Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Tadeusz Stec, ZE SZCZEPKIEM I TOŃKIEM NA WOJENNEJ LWOWSKIEJ FALI

Do mniej znanych kart z dziejów naszych sił zbrojnych na Zachodzie w czasie II wojny światowej należą losy objazdowej Czołówki Teatralnej Wojska Polskiego „Lwowska Fala”. Był to zespół artystyczny, który dzieląc żołnierską dolę Polaków w Rumunii, Anglii, Francji, Włoszech, Holandii, Belgii i w Niemczech – rozjaśniał muzyką i piosenką wojenne dni naszym rodakom. Każdy żołnierz spod biało-czerwonego sztandaru czuł się pokrzepiony na duchu, gdy z estrady spłynęły słowa nawet tak prostej jak ta piosenki:

 

Choć na tułaczkę wygnał los nas wszystkich zły

Powrócą znowu szczęścia wolności dni

Ojczyzna zbierze rozproszone dzieci swe

I w zapomnienie pójdą złej tułaczki dnie.

 

Członkami zespołu byli niezapomniani Tońcio i Szczepcio (Henryk Vogelfänger i Kazimierz Wajda), znani starszemu pokoleniu z przedwojennych programów rozrywkowych „Wesoła Lwowska Fala”.

Okazją do poznania ich przez młodszą generację był niedawno* pokazywany w telewizji przedwojenny film Włóczęgi z udziałem tychże właśnie ulubieńców publiczności, a także rozmowa Jerzego Janickiego z mieszkającym w Anglii Tońciem, czyli Henrykiem Vogelfängerem.

Niełatwo jednak po tylu latach znaleźć w kraju kogoś, od kogo można by usłyszeć relacje i wspomnienia z pierwszej ręki na temat Czołówki Teatralnej WP „Lwowska Fala”. Okazało się jednak, że nie trzeba było szukać daleko, bo osobą, która od początku do końca była członkiem tego zespołu jest mieszkaniec Krakowa, dziś 83-letni Stanisław Wasiuczyński**. Urodził się i wychował w samym centrum Lwowa i jest jednym z nielicznych już żyjących obrońców tego miasta w 1918 roku z grupy słynnych Orląt Lwowskich. Do ósmego roku życia umiał posługiwać się tylko gwarą lwowską. Jako absolwent Akademii Handlowej doszedł do posady dyrektora uzdrowiska w Niemirowie-Zdroju.

Studiując w akademii skończył szkołę dramatyczną i występował w teatrach amatorskich Lwowa, m.in. na scenie „Semafor”. Poznał wówczas twórcę „Wesołej Lwowskiej Fali” Wiktora Budzyńskiego, bo Tońka poznał jako chłopaka swojej kuzynki, a ze Szczepciem zetknęli się jako weselni drużbowie.

Tońcio wywodził się z lwowskiej, żydowskiej rodziny przesiąkniętej duchem patriotyzmu. O jej przywiązaniu do Polski świadczy najlepiej to, że ojciec Tońka, jako naczelnik Urzędu Skarbowego we Lwowie, gdy upadła Austria, przechował wszystkie pieniądze ze skarbca i oddał je rządowi niepodległej Polski.

– Wkrótce po wybuchu wojny – opowiada pan Wasiuczyński – w wojskowym mundurze wraz z grupą kolegów z Polskiego Radia ze Lwowa znalazłem się w rumuńskiej miejscowości Buzau w obozie dla internowanych. Już w połowie października 1939 roku Budzyński otrzymał propozycję zorganizowania czegoś w rodzaju dawnej „Wesołej Lwowskiej Fali” i przygotowania jakiegoś programu. Po naradzie z zespołem Tolo poszedł do kawiarni – najlepiej pisało mu się przy kawie – i wrócił z przepięknym poematem, który nazwał 25 słów. Muszę tu wyjaśnić, że władze rumuńskie dzięki staraniom YMCA zgodziły się, że każdy z nas za pośrednictwem Czerwonego Krzyża może przekazać do kraju wiadomość, nieprzekraczającą jednak 25 słów.

 

... Dano ci bracie blankiet biały

Linijek na nim tak mało,

Gdyś jednak dotknął ołówkiem, serce zadrżało...

... I napisałeś, „Jam zdrów”...

Już dwa! – a wolno dziś tylko dwadzieścia pięć słów

Adres – to cztery, o zdrowiu te dwa,

O matce...? nie starczy ci słów...

A o tęsknocie?

 

Każdy spektakl naszego teatru w czasie wszystkich późniejszych występów na frontowych drogach robił na widzach wielkie wrażenie, wstrząsał ludźmi, przełamywał w nich beznadzieję, szok i załamanie – wywołane klęską wrześniową, oddaleniem od domów. W czasie tych naszych wieczornic były chwile, kiedy zanikał podział na scenę i widownię. Niezapomniane chwile przeżyliśmy w Targoviste, gdzie śpiewaliśmy wraz z ogromną widownią (półtora tysiąca chłopa) piosenkę Wrócimy.

 

Wrócimy tam, dokąd serce dziś tęskni i marzy

Wrócimy tam, wszyscy razem i młodzi i starzy,

Wrócimy tam, żeby zerwać Ojczyźnie kajdany,

Wrócimy tam, gdzie nasz dom, gdzie nasz kraj kochany.

 

Podobnie było w innych obozach internowanych, w których występowała „Fala” – w Turnu-Severin,w Pitesti, w Caracal, Craiovej, w Bukareszcie, w Comisant-Vacaresti, Targu-Jiu. Poza artystycznym sukcesem zespołu w Rumunii było wywiezienie pod dekoracjami i rekwizytami co najmniej 150 Polaków, którzy pragnęli przedostać się na Zachód.

Później była Francja. Tam właśnie w miejscowości Coetquidan (nazywaliśmy ją koczkodan) staliśmy się teatrem żołnierskim i otrzymaliśmy nazwę „Polowa Czołówka Teatralna nr 1 Lwowska Fala”. Kierownikiem i duszą teatru był Wiktor Budzyński, tworzył on większość tekstów, które pisał z niewiarygodną łatwością. Szczepko i Tońko nie mieli we Francji takiego powodzenia w przedstawianiu skeczów w stylu lwowskim jak w Rumunii, bo oprócz lwowiaków w oddziałach polskich służyli także żołnierze z innych części kraju; dlatego największą furorę w zespole robił Józek Wieszczek – wielki talent estradowy – nowosądeczanin, mistrz w „godkach” i „śpiwkach” w gwarze góralskiej. Słynął także z umiejętności znakomitego naśladowania głosu zwierząt, ptaków, a także ludzi.

W Port Le Verdon pod Bordeaux zespół „Lwowskiej Fali” przeżył gorycz klęski francuskiej w wojnie z Niemcami i niepokój oczekiwania przez kilka dni i nocy na przewóz do Anglii. Odpłynęli na starym frachtowcu „Clan Fergusson” w składzie I Dywizji Pancernej, by wylądować w Liverpoolu, gdzie witano ich z wielkimi honorami. – Proszę sobie wyobrazić – wspomina pan Wasiuczyński – że Brytyjczycy przedostawali się z Francji do Anglii często już bez broni, a niekiedy nawet w bieliźnie, my natomiast lądowaliśmy na angielskim brzegu z pełnym uzbrojeniem, co na witających nas władzach i ludności robiło wielkie wrażenie. Było to w lipcu 1940 roku.

Stanęli w obozie w Szkocji w hrabstwie Lanark. Już we wrześniu w jedynym kinie przyobozowego miasteczka wystawili rewię Fish and Chips (ryba z frytkami). Gdy w kilka dni potem występowali u Ułanów Jazłowieckich, ogłoszony został alarm, bo rozniosła się pogłoska, że w pobliżu wylądowali niemieccy spadochroniarze. Po półgodzinie alarm odwołano i w dużym namiocie, mimo wiatru i deszczu, odbyło się przedstawienie w niczym niezakłóconej wesołości.

 

Gdy język łamiesz dziś na „English speak”

Umiesz: „I love you”, znasz miłosny trick

Gdy „very nice girl” ciebie chce

Pamiętaj tylko o tym, że:...

Raz! Naprzód! Śmiało!

Gdy piosenka wesoło brzmi

Co nam zostało

W te szkockie deszczowe dni?

 

Przeglądam zachowane z tamtych czasów fragmenty kroniki teatru, napisanej przez członka zespołu Ludwika Bojczuka:

 

–    18 IV 1941 r. graliśmy dla lotników dwóch dywizjonów bombowych. Atmosfera u nich wspaniała. Po przedstawieniu zaproszono nas na start do lotu operacyjnego na Niemcy... Nie przynieśliśmy im pecha: wrócili wszyscy szczęśliwie po wykonaniu zadania.

–    24 IV 1941 r. Dzisiejsze przedstawienie poświęcone jest dywizjonowi myśliwskiemu 303. Zaczynaliśmy z tremą, ale sławni lotnicy byli bardzo szczerzy i serdeczni. Byliśmy i my bardzo szczęśliwi, że mogliśmy naszym przybyciem urozmaicić kilka godzin ich niespokojnego żywota.

–    14 IX 1941 r. Dziś odwiedziliśmy pierwszy transport polskich ochotników z Ameryki Południowej. Niezapomniane było to przedstawienie i po nim długie rozmowy w świetlicy.

      8 V 1942 r. Daliśmy występ dla załogi „Kujawiaka” przed wyruszeniem na morze. Spędziliśmy bardzo miło popołudnie na pokładzie, a nasz wieczorny występ zgromadził marynarzy także z innych okrętów polskich.

–    2 VI 1942 r. „Lwowska Fala” występuje przed żołnierzami, którzy wrócili z Rosji. Gramy w sali, gdzie chwilowo obozują i odpoczywają po długiej i ciężkiej udręce. Na sali śmiech miesza się ze łzami. I trudno samemu wytrzymać na estradzie, aby w sposób niezgodny z obyczajem teatralnym po prostu się nie rozbeczeć.

 

Nadeszła pora inwazji w Normandii. Teatr wraz z wojskami inwazyjnymi znalazł się we Francji, a potem trasa wiodła przez Belgię i Holandię, które wyzwolone zostały przez oddziały gen. Maczka.

Stąd wrócili ponownie do Anglii. „Fala” jako zespół istniała jeszcze do 1946 roku.

– Jak panu powiem – wyznaje p. Stanisław – że było tych przedstawień kilkaset: graliśmy na trawie, pod namiotami, w hangarach, na polu, gdzie się tylko dało, gdzie był tylko żołnierz, na naszych statkach, na „Sobieskim”, na „Batorym”, na „Gardlandzie” i na okrętach podwodnych, w bunkrach – to będzie jasne, że nazwa „Polowa Czołówka” nie była nam dana za darmo. Pamiętam przedstawienie w Bredzie pod obstrzałem bomb. Nie zapomnę nigdy wyprawy Józka Wieszczaka, Szczepka i Tońka na samą linię frontu do bunkrów Pierwszej Polskiej Dywizji Pancernej nad brzegiem rzeki Mozy, za którą tuż byli Niemcy.

Występowaliśmy z naszym repertuarem w języku angielskim dla zgrupowań żołnierzy brytyjskich i amerykańskim. Miał w takim programie swoją popisową rolę Tońcio w jednym ze skeczów, przyjmowanych przez Anglików i Amerykanów huraganowymi oklaskami. Graliśmy też dla nich Wesele Wyspiańskiego, choć z uwagi na nieprzetłumaczalność tego dramatu na angielski poszczególne sceny były objaśniane przez spikera.

Gdy wspominam o Tońciu – do repertuaru naszego teatru w przedstawieniach dla polskich żołnierzy włączana była bardzo często piosenka Tońka pt. Serce dla Lwowa:

 

A ja bym tak chciał posłać serce moje –

Daleko do Lwowa

Zapytać, czy Wysoki Zamek stoi.

Gdzie Niuśko się chowa?

Czy pod Ratuszem jeszcze siedzą lwy?

Czy w Stryjskim Parku wiosną pachną bzy?

Jak dawniej...

Czy w nocy grają lwowskie tam zegary

I gdzie batiary nasze są.

 

W teatrze obok wymienionych zespołów byli z nami jeszcze Mira Grelichowska, wielce utalentowana Włada Majewska, nazywana lwowską Ordonką, Halina Wiktoria Zakrzewska, Henryk Hausman, Wincenty Rapacki i Tadeusz Fabiański. Przez cały czas w zespole byli Szczepko i Tońko (obaj sami pisali teksty monologów), choć z pewnymi przerwami, bo obaj niestety dość często chorowali. Tońko po wojnie pozostał w Anglii, podobnie jak Włada Majewska. Szczepko wrócił do kraju i przyjęty został, o dziwo, do Polskiego Radia w Warszawie, gdzie prowadził audycje „Przy sobocie po robocie”. Kupił samochód „dekawkę”, umarł nagle za kierownicą na wylew krwi do mózgu. Było to 8 maja 1955 r., miał 50 lat. Miesiąc wcześniej w Krakowie zmarła jego matka. Gdy Szczepko był na jej pogrzebie, wyraził życzenie, że też chce być pochowany w Krakowie. I tu jest jego grób. W Krakowie mieszka(ła) siostra Szczepka – pani Kondolewicz, która dożyła sędziwego wieku. Spośród członków zespołu nie żyją Wiktor Budzyński i Józek Wieszczek.

 

A powojenne losy Stanisława Wasiuczyńskiego?

– Wróciłem do kraju w maju 1947 roku, choć gdybym został w Anglii, miałbym lepszy start od innych zdemobilizowanych żołnierzy, bo miałem zawód. Proponowali mi zresztą w Wielkiej Brytanii pracę w lecznictwie uzdrowiskowym. W kraju czekała jednak żona z córeczką i dwoma synami, która jako repatriantka osiadła we Wrocławiu. Kiedy więc znalazłem się w tym mieście, zabrałem się do uruchomienia miejskiego zakładu kąpielowego – jednego z największych wówczas w Europie. Otrzymałem od władz miasta angaż na stanowisko naczelnego dyrektora tego zakładu. Ale kiedy w 1950 r. zaczęto interesować się moim pobytem w Anglii, przeczuwając na co się zanosi, sam poprosiłem o zwolnienie. I wówczas Edward Osóbka-Morawski – szef uzdrowisk w Polsce – zaproponował mi pracę w Krakowie, gdzie uruchomiłem uzdrowisko w Swoszowicach i Matecznym, lecz w roku 1955 zostałem zwolniony. Półtora roku chodziłem bez pracy, aż otrzymałem ją, dzięki panu Krejczemu, w Biurze Projektów Cementu i Wapnia jako kierownik działu obsługi technicznej. Przepracowałem tam 16 lat – do emerytury.

 

Jeżeli dożyliśmy z żoną do naszych lat, to chyba przede wszystkim dlatego, że dobrze układa się nam życie rodzinne. Z naszych trojga dzieci jeden syn jest aktorem w Radomiu, drugi syn samochodziarzem – specjalizuje się w naprawie „volkswagenów”, córka (najstarsza z całej trójki – jest na emeryturze) była nauczycielką w Ostrołęce. Mam dorosłych wykształconych wnuków.

Gdy zawiązywało się w Krakowie Towarzystwo Miłośników Lwowa, proponowano mi kandydowanie w wyborach do zarządu, ale odmówiłem. Są ode mnie młodsi, mogą jeszcze z siebie więcej dać.

Udało mi się odwiedzić po wojnie Lwów, gdzie zajrzałem także do zarządzanej przeze mnie łaźni miejskiej. Zastałem jeszcze z tamtych czasów pracownika – Iwana. Witając się ze mną, chciał mnie pocałować w rękę. I wtedy pomyślałem, że jeżeli moja żona nie została deportowana ze Lwowa do ZSRR – klasyfikowała się przecież według ówczesnych kryteriów do „pomieszczików” – to głownie dlatego, że cały personel łaźni, której byłem dyrektorem, prawdopodobnie nie powiedział na mnie jednego złego słowa...

 

Doszło oczywiście do spotkania z Tońkiem, którego odwiedziłem w Londynie w 1978 r. Cóż to było za spotkanie...

 

 

*    Tekst pochodzi z roku 1989.

**  Ur. 1906, zm. 1995 w Krakowie.

 

Tekst pochodzi z „Gazety Krakowskiej” 72/89 z 25.03.1989