Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Alicja M. Mazurkiewicz-Bednarczuk, Z KAMIONKI STRUMIŁOWEJ PRZEZ RZESZÓW DO KRAKOWA

Urodziłam się w czasie II wojny światowej w mieście powiatowym Kamionka Strumiłowa nad Bugiem, blisko Lwowa. Miasto miało starostwo, zabytkowy kościół katolicki, cerkiew ukraińską, drewnianą synagogę spaloną w czasie wojny przez Niemców. Było w nim kilka szkół i gimnazjum. Był też zamek, niegdyś warowny, z czasów Księstwa Litewskiego, którego śladem jest wyniosłe wzgórze. Przebiegała tędy ważna arteria kolejowa ze Lwowa na Łuck, a stamtąd – na różne strony ówczesnych kresów Polski. Przodkowie ze strony mamy zasiedziali byli w tych stronach od pokoleń, a rodzina ze strony ojca pochodziła z dawnego osadnictwa mazowieckiego na Wołyniu. Z opowieści rodziców wiem to, czego nie pamiętam, gdyż miałam wówczas niespełna rok, że uciekliśmy z rąk banderowców ukraińskich latem 1943 roku. Zamieszkaliśmy na leśnictwie w miejscowości Strychawka, gdzie ojciec był leśniczym.

Życzliwy, a raczej uczciwy gajowy Ukrainiec ostrzegł ojca w porę: Oni już o pana pytają, niech pan z rodziną wyjeżdża. Uciekliśmy więc do dziadków – do naszego miasteczka, gdzie pozostaliśmy do jesieni 1944 roku. Dowiedzieliśmy się później, że w leśnej okolicy, gdzie mieszkaliśmy, następnej nocy banderowcy zamordowali pięć rodzin polskich.

Mając około roku, zachorowałam na zapalenie płuc i stawiano mi pijawki, aby „odciągnęły złą krew”.

Zapewne mogłam umrzeć, ale uratował mnie lekarz niemiecki, który zastosował penicylinę, i to pomogło, a byłam bliska śmierci po raz pierwszy w życiu.

Pamiętam swój chrzest w parafialnym kościele św. Anny w Kamionce jesienią 1944, miałam wtedy dwa i pół roku. Kościół był zamknięty i było w nim mroczno, dla niepoznaki był to zwykły dzień, powszedni dzień, bo wróciła okupacja sowiecka. Ksiądz prałat Józef Czyrek udzielił mi chrztu.

Mama, babcia oraz rodzice chrzestni wprowadzili mnie za ręce do nawy bocznej kościoła, gdzie była chrzcielnica i czekał ksiądz. Uciekałam od ołtarza ku drzwiom, ale złapała mnie moja chrzestna – ciocia Stasia. Pamiętam, jak ksiądz podał mi szczyptę soli na język i polał czoło święconą wodą.

Mieliśmy wyjeżdżać z naszego kresowego miasteczka. Władze sowieckie prowadziły szeroko zakrojoną akcję repatriacyjną, toteż opuściliśmy nasz dom w Kamionce późną jesienią 1944 roku.

Dziadzio powierzył dom sąsiadom, uczciwym Ukraińcom. Dziadzio powtarzał: Front przejdzie, wojna się skończy, a my tu wkrótce powrócimy. Stało się, jak wiadomo, inaczej. W 1994 roku, kiedy odwiedziłam po raz pierwszy po wojnie tamte strony, dom nadal był niczyj, jakby na nas czekał, zamieszkiwali go traktorzyści z pobliskiego kołchozu.

Transport ze Lwowa do Rzeszowa w bydlęcych wagonach trwał kilka dni. Pociąg zatrzymywał się na wielu stacyjkach, zabierając po drodze „repatriantów”. My jechaliśmy w jednym wagonie z fortepianem i krową. Z fortepianu był mały pożytek, bo nikt wtedy na nim nie grał, ale z krowy był – bo przynajmniej było mleko dla dziecka.

Ulokowano nas w rodzinie państwa Szarów w Trzebownisku pod Rzeszowem – dziadzia, babcię, tatę, mamę i mnie. Ludzie byli dobrzy, opiekowali się nami, żywili nas, a ja odwdzięczałam się za życzliwość tych ludzi, deklamując niezliczoną ilość razy przed gospodynią ten oto wierszyk:

 

Młoda pszczółka słodycz czuje,

A ja pani Szarowej powinszuję:

Aby pani długo żyła,

A po śmierci w niebie była!

 

Zimą 1944/1945 szła ofensywa sowiecka na zachód. Forsowali Wisłok, słychać było wystrzały artyleryjskie, schodziliśmy niekiedy chronić się do piwnicy. Pewnego zimowego dnia, był już zmierzch, rodzice wzięli mnie na sanki. Nagle usłyszeliśmy serię pocisków z karabinu maszynowego. Uciekaliśmy wśród świstu kul…

 

Warto przeczytać o ekspatriacji, przeżywanej przez małą, potem podrastającą dziewczynkę. Niewiele mamy relacji, widzianych od tej strony.