Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Krzysztof Jasiewicz, KRESY WSCHODNIE JAKO TERYTORIUM REALIZACJI MISJI POLSKIEGO RADIA

 

Kontekst polityczny, narodowościowy, społeczny, ekonomiczny i kulturowy

 

 

Fragment książki „Polskie Radio na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej”, wykorzystany ­za zgodą Autora i Wydawców

 

Pojęcie „Kresy” pisane zarówno wielką, jak i małą literą, bez przymiotników, miało w ostatnich dwóch wiekach różne znaczenia dla różnych pokoleń. Kresy to moja prywatna mała ojczyzna – pisze znakomity historyk – [...] Na ziemiach rodzinnych nigdy nie byłem. Nie wiem nawet, czy chciałbym je odwiedzić. W końcu wystarcza, że widzę je. Gdzie? Przed oczyma duszy mojej.

Ziemie wschodnie dawnej Rzeczpospolitej były, są i zapewne będą miejscem magicznym na Ziemi dla kolejnej generacji Polaków. Wspominamy je z nostalgią przy rozmaitych okazjach, zachwycając się ich urodą, skomplikowaną historią, mozaiką zamieszkujących je narodów i ich kultur, bogactwem nurtów intelektualnych i życia religijnego. Ten niemający sobie równych idylliczny raj runął w gruzach zaraz po 17 września 1939 roku i został doszczętnie zniszczony przez trwającą 21 miesięcy i 5 dni okupację sowiecką, a stan ten dopełniły późniejsza okupacja niemiecka i kolejna sowiecka po 1944 roku.

Czarowi tamtych ziem ulegali także cudzoziemcy. Dzięki Amerykance Louise Arner Boyd i jej wielkiej pasji dokumentowania swoich podróży, w tym po polskich Kresach, za pomocą aparatu fotograficznego, jeszcze dziś jesteśmy w stanie docenić urokliwe widoki, dawny styl życia i obyczaje nieistniejącego już świata, który nam pozostawiła, jednocześnie rozsławiając piękno tamtej Polski daleko poza naszymi granicami. Przypomina mi się moja podróż przez Polesie gdzieś w początkach lat 90., gdy w wyobraźni tkwiły mi fotografie Boyd, które konfrontowałem ze zdewastowanymi – przez dziką meliorację i wycinki – krajobrazami posowieckiego Polesia, przypominającego momentami trawiastą pustynię, pozbawioną jakichkolwiek elementów związanych z przeszłością.

Owe zauroczenia są także doskonale widoczne od twórczości literackiej po artystyczną, mamy z nimi kontakt od wczesnego dzieciństwa i początków naszej edukacji:

 

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie. 

– pisał wieszcz.

[...] Zima tęga przykryła Żmudź świętą grubym na łokieć, białym kożuchem; lasy gięły się i łamały pod obfitą okiścią, śnieg olśniewał oczy w dzień przy słońcu, a nocą przy księżycu migotały jakoby iskry niknące po stężałej od mrozu powierzchni; zwierz zbliżał się do mieszkań ludzkich, a ubogie, szare ptactwo stukało dziobem do szyb szadzią i śnieżnymi kwiatami okrytych – pisał inny geniusz polskiej literatury w powieści ku pokrzepieniu serc.

Wiele miejsca zajęły Kresy w prozie Marii Rodziewiczówny, miejsce akcji jej powieści to przeważnie Polesie, Żmudź czy Grodzieńszczyzna. Miasteczko było – jak setki na „kresach”. Rynek – w środku kwadrat kramów, jaskrawa cerkiew, zaniedbany kościół, w okrąg domy żydowskie i rozchodzące się w cztery strony świata uliczki mieszczańskie, kończące się błotnistymi lub piaszczystymi drogami w dalekość pustego kraju. Ozdobę stanowiło bezkresne jezioro i stare lipy otulające kościółek i plebanię – pisała w jednej z powieści. Specyfika Kresów i ich urody stanowi o sile powieści Sergiusza Piaseckiego.

Z fascynacji Kresami zrodziły się również wybitne obrazy. I tak w twórczości Jana ­Matejki (malarstwo historyczne), jak Iwan Groźny, Unia lubelska, Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska w 1514 r. (tak brzmi pełna nazwa obrazu znanego jako Stańczyk), Stefan Batory pod Pskowem, Wernyhora, Bohdan Chmielnicki z Tuhaj-Bejem pod Lwowem, Wjazd Chrobrego do Kijowa czy Śluby Jana Kazimierza we Lwowie w roku 1656, obok urody dawnych epok pojawiają się ważne i brzemienne w skutki przeszłe wydarzenia.

 

Uroda i historia Kresów były inspiracją dla innych wybitnych lub pomniejszych malarzy, jak Aleksander Gryglewski (np. Wnętrze Sali Karmazynowej w zamku w Podhorcach), Leon Wyczółkowski (np. Gertruda Komorowska na saniach), Wilhelm Leopolski (np. Klucznik Gerwazy), Michał Elwiro Andriolli (np. ilustracje do Mickiewiczowskiego Konrada Walenroda), Marcello Bacciarelli (np. Traktat chocimski), Piotr Michałowski (np. Wjazd Bolesława Chrobrego do Kijowa), Maksymilian Gierymski, Feliks Sypniewski, Leopold Loeffer, January Suchodolski, Józef Brandt, Józef Chełmoński (np.Trójka), Stanisław Witkiewicz, Zygmunt Vogel, Napoleon Orda (np. Album widoków polskich – Krzemieniec), Józef Jaroszyński, Wojciech Gerson czy Juliusz Kossak – Mohort*.

 

Życie tytułowego Mohorta, postaci rzeczywistej – o którym wiemy, że zginął w 1792 r. w czasie bitwy na grobli pod Boruszkowcami – stanowiło natchnienie dla Wincentego Pola (1807–1872), ktory jako pierwszy wprowadził do obiegu termin kresy, tworząc także postać bohatera realizującego ideę niezłomnego trwania na zagrożonym posterunku, w dozgonnej wierności ideałom. Pol, wybitny poeta, geograf, uczestnik powstania listopadowego na Litwie i konspiracji popowstaniowej, użył terminu kresy i przypomniał realnego Mohorta w pisanym w latach 1840–1852, a wydanym w Krakowie w 1854 r. poemacie – „rapsodzie rycerskim” pt. Mohort. Dzieło to wzbudziło ówcześnie wręcz entuzjazm. Autor otrzymał dziesiątki listów gratulacyjnych od różnych osób; pochwał nie szczędzili mu także wybitni pisarze, jak Zygmunt Krasiński, Aleksander Fredro, Seweryn Goszczyński, Kornel Ujejski, Władysław Syrokomla, Józef Ignacy Kraszewski, Felicjan Faleński. Utwór ten znalazł silny odzew u czytelników z całego kraju. Pełen najwyższego uznania dla autora, dzieła i tytułowego bohatera Seweryn Goszczyński pisał w liście do Pola: „Takie poematy jak Mohort są modlitwą dusz polskich, ludzi działania; podają wzór działania i ton działania w człowieku. Takich dzieł nam potrzeba i potrzeba nam takich ludzi”. Goszczyński posunął się do porównania postaci Mohorta z Kościuszką, nawet zaś niechętni apologizacji szlachetczyzny ówcześni demokraci przyznawali, że w Mohorcie dał Pol prawdziwy „kodeks miłości ojczyzny”. J. Kolbuszewski pisał: „I choć już następne pokolenie badaczy literatury sceptyczniej spojrzało na ów poemat, przecież jednak nie stanęły ich sądy na przeszkodzie temu, by wielki Henryk Sienkiewicz mógł powiedzieć, iż postać Mohorta jest posągiem tego, co w tradycji było dobrym, a posągiem tak wspaniałym, że trudno oderwać od niego oczu”. Nie były to pochwały ani zdawkowe, ani przypadkowe, skoro między Trylogią Sienkiewicza, szczególnie zaś Ogniem i mieczem, a owym poematem Pola dostrzec można wyraźne powinowactwa. Mohort obok Pieśni o ziemi naszej stał się najpopularniejszym na długie lata utworem Pola. Nie ma najmniejszej przesady w twierdzeniu, że mniej więcej aż po rok 1922 oba te dzieła wywierały ogromny i bardzo szeroki wpływ na wyobrażenia o przestrzennym kształcie mającej się odrodzić Rzeczpospolitej. Jeśli w oczekiwaniach bardzo licznych grup odzyskać ona miała niepodległość w granicach sprzed 1772 r., to w niemałej mierze było to zasługą Pola. Oba te dzieła przerabiane były w szkołach Galicji, ich fragmentów uczono na pamięć.

Dzieła Pola zrobiły więc nie bez powodu w jego i późniejszej epoce zawrotną karierę. Kolejne edycje Mohorta ukazały się w Krakowie (1855), Wiedniu (1857), Petersburgu (1858; anonimowo), we Lwowie (1876; z ilustracjami Juliusza Kossaka) i ponownie we Lwowie (1883, 1898), w 1903 w Warszawie i Złoczowie, w 1905 r. znowu w Warszawie, w 1907 r. w Brodach, w 1918 r. po raz kolejny w Warszawie, a ostatnie dwa w Krakowie (1922 i 1925). Po II wojnie światowej było tylko jedno wydanie Mohorta w 1963 r. Z kolei Pieśń o ziemi naszej miała w latach 1907–1922 11 wydań, co dowodzi, że oba utwory Pola miały wymiar ideologiczny, wspierający polski wysiłek odbudowy państwa, a po okrzepnięciu granic powoli poszły w zapomnienie. Gdy Piłsudski zrezygnował z odepchnięcia Rosji do granic z 1772 roku, to ta właśnie decyzja militarno-polityczna ostatecznie zdezaktualizowała Mohorta i Pieśni o ziemi naszej. Z dziejami rozumienia pojęcia „kresów” fakty te mają związek bardzo istotny. Dopełniająca się bowiem ideologiczna ekspresja obu poematów legła u podstaw formułowania się owego pojęcia jako substytutu nazwy geograficznej obszarów należących ongiś do państwa polskiego. I aura emocjonalna miała niezwykły wręcz wpływ na utrwalenie znaczeń i wartości przypisywanych pojęciu „kresów”. Związał w nim poeta liczne i ważne elementy tradycji rycersko-szlacheckiej, także narodowej.

 

Jak słusznie zauważa Kolbuszewski: „Inaczej mówiąc, za jego to sprawą dokonało się wyposażenie słowa kresy w te właściwości, które zapewniły mu żywotność i wielką siłę oddziaływania [...].

Pisane wielką literą Kresy stanowią jedyny w swoim rodzaju równoważnik nazwy geograficznej, zakresem swym obejmujący kilka regionów, kilka krain, kilka nawet obszarów etnicznych, uznany jednak za obszar polskiej swojskości. Rzec by można, że Kresy są słowem nieledwie magicznym, budzącym wzruszenia, nostalgię, refleksje historiozoficzne, przemyślenia o osobliwościach dziejów naszego narodu i państwa, także naszej kultury – słowem przypominającym dni chwały i potęgi, ale także klęsk i męczeństwa. Są bowiem owe Kresy tak samo najwyraźniejszą rzeczywistością polskich losów, jak zarazem mitem”.

Pod pojęciem „kresy” Pol – tworząc je za pomocą liczby mnogiej od wyrazu „kres” – rozumiał żyjące własnym rytmem odległe pogranicze, ale de facto u Pola „kresy” oznaczały w istocie linię wojskową pogranicza Kozaczyzny i Ordy Tatarskiej, siedzących podówczas jeszcze na ujęciu Dniepru i na dolnym Dniestrze, gdyż pierwotne znaczenie słowa „kresy” w roli określenia przestrzennego dotyczyło – i tak jak u Pola – tylko linii stacjonowania chorągwi strzegących południowo-wschodniej granicy Rzeczypospolitej, między Dnieprem a Dniestrem, na ukraińskim obrzeżu państwa. Działo się tak zaś w czasie, gdy Korona, jako część Rzeczypospolitej Obojga Narodów, sięgała po Zaporoże, Sicz, Kudak, Połtawę, po Dzikie Pola, obejmując też Kijów i Czernihów. Poszczególne oddziały przebywały w stanicach bądź tzw. lukach i tylko na owych lukach wolno było przeprawiać się przez granicę. W ten sposób, wraz z twierdzami, łączyły się one w ciągłą linię, przebiegającą od Kudaku w dół, na południe i wzdłuż Dniestru od Kamieńca Podolskiego, dalej aż po Dniestr – nazywającą się kresami.

 

Istnieje też inna koncepcja genezy terminu „kresy”, choć w wielu momentach wydaje się on być dość zbliżony do terminu wprowadzonego przez Wincentego Pola. I tak, u Glogera znajdujemy definicję następującą: „Kresami zwano stanowiska wojskowe, czyli wojskowe stójki i poczty rozstawione na pobereżach Podola i Ukrainy, jako straże graniczne od napadu Tatarów i Hajdamaków, a zarazem do przesyłania listów i znaków alarmu służące. Ponieważ służbę taką odbywano kolejno na zmianę, czyli jak komu wypadała kreska, kresa, więc i nazwa stąd poszła. Nie tylko na pobereżu, ale i w wielu stronach Korony, zamieszkałych przez lud polski, służbę kolejną na stójce u wójta zwano „kresową” i znad Wisły wzięto nazwę na Ruś. Ponieważ linia czatowni pogranicznych, ciągnąca się przez stepy od Dniepru do Dniestru, była łańcuchem takich stójek wojskowych, więc w mowie potocznej przyplątano czasami do nazwy kresów znaczenie granicy Rzeczypospolitej od Zaporoża, Tatarów i Wołoszczyzny. Wszelkie urządzenia wojskowe na kresach ukraińskich cechowała wielka prostota. Dla regularnej zmiany straży potrzebny był zegar, ale zegara nie było, robiono tak zwane knotki, to jest sznurki i jednostajnej grubości, które były w tyle węzłów zawiązane, ile godzin noc miewała.

 

Ponieważ jeden knot mógł zgasnąć, więc dla niestracenia rachuby godzin zapalano trzy jednocześnie i po ilości węzłów wypalonych godziny liczono. Żołnierze kresowi odmawiali codziennie razem pacierze, po których wyliczano w modlitwie poległych i żyjących hetmanów koronnych i litewskich, wielkich i polnych”.

Rozbiory oznaczały koniec państwa pod nazwą Rzeczypospolitej. Dla określenia ziem do niej należących pojawia się odtąd słowo Polska, a sprawa Rzeczypospolitej staje się sprawą polską.

Pol pisał, że od Krakowa aż po Lwów rozciągała się „Rzeczpospolita królewska, a od Lwowa do Dniestru była już Rzecz­pospolita hetmańska jako historyczna ziemia mogił i rycerzy, wiecznie nachodzona i wieczyście potrzebująca obrony […] Przedmiotem największej chwały stawała się rycerska śmierć tam (na Kresach) poniesiona”. O poległych pisali najwięksi poeci. I owo też poczucie pełnej jedności wszystkich ziem, ongiś należących do Rzeczypospolitej, legło u podstaw porozbiorowych koncepcji niepodległościowych, i staropolskie przekonanie o jedności terytorialnej całej Rzeczypospolitej stało się jednym z najważniejszych składników późniejszych wyobrażeń o Kresach jako nierozerwalnym elemencie państwowości polskiej. „Śmierć Mohorta jako ostatniego rycerza była epickim symbolem końca tamtego kresowo-rycerskiego świata, szerzej zaś końcem pewnej epoki w całym życiu polskim”.

 

Tymczasem w zawrotnej swej karierze słowo „kresy” bardzo rychło oderwało się od pierwotnie Im „przypisanego” terytorium, znaczeniem swoim obejmując coraz większe połacie ziem kiedyś do Polski należących i będących jej pograniczami już nie tylko na południowym wschodzie, ale przylegających najpierw do granic wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, potem także północno-wschodnich, a w wieku XX nawet pograniczy południowych i zachodnich. Pojęcie „kresy” w znaczeniu pierwotnym utrzymało się zaledwie kilka lat, około roku 1860 zaczęto je kojarzyć z innymi, większymi i dalej nawet położonymi od ścisłego pogranicza obszarami. W XIX wieku za sprawą Józefa Bohdana Zaleskiego i Jana Zachariasiewicza (powieść Na kresach) stały się owe „kresy” pojęciem wartościującym – kategorią aksjologiczną, wyposażoną w idealizowane znaczenia kulturowe i etyczne, inspirującą do różnorakich poczynań interpretowanych jako misja narodowa; ok. 1860 roku pod pojęciem „kresów” rozumiano Ukrainę w takim wymiarze, w jakim kiedyś należała do Polski, w jakim była obszarem walk rycerstwa polskiego z Tatarami, Turkami i Kozakami, w jakim wreszcie była przez Polaków ciągle jeszcze zamieszkiwana. „Kresy w ich rozumieniu historycznym stały się obszarem mitycznym, o którym warto i trzeba pamiętać, ale do którego powrotu już nie ma” – pisze Kolbuszowski już o ich pojmowaniu w epoce II RP.

Lecz strata dużej części dawnej Rzeczypospolitej na rzecz Rosji bolszewickiej wzbudzała wówczas ogromne emocje. Maria Czapska traktat ryski i oddanie połowy Białorusi z setkami tysięcy ludności polsko-białoruskiej nazywała „grzechem kainowym”. Podobnie myślała Zofia Kossak-Szczucka:

„A więc wszystko było niepotrzebne. Nasza wytrwałość, wysiłki, tyle nadziei, wiary, tyle miłości, niepotrzebne nikomu i niepożądane”.

 

Zatem dla pokolenia międzywojennego „kresami” (raczej pisanymi dużą literą) były ziemie, które odpadły od Rzeczypospolitej po rozbiorach i których nie udało się odzyskać – mimo trwania na placówce – w wyniku wojny z bolszewikami.

 

Jednak rzeczywistość polityczna różnych epok w Kresach widziała nie tylko konkretny obszar na południowo-wschodnich krańcach przedrozbiorowego państwa polskiego. Istniała bowiem dość istotna różnica między „kresami” a „zwykłym” pograniczem międzypaństwowym. Zwykłe pogranicze to na ogół strefa kontaktowa, ekumen dwóch narodów politycznych, tj. tworzących własne państwa narodowe. Dominuje tu dwukulturowość, choć obie społeczności narodowe mogą się przenikać, powszechny bywa bilingwinizm, a nawet dochodzi do konwergencji kulturowej. „Kresy” to natomiast coś więcej, to w zasadzie tereny leżące poza „obszarem gniazdowym” narodu i poza pierwotnym, etnicznym terytorium państwa, na ogół później do niego przyłączone, różną drogą – podboju, sukcesji dynastycznej, unii personalnej itp. To w konsekwencji obszar wielokulturowy, o bardziej złożonych stosunkach etnicznych, politycznych i społecznych. Koncepcja „rdzeń i peryferie” w geografii politycznej, czyli idea rozrostu terytorialnego, poczynając od małego obszaru rdzeniowego, ma tu zastosowanie jako model. Z tych obszarów ekspansja polityczna, ekonomiczna i kulturalna państwa rozszerza się – niczym kręgi na wodzie – najpierw na obszary sąsiednie, a następnie także na bardziej peryferyjne tereny, niekiedy już o obcych cechach narodowych – tak rozwijają się choćby Francja, Polska i Rosja. W związku z nieustannym zagrożeniem ludność pogranicza musiała być w ciągłym pogotowiu do obrony i wyrobić w sobie umiejętności wojenne. Prowadziło to do skrajnej militaryzacji życia, szczególnie na południowych krańcach „kresów”, gdzie wszystko musiało być podporządkowane potrzebom wojennym (tu mowa nie tylko o zagrożeniu, np. ze strony Moskwy, ale także ze strony zbójnictwa).

 

Osadnictwo na Kresach miało od zawsze charakter rolniczo-wojenny. Tak nawet było jeszcze w okresie międzywojennym. Tych analogii jest więcej, bo czymże był Korpus Ochrony Pogranicza, jeśli nie bardziej nowoczesną i lepiej wyposażoną formacją strzegącą granicy wschodniej biegnącej po ziemiach Kresów.

 

Życie na kresowych pustkowiach było nie tylko niebezpieczne, ale także trudne i surowe, brakowało bowiem wielu nawet najprostszych urządzeń cywilizacyjnych. Szli więc na Ukrainę ludzie twardzi, wnosząc w odległą przestrzeń mowę i kulturę polską, wraz ze świadomością pełnej jedności tych obszarów z całością Rzeczy­pospolitej. Rodzimą ludność Kresów stanowili Rusini, zruszczeni Kozacy, Wołosi i Tatarzy. W miastach kresowych osiedlali się kupcy ormiańscy, greccy, w wojskach służyli Czeremisi, żołnierze z krajów niemieckich, Szkoci, staroobrzędowcy – jako rosyjski element. Społeczeństwo było też wielowyznaniowe, obok katolików (rzymskich) byli prawosławni, grekokatolicy i staroobrzędowcy (raskolnicy), Kościół ormiański oraz Tatarzy – muzułmanie.

 

Kolejną cechą Kresów był niski stopień urbanizacji. U schyłku XVI w. na Ukrainie było 321 miast, z tego 250 stanowiły miasta najmniejsze, liczące poniżej 600 mieszkańców. Dla porównania w wielokrotnie mniejszej Wielkopolsce z Kujawami było w tym czasie 255 miast, w tym tylko 27 najmniejszych. Po klęskach wojennych XVII i XVIII w. na Ukrainie pozostało zaledwie 145 miast, podczas gdy w Wielkopolsce przetrwało ich 208.

 

Konsekwencją było ogromne zapóźnienie cywilizacyjne Kresów; jeszcze w II RP województwa południowo-wschodnie stanowiły synonim Polski C. Jeśli w 1931 roku średnie zatrudnienie w rolnictwie i leśnictwie w Polsce wynosiło 60,6%, to w województwach stanisławowskim, tarnopolskim i wołyńskim odpowiednio wahało się między 74,7% a 79,6%. Od XIX wieku pojęcie Kresy i Ukraina były synonimami. Podobny charakter miały Inflanty.

 

Wyróżnikami Kresów były odmienność geograficzna, peryferyjność, słaba dostępność (chodzi o transport), izolacja, słabe zaludnienie, rzadka sieć miast, niedorozwój i upośledzenie, zależność i podporządkowanie, wielokulturowość, zapóźnienie cywilizacyjne, odmienność zachowań, niestabilność polityczna i społeczna, odmienność prawa i etos kresowy. Była to jednak kraina, w której obowiązywało niejako motto: „gente Rutheus (Lithuanus), natione Polonus” I choć z czasem Kresy oderwały się w pewien sposób od terytoriów, żyjąc i rozwijając się tylko w umysłach wielu ludzi i tworząc przestrzeń tożsamościową dla kultury polskiej mniej więcej od XIX w., to pozostały de facto „polską Atlantydą”.

I mimo że w czasach PRL Kresy Wschodnie uległy anihilacji i przekształciły się w realną Litwę, zachodnią Białoruś i zachodnią Ukrainę, to w polskich duszach – jak się wydaje – nadal pozostały jako owa Atlantyda.

 

Po II wojnie światowej pod pojęciem Kresów rozumiano ziemie utracone na rzecz ZSRR, czyli dawne województwa wschodnie II RP ograniczone na zachodzie rzeką Bug. To pojęcie jednak dalej ewoluowało i w początkach lat 90, kiedy można był legalnie prowadzić badania „wschodnie”, my, historycy nimi się zajmujący, zaczęliśmy pod tym pojęciem rozumieć całą strefę okupacji sowieckiej z lat 1939–1941, która objęła dawne województwa północno-wschodnie (nowogródzkie, poleskie, wileńskie i w większości białostockie, do którego wcześniej należały późniejsze trzy powiaty woj. warszawskiego, czyli łomżyński, ostrołęcki i ostrowski) oraz dawne województwa południowo-wschodnie (lwowskie, tarnopolskie, stanisławowskie i wołyńskie). Tak określone Kresy wschodnie obejmowały ok. 52% powierzchni dawnej II RP (około 201 tys. km2) i około 25% jej ludności. Według danych ze spisu w 1931 r., zamieszkiwało je 13 021 300 ludności. Nie licząc tzw. tutejszych i najmniej licznych mniejszości (Rosjanie, Niemcy, Litwini, Czesi), Polacy stanowili 43% (5 597 600) tej ludności, Żydzi – 8,3% (1 079 100), Ukraińcy – 24,2% (3 151 000), Rusini – 8,8% (1 150 100), Białorusini – 7,6% (986 700).

 

Nastąpiło też dalsze zmitologizowanie Kresów jako miejsca polskiego męczeństwa – tu się przecież bierze początek zbrodni katyńskiej, bo to na Kresach wzięto do niewoli tysiące polskich oficerów, późniejszych więźniów obozów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku; tu miały miejsce cztery wielkie deportacje i już po wojnie tzw. repatriacja i piąta deportacja (tzw. andersowców, czyli byłych żołnierzy armii gen. Andersa – z rodzinami, którzy po zakończeniu II wojny zdecydowali się powrócić do domów, które w nowych granicach znalazły się w ZSRR), gdzie skala represji przewyższyła represje Wielkiej Czystki w samym imperium sowieckim.

 

Wszystkie województwa wschodnie charakteryzował niski poziom urbanizacji, a przygniatająca większość ludności mieszkała na wsi. Daje się też zaobserwować następującą prawidłowość: poza nielicznymi powiatami ludność przeważnie niepolska, polskie są tylko dwory, Polacy też pojawiają się w roli urzędników państwowych, samorządowych czy policjantów lub właścicieli ziemskich. To wytwarza od razu silne napięcia społeczne. Polacy – to jakaś władza – oni, a niepolska wieś w mniemaniu jej mieszkańców jawi się jako obszar ucisku społecznego, narodowościowego, religijnego i ustawicznych konfliktów na różnym tle.

 

„Na Rusi – pisał Maurycy Mochnacki o wcześniejszej epoce – mniej daleko rodowitych Polaków jak Rusinów. Panowie katolicy, właściciele wsi są Polacy, chłop jest Rusinem, gnębionym od wieków przez pana. Pop jest jego dyrektorem moralnym. Car przez popa wpływa na niego”. Misja cywilizacyjna polskiego ziemiaństwa pozostawiała wiele do życzenia, z czego niekoniecznie zdawano sobie sprawę.

Polityczne aspekty radiofonizacji Kresów Wschodnich były dostrzegane od samego początku rozwoju radiofonii w Polsce. Postulat budowy sieci radiostacji lokalnych w celu skomunikowania odległych wschodnich peryferii państwa z pozostałymi dzielnicami zauważono już w styczniu 1924 r., zwłaszcza że wschodni sąsiad – ZSRR – prowadził bardzo aktywną wojnę ideologiczną w eterze, w tym w językach mniejszości, propagując idee prowadzące w prostej konsekwencji do rozpadu polskiego państwa. I tak np. obszar Wołynia znajdował się w zasięgu stacji Charków I (fala 1293 m; nadajnik o mocy 10 kW), Charków II (fala 253 m, 20 kW), Winnica (274 m, 10 kW), Czernichów (296 m, 5 kW), Odessa (310 m, 10 kW), Dniepropietrowsk (329 m, 10 kW), Stalino (387 m, 10 kW), Kijów (400 m, 100 kW), nie licząc stacji nadawczych Mińska i Moskwy. Bez tych ostatnich stacji moc pozostałych wynosiła 175 kW. Tymczasem po stronie polskiej, na całych Kresach Wschodnich, znajdowały się zaledwie trzy stacje radiowe: Wilno (559,7 m, 50 kW, zasięg 140 km, uruchomiona 15 I 1928), Lwów (377,4 m, 50 kW, zasięg 100 km, od 15 I 1930) Baranowicze (577 m, 50 kW, od 31 VII 1938) o łącznej mocy 150 kW.

 

Najważniejszym czynnikiem powodzenia misji Polskiego Radia był czynnik ekonomiczny, rozumiany przede wszystkim jako zasobność ludności, która musi posiadać środki na zakup radioodbiornika. Jeszcze w latach 20. trzylampowy aparat typu „Marconi” kosztował 1400 zł. […]

 

Tymczasem o ogólnej kondycji gospodarczej Kresów w przededniu wojny decydowały co najmniej trzy czynniki. Po pierwsze ogromne zapóźnienie cywilizacyjne, o czym wspomniałem już, wyrażające się w braku dogodnej komunikacji i infrastruktury. Były to tereny ze słabo rozwiniętą siecią dróg bitych i kolei, a do leżących na podmokłych terenach wsi, np. na Polesiu, można było dostać się łodzią lub korzystając z systemu kładek biegnących przez bagna. Dojazd furmanki czy raczej sań był możliwy tylko w okresach silnych mrozów. Główną gałęzią gospodarki było tam rolnictwo, które charakteryzowało się niską wydajnością z hektara i praktycznie nieużywaniem nawozów sztucznych, oraz leśnictwo, również prowadzone w formie ekstensywnej i bezplanowej. Wieś kresowa stosowała gospodarkę naturalną, była właściwie samowystarczalna i nie posiadała środków na zakup dóbr luksusowych.

 

Po drugie ziemie polskie, w szczególności Kresy, poniosły gigantyczne straty w wyniku I wojny światowej. Szkody materialne wyrządzone w czasie jej trwania wyniosły około 10 mld złotych dla całości ziem polskich, czyli blisko 1/10 całego majątku narodowego, co dawało 370 zł na głowę ludności i 300 zł na 1 ha. Należy też uwzględnić straty pośrednie spowodowane rabunkową gospodarką wojenną i obniżeniem się zdolności wytwórczych całej gospodarki. Na to nakładały się straty z wojny sowiecko-polskiej 1920 r. i straty powodowane działalnością band dywersyjnych przerzucanych z terytorium ZSRR w początkach niepodległości.

Wreszcie po trzecie czynnikiem hamującym rozwój gospodarczy Kresów był wielki kryzys ekonomiczny lat 1929–1933, w krajach rolniczych, jak Polska, trwający dłużej, nawet do 1939 r.

 

Według stanu na 1 kwietnia 1938 r., w Polsce było zarejestrowanych 922,4 tys. abonentów, co dawało wskaźnik 29 radioabonentów na 1000 mieszkańców. W tej dziedzinie Polska jednak bardzo mocno odstawała od świata. I tak, biorąc pod uwagę ten sam wskaźnik radioabonentów na 1000 mieszkańców, w Stanach Zjednoczonych, w analogicznym okresie, przypadało 215 radioabonentów, w Danii – 201, w Szwecji – 195, w Anglii – 187, w Niemczech – 154. Lepsze parametry mieli na ogół inni sąsiedzi Polski, np. Łotwa – 68, Węgry – 46.

W podziale na województwa, nie biorąc pod uwagę Warszawy, gdzie wskaźnik abonentów na 1000 mieszkańców wynosił 104, najlepsza sytuacja panowała w województwach centralnych i zachodnich oraz na Śląsku (75). Na Kresach zbliżone do średniej krajowej wskaźniki miały województwa wileńskie – 26 i lwowskie – 28. Pozostałe miały ten parametr znacznie niższy. Wynosił on odpowiednio dla województw: białostockiego – 19, nowogródzkiego – 11, poleskiego – 12, wołyńskiego – 10, stanisławowskiego – 10; a najniższy był w województwie tarnopolskim – 9.

 

W Polsce międzywojennej na radio stać było tylko ludzi zamożnych. Na Kresach było jeszcze gorzej. Tej miażdżącej w sumie statystyki nie zmienia fakt, iż w tamtej epoce radia często słuchało się na imprezach zbiorowych – w szkołach, domach ludowych, na festynach. W 1933 r. w Polsce było 927 domów ludowych, w tym w województwach wschodnich 97, a liczba szkół wynosiła około 30 tys. i znów najmniej było ich na Kresach.

Mieszkańcom starało się przyjść z pomocą wojsko, zwłaszcza KOP; radioodbiorniki pojawiły się na ogół we wszystkich urzędach gminnych, w świetlicach organizacji społecznych i stowarzyszeń, w spółdzielniach, na zamożniejszych parafiach i we dworach. Również ceny radioodbiorników relatywnie obniżyły się i np. radioodbiorniki „Echo” w 1935 r., w zależności od typu, kosztowały od 144 do 175 zł. Brak jednak było dobrze przemyślanej strategii rozwoju radiofonii polskiej. Jej niedorozwój na Kresach Wschodnich i brak oferty antenowej dla mniejszości narodowych był bardzo niebezpieczny dla państwa, gdyż w miejsce kształtowania się pożądanych postaw propaństwowych sowiecki sąsiad epatował swoją ideologią, przez co – jak zauważa prasa – „stwarza specyficzne niebezpieczeństwo czerpania kultury przez tę ludność nie z zachodu, ale ze wschodu […], politycznych poglądów wręcz destrukcyjnych, agenturalnych, wywrotowych”. I trudno uznać za panaceum dekret Prezydenta RP o ochronie niektórych interesów państwa z 22 XI 1938 r., którego artykuł 13 stanowił, że minister spraw wewnętrznych władny jest na drodze rozporządzeń wprowadzić zakaz publicznego odbioru określonych stacji zagranicznych.

 

Czynniki ekonomiczny i organizacyjny powodowały więc, że misja Polskiego Radia nie mogła być realizowana w sposób satysfakcjonujący, a zauważmy, że radio mogło odegrać znaczącą rolę w kształtowaniu postaw propaństwowych i patriotycznych, mogło łagodzić napięcia społeczne i być doskonałym pomostem w aspekcie kulturowym.

Z idei pogranicza wyrasta określona teoria kultury. „Pogranicze ucieleśnia polifoniczność, wielogłosowość. Na pograniczu słowo własne obrasta w konteksty słów cudzych. Wypowiedź jest zawsze nasycona odgłosami dialogu. Moje ja zawsze graniczy z innością. Dopiero pogranicze rozstrzyga o sposobach ludzkiego istnienia. Jedna kultura w oczach innej kultury odsłania się pełniej i głębiej. Doświadczenie to stwarza możliwość zobaczenia siebie i własnej kultury w lustrze innych kultur. Obcy przestaje być obcym, a staje się jedynie innym, wskutek czego mamy szansę na naukę tolerancji. Uznanie złożoności pogranicza jest zatem zgodą na wizję świata aksjologicznie ambiwalentnego, tzn. takiego, w którym sądy wartościujące współistnieją ze sobą i nie przedstawiają się jako alternatywy”.

 

Jak dowiodły wydarzenia po 17 września 1939 r., na Kresach wszystkie mniejszości (z wyjątkiem Ormian, Tatarów i Karaimów) wzięły udział w aktywnej destrukcji państwa polskiego, przyczyniając się w dużej mierze do znacznych strat ludzkich i materialnych.

Polsce zabrakło czasu i pieniędzy, aby w pełni skorzystać z dobrodziejstw tygla narodów.

I to nie nasza wina.

 


*    Część tytułów licznych dzieł wymienionych pisarzy pominięto.