Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

NOWE KSIĄŻKI


♦ Jest wiele książek ciekawych, nie wszystkie jednak – nie ukrywajmy – są piękne. Nie mamy tu na myśli tzw. literatury pięknej, ale książki o charakterze wspomnieniowym, podróżniczym, opowieści historyczne czy wiele innych gatunków.

Książkę ciekawą i piękną napisał wrocławski lwowianin Leszek Sawicki. Ma tytuł, który zaskakuje: Pies i geolog drogą nie chodzą1, liczy 330 stron w 27 rozdziałach i bardzo wiele ilustracji (fotografii) z wielu miejsc świata.

Omawiana książka to wspomnienia z kilku epok własnego życia autora, spisane na tle różnych okresów historii i miejsc, przede wszystkim rodzinnego Lwowa i Małopolski Wschodniej, potem Wrocławia, a jeszcze potem z części świata, w których udało się autorowi znaleźć jako zapalonemu wędrownikowi.

Leszek Sawicki pochodzi z rodziny lwowskiej, choć urodził się w Kopyczyńcach (co wynikało z czasowych pobytów ojca jako inżyniera mierniczego w różnych miejscowościach). Po powrocie na stałe do Lwowa rodzina zamieszkała przy ul. Nabielaka 37. To zaskoczenie dla niżej podpisanego, który mieszkał (choć krótko) pod nr. 35, jednak w tamtych latach nie spotkaliśmy się, bo dzieliła nas kilkuletnia różnica wieku. Za to uczyli nas ci sami nauczyciele u „Magdusi”2: pani Ziemska i pan Waligórski.

Po pierwszych rozdziałach poświęconych dzieciństwu i dorastaniu opisuje Sawicki wojnę – jej wybuch, miasto w czasie kolejnych okupacji, naukę w sowieckiej szkole. To właśnie wtedy – gdy pewnego kwietniowego poranku 1940 roku chłopcy zastali w swej szkolnej klasie siedem pustych miejsc – była pierwsza wywózka i właśnie wtedy Leszek z kilkoma przyjaciółmi zawiązali Klub Kwitnącej Wiśni3.

Gdy odchodzili Niemcy – miał 17 lat – dostał pierwszą w życiu pracę w urzędzie jako tłumacz z niemieckiego. Ciekawie opowiada o Ślązakach w niemieckiej armii – z nazwiskami czysto polskimi (lecz pisanych z niemiecka) i czujących się Niemcami. Kolejną pracę otrzymał na kolei, w końcu w 1943 r. został powołany do Baudienstu4, gdzie zatrudniono go jako kreślarza w komendzie.

Równocześnie jednak młodzież, w tym Sawicki, zaczęła się wiązać z konspiracją, a zarazem podejmować tajną naukę, przerwaną przez wojnę.

To był czas, kiedy zaczęto odczuwać nadchodzące zmiany. Pracujący tu Niemcy (nie tylko ci, lecz wszyscy obecni we Lwowie, często z rodzinami) zaczęli myśleć o powrocie nach Heimat, natomiast w polskich środowiskach coraz silniej oczekiwano na sygnały o zapowiedzianej akcji „Burza”. We Lwowie pojawiło się coraz więcej ludzi związanych z konspiracją, także cichociemni – wielu z nich zamieszkało w domu Sawickich na górnym Łyczakowie5. Tu chwalebną rolę odgrywała matka Leszka.

Leszek Sawicki i jego koledzy zo­stali przyjęci do NOW6, wchodzącej w skład lwowskiej AK. Jednak wobec opanowania Lwowa przez oddziały sowieckie akcja „Burza” nie spełniła swego zadania, a chłopcy postanowili przejść za San. Dla Leszka było to pożegnanie ze Lwowem na zawsze…

Nieprzeparta chęć walki pchnęła młodych AK-owców na pomoc Warszawie, gdzie kilka dni wcześniej wybuchło powstanie. Nie dotarli tam niestety, natomiast zostali przechwyceni przez NKWD, które przekazało ich do armii Berlinga, stamtąd zaś do Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Tam powierzono Sawickiemu – jako umiejącemu pisać na maszynie – funkcję szefa kancelarii.

Tymczasem rodzina Sawickich musiała poddać się ekspatriacji i osiadła na Dolnym Śląsku. Leszek, dojeżdżając tymczasowo z Dęblina, dostał się na Uniwersytet Wrocławski, na wydział przyrodniczy, wybierając w końcu geologię, a ukończył ją w roku 19507.

Zaraz potem Leszek Sawicki został pracownikiem wrocławskiego oddziału Państwowego Instytutu Geologii i przepracował tam 45 lat, z czego przez 14 lat był jego kierownikiem. Opracowywano tam mapę geologiczną Dolnego Śląska, co wiązało się z nieustannymi badaniami w terenie kilku województw.

Nic więc dziwnego, że praca ta od początku wiązała się z podróżowaniem – i to po całym świecie – które w końcu stało się istotną treścią jego życia. Oto już w 1959 r. włączono go do wycieczki geologów na Kaukaz, co dało uczestnikom możliwość fachowego penetrowania tego masywu górskiego. Bogatszy o to doświadczenie wszedł w skład grupy, która udała się w celach badawczych do Wietnamu, w związku z prowadzonymi tam poszukiwaniami różnych minerałów. Spędził tam dwa lata.

Po tych podróżach trafiło się całkiem inne wydarzenie. Sawicki wraz ze 150-osobową grupą został włączony do udziału w Międzynarodowym Kongresie Geologów w Pradze. Kiedy delegacja znalazła się na miejscu, nastąpiła słynna inwazja państw tzw. Paktu Warszawskiego na Czechosłowację, rządzoną wtedy przez Dubczeka. Był rok 1968. Kongres odbywał się pod kulami, a polscy delegaci ukrywali swoją narodowość, bo nastroje ludności nie sprzyjały Polsce, gdyż – jak pamiętamy – nasze wojsko zostało zmuszone do udziału w tym niesławnym wydarzeniu polityczno-militarnym.

Potem, w 1977 r., kiedy sytuacja polityczna zelżała, był jeszcze prywatny wyjazd do Indii i wiele innych wypraw w różne strony świata. Poznał Himalaje, Karakorum, Pamir, Tien-Szan, Gongga-Shan, Nilgiri, Ural, Andy, wulkany Indonezji, osiągał szczyty ponad 4000 m n.p.m. Kąpał się w morzach koralowych, w Nilu, Gangesie, Mekongu i Peczorze. Był w Tybecie i na Filipinach, w Malezji i Korei, w krajach południowoamerykańskich, w Turcji i wielu, wielu innych krajach i górach – wcześniej w grupach kilkunastoosobowych, później już tylko w 4–6 osób. Swoją aktywność podróżniczą zakończył w 2013 roku. Ostatnia trasa zawiodła go po raz trzeci do Tybetu.

Liczne piękne opisy podsumował rozdziałem zatytułowanym Fotoplastykon. To krótkie omówienia niektórych podróży, z których pozostały mu wielkie ilości zdjęć (szczególne wydarzenia, obserwacje, refleksje).

Książkę kończy wirtualnym powrotem do Lwowa. Był tam po wojnie wiele razy, obserwował, wspominał, rozmyślał. Przypomniał założony z kolegami w czasie wojny Klub Kwitnącej Wiśni8. W latach 90. zapisał się do Towarzystwa Miłośników Lwowa i KPW, woził pomoc dla rodaków za kordonem. Wspomniał o czasopismach „Semper Fidelis” i „Cracovia-Leopolis” (bardzo pochlebnie!).

Książka Leszka Sawickiego jest znakomita – polecamy ją naszym Czytelnikom. Ciekawa, pięknie napisana, pełna nie tylko wiadomości o miejscach, ludziach czy wydarzeniach, ale z opisami, które cechuje myśl, erudycja i styl.

Na koniec pozwalamy sobie przytoczyć jeden z sumujących książkę akapitów:

Starałem się żyć ciekawie, w górach zawsze pociągało mnie to, co jest po drugiej stronie przełęczy. Nie widok ze szczytu, lecz właśnie przełęcz, miejsce odpoczynku i refleksji. Bardziej niż drogi interesowały mnie bezdroża, te, o których mówił mój uniwersytecki nauczyciel, że „pies i geolog...” Ciekawość świata zaprowadziła mnie do wielu uroczych zakątków, a pamięć – ale też i zapiski czynione w notatnikach – nie pozwoliły na ich zapomnienie.. Teraz, gdy jestem w wieku, w którym należy tylko rodzynki z ciasta wybierać – mam tych wspomnień bez liku. Są zawsze kolorowe, pachnące, o miłym dźwięku.

 

1   Opublikowały ją aż dwie instytucje: Państwowy Instytut Geologiczny i Państwowy Instytut Badawczy (Warszawa 2014).

2   Szkoła im. św. Marii Magdaleny na początku ul. Potockiego, dziś niezmiennie szkoła polska.

3   W ogrodzie Sawickich na Łyczakowie (patrz niżej) rosło takie drzewo. O klubie tym Sawicki napisał długie wspomnienie, które publikowaliśmy w CL 3 i 4/2008 – pt. Korzenie, drzewo, złote liście.

4   Baudienst był organizacją niemiecką, która powoływała do przymusowych prac fizycznych polską młodzież męską w wieku poborowym, nie mogąc jej powoływać do niemieckiej armii. Lwowska komenda Baudienstu mieściła się przy ul. Pułaskiego (tuż przy głównym wejściu do Parku Kilińskiego) w wielkiej willi należącej do II wojny do Wiktora Chajesa, bankiera i wiceprezydenta Lwowa (pisaliśmy o nim w CL 3/2010).

5   Dom ten zakupili Sawiccy na parę lat przed wojną.

6   Narodowa Organizacja Wojskowa. Należał tam też m.in. Bolek Opałek, dziś – od wielu lat – prezes rzeszowskiego oddziału Tow. Miłośników Lwowa i KPW.

7   Wśród wielu swoich profesorów, których wymienia Sawicki, czytamy znane nazwiska uczelni lwowskich: H. Teisseyre, A. Jahn, M. Klimaszewski, J. Nikliborc, K. Maślankiewicz, S. Tołpa i szereg innych.


 

♦ W „Rzeczpospolitej – Plus-Minus” z 13–14 XII ’14 zrecenzowano (G. Krzymianowski) nową książkę o tytule Genialni. Lwowska Szkoła Matematyczna. Autor Mariusz Urbanek pisze o czterech znakomitych matematykach lwowskich lat międzywojennych: Hugonie Steinhausie, Stefanie Banachu, Stanisławie Ulamie i Stanisławie Mazurze. Postacie to znane, ale dowiadujemy się wielu szczegółów z ich żywotów. Na przykład:

Steinhaus, z zamożnej rodziny żydowskiej, przykładał wielką wagę do czystości polszczyzny i odsyłał listy urzędowe, w których znajdował błędy stylistyczne. Banach – geniusz, który nie ukończył studiów – jego nazwisko w chicagowskim Museum of Science postawiono obok Pitagorasa i Euklidesa. Mazur był ideowym komunistą i przed wojną członkiem KPP. Ulam, po wojnie osiadły w USA, porównywał słynne spotkania w lwowskiej „Szkockiej” z naukowymi dyskusjami, prowadzonymi tam przez wynalazców bomby atomowej (do których należał).

Recenzent książki pisze: … choć anegdota goni tu anegdotę, siła „Genialnych” nie tkwi bynajmniej w dowcipie. Wręcz przeciwnie, najważniejszy w tej książce jest nierozerwalny splot biografii uczonych z historią…

 


♦ Stowarzyszenie Kresowian Kędzierzyn-Koźle nadesłało nam albumik zatytułowany Lwów w malarstwie Józefa Lewczaka (wyd. „Arsgraf”, Żyrardów 2014).

Autor urodził się w Biłce Szlacheckiej pod Lwowem (nie podano roku), a w 1945 r. jego rodzina musiała swoje strony opuścić i osiedlić się na ziemiach zachodnich. Tam uzyskał wykształcenie techniczno-budowlane o specjalności architektoniczno-budowlanej. Był kierownikiem budów, a także projektował. Równocześnie dużo malował, a na emeryturze poświęcił się wyłącznie malarstwu architektury, głównie zabytkowej. Jego zasadniczym tematem jest Lwów, jego piękno. Chce zachęcić oglądających swoje wystawy (miał ich ponad 20 oraz udział w wielu zbiorowych) do odwiedzenia Lwowa, który uznaje za jedno z najpiękniejszych miast polskich.
                    (AC)

 

 

 

 

 

 


♦ W oficynie wydawniczej „Rytm” ukazała się książka pt. Krzemieniec – zaginione miasteczko, napisana przez Ryszarda Jana Czarnowskiego (Warszawa 2014). Jest to obszerna gawęda o kresowym mieście, pisana przyjaznym dla czytelnika językiem, przeznaczona dla dawnych, obecnych i przyszłych turystów. Autor nazywa ją wspólną podróżą w czasie i przestrzeni. Pisząc o swych osobistych współczesnych spostrzeżeniach w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, przenosi czytelnika do wieków XIX i XX, kiedy to w Krzemieńcu działy się najważniejsze wydarzenia, których pozostałości widzi turysta na każdym kroku.

Książka podzielona jest na 12 rozdziałów, w których autor omawia dzieje miasta i Liceum Krzemienieckiego, życie współczesne, cmentarze, kolonię artystyczną w 20-leciu międzywojennym, dzieje zamku w Białokrynicy… Przy tym wymienia liczne postaci historyczne, które odegrały ważne role w rozwoju miasta i powstaniu Gimnazjum Wołyńskiego. Ale oprócz nich szczególnie obszernie omawia – a także cytuje ich wypowiedzi – najważniejsze osoby związane z Krzemieńcem: Juliusza Słowackiego, Zygmunta Rumla i niedawno zmarłą „ostatnią z wielkich” Irenę Mandecką. Tej ostatniej opowieści z jej długiego życia zacytowane są dosłownie z zapisów fonoskopowych i mają znaczenie prawdziwych relacji świadka historii.

Książkę można przeczytać jednym tchem z dużą przyjemnością, chociaż w niektórych miejscach można by dodać pewne uściślenia lub uzupełnienia (niestety przydarzył się błąd w podpisach fotografii na ss. 59 i 61, które dotyczą kościoła parafialnego św. Stanisława Biskupa, a nie jak podano – kościoła Jezuitów, czyli Licealnego).

W publikacji znajduje się 37 fotografii czarno-białych oraz 21 kolorowych reprodukcji obrazów malowanych przez Anatola Maryniuka, współczesnego malarza krzemienieckiego.

Autor zakochany w Kresach II RP tą książką rozpoczął serię MOJE KRESY i zapowiedział wydanie kolejnych pozycji dotyczących Żółkwi i Grodna.

 


♦ Do krakowskiego środowiska kresowo-sybirackiego dotarła książka pt. Wspomnienia sybiraków. Zbiór tekstów źródłowych. Część trzecia. Wydawnictwo ukazało się staraniem Koła Związku Sybiraków w Bystrzycy Kłodzkiej pod redakcją Jerzego Kobrynia i Janusza Kobrynia (wyd. Bystrzyca Kłodzka 2013). Jest to wynik szerokiego odzewu środowiska sybiraków po ukazaniu się części 1 i 2 wspomnień. Zgodnie z podtytułem opasły tom zawiera oryginalne wspomnienia z lat zsyłki lub aresztowania 37 osób i ich rodzin rzuconych na „nieludzką ziemię”. Teksty wspomnieniowe zawierają mnóstwo faktów, dat, nazwisk, miejscowości, fotografii i dokumentów, co świadczy o ich autentyczności, chociaż każda historia ludzkiego życia jest inna. We wszystkich przebija wspomnienie głodu, zimna, insektów, strachu, krzywdy i tęsknoty za rodziną i domem. Każda z historii mogłaby być tematem filmu lub książki. W omawianej publikacji bardzo cenną sprawą jest umieszczenie wielu, bo aż 12, wspomnień dzieci – wychowanków domów dziecka, rosyjskich lub polskich. W większości były to pełne sieroty. Te, które trafiały do rosyjskich domów dziecka, narażone były na szybkie wynarodowienie. Dlatego ważne były działania polskich pedagogów – też zesłańców – którzy wyszukiwali polskie dzieci i umieszczali w miarę możności w polskich domach dziecka. Z wdzięcznością wspominany jest jeden z takich działaczy – Piotr Wojciechowski.

Odrębną częścią książki jest kilka rozdziałów zawierających teksty tłumaczone z języka rosyjskiego: Iriny Flige pracującej w „Memoriale” w Sankt Petersburgu, która zajmuje się formami upamiętnienia polskich ofiar terroru państwowego, oraz rozdziały Natalii Kruk i Olgi Kruszynskiej oparte na protokołach ze śledztw. Kolejną część publikacji (61 stron) stanowi 9 najlepszych prac uczniów – finalistów konkursu historycznego ogłoszonego przez Kuratorium Oświaty w Wałbrzychu we współpracy ze Związkiem Sybiraków w roku 1997/98. Przedstawiają one kolejne dzieje sybirackie spisane z opowiadań żyjących jeszcze świadków. Całość książki wydanej w Bystrzycy Kłodzkiej jest cennym wkładem w dokumentowanie syberyjskich dziejów Polaków.

Chociaż w ciągu ostatnich 25 lat ukazało się już wiele podobnych publikacji, to każdy dokument jest bardzo potrzebny. W tej książce przedstawiono losy tylko kilkudziesięciu rodzin, a przecież było ich setki tysięcy. A środowisko świadków w sposób naturalny stopniowo się zmniejsza. Podsumowaniem niech będzie cytat autorstwa Mariana Jonkajtysa:

 

Choć smutek serce ściska

I żal, że Wasze drogi

W większości przekroczyły

Już ziemskich doznań progi

To jednak mocno wierzę

Że również te wspomnienia

Przedłużą pamięć o Was…

 

(DTS)