Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Krystyna Ungeheuer-Mietelska, MOJA PIERWSZA KOMUNIA

1 stycznia 1941 roku

 

Działo się to we Lwowie, moim mieście rodzinnym, w czasie okupacji sowieckiej. Rodzice moi byli harcerzami. Ojciec – Leopold Ungeheuer – inżynier, harcmistrz i działacz społeczny, został aresztowany przez NKWD w dniu 5 lipca 1940 roku.

 

NKWD przyszło – jak to było w ich zwyczaju – w nocy. Protokół z rewizji i aresztowania ojca przechowuję do dziś. Należało go sporządzić, aby stworzyć pozory prawne – dla bezprawia! Zarzutem była działalność harcerska – na szczęście nie wiedziano o działalności mojego ojca w konspiracji niepodległościowej, gdyż w tym wypadku od razu straciłby życie Tej nocy obie z młodszą siostrą – 3-letnią Grażyną – spałyśmy, nie wiedząc o tym, że nasz tato został wyrwany z domu i zawieziony do „Brygidek” – dawnego klasztoru św. Brygidy zamienionego na więzienie, którego „sława” w czasie okupacji radzieckiej była upiorna. Mówiono o nim z przerażeniem! Wiadomo było, że wielu więźniów tam zamordowano, niektórych – jak się później dowiedzieliśmy – zamurowano żywcem w piwnicach więzienia!

W tym czasie nakazem władz postanowiono, że dzieci z mojej szkoły zostaną „pionierami”, zaliczanymi do szkolnej formacji komunistycznej. Nauczyciele byli bezradni. A moja matka nie wyraziła zgody na to, żebym została pionierem! Do dziś podziwiam jej niezwykłą odwagę – wszak jej mąż był wtedy więźniem NKWD! Zgromadzono nas razem z rodzicami w świetlicy, aby udekorować piersi nowych „pionierów” czerwoną gwiazdą. Siedziałam jedyna wolna na widowni i patrzyłam na ten żałosny spektakl.

Mijały miesiące. Moja mama godzinami wystawała przed więzieniem, aby podać ojcu paczkę żywnościową, często na próżno czekając na otwarcie bramy. Wtedy podjęła ideę, zbawienną myśl, że ja przystąpię przedwcześnie do pierwszej komunii św. w specjalnej intencji ocalenia i powrotu ojca z więzienia! Miałam wtedy osiem lat.

Były jednak trudności w realizacji tego zamierzenia. Przecież w szkole w czasie komunistycznej okupacji nie mogłam planowo uczyć się religii, nie mogłam również otwarcie przystąpić do sakramentu – to było niemożliwe. Od dzieciństwa moim wychowaniem religijnym zajmowała się babcia Regina – do dziś jestem jej za to wdzięczna! Było to jednak niewystarczające przygotowanie do pierwszej komunii św. Na szczęście moja mama znała siostrę zakonną – zmartwychwstankę Barbarę Żulińską CR, która z powodu radzieckiej okupacji musiała przebywać w mieszkaniu prywatnym u swoich krewnych przy ul. Boimów 3. Była ona ciotką mojego ojca chrzestnego, lekarza medycyny, dra Leszka Czarnika*. On z kolei był przyjacielem mojego ojca Leopolda z harcerstwa. Również i on wcześniej został aresztowany i w domu pp. Czarników oczekiwano jakiejś wieści o jego losie. Do s. Barbary Żulińskiej moja mama zwróciła się z prośbą o przygotowanie mnie do I Komunii św. Zgodziła się chętnie – była wspaniałą osobą z wielkim dorobkiem dydaktycznym i organizatorskim; dobrze ją pamiętam. Tak więc przez parę tygodni chodziłam do niej na indywidualne lekcje religii w głębokiej konspiracji. Siostra Barbara przygotowywała również szóstkę innych dzieci, których nie znałam.

Sakrament Pojednania i Pierwszą Komunię św. przyjęłam w małym kościółku pod Lwowem – prawdopodobnie w Brzuchowicach. Dojeżdżałam tam pociągiem, dalej przez pola brnęłam wraz z babcią – a nazajutrz również z mamą – po kolana w śniegu przez dwa mroźne, zimowe poranki. Do pierwszej spowiedzi przystąpiłam 31 grudnia 1940 r., do komunii św. w Nowy Rok – 1 stycznia 1941. To niezwykłe, że w zimie, ale to był dogodny czas dla działania w pełnej konspiracji.

Pamiętam wszystko doskonale. Do kościoła szłam w zimowym płaszczu i walonkach. W zakrystii przebrano mnie w skromną, płócienną sukienkę, pożyczoną z tego kościoła, ozdobioną tylko haftem IHS na piersiach. Pożyczony był też wianuszek i stroik. Tylko płócienne buciki były moje własne. Starą książeczkę do nabożeństwa – z której się poprzednio uczyłam – dostałam wraz z obrazkiem opatrzonym dedykacją od s. Barbary. Do ręki dostałam lilijkę. Nie wyglądałam jak „księżniczka” – jak to dzisiaj bywa. Z powodu tak skromnego stroju nie byłam jednak rozżalona. Byłam za to bardzo przejęta! Pamiętam konfesjonał, posadzkę mozaikową w kościele, balaski marmurowe i schodki prowadzące do nich. Dziś wiem, z tych wspomnień rozpoznaję, że był to kościół barokowy, choć nie wiem, pod jakim wezwaniem. Pamiętam też, że kościół nie był oświetlony, nie było nikogo z dzieci i ich rodzin. Pozostał w pamięci sam moment przyjęcia Chrystusa... Po komunii św. było krótkie spotkanie z młodym i miłym księdzem oraz z rodzinami innych dzieci, z którymi przystąpiłam do sakramentu. Było nas siedmioro – trzy dziewczynki i czterech chłopców. Dostaliśmy też skromne śniadanie – kawałek ciasta i kakao (wtenczas post eucharystyczny obowiązywał od północy). Jeszcze wspólne fotografie...

Zostałam wysłuchana! Ojciec wrócił z więzienia. W jaki sposób zrządzeniem boskim to się stało? Paradoks historii polega na tym, że nieraz jeden wróg ocala nas od innego... Hitler zaatakował Związek Radziecki – zbliżał się front. W dniu św. Piotra i Pawła – 29 VI 1941 r. Niemcy byli pod Lwowem i lada moment mieli wkroczyć do miasta. Było bombardowanie. Siedzieliśmy w piwnicy. Natomiast więźniowie w Brygidkach nie mieli wiadomości o sytuacji, raczej domyślali się, że się coś dzieje. Przede wszystkim słyszeli strzały dochodzące z podziemi więzienia. Do celi, gdzie był mój ojciec, wtłoczono dużą liczbę więźniów, którzy ściśnięci leżeli pokotem na ziemi. Co jakiś czas wkraczał enkawudzista z listą – wiedziano, co to oznacza! Kilku więźniów wywołano po nazwisku i zabrano ich na rozstrzelanie. Powtórzyło się to kilka razy, kilkakrotnie też wywoływano mojego ojca – ale bezskutecznie, to można uważać za cud! Enkawudzista, Rosjanin bądź Ukrainiec, nie był w stanie przeczytać ani wymówić trudno brzmiącego nazwiska Ungeheuer. Przekręcał je nie do poznania! Gdy mój ojciec chciał się jednak podnieść, jego kolega leżący obok trącał go: Poldek, siedź cicho – to przecież nie twoje nazwisko!. Jestem pewna, że gdyby ojciec usłyszał nazwisko prawidłowo odczytane, zgłosiłby się – był człowiekiem honoru. W tym jednak przypadku usłuchał kolegi i tak został ocalony... Bóg uratował mojego ojca od śmierci w więzieniu. Rosjanie nie mieli już czasu sprawdzać, czy więzień z trudnym nazwiskiem znajduje się w tej czy innej celi – musieli uciekać. Więźniowie po jakimś czasie zorientowali się w sytuacji – przez szpary w deskami zabitych oknach zobaczyli ucieczkę Rosjan. Żeliwnym piecykiem rozbili drzwi celi i niezatrzymywani przez nikogo opuścili więzienie rozpierzchając się na wszystkie strony. Jednak nie wszystkim to się udało – po paru godzinach jakiś oddział wrócił, aby podpalić Brygidki z więźniami, którzy nie zdołali uciec.

Tego dnia, po nalocie, wyszliśmy z piwnicy. Zobaczyłam w bramie kamienicy, jak kobiety z naszego domu, sąsiadki, otoczyły kogoś, radośnie ściskając. To był mój ojciec! Bóg wysłuchał prośby dziecka! Wprawdzie pół roku później zabrał go do siebie, ale przynajmniej przez ten krótki czas pozwolił mu cieszyć się rodziną i wolnością. Ojciec mój nie chciał opowiadać o tym, co przeszedł. Raz wspomniał tylko taki incydent, że przez tydzień głodzono więźniów w jego celi, a potem dostarczono im beczkę słonych śledzi i niczego do picia!

Ojciec autorkiDo domu ojciec wrócił z małym zawiniątkiem, do którego zgarnął w pośpiechu swoje rzeczy uciekając z więzienia. Wśród podstawowych przedmiotów, takich jak miska, łyżka itd. jest również wśród pamiątek igła, którą sobie sam zrobił ze spinacza wziętego ukradkiem oficerowi śledczemu w czasie przesłuchania. Po torturach, jakie mu zadano, odbiciu nerek – dostał gruźlicy tego narządu. Po pobytach w szpitalu, zmarł w domu 6 grudnia 1941 r. w wieku 38 lat. Bóg przyjął jego męczeństwo, lecz wcześniej, w Miłosierdziu Swoim, przyjął intencję mojej I Komunii św. W intencję tę włączona była też prośba mojej matki, babci i maleńkiej siostry.

Po latach, już w dobie komputerów, jasny promień oświetlił pamięć mojego ojca Leopolda – tego nieuleczalnego romantyka, instruktora i wychowawcy, owładniętego ideą kształtowania charakterów młodych harcerzy. Okazało się, że książka pt. Próby wodzów, którą napisał w 1935 r., była przez lata kilkakrotnie wznawiana i służy młodzieży harcerskiej do dziś!!! Nie miałam o tym pojęcia! Od kilku lat mam świadomość tego i dowody na to, że harcmistrz Leopold Ungeheuer – mój ukochany tatuś – jest nadal ceniony i jego praca żyje dla młodych. Jest to dla mnie źródłem uszczęśliwienia!

 

 

 


*    O rodzinie Żulińskich i Czarników pisał w CL 3/2008 prof. Oskar S. Czarnik, syn wspomnianego tu dra Leszka Czarnika.