski. Ściślejsze określenie położenia to Beskidy Skolskie w ramach łańcucha bieszczadzkiego.

Schodnica leży w kotlinie na wysokości średnio 545 m npm.,
a otaczające ją góry dochodzą prawie do 900 m. Geologicznie dominują utwory fliszowe (osady morskie), a w tym regionie występują złoża ropy naftowej i gazu ziemnego oraz źródła wód mineralnych – przykładem nieodległy Truskawiec.

Historycznie jest to Ziemia Przemyska, która w swej pd.-wschodniej części obejmuje Drohobycz
i Borysław, Sambor, Stryj, Turkę, a główne rzeki to Dniestr i jego dopływ – Stryj. Administracyjnie to wszystko południowe krańce województwa lwowskiego. Autor dość szczegółowo opisuje historię regionu, do którego należą omawiane miejscowości, poczynając od X wieku – o Lędzianach, o najeździe ruskim
w 981 roku – te sprawy są nam już znane.

O Schodnicy i całym rejonie autor podaje ogromną ilość nazw i wiadomości (w tym głównie o zamku Tustań), informuje że do końca XIX w. była nędzną wsią bojkowską. Jej nazwa staje się popularna
w okresie powstania tu górnictwa naftowego – w latach 1870. Pierwszymi właścicielami byli Austriacy, potem powstałe tu kopalnictwo i przemysł związały się ze znanymi nazwiskami Szczepanowskiego, Odrzywolskiego, Wolskich. W latach 1895–98 w Schodnicy i Uryczu wydobycie ropy było wyższe niż w owym czasie w Borysławiu i Tustanowicach. Historię Schodnicy doprowadza autor do II wojny światowej.

Całkiem innego rodzaju miejscowością jest Majdan, tak pod względem położenia i krajobrazu, jak
i geologii i gospodarki. Leży wcale nie wyżej niż Schodnica, ale o ile ta układa się w dolinie, o tyle Majdan robi wrażenie wysokogórskie, bo otaczające go góry są wyższe (ok. 1000 m npm.) i bliższe.
O rozwoju Majdanu, znanego już w połowie XVII w., zadecydowała geologia – nie ropa, lecz rudy żelaza. Osada powstała w tym miejscu na przełomie XVIII/XIX wieku, ludność zajmowała się wydobywaniem rudy i wytopu żelaza w hamerniach (kuźnicach). Zajmowano się też pozyskiwaniem drewna z bogatych lasów na górskich stokach, co z czasem zdominowało tutejszą gospodarkę. W okolicznych miejscowościach powstały liczne tartaki.

Majdan stał się w 20-leciu międzywojennym atrakcyjną miejscowością letniskową i turystyczną. Przed samą II wojną zbudowano piękny murowany kościół (był tam wcześniej drewniany, rozebrany po wojnie), który sowieci przebudowali na ośrodek turystyczny. Obecnie stoi pusty i niszczeje.

Wiele jeszcze spraw majdańskich opisuje Jan Rybotycki. Warto dodać, że z Majdanu pochodzi wielu znanych ludzi, m.in. rodzina Bogusława Wołoszańskiego, historyka i autora książek. W pobliskim Podbużu urodził się Józef Dietl, wielki prezydent Krakowa. Dość rozrodzona był w tych okolicach rodzina Rybotyckich, a autor urodził się w Schodnicy.

Po opisach tytułowych miejscowości występują wspomnienia ludzi ze Schodnicy, Urycza oraz Majdanu, oparte na relacjach osób i dokumentach, bogato ilustrowane. Opracował je również Jan Rybotycki, za co należy mu się uznanie.      

[AC]

 


 

♦ Jest to książka niezwykła nie tylko z uwagi na tematykę. Również dlatego, że jej Autorka w lipcu 2013 ukończyła 98 lat! Tak więc pamięć fenomenalna, a decyzja spisania własnych wspomnień obozowych w tak zaawansowanym wieku ma przyczyny szczególne...

Ta książka to Drogi mojego życia. Wspomnienia skrzypaczki z Birkenau, opowiedziane przez lwowiankę Helenę Dunicz Niwińską,
a spisane przez Marię Szewczyk i wydane przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, Oświęcim 2013.

Ostatecznym bodźcem (...) stały się publikowane co jakiś czas szokujące wypowiedzi różnych ludzi, iż w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau
i w innych nie mordowano na skalę masową ludzi w komorach gazowych
i w krematoriach. Pragnę
(...) uświadomić następnym pokoleniom, jak niebezpieczne mogą być niektóre (...) ideologie, które w miarę rozpowszechniania się (...) przeradzają się w systemy (...) nienawistne, takie jak nazizm, rasizm czy komunizm. W zasadzie nic dodać do słów autorki, zacytowanych z przedmowy książki.

Publikacja ma ogromną siłę przekonywania, zawarte w niej szczegóły okrutnej obozowej rzeczywistości, a także wnikliwe, mądre refleksje osoby tak bardzo doświadczonej powodują, że lektura książki staje się ważnym osobistym przeżyciem czytelnika. Dodatkowym walorem książki jest zamieszczony na końcu bardzo cenny wykaz członkiń kapeli kobiecej w Birkenau (X 1943 – jesień 1944), zawierający imię, nazwisko, narodowość, numer obozowy, od kiedy do kiedy oraz losy obozowe względnie poobozowe. Wykaz liczy 56 nazwisk.

19 stycznia 1943 roku 28-letnia Helena Dunicz Niwińska, skrzypaczka (ukończyła Konserwatorium PTM we Lwowie), wraz z matką zostały aresztowane przez gestapo we własnym mieszkaniu przy placu Mariackim we Lwowie, doprowadzone do więzienia przy ulicy Łąckiego, gdzie przebywały obie, ale od początku rozdzielone, przez dziewięć miesięcy. Powodem aresztowania było niewątpliwie zameldowanie w ich mieszkaniu, o czym żadna z nich nie wiedziała, dwóch Polaków związanych z konspiracją. Byli oni, jak się okazało, dość wysokimi rangą członkami Armii Krajowej. 30 września załadowano je do wagonu bydlęcego w gronie 80 osób. Podróż trwała prawie trzy doby i zakończyła się w Oświęcimiu. Po osadzeniu w bloku 25 Helena została przyprowadzona przed oblicze znanej skrzypaczki Almy Rose, zasymilowanej Żydówki z Wiednia. Rozpoczęła się próba profesjonalnej gry na skrzypcach, gry o zmianę obozowego losu, a może wręcz gry o życie. Zostaje przyjęta do obozowej orkiestry, zmuszona do rozstania z matką i przeniesiona do nowego bloku. Tu zaprzyjaźnia się z grającą już dłużej w orkiestrze polską skrzypaczką, Jadwigą Zatorską.

Rozdział książki Frau Alma, dyrygentka-kapo, poświęcony Almie Rose, zawiera również opis pracy całego zespołu. Postać Almy Rose autorka wspomnień przedstawia tak: … udało mi się ją zapamiętać. Moją
i kilkudziesięciu innych członkiń obozowej orkiestry wybawicielkę od niechybnej lagrowej śmierci. Nam się udało – jej, niestety, nie
. Puenta tego rozdziału mieści się w cytacie: … jakże tu grać muzykę lekką na tle buchających dzień i noc płomieni i czarnych dymów z kominów krematoryjnych?

3 grudnia 1943 r. zmarła matka autorki, a ona sama także zachorowała. Liczba chorych więźniarek sięgała na jednym bloku 700–800 osób, a każdej nocy umierało ich około setki… Autorce się udało. Wróciła do kapeli.

Wśród dziewczyn kapeli większość stanowiły Żydówki deportowane z Francji, Belgii, Niemiec, Czech, Węgier, Grecji, Holandii oraz kilka z Polski (…). Małą grupę stanowiły obywatelki Związku Radzieckiego. Reszta członkiń była Polkami. (…). Stosunki wśród dziewczyn z kapeli polaryzowały się w dwóch sferach naszego obozowego życia, wywołujących napięcia. Pierwsza to bariera językowa, druga wynikała z faktu, że więźniarki nie-Żydówki mogły otrzymywać paczki żywnościowe i listy. Fundamentem antagonizmu nie był antysemityzm, lecz najokrutniejsza siła głodu, z którym w niemieckim obozie przegrywał ideał solidarności i człowieczeństwa. (…) Antagonizmy narodowościowe i rasowe nie występowały.

Niemalże cały, stosunkowo długi rozdział poświęcony jest współwięźniarkom, towarzyszkom obozowej niedoli różnych narodowości. Wspomnienia o tych młodych dziewczynach pełne są ciepła, serdeczności, wręcz miłości autorki. Wyróżniają się postaci najserdeczniejszych obozowych przyjaciółek, Polek: Jadwigi Zatorskiej (Wisi), Zosi Cykowiak (20-latka) i Marysi Moś, a także bardzo przyjaznych sztubowych – Funi Baruch, Irki Walaszczyk, a szczególnie Marylki Langenfeld.

4 kwietnia 1944 r. zmarła w obozie dyrygentka kapeli Alma Rose. Jak trudno było pogodzić się z faktem,
że nasza dyrygentka, wymagająca, surowa, najczęściej zamknięta w sobie
(…) odeszła. Jej siła i postawa często niejednej z nas pozwalała żywić nadzieję, że może uda się przeżyć.

31 października 1944 r. wszystkie żydowskie członkinie orkiestry zostały wyprowadzone przez esesmanów z dotychczasowego bloku. Wyglądało to dla aryjskich orkiestrantek niezwykle groźnie.

Na szczęście okazało się, że zostały tylko dołączone do transportu Żydów udającego się do obozu
w Bergen-Belsen. Tam przeżyły i doczekały się wyzwolenia przez Amerykanów w marcu 1945 roku.

Frauenkapelle w Birkenau przestała istnieć. W połowie grudnia 1944 pozostałą resztę kapeli (już także bez Rosjanek) przeniesiono do Auschwitz i osadzono w barakach z więźniarkami niemieckimi. Pędzono je do pracy w charakterze siły pociągowej.

18 stycznia 1945 o zmroku więźniarki i więźniowie w kilkusetosobowych kolumnach wyruszyli w swą długą, dla wielu ostatnią drogę…Trupów na poboczach drogi było coraz więcej, ale trzeba było iść dalej. Po 63 kilometrach tego śmiertelnego marszu bohaterki opowieści znalazły się w Wodzisławiu Śląskim. Potem węglarkami po dwóch dniach dotarły do Ravensbrück. gdzie warunki obozowe były straszne. A następnie po całonocnej jeździe pociągiem i kolejnym marszu grupa dotarła do obozu Neustadt-Glewe. Więźniarki upchano w barakach przepełnionych do granic możliwości. W obozie dochodziło do dantejskich scen
z powodu głodu.

Pewnego dnia, kiedy w obozie panowała wyjątkowa cisza, do zamkniętych więźniarek dotarła niewiarygodna wiadomość: Nie ma strażników! Tłum kobiet zaczął szturmować magazyny z żywnością. Zwiastunami wolności stali się dwaj amerykańscy żołnierze (…), którzy 2 maja 1945 roku wjechali jeepem na teren obozu Neustadt-Glewe.

Powodowane dojmującym głodem bohaterki tej opowieści w poszukiwaniu jedzenia udały się do pobliskiego, opuszczonego przez Niemców osiedla. Niestety, nie znalazły nic prócz znikomej ilości ziemniaków, a w drodze powrotnej martwego konia. Jego mięso wraz z ziemniakami posłużyło za wspaniałą, pierwszą gotowaną kolację!

Po dwóch, trzech dniach pobytu w obozie w siódemkę: Janka Kalicińska, Janka Sosnowska, Janka Palmowska, Marylka Langenfeld, Irka Walaszczyk, Wisia Zatorska i ja wyruszyłyśmy w drogę do Polski. Natomiast zdobyczne „skarby” podróżniczek znalazły się na wózku ciągniętym przez kobyłkę – prezent od Iwana, rosyjskiego żołnierza, o dziwo życzliwego i kulturalnego. Jednakże największym problemem naszej „siódemki” było, jak skutecznie zabezpieczyć się w czasie podróży przed ewentualnymi nocnymi wizytami sowieckich „zwycięzców”.

W końcu podróżniczki dotarły do dawnego przejścia granicznego w dzisiejszym Krzyżu Wielkopolskim, skąd towarowym pociągiem, w koszmarnym tłoku, dojechały do Poznania. Stąd autorka wspomnień wraz z dwiema przyjaciółkami udała się pociągiem, znów potwornie przepełnionym, do Krakowa.

*  *  *

Helena Dunicz Niwińska, lwowianka, kobieta zupełnie samotna, którą wojna pozbawiła wszystkich najbliższych, a także ukochanego miasta, zamieszkała u rodziny swojej serdecznej przyjaciółki obozowej, Jadwigi (Wisi) Zatorskiej, z którą razem powróciła z wojennej odysei.

Dzięki niezwykłej życzliwości ówczesnego dyrektora Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, Tadeusza Ochlewskiego, z miejsca dostała pracę w krakowskim PWM. Pracowała tam 30 lat, aż do emerytury
w 1975 roku, kończąc zatrudnienie na stanowisku zastępcy kierownika redakcji wydawnictw dla szkolnictwa muzycznego.

Wkrótce nawiązała kontakty z niektórymi członkiniami kapeli z Birkenau, Żydówkami mieszkającymi
w Niemczech, Izraelu, czy też w Anglii (Anita Laser z Londynu, z którą kontakt trwa do tej pory).

W 2004 roku podczas adwentowych rekolekcji w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu poznała mieszkankę tego miasta, nauczycielkę historii, Marię Szewczyk, z którą przez dwa lata spisywały wspom­nienia „skrzypaczki z Birkenau”, i mimo dużej różnicy wieku – serdecznie się zaprzyjaźniły. Wspólnie też dwukrotnie odwiedziły ukochany, niezapomniany Lwów.