Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI


♦ W oficynie wydawniczej „Rytm” ukazała się książka pt. Krzemieniec – zaginione miasteczko, napisana przez Ryszarda Jana Czarnowskiego (Warszawa 2014). Jest to obszerna gawęda o kresowym mieście pisana przyjaznym dla czytelnika językiem, przeznaczona dla dawnych, obecnych i przyszłych turystów. Autor nazywa ją wspólną podróżą w czasie i przestrzeni. Pisząc o swych osobistych współczes­nych spostrzeżeniach w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, przenosi czytelnika do wieków XIX i XX, kiedy to w Krzemieńcu działy się najważniejsze wydarzenia, których pozostałości widzi turysta na każdym kroku.

Książka podzielona jest na 12 rozdziałów, w których autor omawia dzieje miasta i Liceum Krzemienieckiego, życie współczesne, cmentarze, kolonię artystyczną w 20-leciu międzywojennym, dzieje zamku w Białokrynicy… Przy tym wymienia liczne postaci historyczne, które odegrały ważne role w rozwoju miasta i powstaniu Gimnazjum Wołyńskiego. Ale oprócz nich szczególnie obszernie omawia – a także cytuje ich wypowiedzi – najważniejsze osoby związane z Krzemieńcem: Juliusza Słowackiego, Zygmunta Rumla i niedawno zmarłą „ostatnią z wielkich” Irenę Mandecką. Tej ostatniej opowieści z jej długiego życia zacytowane są dosłownie z zapisów fonoskopowych i mają znaczenie prawdziwych relacji świadka historii.

Książkę można przeczytać jednym tchem z dużą przyjemnością, chociaż w niektórych miejscach można by dodać pewne uściślenia lub uzupełnienia (niestety przydarzył się błąd w podpisach fotografii na s. 59 i 61, które dotyczą kościoła parafialnego św. Stanisława Biskupa, a nie jak podano – kościoła Jezuitów, czyli Licealnego).

W publikacji znajduje się 37 fotografii czarno-białych oraz 21 kolorowych reprodukcji obrazów malowanych przez Anatola Maryniuka, współczesnego malarza krzemienieckiego.

Autor, zakochany w Kresach II RP, tą książką rozpoczął serię MOJE KRESY i zapowiedział wydanie kolejnych pozycji dotyczących Żółkwi i Grodna.      

(DTS)

 

♦ Autorzy wspaniałego zbioru Materiałów do dziejów sztuki sakralnej na Ziemiach Wschodnich dawnej Rzeczypospolitej wzbogacili nas o dwa kolejne tomy:

l    Tom 20. Kościoły i klasztory Lwowa z okresu przedrozbiorowego; autorzy prof. Jan K. Ostrowski z zespołem (wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2012). Tom zawiera 390 stron tekstu oraz szczególnie bogaty zestaw – ponad tysiąc – ilustracji. Obejmuje następujące obiekty:

–    kościół św. Andrzeja i klasztor oo. Bernardynów,

–    kościół św. św. Piotra i Pawła oraz dawne Kolegium ks. Jezuitów,

–    kościół św. Michała Archanioła i klasztor oo. Karmelitów Trzewiczkowych (pierwotnie Karmelitów Bosych),

–    kościół Bożego Ciała i klasztor oo. Dominikanów,

–    kościół parafialny św. Marii Magdaleny i dawny klasztor oo. Dominikanów.

l    Tom 21. Katedra Łacińska we Lwowie; autorzy prof. Jan K. Ostrowski z zespołem (wyd. jw., 2013)

 

♦ To już IV tom znakomitej serii prof. Stanisława S. Niciei Kresowa Atlantyda (Wydawnictwo MS, Opole 2014). Gruba księga (o prawie 300 stronach) obejmuje trzy ważne dla naszej historii i kultury miejscowości Małopolski Wschodniej: Kołomyję, Żabie i Dobromil. Książka jest wydana luksusowo, zawiera mnóstwo ilustracji – starych fotografii jednobarwnych i nowych kolorowych, a także grafik dawnych twórców.

Zaczyna się od Kołomyi – na tytułowej stronie tej części zaznaczono: stolica Pokucia. I tu będzie awantura, bo ten honor przyznaje sobie również Stanisławów, stolica województwa całego wschodniego Podkarpacia. Komu przyznać rację?

Na początku tej części czytamy o lokalnym charakterze Kołomyi, o jej historii; potem wiążące się ze sobą opowieści o życiu kołomyjan, o miejscach ich pracy, o wydarzeniach, a przede wszystkim o ludziach i całych rodzinach, o ich losach aż do czasów obecnych. Autor przybliża wielką liczbę osób – wielu z nich znanych w całym kraju, dawniej i dzisiaj. Kołomyjskie korzenie mają wszak Stanisław Vincenz, a wcześ­niej z pobliskiego Hołoskowa wywodzący się Franciszek Karpiński. I znana rodzina lekarska Liebhardów, poeta Marian Załucki, prof. Ryszard Brykowski, Irena Dziedzic z Polskiego Radia i TV, dwie panie Krupskie – dr Danuta i Bożena, działaczki kołomyjskie we Wrocławiu.

Żabie to stolica Huculszczyzny, która rozciąga się między pasmami Gorganów i Czarnohory, Gór Pokuckich i Czywczyńskich, a jej legendarne rzeki to Prut i Czeremosz. Huculszczyznę, jak wskazuje nazwa, zamieszkują Huculi – lud, który w ciągu wieków napłynął z południa, od Wołoszczyzny, skąd w poszukiwaniu pastwisk przesuwał się grzbietami Karpat południowych ku północy, do naszych Karpat Wschodnich*.

Nazwa Żabie znana jest od XIII wieku, wieś leży nad Czeremoszem. Obecnie tamtejsza ludność, stykając się przez stulecia z innymi narodowościami (poczynając od języka cerkwi) stała się językowo (i nie tylko) mieszana: rusko-rumuńsko-turecko-tatarsko-ormiańska, a także polska, słowacka i węgierska, nie pomijając nawet cygańskiej.

Autor szeroko omawia huculski folklor i sztukę (rzemiosło artystyczne), krajobraz i turystykę, polskich piewców Huculszczyzny w słowie (S. Vincenz, F.A. Ossendowski, K. Bołoz-Antoniewicz, J. Korzeniowski) i malarstwie (trójka huculska: K. Sichulski, W. Jarocki, F. Pautsch oraz wielu, wielu innych).

Na koniec nieco problematyki współczes­nej, w tym o czasopismach sprzed II wojny i dzisiejszych. Na czoło wybija się „Płaj”, który często pisuje o Huculszczyźnie.

Dotąd były stolice – Pokucia i Huculszczyzny. Rangi stołecznej nie osiąg­nął sympatyczny Dobromil, miasteczko w całkiem innej stronie, położone blisko Przemyśla. Pod tytułem autor napisał: – miasteczko w letargu, leży bowiem na samej dzisiejszej granicy – były podobno wątpliwości, komu je przydzielić – aby dojechać doń z RP trzeba było za sowieckich czasów pokonać 150 km, przez Lwów i Sambor. Dzisiaj jest lepiej, ale jak teraz będzie?

Dobromil założyli w średniowieczu (XIV w.) Herburtowie, których główna siedziba mieściła się w pobliskim Felsztynie. Pozostały ruiny jednej z baszt zamku, ponadto renesansowy kościół, dawna zabudowa centrum z ratuszem, cmentarz.

Dalej pisze autor o mieszkańcach – wielo­pokoleniowych rodzinach z dawnego Dobromila. Wśród nich wybija się nazwisko Żuławskich. Najpierw więc Jerzy, filozof, dramaturg, pisarz i poeta, twórca niezapomnianej trylogii Na srebrnym globie. Miał synów, brata, bratanków – cały klan pisarzy, malarzy, muzyków, filmowców, starostów, dyplomatów. Przed kilku laty zmarł pisarz Mirosław Żuławski. Z innej inteligenckiej rodziny pochodził prof. Emil Łazoryk, ostatni dziekan wydziału Architektury Politechniki Lwowskiej.

Czekamy z niecierpliwością na następne tomy Kresowej Atlantydy. Prof. Nicieja zapowiada Nadwórną, Złoczów, Zbaraż, Drohobycz, Stryj, Kuty, ale i wołyński Krzemieniec! Na pewno będą jeszcze inne!

 

*    Autor nie podaje tych szczegółów, znamy je z innych źródeł. Nazwa hucuł pochodzi z języka rumuńskiego i w gwarze rumuńsko-bukowińskiej znaczyła rozbójnik, opryszek. W słownictwie huculskim jest jeszcze wiele słów niesłowiańskiego pochodzenia.

 

 


 

 

 


 

 

♦ Krakowskie Muzeum Narodowe wydało (2013) książeczkę-albumik zatytułowaną po prostu: Powstanie Styczniowe. To właściwy czas, przeżywamy wszak 150. rocznicę trwania tego wspaniałego zrywu wyzwoleńczego, który, choć przebiegał głównie na obszarze Królestwa Kongresowego (zaboru rosyjskiego), to jednak i na naszej wschodniomałopolskiej ziemi miał swoje liczne i różnorodne odbicia.

 

 

Celem tego wydania jest towarzyszenie licznym wystawom, jakie w obecnym okresie mają miejsce w RP, a eksponaty na nich wystawiane pochodzą z różnych muzeów i bibliotek kraju – oczywiście szeroko pojętego. Są więc obrazy, książki, fotografie, sztandary, najróżniejsze drobne przedmioty, zebrane z muzeów krakowskich, warszawskich, wrocławskich i – lwowskich.

 

♦ Kolejna książeczka-albumik nadeszła z Wrocławia od pana Zbigniewa Żyromskiego: Monasterzyska. Cmentarz katolicki. Autor z tego miasteczka w powiecie buczackim pochodzi i wszystko, co tych stron dotyczy, jest mu bliskie. Tamtejszy cmentarz został uznany za jedną z największych dziś polskich nekropolii w Małopolsce Wschodniej. Zachowało się tam ponad 2000 polskich nagrobków.

Autor opisuje pokrótce cmentarze w Monasterzyskach; było ich tam kilka, także w 2 wsiach po drugiej stronie rzeki Koropiec, które przed wojną włączono do miasteczka. Niestety w większości nie zachowały się z różnych powodów, np. żydowskie. Również ten omawiany pozostaje dziś w złym stanie, jest zarośnięty, co bardzo utrudniało kilkakrotne inwentaryzowanie nagrobków i ich stanu. Inskrypcje na nagrobkach pochodzą głównie z początku XIX wieku.

Autor omawia też kościół w Monasterzyskach, który po wojnie sowieci zamienili na magazyn. W podziemiach były trumny księży i różnych osobistości – wszystkie zostały przez Ukraińców i przybyłych Rosjan wyrzucone jak śmieci…

 

♦ Autorskie nazwisko prof. Jana Buraczyńskiego było już dwukrotnie obecne w naszym kwartalniku – w CL 1/2003 i 1/2013 – jednak oba omówienia dotyczyły kolejnych wydań tej samej znakomitej książki: Roztocze. Dzieje osadnictwa. Obecnie otrzymaliśmy od autora nową książkę o zupełnie innym charakterze: Lwów, miasto mojego dzieciństwa. Jest też ciekawa, ponieważ dotyczy co prawda wczesnych lat życia Jana, ale czasy te i wydarzenia opisuje i analizuje w sposób wciągający.

Jan Buraczyński urodził się we Lwowie w 1929 roku, opuścił go z matką i dwojgiem rodzeństwa w październiku 1945 r. Poszukując nowego miejsca osiedli w Lublinie, szczęśliwie odnaleźli się z ojcem zabranym przez sowietów i pozostali tam na całe życie.

Prof. Buraczyński z niezwykłym sentymentem odnosi się jednak do miejsca swego urodzenia i pochodzenia rodziny. Do treści książki włączył szereg wątków historycznych o dziejach Lwowa i II wojnie światowej tam przeżywanej.

Książka interesująca i pouczająca dla czytelnika. Dużo fotografii dawnych i całkiem nowych – na temat rodziny, miasta, wydarzeń i ciekawych szczegółów.

 

♦ W 95. rocznicę obrony Lwowa (rok 2013) staraniem Wydawnictwa „M” w Krakowie ukazała się powieść Orlęta lwowskie, której autorem jest Węgier Jenö Szentiványi. Książka ta to piękny hołd złożony przez węgierskiego pisarza polskim, lwowskim dzieciom – za ich bezprzykładne bohaterstwo w obronie ukochanego miasta. Zwraca uwagę doskonała znajomość Szentivá­nyiego topografii Lwowa i jego przedmieść, historycznych już dzisiaj faktów i zdarzeń wojennych, w których, oprócz dorosłych, uczestniczyli uczniowie i uczennice lwowskich gimnazjów. Walka tych dzieci, z bronią w ręku, trwająca nieprzerwanie pięć długich miesięcy (listopad 1918 – marzec 1919), była czymś niespotykanym dotąd w całej naszej historii i stworzyła jakże znaczącą i trwałą legendę lwowskich Orląt.

Lektura książki węgierskiego autora wyraźnie sugeruje, że opisywane wydarzenia były mu znane z obserwacji, a może również osobistych doświadczeń. Są to jednak tylko nasze domysły, gdyż wydawca nie zadbał o to, by zamieścić informację o autorze powieści oraz o czasie ukazania się książki w języku węgierskim. Uznaję to za poważne niedopatrzenie znanego przecież krakowskiego wydawnictwa.

Powieściowymi bohaterami książki Orlęta lwowskie są członkowie rodziny Potockich, wielce zasłużonej od pokoleń w zabiegach i walce o niepodległość Polski. Rodzinę tworzą matka Maria oraz dzieci, 13-letnie bliźnięta Stanisław i Maria i nieco od nich starszy brat Kazimierz. Ojciec, pułkownik Potocki, bardzo czynny w walce Legionów, zwykle z dala od rodziny, wrócił właśnie do Warszawy razem z Józefem Piłsudskim – wprost z niewoli niemieckiej w Magdeburgu. Matka, Maria Potocka, nauczycielka łaciny w gimnazjum, jest osobą niezwykle aktywną w sztabie obrony Lwowa. Pracuje poza tym w doraźnie urządzonym szpitalu, a przede wszystkim kieruje całym wywiadem i osobiście bierze udział w jego działaniach. Dla przykładu: w przebraniu wiejskiej przekupki, handlarki drobiem, przemierza rozległe okolice miasta, wypatrując lokalizacji oddziałów ukraińskich. W koszyku ma gołębie pocztowe, które przyniosą do sztabu obrony bardzo ważne meldunki...

Staś Potocki, bliźniaczy brat Marysi, jest uczniem trzeciej klasy ówczesnego gimnazjum (odpowiadającej późniejszej siódmej klasie szkoły powszechnej) i wraz z kolegami z trzeciej i czwartej (13–14 lat) zostaje przydzielony do jednego z utworzonych plutonów ochotniczej rezerwy. Rozumni nauczyciele-wychowawcy, obecnie dowódcy, zadbali również o to, aby dzieci nie traciły zupełnie nauki szkolnej. Było to możliwe do czasu, kiedy należało już, dla bezpieczeństwa, zgrupować młodzież w koszarach. Chłopcy biorą regularnie udział we wszelkich działaniach bojowych, codziennie poświęcając własne zdrowie i ryzykując własnym życiem. Uczestniczą czynnie w bardzo niebezpiecznych, często niebywale odważnych akcjach wojskowych. To samo jest udziałem starszego syna Kazimierza, który dodatkowo pełni już rolę dowódczą. Siostra Maria pomaga w szpitalu wojennym, ale uczestniczy także – jako sanitariuszka – w działaniach bojowych. Tak przebiega codzienne życie tych 13–15-letnich dzieci, w ciągłym osaczeniu przez wroga, trwającym pełnych pięć zimowych i wczesnowiosennych miesięcy.

Jedynym kontaktem oblężonego Lwowa ze stolicą jest telegraf, nieoceniona „iskrówka”. Na obszarze całego kraju trwają jeszcze walki ze „starymi” zaborcami i nowym wrogiem – bolszewikami.

Z Warszawy udaje się przebić do Lwowa dwóm pociągom pancernym z ludźmi (300 doświadczonych żołnierzy), bronią, amunicją i lekarstwami. Wysłaniem pociągów kieruje m.in. podpułkownik Potocki.

We Lwowie wciąż toczą się krwawe walki, mijają miesiące. Następnym pociągom już nie udaje się dotrzeć do oblężonego miasta...

Dopiero sam koniec marca 1919 roku przynosi znaczącą pomoc wojskową. Pierwszego kwietnia 1919 r. po południu na dworzec północny wjeżdża pierwszy pociąg pancerny. Lwów, dzięki swym miejscowym obrońcom, znalazł się wreszcie we władaniu Polaków. Wytrwali pełnych pięć miesięcy, w ustawicznych bojach, ponosząc ogromne ofiary krwi i płacąc za wolność miasta również życiem wielkiej liczby bohaterskich dzieci.

Opowieść o lwowskiej walce z regularnymi oddziałami ukraińskiego wojska przynosi także obrazy dużego zniszczenia pięknego Miasta. Wojna toczyła się przy użyciu ciężkiego sprzętu bojowego: artylerii, miotaczy min, wyrzutni granatów. Te dzieci, które obroniły miasto i szczęśliwie przeżyły, odbudowały następnie – już jako dorośli – swoje najdroższe miejsce na Ziemi. Niestety, historia najboleśniej zadrwiła właśnie z tych dzieci, kiedy to po dwudziestutu kilku latach w wyniku II wojny światowej niepokonane dotąd miasto znalazło się w obcych, nieprzyjaznych Polsce rękach...

Zachęcam serdecznie młodych i starszych do tej lektury. A najbardziej przenikliwych czytelników namawiam, aby wybaczyli autorowi powieści, a przede wszystkim autorce przekładu, liczne mankamenty i błędy dotyczące formy literackiej. Rekompensuje je, w moim przekonaniu, główny zamysł napisania tej opowieści – hołd złożony najmłodszym bohaterom Lwowa przełomu lat 1918–1919, największa i najcenniejsza wartość książki węgierskiego autora.