Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Stanisław Wasylewski, BARDZO PRZYJEMNE MIASTO

O Lwowie, zabaw wszelkich wynalazku!

Pełno tu ludzi, pełno wszędzie wrzasku.

Gdzie czas przepędzić, gdzie pieniądze tracić?

Tylko we Lwowie, choćby i przepłacić!

Silva rerum Polanowskiego

 

Rozkaż włożyć czwórkę rysaków do landary srebrnokutej, niech furier ze strusiem piórem siądzie na koźle od parady, weź worek dukatów obrączkowych oraz pasów nieco – choćby parcianych – do wyciągnięcia karocy, gdy w błocie ugrzęźnie – pojedziemy do bardzo przyjemnego miasta. Przez Lublin, Zamość, Krasnystaw i Żółkiew podążym do Lwowa. Nie ma tam już wprawdzie owych wilków żarłocznych, które wyły pod namiotem króla Jana na Łyczakowie, i ślad zaginął także po dziewczynie uroczej, co to nią sobie zawrócił głowę król Władysław IV; ale czeka nas wiele innych siurpryz w mieście, w którem nikomu chyba źle się nie darzyło.

Nie posiada miasto owe budowli wspaniałych ani osobliwości nadzwyczajnych. Zgoła nieosobliwe są próchniejące mostki drewniane na Pełtwi, a oba Zamki: Wysoki i Niski – tak mizerne, iżby w nich żaden kasztelan nie zamieszkał. Wiele rzeczy dzieje się tu na opak. I tak znajdziemy we Lwowie Krakowskie Przedmieście i Nalewki. Ale na owym Krakowskiem nie senatorowie, lecz żydowiny plugawe gnieżdżą się, a nalewki wraz z rozolisami wyrabia Imci Baczeles z Marguljesem.

Wiedzcie wszelako, że matka przyroda obdarowała miasto nadzwyczajnym temperamentem, z którego senatus populusque leopoliensis szeroko słynie po świecie.

Inaczej ongi w tem mieście bywało. Fortuna pieściła je i polscy królowie, małmazyją pijał rajca w trzyokiennej kamienicy, a wszystkie dziwy uriańskie przez Lwów wędrowały do Polski. Wśród bram niekształtnych, ale tęgo-mocnych, do których aż do roku 1704 wróg żaden wstępu nie miał, pleniły się gesty wielkie i szumne splendory. Jakieś przesławne wiktorie nad pohańcami, jakieś wojny kokosze, jakieś ślubowania Najświętszej Panience. Tę przeszłość, bogatą w złoto, pracę i potęgę, pamięta może lew kampianowski na Zamku i Madonna Domagaliczów w katedrze, ale my jej nie pamiętamy, bośmy nie lwy są, jeno zające pudrowane z dworu króla Stasia. Tętni i dzisiaj rozgwar w mieście, ale nie tamten. Bardzo przyjemne miasto, ale nie to samo. Gdzież mieszczki urodziwe, gziące się pośród okien, wyścielonych kobiercami? Gdzie ów arcy-puszkarz wielkiej strzelby, który słoniną harmaty przy święcie smaruje? Gdzie Króle Najmiłościwsze i ten z nich najlepszy, piszący do swej Marysieńki: „Będąc wczoraj na Wysokim Zamku, uważałem długo zachodzące słońce i biegnące w tamtą stronę obłoczki. O jakożem życzył obrócić się w jaką kropelkę deszczu albo rosy, a spaść na najśliczniejszą buzieczkę Waszmości!”.

Bogata Rzeczpospolita miała Lwów bogaty, kiedy ją skurczono, odmieniły się dzieje miasta. Szumi i teraz we Lwowie, ale nie proporcami usarii. Pustotą. Nie Grek ani Wołoszyn z towarem wjeżdża w bramy miasta, ale rokokowy kawaler z damami. Bo mu jest po drodze. Czy z Ukrainy jedzie do stolicy czy z Żytomierza śpieszy do Paryża, na wojaż słodki a beztroski, zawsze zawadzić wypadnie o bramy bardzo przyjemnego miasta.

Wszyscy nieomal senatorowie Rzeczpospolitej mają we Lwowie rezydencje. Karol Radziwiłł „Panie Kochanku” dzierży pałacyk na Krakowskiem, Józef Potocki mieszka za furtą jezuicką, Jan Amor Tarnowski i Poniński trzymają dom otwarty na placu Castrum, sędziwy ks. wojewoda Czartoryski mieszkał do niedawna opodal Kaleczej Góry, wspaniałe apartamenta czekają też przyjazdu ks. jenerała ziem podolskich i jego głośnej w świecie małżonki.

 

Wały Hetmańskie we Lwowie, ok. 1888 r., rys. K. Młodnickiego, drzeworyt A. Zajkowskiego. Wg O. Czerner: Lwów na dawnej rycinie...

 

Nazwy już tylko z czasu tego zostałe świadczą o ludziach. Cetnerówka wspomina wdzięcznie wojewodę z Krakowa za to, że ją w platany, ligustrie i jodły jasnozielone przyodział, Lonsznówka wywodzi się w prostej linii od tego Jana de Berier Longchamps’a, który reprezentantem republiki weneckiej przy Rzeczpospolitej bywał, i od tego, co bogom helleńskim posągi stawiał na Kaiserwaldzie.

Jak w Rzymie starożytnym dwóch było konsulów u steru, tak Lwów w dziedzinie splendoru, aparycji i bon tonu podlega władzy kuchmistrza i pisarza. Bliższych określeń nie potrzeba, bowiem każdy wie, że tu mowa o w. kuchmistrzu koronnym Michale Wielhorskim i wielkim pisarzu kor. Franciszku Rzewuskim. Pan pissage Rzewuski mieszka w kamienicy królewskiej na Rynku, ale domem jego jest na równi cały kontynent. Zapewne lepiej zna Paryż od miasteczka pod Wysokim Zamkiem i chętniej przechadza się nad Sekwaną, jak po bulwarach nad Pełtwią. Pamiętamy go zresztą z dworu warszawskiego, gdzie długo marszałkował. We Lwowie osiada, gdy mu już na 6. krzyżyk poszło.

Mimo wieku zawsze równie zawołany jeździec, sawant, hulaka i elegant, zabiegający pilnie, aby salony lwowskie do warszawskich upodobnić. Pan kuchmistrz Wielhorski ma zamek w mieście Stryju oraz i pałac we Lwowie. To ów słynny, mocno ukształcony przyjaciel Jana Jakuba Russa, który dlań napisał swe „Uwagi nad rządem polskim”, to ten wielbiciel pięknie oprawionych książek francuskich, niedawny minister konfederacji barskiej w Paryżu, człek wielkiego gestu i fortuny, ale małego w głowie porządku!

Pod koniec 18. stulecia miejsce obydwu konsulów zajmie osobnik z innej całkiem gliny, adwokat J. Dzierzkowski, człek nadzwyczajnej tuszy – i ruchliwości. Będzie całemi dniami biegał po sądach, a zarazem kierował polityką i podtrzymywał kulturę, zamierającą w starym Lwowie. O Dzierzkowskim pisze w r. 1800 ks. jenerałowa Czartoryska do syna Adama: „Nie wiem, czy znasz Dzierzkowskiego, to człowiek szczególny w swoim rodzaju. Nie był nigdzie, nic nie widział, edukację odebrał bardzo zaniedbaną, a jednak wrodzony gust, dowcip, rozsądek czynią go zdolnym do wszystkiego. Nic mu też obcem nie jest, a kierowany własnym upodobaniem, nachwytał mnóstwo wiadomości. To człowiek najmilszy w całym Lwowie!”

Wszystko prawda, o ile się ją przez trzy podzieli i doda co prędzej, że o ludzi milszych od bałabana owego nie było wcale trudno.

Nie ma już wprawdzie Ignacego Krasickiego ani ks. Piramowicza, którzy tu filozofię w akademii jezuickiej kończyli, ale są inni i tacy, i owacy, cisi i głośni, rwetes w kraju czyniący lub też ukryci. W cieniu książek i sztychów, w otęczy ogrodów pięknie strzyżonych i własnego smutku.

W płaszczyku czarnym z pętliczkami srebrnymi i „obszlegami” z błękitu, berło złociste praworącz, bierze student Franciszek Karpiński bakalaureat św. teologii z rąk o.o. jezuitów, a jego protektor, wojewoda bełski Cetner, hoduje w swym ogrodzie najrzadsze krzewy świata. Pan Dąbski gromadzi obrazy Rubensa i Tycjana. Pan Wronowski zebrał w swym pałacu 30 tysięcy ksiąg rozmaitych i kocha artystów, pani Niemierzycowa pisze śliczne wierszyki bez ustanku od lat młodych, podobnie czyni pani Szeptycka, gdy tymczasem wojewodzina Kuropatnicka tłumaczy własnoręcznie przedziwne francuskie romanse, pani Humiecka z Lubienia ma karzełka Żużu, o którym już kiedyś słyszeliśmy – jest wiele innych dam świętobliwych i niecnotliwych, a wszyscy myślą jeno, jakby największe iskry wesołości z siedmiu dni tygodnia wykrzesać. W katedrze lwowskiej rezyduje arcybiskup, który kocha sztukę barokową, i jego sufragan, który woli lombra. Ks. arcybiskup przetapia pilnie srebra kościelne, sprzęty i kielichy najstarsze, aby z nich odlewać nowomodne figury świętych Pańskich, ks. sufragan raczej srebrne talary wykłada raz po raz przy stoliku karcianym.

 

*  *  *

Najlepiej wybrać się do Lwowa na owych sześć niedziel zimowych, od stycznia do połowy lutego, kiedy odbywają się kontrakty. Wówczas próżnowanie dochodzi do szczytów – pracowitości. Cała Ruś Czerwona, pół Wołynia i Ukrainy wynajmuje we Lwowie kwatery (po 50 dusiów obrączkowych od izby). Śluby, zaręczyny, pogrzeby i obłóczyny z tańcami, reduty całe pełne kawalerów w białych pończochach i dam pięknie czubatych. Przybyli ławą dla załatwienia wszystkich owych interesów szlacheckich, które rok cały kontraktów czekają. Przybyli odwszędy, w roku 1787 naliczono gości do 4226 osób. Sypią się recesy, komplanacje, transfuzje i cesje; ten schedę dziedziczy, ów procenta odbiera, trzeci dobra na żonę przepisuje, bo rzekomo tylko po to przyjechał. „Co rok bywałem na kontraktach we Lwowie – przyznaje się Ochocki – pod pozorem odbierania procentów od sumki mej żony, lecz traciło się oprócz zakupów czasem dwa razy tyle. Żonie mojej za każdym razem, wyjeżdżając do Lwowa, dawałem słowo, że nie wpadnę w bałamuctwa”. A bałamuctw przeróżnych moc na każdym kroku. Na czas kontraktów przyjeżdżają co najweselsze kokoty Warszawy (wylicza je skrupulatnie Fryderyk Kratter), jest nadto szczwalnia i menażeria, są marionetki i galeria figur woskowych w trzech salach. Gapią się na te dziwy goście z partykularza, ile oczu starczy. Trzysta doróżek w nieustannym rozjeździe po wyłożonych (na ten czas) deskami ulicach; u Hechta trzy razy do obiadu na sto osób podają. „Łokieć ręczników za czworaka!”, „Trzy szklanki kawy za krajcar!” – słychać coraz wśród sejmikujących, a otuleni w kożuchy księgarze sprzedają na rynku „świże bałabuchy” i stare kroniki, kalendarze i dzieła teologiczne.

Dzięki kontaktom lwowskim przeżył spokojnie pięć lat w swym skołatanem życiu pan dyrektor Wojciech Bogusławski i miewał tu czasami parę groszy w kalecie, co mu się chyba nigdy w Warszawie nie przydarzyło. Zjechał ze swą trupą do Lwowa, gdy już w Warszawie nie było komu i za co grać.

Graf Rzewuski nie poskąpił szczodrych subsydiów, zaczem pan Wojciech obdarza Lwów – Łazienkami. Pół Lwowa zbiega się do ogrodu Jabłonowskich, by oglądać spadzisty pagórek, splantowany w sposobie rzymskich amfiteatrów na trzy coraz wyższe siedzenia. „Śpiew i muzyka – czyli dla otaczających drzew, czyli przez skutek proscenium, sztucznie odgłos pomnażającego – najprzyjemniej się tu wydawały”. Przez 5 lat z rzędu (1794–
–1799) wysypywał Bogusławski co tygodnia teatrum swoje świeżym piaskiem, sprzedawszy wpierw „bileta” do ostatniego. Bardzo przyjemny był teatr w bardzo przyjemnym mieście. Gdy w sztuce wschód słońca miał się ukazać na scenie – gorliwi słuchacze do świtu na prawdziwe słońce czekali. Ilekroć „batalia w Iskaharze” armat wymagała – to nie papierowe, ale oczywiste, ze spiżu, ryczeć poczynały w ogrodzie Jabłonowskich. Młody dependent adwokacki Alojzy Żółkowski tak był widowiskiem zachwycony, że per pedes poszedł do Warszawy, by tam zostać najsławniejszym aktorem. Podobnie szewczyk Benza tak długo wpatrywał się w scenę, aż się ukształcił w znakomitego tragika. Nigdy w stolicy nie bywało tak dobrze Bogusławskiemu jak teraz we Lwowie.

 

*  *  *

Bardzo przyjemne jest miasto, choć wiosną tonie calutkie w odmętach błota. I trzeba poczet hajduków, iżby ugrzęzłą w tym błocku karocę na świat Boży wydobyli. Zdarzyło się nawet, że cesarz Józef II na samym rynku ugrzązł wraz z sześciokątnym zaprzęgiem. Cóż zaś czynił ten monarcha we Lwowie? Odbywał podróż po swym własnym kraju!... Albowiem zapomnieliśmy dodać, że tenże Pan Najjaśniejszy włada obecnie Lwowem najmiłościwiej i że od 1772 r. cała Ruś Czerwona znalazła się w granicach imperium habsburskiego. Na ratuszu lwowskim, zdobnym dawniej w portrety królów i hetmanów, suszy się w oknach bielizna austriackich żołnierzy, a waleczne „miszczany” lwowskie, co dawniej ogniem swoich dział Turków i Szwedów razili, strzelają dalej z armat – w dniu imienin gubernatora. O, miasto, któreś dawniej opierało się Chmielnickiemu i kozaczyźnie, kasztelu mężny w potrzebach tatarskich, czemu patrzysz spokojnie, jak ci wywozi Rakus z arsenału „broni ręcznej palnej 42 000 sztuk, harmat pociążnych śpiżowych 12 i prochu w beczkach 26 cetnarów?!” Lecz miasto czeka smętnie ogłupiałe, albowiem prawią mu kawalerowie kontraktowi, że teraz dopiero będzie we Lwowie dobrze i zacznie go miłować – Rzeczpospolita.

Weseli ludzie wieku oświecenia rozpoczęli odwiedzać gwałtownie Lwów od tej chwili dopiero, gdy dostać się można było do miasta za zezwoleniem komory austriackiej w Radziwiłłowie czy Bełżcu.

Brzydkie przyzwyczajenie ciągnęło po wiek wieków szlachtę polską tam, gdzie można się uczepić jakiejś możnej, żeby obcej klamki. A przeto, gdy na wałach gubernatorskich zaciągnęli wartę grenadierzy eksc. Pergena w konopiastych harcopfach, gdy miastem zawładnął supernumerarer Unterleitnant w trójkątnym kapeluszu i odwiniętym kabacie – wówczas Lwów wszedł w modę w Rzeczypospolitej. Nawet na zamku królewskim w Warszawie zaczęto teraz rozprawiać o brudnym miasteczku znad Pełtwi.

Zaborem Rusi Czerwonej nie trzeba się zbytnio martwić. Entre nous soit dit, mój drogi, Rzeczpospolita jest dość wielka, aby tę utratę przeboleć. Czarno-żółty diabeł nie taki straszny, szczególnie dla tych, co już złożyli wiernopoddańcze homagium. A zresztą „witał cię pies, panie Goess”, jak z irytacją zapisał sobie szlachciura jakiś w raptularzu. Komu jak komu, ale wesołkom owym, z którymi wybraliśmy się na pierwszy wojaż lwowski, bynajmniej krwi nie psuła „odmiana stosunków politycznych”. Patrzyli z należną pogardą na obdartusów, którzy zjeżdżają tu tłumnie, zwąc się ck urzędnikami, na podatki i reformy józefińskie, na trafiki, kasarnie, fiskusy. Kawalerowie rokoka mieli ważniejsze rzeczy na głowie i nie kłopotali się tym zbytnio. „Po trzecim rozbiorze – opowiada człek ówczesny – zdawało się, że wszystkie prowincje słowo sobie dały, aby się we Lwowie gromadzić. Bawiono się bez końca, kochano na zabój, grano w karty bez pamięci, upijano śmiertelnie i szalano, jak za dobrych czasów”. Przystanią awanturników i garsonierą bonwiwantów stała się juści praeclara urbs Leopolis. Tonęły karoce na ulicach, tonęły i dusze ludzkie – w błocie. „Syt i przesycony zabawami rozkosznemi i zbytkiem wszelkiego rodzaju – tak kończy swą spowiedź Imć Jan Duklan Ochocki – odjeżdżałem ze Lwowa podobny do charta, zgonionego w polu i niemogącego się już ruszyć do najłakomszej zwierzyny”.

Zasłynął teraz Lwów jako najpierwszy w Rzeczpospolitej salon de jeu. Jeszcze za barskich czasów przegrał we Lwowie Branicki 10 tysięcy dukatów, a Kasper Lubomirski 40 tysięcy zgarnął. Ks. sufraganowi Sierakowskiemu wypadła raz talia kart w czasie uroczystej celebry, a wcale się tem nie zgorszył, gdy mu raz pani Mniszchowa posłała w prezencie infułę, ukrytą w pokrowcu z żołędzików. Wszystkie królewięta wołyńskie zjeżdżały do Lwowa na partię faraona, aż wdał się w zabawę cesarz Józef II, który ogłosił patent osobny, zakazując najsurowiej „swoim kochanym poddanym galicyjskim gry w macao, farao, trente, straszaka oraz mezzoduodeci. Przestępcy tego zakazu za każdym razem 300 czerwonych złotych za karę zapłacą”. Przestępcy wówczas dopiero poczęli grać na dobre i grali przez lat czterdzieści w kamienicy królewskiej u pisarza Rzewuskiego, u Ponińskiego i Turkuła, u Szumlańskiego i u różnych innych Korytowskich.

Przy stolikach karcianych i na bankietach kontraktowych dali sobie rendez-vous co najpierwsi awanturnicy. Kogoż poznać chcecie? Może szarlatana Cagliostrę?... Owszem, bywał on we Lwowie pospołu z panem Grabianką, owym mistykiem zwariowanym, który założył w Petersburgu „sektę nowego Izraela” i urządzał magiczne obrzędy w Awinionie. A może ciekawiście papieża karciarzy i hetmana wszech ptaków niebieskich, co to kartołupił nawet z Marią Antoniną – Walickiego?

Odwiedza często Lwów, bo miłuje stawki wysokie. Zagląda też do miasta ze swej wołyńskiej Tynny stary „książę Denasów”, spokojny już, zmęczony awanturami życia. Ten fantastyczny globtroter i wesoły zdobywca Gibraltaru, który blagą świat cały podbił, ma opodal Lwowa klucz jaryczowski i swą drugą małżonkę z Gozdzkich, zajętą na szczęście na wsi ogrodem i wodotryskami.

Gdzie był Cagliostro, Walicki i de Nassau, tam zabraknąć nie mogło Casanovy. Tedy zwabiony sławą przyjemnego miasta przesiedział tydzień u p. Kossakowskiej, bardzo zadowolony z kuchni i nie mniej z dowcipów weredyczki, gdyż nie rozumiał po polsku.

Dobrzy nasi znajomi z Warszawy znaleźli tu we Lwowie wcale niespodziewanych rywali. Obaczyli bowiem nie bez zakłopotania, że wraz z czarno-żółtym najeźdźcą spadła na Lwów cała falanga obieżyświatów, filozofów, policjantów i wykpiszowców, którzy bujnością swych przygód mogą śmiało się mierzyć z przyjaciółmi signora Cagliostry. Przybyli profesorowie uniwersytetu, którzy uciekają przed kryminałem, oszuści z tytułami grafów, radcy gubernialni podejrzani o morderstwa. Ale dla wszystkich znajdzie się miejsce. Lwów słynął zawsze z gościnności.

Najliczniej wszelako zgromadzili się nieznani tu prawie dotąd – wolnomularze. Niemal z pierwszym oficerem austriackim przyjechał do Lwowa dziwny mistyk z kielnią i fartuszkiem w ręku i jął szukać zwolenników do kultu Hirama, Wielkiego Budowniczego świata. Jak grzyby po deszczu rosły loże masońskie. Zakładali je kaprale armii Halika i profesorzy uniwersytetu józefińskiego.

L’abbe Baudin rozdzielał w kawiarniach stopnie i patenty masońskie, porucznik von Clemens utworzył dla lwowskiego garnizonu lożę „Pod Trzema Sztandarami”, profesor Fessler, mnich, dramaturg, uwodziciel, orientalista i superintendent ewangelicki w jednej osobie, przedsiębrał reformę ustroju lóż lwowskich, ale najwięcej skorzystał Chevalier d’Arnaud, obrotny syn tapicera z Paryża.

Pozyskawszy dla tajemnic masońskich jakąś hrabiankę, bliżej nieznaną, jurną pannicę Potocką, poślubił ją potajemnie i wziął potem grube odszkodowanie od rodziny. Innego rodzaju ferment wniósł w loże lwowskie pan kuchmistrz Wielhorski, usadowiwszy tam mimo protestów siostrzyczkę, którąmienił „sławną poetką francuską”. Lóż wolnomularskich było we Lwowie chyba tyle – ile karciarni.

Jeno że się efektowniej nazywały: „Pod Prawdziwą Przyjaźnią” (1782) była loża arystokracji, w loży „Trzech Białych Orłów” (1772) orzeł biały nie miał wielkiej pociechy, bo gromadzili się w niej urzędnicy austriaccy; za to w „Doskonałej Równości” znaleźli pod pokrywką szat masońskich doskonałe schronienie farmazoni pana Kościuszki.

 

*  *  *

Czyje właściwie jest to miasto, w którym mieszkańcy wytworni mówią po francusku, okupanci po niemiecku, coraz mniej pewni, co się w przyszłości z tej Galicji zrobi, czy się ją sprzeda, czy na jakąś inną Serbię zamieni? Co sądzić o tym grodzie skarlałym, do którego zbiegli włóczęgowie z całego kontynentu. Więc mniemasz tu innych ludzi prócz takich, co szukają mętnej wody dla połowu ryb, prócz lalusiów strojnych, urządzających ostatnią fete champete skazanego na śmierć rokoka, czy tylko po to leżą w arsenale ostatnie śmigownice Rzptej, by ich Imć Bogusławski do spektaklów używał?

Dniem i nocą trwa dziwne widowisko. Ślęczą do białego rana farmazoni nad tajemnicami siódmego stopnia, cietrzewią się karciarze przy faraonie, a co godzina trębacz z wieży ratuszowej wygrywa hejnał na cztery świata strony i słychać prastarą i śmieszną śpiewkę stróża nocnego:

 

Pan burmistrz i ławnicy

Ślą ostrzeżenie wam,

Aby nie palić świec

I nie otwierać bram!

 

Stary Lwów królewski, emporium Kampianów i Alembeków, śle zza grobu daremne ostrzeżenie ludziom, którzy żadnych przestróg nie słuchali.

Czyż istotnie pośpiewy stróżów nocnych ginęły bez echa w mrokach nocy? Już przecież dawny kronikarz nazwał stolicę Czerwonej Rusi Lwowem potrójnym – Leopolis triplex. Więc może i teraz obok Lwowa rokokowego i austriackiego, karciarskiego i obojętnego znajdzie się jaki trzeci jeszcze Lwów?

Podobnie jak w lesie odwiecznym wykwitają wśród próchna zwalonych kłód gałązki młodych drzew, tak we Lwowie, na starym gruncie spróchniałej Rzeczpospolitej, rość jęły gwałtownie pędy młode, rwące się ku nowemu życiu. Odszukać polskość Lwowa w 18. stuleciu nietrudno. Zaglądnijcie któregoś południa latem 1792 roku do ogrodu Jabłonowskich i spójrzcie w twarz rycerzyka, który samotny przechadza się po alejkach parku. To ks. Józef. Pójdźcie i wieczorem do tego samego ogrodu, gdy setki rozpłomienionych gęb aplauduje sztuki narodowe Bogusławskiego. A potem lwowskich „jakobinów”, a przewodzi im cichcem przybyły zza granicy oficer inżynierii z perkatym nosem. Przypomnieć jeszcze trzeba by wzburzenie pani Bielskiej, gdy chciała strącić ze łba kapelusz Austriakowi, a także posłuchać, co raportują ganz geheim do Wiednia gubernatorzy Lwowa. Nareszcie niech nas umocni wierszyk, który obiega miasto w opisach. „Młoda Galicjanka” woła tam do „dam polskich”:

 

Polki wolne! Słuchajcie niewolnicy głosu Wy, co nie znacie smutnych znaków mej niedoli,

Co czujecie moc szczęścia, co wam

wolność miła,

Patrzcie: ja dźwigam znamię haniebnej ­

niewoli,

Ja, co się równie z wami Polką urodziła!

 

Smutna elegia taką kończy się przestrogą:

 

Jeśli głos niewolnicy od was pogardzony,

Jeśli litości wasze serce nie uczuje,

Wspomnijcie, że i wasz los nie jest

zapewniony,

Że ręka, co nas więzi, na was łańcuch kuje.

 

Lwowa polskiego idźmy dalej szukać na posiedzeniach owej loży masońskiej „Doskonała Równość”, w której zamiast pompatycznych obrzędów omawia się plany przyszłego powstania przeciw Austriakom. Lwów polski mówi między wierszami jedynej wówczas gazety politycznej w Polsce, która wychodziła we Lwowie pod wiele mówiącym mianem: „Dziennik Patriotycznych Polityków”. I w wielu innych, ukrytych przed okiem rakusowem miejscach skrywa się wierząca w jutro tęsknota miasta i ziemi, choć czasem błyśnie nagle wpośród tłumów w niedzielne południe na rynku.

Tak w dzień Wielkiej Nocy roku 1798 prowadzili policjanci dziwnego więźnia ulicami: zbiedzony, rozczochrany człeczyna zwracał powszechną uwagę, albowiem wśród łachmanów jego szat błyszczał, jak na urągowisko, złoty klucz szambelański. Więźniem owym był Walerian Dzieduszycki, dumny karmazyn i wytrwały rycerz niepodległości, nieustraszony kolaborator powstania kościuszkowskiego, towarzysz jego prac i zamysłów. On to właśnie zaraził loże masońskie myślą rewolucyjną, on wraz z Deniską, Dzierzkowskim i Siemianowskim organizował pierwszą po trzecim rozbiorze próbę chwycenia oręża do walki. Nadmiar złego okrutny jakobin wniósł, o zgrozo, memoriał do dworu wiedeńskiego z projektem odbudowania Polski pod berłem Habsburgów. Za to go aresztowano, internowano i na pół roku osadzono wraz z Kołłątajem w twierdzy ołomunieckiej.

Nie dla wszystkich jednako przyjemne było miasto, lecz już przecież po troszę świadome czasów nowych i przemian wielkich, których dokonać w niem miało stulecie nowe, rodzące się wśród błyskawic, jak burza.