Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Jan Parandowski, ZNAKOMITY PISARZ O WIELKIM UCZONYM

 

Tekst pochodzi z tomiku Wspomnienia i sylwety. Tytuł autorski poniższego tekstu: Brückner.

 

W roku 1922, jako kierownik literacki księgarni wydawniczej H. Altenberga we Lwowie, zainicjowałem serię monografii pt. „Wielcy pisarze” i z pierwszym listem zwróciłem się do Aleksandra Brücknera, prosząc o napisanie dziesięcioarkuszowej książki o Mikołaju Reju. Minął tydzień, po nim drugi – nie było odpowiedzi. Pod koniec trzeciego tygodnia doręczono mi przesyłkę pocztową z Berlina: był w niej rękopis zamówionej książki.

Był i list, w którym profesor dziękował, że mu dałem sposobność przemyśleć na nowo człowieka i dzieło po upływie pół wieku, od czasu wydania wielkiej monografii autora Człowieka poczciwego. Byłem zdumiony. Bez wątpienia Brückner wolał, zamiast odpowiadać na list listem, napisać książkę, o którą go prosiłem. Taki był rytm pracy tego oszołamiającego warsztatu, skąd przez kilkadziesiąt lat wychodziły setki tomów, broszur, rozpraw, artykułów.

Od razu rzecz o Reju poszła do drukarni i okazało się, że ani połowa stronicy nie wykraczała poza dziesięć arkuszy, jak było umówione. Kiedy rękopis wrócił z pierwszą korektą (Brückner z góry zrezygnował z korekty), zamknąłem go w swoim biurku na pamiątkę. Tam on spłonął po powstaniu razem ze wszystkim, co posiadałem. Zachował się tylko w mojej pamięci. Brückner posłużył się wspaniałym papierem, przeznaczonym do dyplomów honorowych Berlińskiej Akademii. Były to wielkie arkusze, które pociął na ćwiartki i na czystych odwrotach napisał swoją książkę. W tekście znalazło się niewiele skreśleń i poprawek, było widoczne, że spłynął mu z pióra lekko i zamaszyście.

Nie mam dziś tej książki w swojej bibliotece i żałuję, że pisząc to wspomnienie nie mogę do niej zajrzeć. Jako druk wyglądała żałośnie i mój wydawca Altenberg po prostu się zawstydził, gdy z drukarni przyszły pierwsze egzemplarze. Były to złe czasy, powojenne, papier był lichy, drukarnie zdewastowane. Cała seria „Wielcy pisarze” urodziła się pod złymi gwiazdami – oprócz Brücknera pojawił się tylko tam jeszcze Mickiewicz Mariana Szyjkowskiego, i na tym koniec. Brückner bardzo żałował: miał ochotę jeszcze na parę monografii.

Przez szereg lat od czasu do czasu przychodziła od niego kartka (bodajże nigdy nie pisywał listów) z jakimś zapytaniem albo podziękowaniem za przesłane książki, ta skąpa korespondencja ożywiła się po moim artykule o Słowniku etymologicznym. Napisałem go pod pierwszym wrażeniem i pojawił się w „Wiadomościach Literackich” pod koniec roku 1927 pt. Życie słów.

Przeczytałem właśnie Słownik etymologiczny Brücknera i jestem pod niewypowiedzianym urokiem. Czytałem go naprawdę, strona za stroną, jak książkę, bo jest to słownik osobliwy, nie do porównania z żadnym innym. Ustępuje mu nawet stary Linde, ulubiona lektura naszych najlepszych pisarzy. Na pozór nie różni się od zwykłego dykcjonarza, tak samo podzielony na przegródki, od słowa do słowa. Ale w tym surowym kształcie mieści się treść wspaniała. Mówi o życiu słów i opowiada ich dzieje. Jest niby wielki romans historyczny o mowie polskiej, pisany fragmentami, kapryśny, pełen przerw, niedomówień, nawrotów i jak sam język – nieskończony.

Dzisiejsza organizacja pracy naukowej wymagałaby w podobnym przedsięwzięciu pewnej zbiorowości, redakcji złożonej z kilku czy kilkunastu uczonych, rozciągnęłaby się na lata, starzałaby się u swoich początków, nie widziałaby przed sobą kresu, nawoływałaby do pomocy materialnej rząd i społeczeństwo. Indywidualista Brückner, który ukończył siedemdziesiąty rok życia, dźwignął ten trud na własne barki i zbył go z taką lekkością, jakby wcale nie odczuwał jego ciężaru. Dzieło zbiorowe byłoby niewątpliwie kilkutomowe, bardziej wyczerpujące, ostrożne, mocno obwarowane bibliografią i cytatami, ale nie byłoby ani tak świeże, ani tak jednolite, a przede wszystkim mniej dostępne.

Ten jeden tom może sobie kupić każdy i przeczytać z jak największym pożytkiem, bo nie nastręczy mu się żadna zawiłość i nie odstraszą go uczone hieroglify. Wszystko jest cudownie przejrzyste w tej czystej esencji zdumiewającej wiedzy berlińskiego profesora. Jest to bowiem jakby suma jego dotychczasowych badań. Zasadniczy zrąb Słownika istniał już przed dwudziestu laty, kiedy pojawiły się jego Dzieje języka polskiego, książka fascynująca, której należy się od dawna nowe wydanie.

Pracownia Brücknera-etymologa wygląda jak laboratorium. Bierze słowo po słowie jak botanik kwiat, jak entomolog owada, jak chemik okruszyny materii, rozdziela je, rozkłada – i szczęśliwszy od tamtych widzi w głębi swego mikroskopu nie tylko budowę, cechy gatunkowe, grę atomów, ale zarazem ich początek, rozwój, a nawet okoliczności, wśród których powstawały lub odbywały swoje przemiany. Przez te małe szczelinki, co je wzrokiem jasnowidza przebija w zwartym mroku pradziejów, podchwytuje strzępy nigdzie nie zapisanej historii, mglisty blask czasów zupełnie zagubionych, wieść o bycie niepowrotnie startym z pamięci ludzkiej, niekiedy i pejzaż jakichś pierwotnych osiedli, opuszczonych przed lat tysiącami.

Istnieją bowiem słowa, które nas prowadzą w okres od XXX do XX wieku p.n.e., kiedy byliśmy jeszcze cząstką rodu aryjskiego, nierozróżnioną ani w mowie, ani w zwyczajach. Wzięliśmy stamtąd, oprócz wszelkich form i sposobów układania dźwięków, spory zasób wyrazów na określenie liczb, członków ciała, stosunków pokrewieństwa, zjawisk w przyrodzie, roślin i zwierząt hodowanych w owej najodleglejszej spólnocie – i unieśliśmy ze sobą, gdy przyszło się pożegnać z braćmi, którzy również szli ku swym nowym przeznaczeniom, na założenie Indyj, Grecji, Rzymu. W tym pierwszym oderwaniu Słowiańszczyzna przez kilkaset lat żyła razem z Litwą na świeżo zajętych obszarach nad średnim Dnieprem, Niemnem i Wisłą. Te same słowa służą im wówczas na wyrażenie nowo poznanych rzeczy. Ów związek zrywa się około r. 1000 p.n.e. i odtąd przez piętnaście stuleci wszystkie słowiańskie szczepy, jakiekolwiek później odrosły, tworzą jedną rodzinę. W r. 454 na pogrzebie Attyli wyprawili Słowianie strawę, czyli stypę, i była to, zdaje się, ostatnia ich wspólna biesiada. Ten pierwszy wyraz słowiański, jaki zanotowała pisana historia, padł już na wielkie rozdroże, które podzieliło między sobą dotąd zrośnięte szczepy. Od w. V zaczyna się odzywać mowa polska w swej odrębności dźwiękowej.

Język, ta wierna kronika, przechował pamięć wszystkich odmian losu. Idąc jego drogą, za przewodem starych słów widzimy Prasłowian, ciągnących ku nowym siedzibom z lekkim radłem, aby od Niemców wziąć ciężki, ostry pług. Gdzie staną, tam rozbijają namioty (stany, wieże i jaty) albo klecą chałupy z gałęzi i chrustu, o oknie do oka podobnym, póki od Gotów nie nauczą się budować kamiennych ścian. Wojują łukiem, strzałami, oszczepem, a zakrywają się drewnianą tarczą, szczytem, którego ostry koniec przenosi się później na wierzchołki gór. I znów Gotowie dają im broń żelazną, miecz i hełm, uczą ich używania pieniędzy, bo do tej pory płacili tylko płatami lnianego płótna, zwożą im towary, jak szkło, ocet, wino, wreszcie narzucają im wyraz kniądz, z którego wyszedł ksiądz i książę, gdyż anarchistyczni Słowianie nie stworzyli własnej nazwy dla panującego, a rząd wyrażał u nich co najwyżej uprząż.

Parę słów wystarcza, aby przywołać do świadomości rany doszczętnie już zabliźnione. Któż nam opowie najazdy Awarów, spustoszenia wsi, lęk przed ich przewagą, uścisk ich jarzma? Ślad już po tych ciemiężycielach nie został, a my, nie wiedząc o tym, mówimy o nich codziennie. W słowie olbrzym (dawne obrzym) przetrwało groźne imię wroga. W wieku VI panowali Awarowie niemal nad całą zachodnią Słowiańszczyzną. Wtedy to pan, urzędnik chana awarskiego, wybierający daniny, wyparł zacnego gospodzina, co od gości wziął swą łagodną nazwę i przetrwał jeszcze na dalekiej Rusi, dokąd nie doszli Awarowie. A wreszcie, bardziej znajoma, przegląda się w zwierciadle słów cała historia Polski. Są tam pierwsze modlitwy młodego chrześcijaństwa, odgłosy wszystkich wojen i pochodów w obce kraje, zataczają się łuki granic państwa, ścielą się drogi kupieckich wędrówek, pstrzą się cudzoziemskie mody, zbiera się smutny dobytek polskiego pielgrzyma. Płynie to dziwne bogactwo rzeką o tysiącznych zakrętach, wartką, nieobliczalną, niepamiętną, co jak każda żywa woda nie dba, ile z niej ubędzie, ile jej ujdzie z łożyska, skoro nowe wiosny wypełnią ją po brzegi.

Ze szczególnym upodobaniem prof. Brückner rozważa te słowa, które niosą wiadomość o dawnym bycie, buduje z nich pierwsze osiedla, uprawia nimi rolę, zastawia stół, wykreśla krąg życiowych doświadczeń, wnika w prastary obyczaj i odgaduje to, co najgłębiej zasypane popieliskiem – wierzenia naszych pogańskich przodków, gdy przysięgając sięgali ręką do ziemi, gdy się ku niej przy klątwie kłonili, a właściwego imienia dębu nigdy nie wymieniali. Te rzeczy są dlań najwyższej wagi. Oprócz luźnych wskazówek przy poszczególnych wyrazach poświęca im osobne ustępy, jak: „Bóstwa”, „Dom”, Fauna”, i „Flora”, „Kalendarz”, „Naczynia”, „Nazwy miejscowe” (tu można dosłuchać się nieraz stłumionego głosu zaginionych tubylców), „Pieniądz”, „Rola”, „Ubiór”, „Zboże” itd. W tych rozdziałach zarysowuje się już Historia kultury polskiej, którą znakomity uczony zamierza nam dać niebawem.

Najważniejsze słowa mają na swych korzonkach odrobinę ziemi, z której wyrosły. Pochodzą z pól, lasów, gór, rzek. Niewiele przy nich znaczą te o słabym rumieńcu, co powstały na kamieniach miast, i te zupełnie bezduszne, co je ugniotły ręce uczonych. Tamte tworzyła prosta, nieskrępowana wyobraźnia rolnika, łowcy, górala, rybaka i raz utworzone naginała ku nowym pojęciom, bez żadnych reguł, kapryśnym, niepowściągliwym popędem. Nieświadomie, jak okrzyk wezbranych piersi, wytryskała poezja cudnych skojarzeń. Co drugie słowo jest metaforą. Posępny od sępa, szczep (plemię) od szczepienia drzew, treść od rdzenia drzewa, albo ów łańcuch niezwykły: bóg – zboże – bogaty – ubogi. Ta swobodna twórczość językowa do dziś pozostała przywilejem i tajemnicą ludu.

W jego gwarach i odchyleniach narzeczowych odbywa się dalej ta sama budująca i niszcząca praca, która w prawieku wyłoniła odrębne mowy ze wspólnego aryjskiego podłoża. „Jak Anteusz dotknięciem matki-ziemi, tak i język artysty tam siły nabierze” – pisał kiedyś Brückner.

Sam bowiem kocha słowa. Wydobywając je spod pyłu wieków, ze spleśniałych pergaminów, wyłuskując z mowy ludu, garnie do siebie wszystkie i raduje się, gdy mu tak oto w dłoniach rosną.

Kocha nie tylko te piękne i mądre, ale i koślawe i niedorzeczne. W swoim Słowniku prowadzi z nimi nieprzerwane spory. Zżyma się na ich kaprysy i narowy. Karci błędy, poskramia swawolę. Są to jednak przekomarzania miłosne. Nie ma w tym oburzenia, a nade wszystko doktrynerstwa. Jeśli młodopolskim poetom wytknie z przekąsem różnych zmyślonych „witeziów” i „gontyny”, to w tej samej chwili, rozejrzawszy się w obszarze literatury polskiej, gotów o jej pisarzach zawołać z uniesieniem: „... toć to twórcy językowi, toć ci, co mu odświętną świetność nadają!”

Odłożyłem na chwilę pióro, aby raz jeszcze przerzucić kartki Słownika. Chciałem tylko sprawdzić ścisłość wyżej podanych cytatów, a zapadłem na nowo w lekturę. Niepodobna się uwolnić spod jej czaru. Piękne są słowa w aureoli bezkresnego wspomnienia. Miliony, dziesiątki, setki milionów ludzi złożyło w nich swe westchnienia i okrzyki. Kwitną one na nieprzeliczonych grobach i podają nam głos wymarłych stuleci. Wszystko jest w nich: ciężki oddech pracy, warsztat wielkich rzemiosł, ryk buntów, szmer marzeń. Odczuwam głęboki, serdeczny dreszcz wobec tej naocznej prawdy, że każdą swoją myśl wyrażam w słowach, które przesunęły się przez wargi mych najodleglejszych przodków.