Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Adam Bajcar, MÓJ LWÓW

Poniższy tekst pochodzi z pracy zbiorowej pod red. prof. Krzysztofa Jasiewicza pt. „Europa NIE prowincjonalna”, Instytut Studiów Politycznych PAN, Oficyna Wydawnicza „Rytm”, Warszawa–Londyn 1999.

 

Obraz stron rodzinnych pozostawia trwały ślad w ludzkiej pamięci. Jest on tym mocniejszy, im bardziej wspomnienia z minionych lat nasycone są emocjonalnymi przeżyciami. Szczególny urok Lwowa i jego nadzwyczajna witalność sprawiają, iż związek z tym miastem oparty jest na głębokim zaangażowaniu uczuciowym. Przywołując z zakamarków pamięci różne sytuacje z odległej przeszłości, warto je konfrontować niekiedy z obecną rzeczywistością, co pozwala na głębszą refleksję i budzi także nadzieje związane z przywracaniem temu miastu należnej mu rangi wśród sławnych metropolii Europy.

 

Życie na przedmieściu

Wspomnienia z mojego dzieciństwa odtwarzają obraz lwowskiego przedmieścia, które funkcjonowało własnym życiem i gdzie w okresie międzywojennym uformowała się specyficzna społeczność. Ludzie żyli tu w bliskim kontakcie wzajemnym, czemu sprzyjały niejednokrotnie związki rodzinne i wspólne miejsca pracy, a także podobne warunki bytowania. Wyrastałem na Lewandówce, zachodnim przedmieściu Lwowa, które rozrosło się na fali żywiołowej parcelacji gruntów, należały one do wsi Biłohorszcze i zostały przyłączone do obszaru miasta. Patrząc na przedwojenny plan Lwowa, trudno nie zauważyć regularnego układu ulic, którym odznaczało się moje przedmieście.

W rzeczywistości wykrojono tu bardzo wąskie parcele, a skromna zabudowa jednorodzinnych z reguły domów została nadmiernie stłoczona. Położona w wielkim łuku obszernych terenów kolejowych, tuż za Dworcem Głównym, była Lewandówka przede wszystkim przedmieściem kolejarzy. Mieszkały tu także rodziny tramwajarzy, pocztowców, robotników budowlanych – spotkać można było furmanów i żyjących w ubóstwie. W szkole byliśmy jednak wszyscy traktowani bez względu na standard rodzinny.

Nie tylko tereny kolejowe oddzielały Lewandówkę od miasta. Rozległą przerwę w zabudowie tworzyło Błonie Janowskie, gdzie istniało pierwsze lotnisko. To właśnie stąd wystartował pierwszy w dziejach lotnictwa samolot z pasażerem; zdarzyło się to na początku polsko-ukraińskich walk o Lwów w listopadzie 1918 roku. Lotnisko przeniesiono w 1926 roku do Skniłowa i ja chodziłem tam z ojcem na pokazy lotnicze. Natomiast na Błoniu główną atrakcją – dla nas, chłopców – było boisko TSL z dziurami w płocie do podglądania meczów piłkarskich. Tradycje lotnicze Lewandówki utrwalono w nazwach ulic przedmieścia, upamiętniając także znanych pilotów: Bastyra, Steca, Żwirkę i Wigurę.

Główną ulicę, przy której mieszkałem, nazwano Lotniczą i ta nazwa przetrwała do dziś w ukraińskiej formie jako „wułycia Powitriana”. Podobnie zachowała dawną nazwę ulica Szeroka. Płynął wzdłuż niej potok Biłohorski, nazywany potocznie fosą, której już nie ma. Spływała spod parowozowni, zanieczyszczona jej smarami. Nie docenialiśmy wówczas jej znaczenia, a przecież jej wody zmierzały do Morza Czarnego, podczas gdy prawie cała pozostała część miasta położonego nad Pełtwią należała do zlewiska Bałtyku. Na podmokłych torfowiskach, przylegających od północy do Lewandówki, można było spotkać karłowate drzewa, typowe dla tundry. Brodząc po tych bagnistych łąkach miało się przedsmak przygody. Zapoczątkowana podczas wojny eksploatacja torfu zniszczyła jednak ten cenny rezerwat.

W dni targowe naszą ulicą sunęły powoli wozy chłopskie z towarem, sprzedawanym na Błoniu. Czepialiśmy się tych wozów dla zabawy, wołając po ukraińsku do powożących chłopów, którzy odpędzali nas batem. Wsie położone na zachód od Lwowa były przeważnie ruskie (czyli ukraińskie).

Wyjątkiem była podlwowska wieś Biłohorszcze, mimo dawnej ruskiej nazwy – czysto polska.

Właśnie z tej wsi pochodziła moja matka, natomiast ojciec urodził się w przyległym polskim przysiółku Parna, należącym do ruskiej wsi Rudno. W rodzinie matki wspominało się babkę pochodzenia niemieckiego, gdzieś ze Szwabii, a kuzyni ze strony ojca byli powiązani familijnie z potomkami kolonistów austriackich. Pamiętam wizyty z ojcem w folwarku „babci” Neugebauerowej na Sygniówce; zmarła ona na syberyjskim zesłaniu, dokąd wywieziono ją w 1945 roku wraz z jej polską synową i dwiema wnuczkami; jej syn zginął w Donbasie.

Życie pośród ludzi różnych nacji, wyznań i obyczajów było dla nas zjawiskiem normalnym. Polskie oblicze miasta i naszego przedmieścia przybierało inny charakter w zetknięciu z codzienną rzeczywistością. Naszymi bliskimi sąsiadami byli także Ukraińcy, najbliższy sklep prowadził Żyd. W polskiej szkole powszechnej od drugiej klasy uczono nas języka ruskiego, co nam pomagało niejednokrotnie w opanowaniu polskiej pisowni. Zastanawiając się na przykład, jak napisać słowo „rzeka” lub „rzadko”, wystarczyło sobie przypomnieć ich ukraińskie brzmienie; „rika”, „ridko”. Nasza polska szkoła mieściła się w nowym budynku, ukraińska zajmowała mały dom. Podczas przerw dochodziło czasem między nami do niegroźnych walk. W życiu sąsiedzkim nie było konfliktów narodowościowych, chociaż tuż przed wojną pojawiały się na murach i parkanach napisy antysemickie w rodzaju: „Nie kupuj u Żyda”. Stojąc kiedyś w gronie moich rówieśników krzyknąłem coś niestosownego za przechodzącym obok Żydem. Doniósł on o tym mojemu ojcu i oberwałem solidne lanie, przyrzekając stokrotnie na piśmie, że nie będę nigdy zaczepiał nikogo na ulicy. Ojciec był cieślą z zawodu, a budując domy na naszym przedmieściu miał dobre kontakty z ­Żydami, do których należały składy materiałów budowlanych.

Okres świąt Bożego Narodzenia był bardzo długi. Kiedy mijały dwa pierwsze tygodnie świąteczne w rodzinach polskich, w dzień Trzech Króli zaczynały się szczedriwką (wigilią) greckokatolickie święta.

Posługiwaliśmy się kantyczką, w której były także kolędy ruskie. Jak inni chłopcy z sąsiedztwa przeistaczałem się w kolędnika. Chodziliśmy z szopką i wielobarwną banią, najpierw po domach polskich, a później ukraińskich. Ruskie święta kończyły się święceniem wody na Jordana (19 stycznia).

Na Lewandówce był drewniany kościółek i cerkiewka, która przetrwała do dziś.

Mieszkając na przedmieściu pozostawaliśmy w ciągłym kontakcie z miastem. Trzeba było tylko przejść nad torami kolejowymi, by następnie pojechać tramwajem do śródmieścia. Największą radość sprawiały mi wyprawy na zakupy, lecz w pamięci pozostały liczne spacery, wycieczki do Brzuchowic i na odpust do Winnik. Na długo pozostały wrażenia wyniesione z obejrzenia Panoramy Racławickiej.

Patriotyczne wychowanie było nieodłącznym elementem edukacji. Podczas ważnych uroczystości gościł w naszej szkole mieszkający na Lewandówce sędziwy weteran powstania styczniowego. Nosił charakterystyczny niebieski mundur z rogatywką i miał siwą brodę, czym zaskarbił sobie nasz szczególny szacunek. Byliśmy zafascynowani wojskiem i któregoś dnia jesienią 1938 roku udałem się ze starszym ode mnie o trzy lata kuzynem Poldkiem do miasta, by witać powracających z manewrów żołnierzy. Udało się nam zająć znakomite miejsce obserwacyjne na cokole pomnika Adama Mickiewicza. W opowieściach ojca przewijały się wciąż jego dramatyczne przeżycia z I wojny światowej: w armii austriackiej pod Krakowem, w niewoli rosyjskiej i znów w mundurze austriackim na froncie włoskim, gdzie został ranny. Wydarzenia te zdawały się być dla mnie bardzo odległe w czasie.

Nowością okazały się natomiast szkolenia z cywilnej obrony przeciwlotniczej i przeciwgazowej, w których teraz czynnie uczestniczył ojciec. W naszym mieszkaniu pojawiło się całe wyposażenie z tym związane. Nikt z nas jednak nie przypuszczał, że wojna jest tak blisko.

Wrzesień 1939 roku i rządy ­sowieckie

Pierwszy dzień owego tragicznego września był wyjątkowo pogodny. Murarze kończyli tynkowanie naszego domu i na podwórzu było więcej osób. Ujrzeliśmy eskadrę samolotów lecących nad miasto.

Wkrótce jednak dały się słyszeć odgłosy mocnych uderzeń i pojedyncze wystrzały. Po pewnym czasie z miasta nadeszły wieści o zabitych i rannych w otoczeniu Dworca Głównego. A więc zaczęło się.

Wobec powtarzających się nalotów nasza rodzina przeniosła się z zagrożonej Lewandówki do sąsiedniej wsi Biłohorszcze. Zatrzymaliśmy się u naszych kuzynów. Wieś leżała na uboczu, choć związana była ściśle z miastem pracą jej mieszkańców. Bardzo wcześnie pojawiły się tu już wojska niemieckie i strzelano do nich z pobliskiego lasu. W odpowiedzi na to Niemcy, chodząc od domu do domu, zabrali wszystkich mężczyzn. Z płaczem żegnaliśmy się z naszym ojcem. Nie wiadomo jakby się potoczyły ich losy, gdyby nie interwencja sąsiada – Niemca z pochodzenia, który stanął w obronie zatrzymanych, dowodząc ich niewinności. W tym czasie oblężone miasto stawiało opór nieprzyjacielowi.

Niemców zastąpili kolejni najeźdźcy. Tydzień po przekroczeniu Zbrucza wojska sowieckie weszły do Lwowa. Także przez nasze przedmieście przewaliła się dziwnie odziana i zbrojna w długie piki na karabinach masa ludzka. Wśród zwierząt pociągowych pojawił się nawet wielbłąd, pierwszy raz tutaj widziany. W ślad za tą armią ze stepów przychodziły nowe porządki. Wszędzie wdzierała się natrętna propaganda, także do szkół. Na jednej z lekcji przysłany z głębi Ukrainy nauczyciel udowadniał nam, że nie ma Boga, co wywołało nasz powszechny sprzeciw. Wchodził język rosyjski, zupełnie nie znany we Lwowie. Pod sklepami ustawiały się długie kolejki po żywność i odzież. Stałem nieraz w takiej kolejce po chleb lub cukier od wczesnych godzin rannych, zwalniany przez matkę, by pójść do szkoły.

Podczas mroźnej zimy, w lutym 1940 roku, zaczęły się wywózki. Pewnego dnia nie było już rodziny aptekarza, potem znów kogoś zabrano nocą. Widzę wciąż to przerażenie pojawiające sie w oczach mojej matki na odgłos nocnego warkotu.

Dość wcześnie wywieziono naszego kuzyna Marcina. Był kolejarzem, a skazano go na 5 lat zsyłki pod chińską granicę za małe uszkodzenie wagonu kolejowego w trakcie przetokowego manewrowania

Pozostawał jednak jeszcze drobny margines wolności, skoro pod gmachem Kasy Oszczędności u wylotu ulicy Jagiellońskiej mogłem kupić parę książek wydanych w Polsce.

 

Pod niemiecką okupacją

Tydzień po niemieckim ataku na Związek Sowiecki pojawili się we Lwowie nowi okupanci. Odwrót czerwonoarmistów był wręcz paniczny. Pamiętam, jak matka wynosiła tym zgłodniałym żołnierzom chleb i jakiś napój. NKWD zdążyło jednak przed odwrotem wymordować tysiące ludzi w Brygidkach, na Łąckiego i Zamarstynowskiej. Wstrząśnięci tą zbrodnią, nie byliśmy wtedy świadomi nowego zagrożenia, a przecież parę dni po zajęciu Lwowa przez Niemców rozstrzelano polskich profesorów i członków ich rodzin na Wzgórzach Wuleckich.

Nasze przedmieście Niemcy zajęli wjeżdżając na kilku motocyklach. Zatrzymali się koło naszego domu i rozdawali dzieciom cukierki. Prezentowali się wyśmienicie, świetnie umundurowani, uśmiechnięci. Ludzie pamiętający czasy austriackie żywili cichą nadzieję, że będzie lepiej. Ukraińcy witali Niemców z nieukrywaną radością. 30 czerwca 1941 roku proklamowali we Lwowie odbudowę państwa ukraińskiego. To zapewne w tym czasie przeżyliśmy zaskakujące zdarzenie. Na nasze podwórko weszło dwóch przedstawicieli owej władzy ukraińskiej z poleceniem natychmiastowego wywieszenia flagi ze swastyką i flagi żółto-błękitnej. Moja biedna mama musiała je szybko zszywać z jakiś kawałków, a ja pomagałem jej przy tym. Rządy ukraińskie we Lwowie skończyły się wraz z przyłączeniem Galicji Wschodniej do Generalnego Gubernatorstwa. W dystrykcie Galicji pojawiły się tzw. polskie pieniądze, działała ukraińska policja pomocnicza, a Narodna Torhiwla miała w swym ręku handel. Niemcy nie ruszyli jednak polskich pomników we Lwowie, jak to uczynili w innych miastach nad Sanem.

Podczas niemieckiej okupacji udało mi się ukończyć szkołę powszechną. W ciągu roku uczęszczałem do szkoły Marii Magdaleny; jest tu dziś polska Szkoła Średnia nr 10. Pamiętam z tej okupacyjnej szkoły prof. Jaworskiego dzięki wycieczkom po mieście i okolicy, podczas których roztaczał przed nami wizje historycznych bitew na przedpolach Lwowa. Stąd trafiłem na rok do Szkoły Handlowej przy ulicy Skarbkowskiej. W dopuszczonym przez okupanta szkolnictwie polskim zajmowała najwyższą pozycję. W programie nauczania była stenografia, księgowość, język niemiecki i parę innych praktycznych przedmiotów.

Pod okupacją niemiecką życie we Lwowie wydawało się spokojniejsze niż w czasach sowieckich, lecz były to tylko pozory. Byłem świadkiem rozstrzelania kilkunastu zakładników (Polaków i Ukraińców) w pobliżu naszej szkoły. Za murami getta na Zamarstynowie zamknięto skazaną na zagładę ludność żydowską, a z terenu obozu janowskiego docierał do nas nieraz swąd palonych ludzkich ciał. Od lata 1943 roku dochodziły do Lwowa wieści o masowych rzeziach ludności polskiej na Wołyniu i ta nienawiść przelewała się stopniowo na obszar Galicji.

W samym Lwowie nie odczuwało się tej groźby. Kiedyś przechodząc przez plac Strzelecki (pod Wysokim Zamkiem) zostałem zaatakowany przez idącą w szeregu grupę ukraińskich uczniów, którzy zerwali mi z głowy czapkę-rogatywkę i podeptali ją ze złością. W tym czasie naszymi lokatorami byli Ukraińcy, z którymi żyliśmy w zgodzie.

Moim hobby było wówczas lotnictwo. Uczęszczałem na kurs modelarstwa lotniczego, prowadzony przez wykładowcę Politechniki Lwowskiej. Wraz z przyjacielem, Tadziem ze Skniłowa, którego ojciec wtedy odbywał loty bojowe na Zachodzie, obserwowaliśmy często z dachu jego domu, co dzieje się na pobliskim lotnisku. Zbieraliśmy z różnych źródeł materiały informacyjne o samolotach różnych krajów.

Opracowałem m.in. duży album pod tytułem „Skrzydlata Polska”. Z czasopisma lotniczego „Der Adler” i z innych publikacji niemieckich czerpaliśmy bogate informacje. By je zdobyć, wykradaliśmy nawet książki z niemieckiej księgarni przy placu Mariackim. Staliśmy się niemal ekspertami w dziedzinie lotnictwa, oczywiście w amatorskim wydaniu. Po wkroczeniu wojsk sowieckich miało to stać się dowodem mojego „przestępstwa”.

Od Wielkanocy 1944 roku zaczęły się naloty sowieckie na Lwów. Bombardowania wieczorne poprzedzane były oświetleniem celów przez opadające powoli „choinki”. W miarę zbliżania się frontu naloty stawały się coraz częstsze, także w ciągu dnia. W pobliżu naszego domu zajęła stanowiska niemiecka artyleria przeciwlotnicza, a u nas kwaterowali żołnierze. Zachowywali się zupełnie przyzwoicie.

Jeden z nich pochodził z Kassel i opowiadał nam o tym, jak zastał całkowicie zniszczone swoje miasto po przyjeździe na krótką przepustkę. Już po opuszczeniu tych stanowisk przez Niemców nadleciały w samo południe eskadry sowieckie i zaczęło się niemiłosierne bombardowanie naszej Lewandówki i terenów kolejowych. Zginęło wielu cywilów. Bomby padały chaotycznie na te małe domy i ogrody.

Dotarła wreszcie wieść, że Niemcy się wycofują. Tu o ówdzie zaczęły się pojawiać polskie flagi.

Oddział AK podjął walkę w rejonie szkoły, lecz zmuszony został do odwrotu. Zginął wtedy mój starszy kolega. W odpowiedzi na tę akcję niemiecka artyleria ostrzeliwała spod Rzęsny Polskiej przez całą noc i następny dzień Lewandówkę. 24 lipca 1944 roku wkroczyły do miasta główne siły sowieckie.

Nasze przedmieście zaroiło się od wojska i sprzętu bojowego. Była to już inna armia niż ta, którą oglądaliśmy we wrześniu 1939 r. Była lepiej odziana, zaopatrzona w amerykańską żywność. Wojacy z pierwszych oddziałów pytali przede wszystkim o drogę do Berlina.

 

Znów pod czerwoną gwiazdą

Na naszym podwórku krasnoarmiejcy rozpalili ognisko i zabrali się do gotowania mięsa zdobytego z chłodni na Błoniu Janowskim. Otrzymaliśmy od nich sporą część tej strawy. Nastrój był wręcz swojski. Wszystko zmieniło się po paru dniach, kiedy pojawili się smutni i zadbani agenci NKWD.

Przeprowadzali rewizję, dom za domem. U nas znaleźli nie tylko aparat fotograficzny, który natychmiast skonfiskowali, lecz co gorsze natrafili na moje bogate zbiory związane z lotnictwem, a w tym niemieckie książki i prasę. Kazano mi to wszystko załadować na taczki i pod eskortą musiałem wieźć na posterunek. Prowadzący mnie enkawudzista w pewnym momencie powiedział budiet tiebia za eto (Będziesz ty za to miał). Na posterunku milicji stłoczono już dziesiątki zatrzymanych, prowadząc śledztwo. W zamieszaniu udało mi się zbiec i ukrywałem się przez pewien czas. Miałem wtedy niecałe 15 lat, mniej szczęścia miał mój bliski kuzyn Antoni, starszy ode mnie o dwa lata. Za przynależność do Armii Krajowej zesłany został na wiele lat do kopalni ropy naftowej w Uchcie, za kołem podbiegunowym.

Lwów pod drugą okupacją sowiecką był już całkowicie innym miastem. Nie było w nim ludności żydowskiej, zmniejszała się gwałtownie liczba Polaków, którzy pod naciskiem i w obawie przed aresztowaniem i wywózką wybierali tułaczkę, opuszczając swoje ukochane miasto. Wielu dawnych mieszkańców Lwowa, także Ukraińców, wyjechało ze Lwowa jeszcze przed wejściem Sowietów. Z głębi ZSRR napływały do tego pięknego miasta fale nowych osadników, dla których było ono obce kulturowo i cywilizacyjnie. Pogłębiała się degradacja społeczna Lwowa. Zamykano kolejne polskie szkoły, zmieniając je na rosyjskie. Najdłużej broniły się kościoły.

Rok szkolny 1944–1945 upłynął mi w ósmej klasie szkoły średniej przy ul. Szymonowiczów.

Mieliśmy dla porównania tygodniowo 8 godzin rosyjskiego, 8 godzin ukraińskiego i 2 godziny polskiego. Przedwojenna kadra nauczycielska zapewniała nam stosunkowo wysoki poziom nauczania.

Przyznaję, że bojkotowaliśmy wyraźnie lekcje języka ukraińskiego, chociaż pozostał mi w pamięci nasz nauczyciel, lwowski Ukrainiec, który usiłował prowadzić z nami kulturalny dialog na szersze tematy dotyczące stosunków miedzy naszymi narodami. Wtedy jednak były to sprawy odległe. W dniu zakończenia roku szkolnego męską część klasy zatrzymano nagle i skierowano na przeszkolenie wojskowe. Szliśmy z lwowskimi pieśniami na ustach, oklaskiwani przez przechodniów i przekupki na placu Unii Brzeskiej, do miejsca skoszarowania na Kleparowie. Naszym „komandirom” nie udało się wymusić na nas pieśni sowieckich. Pewnego dnia, podczas ćwiczeń terenowych pod Lwowem, wybuchła w pobliżu strzelanina, nasi dowódcy obawiając się banderowców rozkazali nam skryć się w okopach. Na szczęście skończyło się na krótkim strachu.

Nasza polska szkoła została przekształcona w rosyjską i trzeba było szukać nowego miejsca nauki.

Przeniosłem się do odległej szkoły na Żelaznej Wodzie, skąd wkrótce trafiłem do popularnego w ówczesnym Lwowie „Kudryka”. Tak nazywano szkołę średnią przy ulicy Kordeckiego (na wschód od Dworca Głównego). W tej poczciwej „budzie” świętowaliśmy konspiracyjnie Boże Narodzenie 1945 r.

Wtajemniczeni w tę uroczystość pedagodzy odwiedzali kolejne klasy, gdzie składano sobie wzajemne życzenia. Był wśród nich wicedyrektor szkoły Ludwik Bazylow, znany później historyk. Świadomość rychłego rozstania wpłynęła na wzruszający nastrój owego spotkania.

W połowie kwietnia 1946 roku nasz dobytek wciśnięty w dwie duże skrzynie załadowaliśmy do wagonu, podstawionego wraz z całym składem pociągu towarowego pod rampę przy moście na Lewandówkę. Po dłuższym postoju, związanym z kompletowaniem kolejnej grupy tzw. repatriantów, pociąg ruszył. Rozległy się szlochy kobiet, którym towarzyszyły przekleństwa mężczyzn. Jak w tradycyjnej lwowskiej piosence, z dala widać było już niestety wieże kościoła św. Elżbiety. Nasz pociąg zanurzał się w zapadający zmrok. Rankiem powitaliśmy z radością Przemyśl, promieniujący na każdym kroku polskością. Było to wzruszające przeżycie. Korzystając z postoju, wpadliśmy z ojcem na chwilę do kuzynostwa; wyjechali oni wcześniej ze Lwowa. Odtąd będziemy jeszcze długo podążać śladami rodziny, rozproszonej po całym kraju, przeważnie na Śląsku. Po tygodniu repatriacyjnej eskapady dowieziono nas do zrujnowanego Wrocławia, który wkrótce okazał się być nowym Lwowem.

 

Moje powroty do Lwowa

Tradycje lwowskie miały jeszcze długo towarzyszyć wychodźcom z Lwiego Grodu. Lwowską atmosferą żyły uczelnie Wrocławia. Podczas naszych studenckich wędrówek geograficznych towarzyszyła nam zawsze piosenka lwowska. Powoli jednak zachowane w pamięci rodzinne miasto rozpływało się we mgle coraz rzadszych wspomnień. Zapadła bariera oficjalnego ­milczenia. Oddzielony niedostępną granicą Lwów stał się tematem tabu.

Pierwsza szansa zobaczenia drogiego miasta nadarzyła się latem 1959 roku, w czasie politycznej odwilży. Wziąłem udział w wycieczce zorganizowanej przez Polskie Towarzystwo Geograficzne trasą wówczas niezwykłą. Pociągiem z Warszawy do Moskwy i Stalingradu, dalej statkiem do Astrachania i deltą Wołgi oraz przez Morze Kaspijskie do Baku nasza blisko 30-osobowa grupa podróżowała bez radzieckiego pilota. Zaopiekowano się nami jednak na Kaukazie, skąd dopiero dotarliśmy pociągiem do Lwowa. Wzruszające do łez było dla mnie spotkanie z miastem po dwunastu latach. W trakcie zwiedzania z przewodnikiem Cmentarza Łyczakowskiego udało mi się wraz z kolegą oderwać od grupy i dotrzeć do Cmentarza Obrońców Lwowa. Kolumnada okazałego Pomnika Chwały jeszcze stała, ale wśród zarośniętych chwastami mogił spotkaliśmy grupę miejscowych dzieci, rozmawiających ze sobą po polsku. Udałem się także na Lewandówkę i zajrzałem na chwilę do rodzinnego domu, gdzie nowi rosyjscy gospodarze przyjęli mnie życzliwie. Pochodzili z Saratowa. Do naszego lwowskiego domu zaglądała jeszcze później parę razy moja siostra z mężem i synami. Kiedy po latach znalazłem się tutaj znów, stał już w tym miejscu wielopiętrowy wieżowiec. Wysoka zabudowa zmieniła oblicze dawnej Lewandówki, pozostawiając jedynie relikty przedwojennej zabudowy. Podobnie zmieniły swój wygląd inne przedmieścia Lwowa, na terenach wsi Sichów wyrosła ogromna dzielnica mieszkaniowa.

Lwów w swoim rozległym śródmieściu, bogatym w zabytki, pozostał na szczęście prawie nietknięty.

Fascynuje jak dawniej piękną architekturą, wkomponowaną w malowniczy krajobraz lesistych wzgórz Roztocza. Stał się miastem stosunkowo łatwo dostępnym dla Polaków zza miedzy, jednakże po okresie wzmożonego zainteresowania na początku lat dziewięćdziesiątych opadła wyraźnie związana z nim fala emocji i dziś zdecydowanie mniej polskich wycieczek przyjeżdża do Lwowa. Jest więc wyraźna potrzeba promocji gospodarczej, kulturalnej i turystycznej tego miasta właśnie w Polsce.

W ostatnim dziesięcioleciu odzyskałem mój Lwów dla siebie. Pomogły mi w tym liczne wyjazdy w różnych celach. Prowadziłem wiele wycieczek do Lwowa i dalej – na Podole, Wołyń, Huculszczyznę, Bukowinę. Działając w Towarzystwie Polska–Ukraina (założonym w grudniu 1991 roku) uczestniczyłem w wielu spotkaniach i konferencjach, poświęconym sprawom sprzyjającym dialogowi i wzajemnej współpracy między naszymi krajami i narodami.

Gościnnym miejscem niektórych naszych spotkań był dawny pałac Sapiehów przy ulicy Kopernika; jest on siedzibą lwowskiego oddziału Ukraińskiego Towarzystwa Ochrony Zabytków Historii i Kultury. Rozwija się nasza współpraca z Federacją Organizacji Polskich na Ukrainie. Ostatnio prezentowałem możliwości aktywizacji turystycznej miasta na międzynarodowym spotkaniu architektów na Politechnice Lwowskiej, zorganizowanym z okazji wpisania Lwowa na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

Żyję na bieżąco sprawami rodzinnego miasta, widząc jego znaczną szansę rozwojową w nowej integrującej się Europie.