Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Jan Krzysztof Petry, WSPOMNIENIE O JULIUSZU PETRYM

znakomitej postaci Polskiego Radia we Lwowie, Wilnie i Wrocławiu

 

 

Juliusz PetryUrodził się 13 grudnia 1890 roku na Ziemiach Wschodnich: w Łopiance, miejscowości w powiecie Dolina niedaleko Bolechowa, w rodzinie o wielkich tradycjach patriotycznych. Wzrastał w atmosferze szacunku dla ludzi i przyrody a nade wszystko w umiłowaniu polskości.

Wspomnę, że ojciec jego, nadleśniczy (kk. Forsmeister), absolwent wiedeńskiej szkoły leśnej, łączył z pracą biurową dydaktykę, szkoląc młodzież leśną. Matka, Felicja Szyszkowska herbu Ostoja, pianistka, z domu o tradycjach kresowych, wszechstronnie utalentowana, skupiała i szkoliła miejscową polską i ruską młodzież. Grała na fisharmonii podczas niedzielnych nabożeństw. W domu urządzała koncerty i spotkania teatralno-wokalne o charakterze patriotycznym.

Juliusz akompaniował matce na skrzypcach, uczestnicząc w urządzanych spotkaniach. Od wczesnego dzieciństwa ujawniało się jego umiłowanie folkloru, czemu dawał wyraz w późniejszej swojej twórczości literackiej oraz pracy zawodowej. Z wielkim upodobaniem nucił dumki i pieśni zarówno polskie, jak i ruskie i propagował je po latach w audycjach radiowych oraz spotkaniach towarzyskich.

Odgłosy przyrody i leśnego otoczenia dawały mu asumpt do składania kolejnych w życiu strof i wierszy.

W nadleśnictwie żył przyjaźnie ze sforą trzynastu psów oraz oswojonym jeleniem przychodzącym do okien kuchennych po dzienny przydział cukru i chleba. Po ostępach leśnych wędrował kilometrami pieszo. Często też towarzyszył swojemu ojcu w objazdach rewirów leśnych czterokołową tzw. linijką, zaprzężoną w silnego i upartego konika huculskiego, niebojącego się brodu ani strumieni, nagminnie omijającego napotykane po drodze mosty. Nagłe cwały przez rwące potoki kończyły się z reguły kąpielą podróżujących.

Zimowe wieczory spędzał przy lampie naftowej z dostępną lekturą. Zafascynowany był antykiem. Rozmiłowany w mitologii greckiej, jej mitami i legendami, do których chętnie i często wracał. Szkołę powszechną ukończył w pobliskim Bolechowie, mieszkając tam na tzw. „stancji”. Lubiany przez rówieśników za koleżeństwo i uczestnictwo w zespołowych grach i zabawach. Po śmierci dwóch swoich starszych braci Piotra i Pawła, zmarłych w dzieciństwie na dyfteryt, został jedynym synem, mającym w kolejności starszeństwa trzy siostry.

 

Marię primo voto Stankiewicz, secundo Sahanek, pianistkę, wywiezioną w 1941 roku ze Lwowa z rodziną do Kazachstanu (Okręg Joszkar Oła). Tam zmarli z biedy, głodu i niedostatku jej mąż Witold oraz dwóch utalentowanych synów, 20-letni Jerzy Stankiewicz i Wojtuś Sahanek, dziesięcioletni, nieprzeciętnie utalentowany rysownik i portrecista.

Notabene jej mąż Witold, znany w okresie międzywojennym prawnik (prezes prokuratury generalnej), jako młody asesor zatrudniony w Nowym Targu przyczynił się do wypuszczenia Lenina z aresztu (!). Zostało to udokumentowane i opisane przez wdowę w prasie polskiej po ewakuacji wojska polskiego wraz z ludnością cywilną z Rosji, dzięki polityce generała Andersa do Iranu, w którym odnalazła się z córką Hanką. Zmarła na emigracji, osierocając córkę i wnuki. Pochowana w Londynie.

Druga siostra, Kazimiera, była wieloletnią, rzec można dożywotnią pierwszą skrzypaczką filharmonii i opery warszawskiej. Zasługuje na specjalne wspomnienie między innymi dzięki swojej odwadze i poświęceniu.

Podczas okrutnej okupacji i krwawej polityki dyskryminacyjnej Polaków przez Niemców w jej warszawskim specjalnie przystosowanym i zabezpieczonym mieszkaniu, które dzieliła ze swoją przyjaciółką panią Ireną Brzostowską przy ulicy Mariańskiej 10 na IV piętrze, mieszkał, rezydował i konferował Jan Stanisław Jankowski o pseudonimach „Soból”, „Inżynier”, trzeci i ostatni Delegat Rządu RP na Kraj w randze premiera (prezydenta), po zmarłym w 1942 r. Cyrylu Ratajskim, byłym prezydencie Poznania, i Janie Piekarkiewiczu zamordowanym przez Niemców w 1943 roku. W jego pokoju nad łóżkiem wisiał drewniany dość pokaźnych rozmiarów krzyż-skrytka z tajnymi dokumentami, tyczącymi najważniejszych spraw państwowo-wojskowych w okupowanej Polsce. Krzyż otwierał się po nakłuciu ukrytego punktu cienką igłą. Ponadto na 4. piętrze łazienka z oknem z widokiem na tyły budynku zaopatrzona była w drabinę sznurową, umożliwiającą w nagłej potrzebie ewakuację zagrożonego na sąsiadujące podwórko ze składem węgla. Jak powszechnie wiadomo, Pan Premier po Powstaniu Warszawskim z Grupą Szesnastu wywieziony, więziony i sądzony w Moskwie, został skazany na 8 lat więzienia. Zmarł w więzieniu moskiewskim w 1953 roku. Kazimiera zmarła w Warszawie i pochowana została na Powązkach.

Najmłodsza siostra Janina, primo voto Przybylska, secundo Żygulska, absolwentka Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Była znaną artystką we Lwowie, po wojnie w Krakowie i Warszawie, ceniona i niezwykle utalentowana plastyczka, malarka, rzeźbiarka, lalkarka i scenografka. W okresie międzywojennym osobiście wykonała szachy na zamówienie rządu polskiego w darze cesarzowi japońskiemu Hirohito. Ilustrowała książki dla dzieci, tworzyła scenografie teatralne. Między innymi zaprojektowała w Brzuchowicach koło Lwowa wnętrze pałacu-willi dla Stanisława Maykowskiego, autora podręcznika do nauki języka polskiego pt. Mówią wieki, krytyka teatralnego, powszechnie znanej osobistości bohemy lwowskiej, literata, nauczyciela, teatrologa. W obiekcie tym ozdobiła pokoje rzeźbami i płaskorzeźbami, zaprojektowała ozdobne podłogi, krzesła, fotele, stoły, klamki w oknach i drzwiach, a nawet tron profesora stojący w szklanym wykuszu na specjalnym podeście-katedrze z widokiem na rozległy przydomowy ogrodo-park. Nie pominęła psiej budy, projektując ją w stylu zakopiańskim, oraz ozdobnego ogrodzenia całej posiadłości. Była twórczynią wielu sztandarów zamawianych przez jednostki wojskowe i paramilitarne.

Projektowała i tworzyła wspaniałe obwoluty dla wyrobów cukierniczych i wystawy bożo­narodzeniowe oraz wielkanocne – sławnej z wyrobów cukierniczych firmie Zalewskiego. Była twórczynią barwnej i bogatej scenografii do sztuki teatralnej Juliusza Lwie serca (Warwas), widowiska osnutego na tle historii Lwowa i wystawionej 2 maja 1930 r. na scenie Teatru Wielkiego.

Śmierć ojca Juliusza, Józefa Petrego, w 1907 r. zapoczątkowała okres wielkich niedostatków.

Cała rodzina bezpowrotnie opuściła Łomiankę, żegnając nadleśnictwo i jego otoczenie. Opuściła z żalem zadbane gospodarstwo z całym inwentarzem, oswojonym jeleniem, upartym konikiem huculskim i psiarnią. Z niewielkim dobytkiem wyemigrowali do Lwowa, lokując się w małym domku przy ulicy 11 Listopada. Juliusz został uczniem tzw. Pobernardyńskiego Gimnazjum, późniejszego IV Gimnazjum im. Jana Długosza, w którym naukę pobierali m.in. Kornel Makuszyński i Jan Parandowski.

 

Od 1902 roku zarabiał, udzielając korepetycji. Jako młody pracownik biblioteczny pracował w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich we Lwowie. Dla zarobku pracował również fizycznie, np. przy rąbaniu sąsiadom drzewa na opał. W 1908 r. w 18. roku życia zdał maturę z odznaczeniem, pisząc wierszem wypracowanie z języka polskiego na temat Baba z wozu, koniom lżej. W latach 1908–1912 studiował na Wydziale Filozoficznym i Filologicznym Uniwersytetu Lwowskiego filozofię oraz historię, polonistykę, romanistykę i germanistykę. Na tej uczelni udzielał się społecznie, będąc czynnym członkiem Stowarzyszenia Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej „Życie”. W roku 1911 ogłosił w krakowskiej „Krytyce” poemat Epilog. W 1915 r., zmobilizowany do armii austriackiej, skierowany został do kompanii wartowniczych na Morawach, gdzie skończył szkołę oficerską.

Od 1915 do 1917 był stypendystą Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we ­Lwowie. Tam też odnalazł się w atmosferze dostojeństwa nauki. Poznał szereg ciekawych osób i nabył umiejętność bardzo szybkiego czytania oraz zapamiętywania najdrobniejszych nawet szczegółów. W 1918 r. brał udział w walkach o Polski Lwów w rejonie cytadeli oraz Poczty Głównej, następnie do 1920 r. służył jako porucznik w 15 Lwowskiej Dywizji Wojska Polskiego. W uznaniu dzielności został wówczas odznaczony Krzyżem Walecznych.

Trudne warunki materialne, graniczące z ubóstwem, zmusiły go w 1920 r. do podjęcia pracy zarobkowej.

W 1921 roku ukończył studia na Uniwersytecie Lwowskim i po złożeniu egzaminu filozoficzno-pedagogicznego rozpoczął nauczanie w Państwowej Średniej Szkole Technicznej we Lwowie.

Również w tym roku, 6 stycznia, ożenił się z Zofią Seidlerówną, córką sędziego Sądu Powiatowego w Czarnym Dunajcu, pracownicą sekretariatu Książnicy Atlas we Lwowie.

W tym czasie rozpoczyna się bardzo ciekawy i bogaty okres jego twórczego życia. Rozwinął działalność literacką i dziennikarską na łamach „Kuriera Lwowskiego”. Drukował również liczne wiersze, rozprawy i recenzje w innych pismach lwowskich. Współpracował z Ajencją Wschodnią do 1929 roku.

Został członkiem Syndykatu Dziennikarzy oraz Związku Literatów Polskich, legitymując się opracowanymi w 1913 r. szkicami do sztuk teatralnych, które zostały napisane w formie ostatecznej w 1926 roku, a wydane drukiem w 1936 r. nakładem wydawnictwa „Reduta – Tydzień Polski” we Lwowie: Lwie serca i drugi utwór pt. Mocarze ducha, poświęcony postaci Maurycego Mochnackiego, członka sprzysiężenia Piotra Wysockiego, jednego z organizatorów i przywódców Towarzystwa Patriotycznego w powstaniu listopadowym (1830–1831).

Widowisko heroikomediowe z dziejów Lwowa w XVII w. Lwie serca (Warwas) zostało wyróżnione w 1928 r. na konkursie dramatycznym rozpisanym przez Gminę Miasta Lwowa z okazji 25-lecia Teatru Wielkiego. Wystawione zostało po raz pierwszy 2 maja 1930 r. na scenie tegoż teatru w oprawie scenicznej oraz strojach zaprojektowanych i własnoręcznie wykonanych przez siostrę Juliusza, Janinę Petry-Przybylską. Należy podkreślić, że sztuka ta zyskała uznanie nie tylko w prasie polskiej, ale także ukraińskiej i żydowskiej.

 

W sierpniu 1930 roku został powołany na stanowisko kierownika programowego świeżo utworzonej Rozgłośni Lwowskiej Polskiego Radia, gdzie szybko dał się poznać jako uzdolniony organizator. W wyniku uznania wysokiego poziomu programów tej rozgłośni oraz ich ogólnopolskiej popularności w 1935 roku otrzymał nominację na stanowisko naczelnego dyrektora tejże Rozgłośni.

We wrześniu 1936 r. reakcją centrali na audycję satyryczną „Wesołej Lwowskiej Fali” autorstwa Wiktora Budzyńskiego pt. Wywiad z krową holenderską, mogącą urazić członków holenderskiej rodziny królewskiej, będącej w podróży poślubnej w Krynicy, dyrektor Juliusz Petry, jako z urzędu odpowiedzialny za jej treść, został w trybie natychmiastowym zdymisjonowany.

Na bezrobociu pozostawał do 1 stycznia 1937 r., albowiem w proteście na decyzję władz odbył się solidarnościowy strajk lwowskich radiowców. Determinacja wszystkich pracowników rozgłośni oraz żywa reakcja radiosłuchaczy była tak autentyczna i wymowna, że 1 stycznia 1937 r. cofnięto dymisję i przeniesiono go do Wilna na równorzędne stanowisko, gdzie zyskał sobie również uznanie radiowców i radiosłuchaczy i został powitany i przyjęty ciepło i serdecznie. Od zespołu radiowców wileńskich otrzymał album z ich podobiznami z miłą i wymowną dedykacją: Nie potrzeba zbędnych słów, miasto Wilno z miastem Lwów.

W tym pięknym mieście poznaliśmy wspaniałych ludzi. Zwiedzaliśmy urocze okolice, zakątki i gospodarstwa szlachty zagrodowej, w większości dumnej ze swoich tradycji i pochodzenia polskiego.

Zachwycała bujna przyroda, rzeka Wilejka i podróże statkiem po Wilii. Wspominam rejs z licznie przybyłymi w odwiedziny lwowskimi radiowcami na czele z „Wesołą Lwowską Falą”. W lecie wędrowaliśmy po Pojezierzu Wileńskim, podziwiając jeziora z pięknym jeziorem Trockim i zamkiem Gedymina. Po półrocznej – nazwijmy to – delegacji pożegnaliśmy urocze Wilno z jego mieszkańcami, wracając do Lwowa, gdzie oczekiwał na Ojca opuszczony przed laty gabinet z fotelem i biurkiem.

We wrześniu 1939 r. po wybuchu wojny Ojciec nie opuścił rozgłośni, trwając w niej do 17 września przy czynnym radioodbiorniku i mikrofonie, z jedynymi źródłami wiadomości dla udręczonego Miasta i społeczeństwa. Pracował bez wytchnienia i przerwy z wielką determinacją oraz oddaniem, mimo bombardowań mających na celu unieruchomienie radiostacji. Po wzruszającym pożegnaniu z personelem i radiosłuchaczami, na polecenie polskich władz wojskowych, przekazał radiostację radzieckiemu pułkownikowi Murawiewowi, który zachłyśnięty swoim awansem zapragnął kupić od Petrego smoking(!).

 

 

 

Rozgłośnia Polskiego Radia we Lwowie 18 września 1939 roku zamilkła. Część pracowników, w tym cały zespół „Wesołej Lwowskiej Fali”, zgodnie z nakazami polskich władz wojskowych, opuściła Lwów, kierując się na południe do granicy rumuńskiej, a następnie na zachód. Utworzyli potem w ramach powstającego na obczyźnie Wojska Polskiego – Czołówkę Teatralną, która na wielu frontach wojennych i po jej zakończeniu na emigracji pozostawała zawsze wierna Polsce, swojemu miastu i lwowskiej Rozgłośni.

Juliusz Petry wyjechał z miasta wraz z pracownikami rozgłośni. Będąc w Stanislawowie, powziął decyzję samotnego powrotu do Lwowa do swojej placówki jako jej „zawsze wierny”.

Rozpoczął się kolejny, niezmiernie trudny i niebezpieczny okres w jego życiu. Dzięki opinii, jaką wystawili dyrektorowi pracownicy fizyczni rozgłośni wobec władz radzieckich, do lutego 1940 r. pełnił funkcję kwestora, czyli kierownika działu abonentów radia we Lwowie.

Ostatecznie jako osoba niepożądana w 1940 r. na zawsze opuścił swoją lwowską rozgłośnię przy ulicy Batorego 6. Wspominać to będzie do końca życia zawsze z wielkim bólem i wzruszeniem.

W tym też roku zmarła mu żona Zofia chorująca na serce. Aby przeżyć, wyprzedał meble, ubrania, maszynę do pisania, pianino. W okolicznych wioskach kupował i przynosił w teczce żywność. Za symboliczną płacę był zatrudniony w Muzeum Przemysłu Artystycznego przy konserwacji porcelany, szkła i mebli z licznych obrabowanych dworków szlacheckich i posesji polskich rozsianych na okupowanych kresach. W miarę bardzo skromnych środków organizował realną pomoc dla pozostałej we Lwowie i zubożonej napływowej ludności polskiej. Nie zapominał i pomagał członkom Rodziny Radiowej.

Podczas wywózki na wschód w 1940 i 1941 roku czuwaliśmy nocami, siedząc na przygotowanych tłumokach, nasłuchując warkotu ciężarówek i walenia w drzwi. Uniknęliśmy losu całej naszej rodziny, która rozproszona wyginęła w kazamatach i łagrach sowieckich jak setki tysięcy Polaków. Przed wywózką ocaliły nas zapewne interwencje anonimowych i bliżej nieznanych nam życzliwych ludzi, ceniących sobie postawę Petrego w okresie międzywojennym, a przede wszystkim jego rozumne i bezkonfliktowe usposobienie.

Od 1942 roku po zajęciu Lwowa przez wojska niemieckie, jako intelektualista figurujący na liście przewidzianych do likwidacji, ukrywał się i konspirował z odwagą i całym poświęceniem pod pseudonimami Ariel, Kamil, Cyprian. Został zaprzysiężony w Związku Walki Zbrojnej, następnie Armii Krajowej. Po pewnym czasie podjął pracę w Radzie Głównej Opiekuńczej (RGO) wspólnie z ks. Michałem Rękasem, niosąc pomoc materialną i moralną Polakom uchodzącym do Lwowa z rubieży wschodnich przed pogromami i mordami organizowanymi przez ukraińskie oddziały UPA.

Z tajnych dyrektyw otrzymywanych z Londynu wynikało, że po wojnie pozostaniemy w granicach z 1939 roku z województwem opolskim, całymi Prusami Wschodnimi, oczywiście z Królewcem.

Pamiętam z przeprowadzanych rozmów, że w planach emigracyjnych władz Juliusz Petry miał objąć stanowisko naczelnego dyrektora rozgłośni w Królewcu. Przygotowywał się do tego, gromadząc potrzebne materiały propagandowe, literackie oraz płyty z muzyką polską.

Głęboko zaangażowany był w prace konspiracyjne Armii Krajowej, współpracując m.in. z obecną we Lwowie grupą pomorską, pionierów budowy radiostacji w Bydgoszczy. Ukrywali się oni i konspirowali w walce z NKWD i SS, na czele z Bernardem Nużkowskim, oficerem rannym w prawą dłoń pod Hołoskiem – w bitwie na bagnety z Niemcami. Był on bohaterem konspiracyjnym w okresie okupacji rosyjskiej i niemieckiej. Aresztowany przez Niemców i skazany na śmierć, został rozstrzelany w jednej z masowych egzekucji – mimo interwencji dowództwa Armii Krajowej.

 

Celina NahlikZ żoną Celiną Nahlik-Petry, byłą spikerką Radia Lwowskiego, w ich wspólnym mieszkaniu przy ulicy Zyblikiewicza 18, mimo zakazu grożącego śmiercią, zorganizowali ponad sto wieczorków literacko-muzycznych z udziałem ocalałej inteligencji twórczej – uczonymi, artystami i muzykami. Odtwórcą zakazanych przez okupanta utworów Chopina, Moniuszki i innych kompozytorów był młody wówczas p. Frączkiewicz, znany po wojnie w Krakowie pianista i pedagog, akompaniujący śpiewającej Celinie Nahlik-Petry.

W jednym z trzech tomików poezji lwowskich literatów, wydanych przez Biuro Informacji i Propagandy (BIP) Armii Krajowej pt. Wierne promienie pod redakcją Stefanii Skwarczyńskiej znalazł się wiersz Juliusza Petrego pt. Lewek ratuszowy:

 

 

 

MIŁY LEWKU LWOWSKI

 

Miły nam, dobry lewku z ratuszowych progów,

Uśmiechem witający magistrackie dzieci,

Gdzieś się podział, gdzieś zniknął? Pewnie łapy wrogów

Wyniosły cię w noc ciemną na cmentarz rupieci.

Dziś nam lwów nie potrzeba – wystarczą staliny,

Skradające się chytrze ku łatwej zdobyczy,

Lecz ty ojcze herbowy miałeś zwyczaj inny:

Uderzać, gdzie się tylko na swą dzielność liczy.

Rozgląda się żałośnie po pustym cokole

Drugi lewek, towarzysz smutków i nadziei.

Otóż już na nas przyszły ostatnie niedole,

Wybiorą nas z gniazda wszystkich po kolei.

A możeś ty po prostu, bracie, zwiał bez znaku,

Kiedy znużony śpiewem zadrzemał Nikita

I zieloną granicą chyłkiem, „wot sobaka”

Przemykasz się ku wyspie, co z mgieł wykwita?

Kiedy się wreszcie znajdziesz w dżentelmenów kole

Zarycz mój miły lewku, wstrząśnij tą krainą.

Niech lordom z rąk wypadną lśniące parasole,

Niech zagrzmi lew brytyjski – gdy polskie lwy giną!

 

Dom Polskiego Radia we Lwowie przy ul. BatoregoPo wojnie stanął do pionierskiej pracy w odradzającej się radiofonii polskiej. W latach 1946–1948 zorganizował we Wrocławiu rozgłośnię i został jej pierwszym naczelnym dyrektorem. Miasto leżało w gruzach, podobnie ład, bezpieczeństwo i handel. Warunki życia i pracy były niesłychanie prymitywne i trudne. Budynek rozgłośni był zdewastowany i ograbiony. Wystarczy przypomnieć, że główna, piękna sala koncertowa z organami i kompletnym wyposażeniem służyła oddziałom armii radzieckiej za stajnię dla koni, a żołnierze zabawiali się strzelaniem do organowych fujar upajając się ich dźwiękiem i totalnym zniszczeniem.

Kiedy po dwóch latach odchodził z Wrocławia, powołany na dyrektora programowego Warszawy II, rozgłośnia wrocławska pełnym głosem brzmiała w eterze. Miała własny ambitny program muzyczny, literacki, rozrywkowy i społeczny. Po opuszczeniu Wrocławia, pozbawiony sprytu życiowego, nie potrafił załatwić sobie przydziału mieszkania w Warszawie. Zamieszkał u rodziny żony w Milanówku, w bardzo prymitywnych warunkach, w domku niepodpiwniczonym, bez bieżącej wody, gazu i kanalizacji, z ubikacją i studnią w ogrodzie. Mimo pogarszającego się stanu zdrowia, codziennie, do 1954 roku, w tłoku i na stojąco dojeżdżał kolejką WKD do pracy w Warszawie.

W 1951 roku otrzymał pierwszą nagrodę za słuchowisko Nowa komedia rybałtowska albo ciężkie czasy. Nie wszystkie utwory ogłaszał. Pozostało po nim m.in. kilka dramatów historycznych.

Jeszcze raz w 1952 roku powołany został do pionierskiej pracy przy organizowaniu telewizji, której lokal mieścił się na Pradze w jednym pokoju pozbawionym najprostszych urządzeń. Brakowało klimatyzacji. Prace utrudniało nieustannie migocące światło i bardzo wysoka temperatura otoczenia.

Był współautorem pierwszej w Polsce wydanej broszury pt. Wśród świateł telewizji.

 

Bezgraniczne zaangażowanie od wielu lat w pionierskie prace dla polskiej radiofonii, zarówno w nowej Polsce, jak i w okresie okupacji i po wojnie, trudne i stresogenne prace, urągające warunki mieszkaniowe i kilkuletnie dojazdy do pracy spowodowały w organizmie Juliusza Petrego nieodwracalne i postępujące zmiany chorobowe. Jednak do ostatnich chwil nie szczędził swych sił, udzielając rad i wskazówek młodym współpracownikom, ucząc ich głębokiego i rzetelnego oraz uczciwego stosunku do pracy, zyskując sobie ich wdzięczność i szacunek.

W 1956 roku doznał udaru mózgu z połowicznym lewostronnym niedowładem. Powalony chorobą, leczony w szpitalu w Otwocku, powoli odzyskiwał przytomność. Zaczął kojarzyć. Odzyskał pamięć i deklamował wiersze. Pamiętał daty, zdarzenia, imiona i nazwiska ludzi. Nadal jednak pozostawał bezwładny, wymagający stałej opieki i leczenia niegojących się odleżyn. Wobec braku podstawowych warunków bytowych i higienicznych w milanowieckim domku, syn po interwencji w Ministerstwie Zdrowia zorganizował przewiezienie obłożnie chorego ojca samolotem sanitarnym do Krakowa, celem dalszego leczenia.

12 stycznia 1961 roku zmarł w Milanówku na zawał serca w wieku 71 lat. Tam też odbył się skromny pogrzeb przy udziale rodziny, kilku współpracowników z warszawskiego radia i garstki sąsiadów. Dziwnym zbiegiem losu grób w mazowieckim piasku wykopał mu kościelny milanowieckiej parafii, jego były uczeń z Państwowej Średniej Szkoły Technicznej we Lwowie, gdzie nauczał przed objęciem stanowiska w Rozgłośni Polskiego Radia we Lwowie.

Nad grobem że­gnali zmarłego współpracownicy i przyjaciele. W eterze pożegnały Petrego rozgłośnie wrocławska i warszawska. Również w prasie krajowej i zagranicznej ukazały się liczne klepsydry i wspomnienia. Pozostali we Lwowie Polacy żegnali Go udziałem w nabożeństwie żałobnym w wypełnionej po brzegi katedrze lwowskiej. Juliusz Petry spoczywa w piasku mazowieckim z dala od swojej kolebki, grobów rodzinnych i kochanego miasta Lwowa, któremu był do końca semper fidelis.

Ocalała część jego dorobku literackiego i dorobek zawodowy zdeponowane są w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu.