Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Tadeusz Krzyżewski, ŁZY I UŚMIECHY LWOWA

Mówią, że Lwów to miasto z charakterem i z temperamentem. I tak jest bezsprzecznie. Jego charakter stanowi ta uparta, niezmożona siła duchowa, cechująca go w ciągu 6 stuleci przynależności do Polski. Trzeba bowiem wiedzieć, że już w roku 1340 wcielił Kazimierz Wielki Lwów do Macierzy Polskiej, podczas gdy stolica nasza weszła w skład Korony dopiero w roku 1526, a więc o 186 lat później. W roku 1940 obchodził Lwów uroczyście 600-letnią rocznicę tego faktu.

Ta przeszłość dawna i ta najświeższa znalazły swe najgłębsze odbicie w herbie miasta „Zawsze Wiernego”. W ciągu wieków wytrzymał Lwów sześć wielkich oblężeń, 21 najazdów Tatarów, Wołochów, Turków, Kozaków, Moskwy, Szwedów i wreszcie Ukraińców, a także był świadkiem dwóch wielkich bitew. Raz tylko jeden uległ przemocy wroga. Gdy zaś nadeszła wielka wojna, tutaj również tworzył Marszałek Piłsudski pierwsze kadry Legionów. Dlatego stał się Lwów symbolem polskiego bohaterstwa, dlatego on jeden spośród miast polskich szczyci się herbem ozdobionym orderem Virtuti Militari i na dźwięk słowa „Lwów” – żywiej bije każde polskie serce.

W zakamarkach lwowskich, w jego zabytkach i śladach kul na murach zaklęta, drzemie utajona siła. Znakomity pisarz, przyjaciel Lwowa Stanisław Wasilewski, wyraził się niegdyś, że „Miasto to jest jak łuk – dopiero w napięciu okazuje swą największą siłę”.

Gdy tam, na wieży przy kościele Bernardynów zegar wybija godzinę, zawsze o pięć minut wcześniej niż na wieży Ratuszowej, – to symbol tej przeszłości bohaterskiej, wspomnienie tych czasów, gdy zamykano w obawie przed napadami bramy miejskie o godzinie 6, a strażnik wieży Bernardyńskiej spostrzegł 5 min przed szóstą na dalekich polach zbliżające się hordy tatarskie, przesunął zatem wskazówki zegara na godzinę szóstą i odtrąbił równocześnie zamknięcie bram miasta, zabezpieczając mieszkańców przed wtargnięciem najeźdźców.

Toteż miasto lwa ma nie tylko w herbie, ale i w sercu mieszkańców, nawet najmłodszych. Najpiękniej, najdumniej skrystalizowała się miłość i wierność młodzieży dla rodzinnego grodu w pamiętnym listopadzie roku 1918, a Ci, co wówczas dali Życie za polskość i wolność Lwowa, spoczywają na najpiękniejszym w Polsce Cmentarzysku Orląt i Obrońców.

W ciągu minionych lat 20 wyrosło przeszło 2000 grobów na tym Świętym Polu lwowskim, a wśród nich sto trzydzieści i cztery jest bezimiennych. A jeden – Nieznany – odszedł stąd, opuścił swych towarzyszy, by w chwale spocząć pod wiecznie płonącym zniczem w Stolicy pod kolumnadą na Placu Marszałka.

Od listopada 1918 r., od owej, nie mającej odpowiednika w dziejach, trzy tygodnie trwającej obrony miasta, garstki straceńców przeciw regularnym wojskom najeźdźców – do sierpnia 1920, szukała tych bohaterów śmierć po wszystkich pobojowiskach lwowskich, by wreszcie wypełnić krwawą kartę do samego końca i dać Lwowowi jego Termopile – Zadwórze pod Złoczowem, gdzie wyginęli niemal wszyscy – 500 z batalionu kpt. Zajączkowskiego, dając rozpaczliwy, jedenastogodzinny odpór przeważającej nawale czerwonej konnicy Budionnego.

Czterech Francuzów legło tu także i trzech lotników amerykańskich ze słynnej eskadry VII „Kościuszkowskiej”, pod dowództwem mjr. Fauntleroya. Walczyli i polegli za wolność naszą, tak jak niegdyś walczyli za ich wolność – Kościuszko i Pułaski.

Spoczywa tam snem wiecznym także i taki chłopczyna, co miał zaledwie lat 13 – Antoś Petrykiewicz się nazywał. Jeszcze inny najdzielniejszy z dzielnych, 14-letnie lwiątko lwowskie, którego nazwisko brzmi dzisiaj jak pobudka – Jurek Bitschan!

Śpiewają dziś o nim pieśni, harcerskie drużyny widzą w nim swego patrona i duchowego przywódcę.

List tego dziecka lwowskiego, nacechowany prostą, a najwyższą miłością rodzinnego miasta, napisany do ojca w chwili, gdy Jurek odszedł potajemnie, by powiększyć szeregi obrońców Lwowa, godzien jest tego, by go umiało na pamięć każde polskie dziecko – list to bowiem żołnierski i bezkompromisowy, jak obowiązek:

Kochany Tatusiu! – pisał ten Bohater – Idę dzisiaj zameldować się do wojska. Chcę okazać, że znajdę tyle sił, by służyć i wytrzymać. Obowiązkiem moim jest iść, gdy mam dość sił, bo braknie ciągle ludzi dla wyswobodzenia Lwowa. – Jerzy

Tak po prostu pojmuje swój obowiązek lwowskie dziecko. Bo dziecko lwowskie to godny następca sienkiewiczowskich bohaterów, stokroć ofiarniejszy i dzielniejszy nawet niż Staś z W pustyni i w puszczy.

Leżą tam wszyscy razem na tym Cmentarzysku. Dzieci i panienki najmilsze, żołnierze i dojrzali mężowie, Ojcowie licznych rodzin, Matki…

Ktokolwiek będzie we Lwowie, tam w pierwszym rzędzie winien skierować swe kroki, ku Pomnikowi Chwały Orląt. Dopiero obszedłszy to Święte Pole zrozumie, dlaczego nigdzie w Polsce, żadne miasto nie jest tak kochane przez mieszkańców jak Lwów! Tu każda grudka ziemi przesiąknięta jest krwią, tu dzieci nawet gotowe są miłość swego miasta przypieczętować życiem, idąc w sukurs ojcom swoim i dziadom.

I gdy przed waszymi oczami przesunie się ta dumna, a tak bolesna litania imion i nazwisk wyrytych na krzyżach drewnianych i płytkach katakumb, poczujecie wraz ze łzami, które przesłonią Wam oczy – i dziś i zawsze – że jesteście Polakami, że jest coś, za co warto dać Życie, tak jak je oddali Ci najmłodsi!

Ale Lwów to równocześnie miasto z temperamentem! Ledwie zdołało się otrząsnąć z wielokrotnej inwazji wojennej oraz z najazdu hord bolszewickich, co jeszcze w r. 1920 podchodziły pod Lwów, już w następnym roku dźwiga się z upadku, podejmuje wielki wysiłek nawiązania zerwanych kontaktów ze Wschodem i Zachodem, buduje na przepięknym Placu Wystawowym, opartym o Park Kilińskiego, swe Międzynarodowe Targi Wschodnie, w r. 1940 już XX z rzędu.

Odbywają się one corocznie w pierwszej połowie września, trwają 10 dni i są prawdziwym przeglądem polskiej wytwórczości i techniki, bowiem w ramach Targów odbywają się również stałe tzw. „Targi Techniczne” – skupiające w kilkudziesięciu pawilonach na obszarze 40 000 m2 cały ruch gospodarczy Małopolski Wschodniej. W ciągu 10 dni zwiedza Targi blisko 300 000 ludzi, a więc 30 000 ludzi dziennie.

Targi – to prawdziwe Święto Lwowa.  A Plac Wystawowy to zarazem ogród tonący w zieleni, położony wśród stuletnich drzew, gdzie w jednym z największych gmachów mieści się słynna dziś w całym świecie Panorama racławicka, przedstawiająca bitwę pod Racławicami w całej okazałości i w krasie najpiękniejszych barw. Mistrzowskie to dzieło namalowane przez naszych najlepszych malarzy, z Janem Styką i Wojciechem Kossakiem na czele, powstała w r. 1894 dla wielkiej, Krajowej Wystawy, urządzonej we Lwowie, jako stolicy byłej prowincji austriackiej Galicji.

O ogromie dzieła malarskiego daje pojęcie liczba 120 m w obwodzie i wysokość samego płótna – prawie 17 m. Każdy, kto kiedykolwiek oglądał ten wspaniały obraz, jest pod jego nieodpartym urokiem, taki rozmach ma ta epopea Kościuszkowska, tak żywo i kolorowo staje przed oczami przeszłość dziejowa, wskrzeszona mistrzowskim pędzlem artystów.

Z oczami pełnymi barw i blasków zdążamy dalej przez Plac Targów, już nie aby zwiedzać, ale by odpocząć po tych wrażeniach. Z położonych wśród drzew i zieleni rozlicznych restauracji na świeżym powietrzu dochodzą dźwięki muzyki, śpiewu i wesołych śmiechów. Tu bawi się ludek lwowski, lubiący dobrze zjeść i popić, zamieniający pod wieczór cały plac Wystawowy w jeden ogród zabawowy.

Zamaszysta jest lwowska piosenka, tęgi jest humor ludzi z przedmieść lwowskich, a nikt lepiej nie wycina na harmonii sztajerków i dziarskich polek, marszów i modnych tang jak lwowskie „andry”, czyli batiary – czy to Józku z Zamarstynowa, Tońko z Gródka, czy słodki Szczepko z Łyczakowa. I oni też stworzyli królestwo lwowskiego humoru w eterze i na ziemi. Jeszcze wczoraj szli z „hangranatami” na wroga, a dziś walą z harmonią i piosenką na ulicę, aby się żałość zbytnia nie zapiekła w lwowskich sercach. Dzięki nim znają „Lwowską Falę” słuchacze radia tak w Europie, jak i w Ameryce. Dzięki nim rozbrzmiewa lwowskie „ta-joj” na fali serc i uczuć Polaków całego świata.

Z tym „ta joj” lwowskim ma nieraz cała Polska serdecznie śmieszne perypetie. Opowiadają warszawiacy, że pewnego razu na dworcu warszawskim spotkało się dwoje ludzi, którzy z głośnymi okrzykami rzucają się sobie w ramiona, a młodszy z nich woła: Ta joj tato, ta ty tu, ta i ja tu! Dwu przechodzących andrusów warszawskich patrzy uważnie na przybyłych i jeden mówi do drugiego: Patrz, Felek! – Japończyki przyjechali!

Pięć lat już przeszło bawią nas i uczą po swojemu na lwowskiej fali – tej spod znaku Lwa – najmilsi wesołkowie, Szczepko i Tońko. I wszyscy dziś już podzielają zdanie starego przyjaciela Lwowa Kornela Makuszyńskiego, który w dniu 5-letniego jubileuszu przesłał Szczepkowi i Tońkowi taki telegram gratulacyjny:

Ten się śmieje najlepiej, kto się śmieje we Lwowie – o mój Szczepko i Tońko, ta daj Wam Boże zdrowie.

A humor lwowski podobnie jak miłość – to cygańskie dziecię! Często niełatwo go dostrzec, rodzi się niespodzianie, tworzy go podwórzowy śpiewak, zamiatacz ulic, kucharka i malarz pokojowy na drabinie przy robocie. Wyraża się nieraz naiwnym zwrotem u dziecka lwowskiego, co bawiąc się na podwórku z towarzyszami, spostrzega samolot, więc zadziera głowę do góry i prosi śpiewnie, a natarczywego metalowego ptaka: „A szamolociek – a zrzuć karteczkie”.

Z humoru tego słynie gazeciarz lwowski, wdzierający się do tramwajów z pękiem dzienników pod pachą, zwinny, głośny, natrętny, wesoły, który – choćby nawet był garbaty – może iść w odwadze i gotowości do odpowiedzi w zawody z paryskim gavrochem. Lwowskie przekupki umieją zawładnąć nie tylko klientką, kapryśną przy wyborze pysznej śmietany! Znany jest fakt historyczny, że kilka przekupek na Placu Strzeleckim wyzwoliło w czasie wojny grupę internowanych legionistów polskich z rąk eskortujących ich żołnierzy austriackich!

I te słynne lwowskie precle tzw. „majowe”: preclarze lwowscy uwijający się we wszystkich parkach z najlepszymi na świecie obwarzankami; małe kwiaciarki sprzedające na ulicy wiązanki konwalii czy bławatów, zerwanych o świcie, często ukradkiem, w podmiejskich Lesienicach czy Winnikach; wędrowni handlarze krawatów i sprzedawcy kamyczków do zapalniczek, grajkowie uliczni, nawet kościelne dziady – to wszystko swoiste lwowskie typy, odróżniające się nie tylko odrębnymi cechami regionalnymi, ale również właśnie tym popularnym, sławnym już dziś zawołaniem „Ta-joj!”.

Piękne jest to miasto, „z zamkiem bez zamku, z rzeką bez rzeki i z szewcem, który butów nie robi”.

Takim je właśnie opisał Kornel Makuszyński w swej książeczce pt. Uśmiech Lwowa, dając pewnemu chłopcu z Warszawy jako zadanie odnalezienie tego miasta. Chłopiec ustala, że Lwów, odwiedza go i ogląda pozostałe już dzisiaj tylko ruiny z Zamku Wysokiego, dowiaduje się o zupełnie zamurowanej rzece lwowskiej – Pełtwi, i ogląda pomnik wielkiego szewca – Kilińskiego, którego imieniem nazwano dawny Park Stryjski.

Trzeba też, aby go takim wszyscy poznali i pokochali. Wszyscy, starzy i młodzi, ale w pierwszym rzędzie młodzi, bo znajdą tu szczery ciepły nastrój młodości i ten humor specyficzny, którym zachwyca się przez radio cała Polska.

Bujnym życiem naukowym i towarzyskim kipi świat młodzieży akademickiej, uczęszczającej na cztery wyższe uczelnie lwowskie. A poza tym mówią…, że milszych dziewcząt jak we Lwowie nie znajdzie chyba na całym świecie! Doprawdy nie był młodym ten, kto choć raz nie kochał się we Lwowie! Nie na darmo, jak Polska długa i szeroka, śpiewano melodyjną piosenkę:

 

Tyle jest miast, ile jest gwiazd,

Wszędzie znajdą Cię piosnki tej słowa,

Idź w świat gdzie chcesz,

Rób jak umiesz – co wiesz,

Chcesz się kochać – wróć do Lwowa!

 

Starsi – mogą się przekonać, że to miasto spokojne, ukryte wśród zieleni, jest istnym azylem dla ludzi pragnących atmosfery wielkiego miasta, jednak bez zgiełku i nerwowego pośpiechu. Toteż Lwów nie darmo ma 24 000 emerytów w swych murach!

Ze Lwowa bardzo dogodne są wypady do letnisk karpackich i uzdrowisk tej miary co Morszyn, Truskawiec i Niemirów.

Kupcy i przemysłowcy – rozumieją dobrze, że jako stolica okręgu naftowego i siedziba Targów Wschodnich jest Lwów atrakcją handlową swego rodzaju. Z całej Małopolski zbiegają się tu nici interesów. Obfitość towarów w lwowskich sklepach i domach towarowych nie ustępuje w żadnym wypadku warszawskim, z którymi konkurują z powodzeniem niskością cen.

Dobrze rozwinięte szkolnictwo zawodowe daje możność kształcenia fachowców we wszystkich dziedzinach.

Miłośnicy zabytków – mile zdziwią się widokiem rynku lwowskiego, przywróconego do jego dawnej, antycznej świetności architektonicznej. Skarby biblioteczne Ossolineum oraz innych zbiorów – wycieczki do Żółkwi, Oleska, Podhorzec lub Brzeżan, miasta rodzinnego marszałka Śmigłego-Rydza, – wypełnią po brzegi czas pobytu we Lwowie nawet najbardziej wymagającemu poszukiwaczowi osobliwości.

Sportowcy – powinni wiedzieć o tym, że Lwów ma doskonale rozwinięte życie klubowe. Tu powstały najstarsze kluby sportowe Polski – Czarni i Pogoń. Wzorowe bieżnie i boiska, pływalnie otwarte i kryte; zimą świetne tereny narciarskie i skocznie pod Lwowem oraz w Sławsku i Worochcie.

Latem – wycieczki piesze w Gorgany i na Huculszczyznę.

Smakoszy – znęci na pewno słynny z dobrej kuchni Lwi Gród. Flaczki po lwowsku z sosem zawiesistym i parmezanem, gulasz, barszcz szary z grzybkami i rzecz nigdzie nie spotykana: przysmażane pierogi z kartoflami i serem – oto delicje dla prawdziwych miłośników dobrego jadła.

… I wszyscy inni – bo tu, na najpiękniejszym cmentarzu Polski, spoczywają Orlęta Lwowskie; bo tu zrodziło się, kwitnie i wyprawia swe brewerie najrozkoszniejsze dziecko radiowe – wesoła fala Szczepków i Tońków; bo tu wreszcie sztuka przemawia czystym językiem z desek Teatru Wielkiego.

A gdy wyjedziecie ze Lwowa, wszędzie już za Wami pójdzie wspomnienie o „kochanym mieście” i słowa piosenki…

 

Nasz drogi Lwów, to miasto snów,

I gdy usłyszysz „caje rączki”,

Gorączkę już masz!