Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Mieczysław Opałek, Z TAJEMNIC STARYCH KATALOGÓW

 

Spomiędzy kilkudziesięciu szkół lwowskich sięgają dzisiejsze szkoły Mickiewicza, św. Anny, św. Antoniego i św. Marcina historią swoją w przeszłość odleglejszą. Prym jednak nad nimi, pod względem lat matuzalemowych, dzierży najsędziwsza z nich wszystkich, szkoła Piramowicza.

W ciągu długich lat istnienia zmieniała kilkakrotnie nazwę i pomieszczenie. Jako szkoła galicyjska powstała w r. 1788 z przeistoczenia dawnej polskiej szkoły katedralnej. W pierwszym okresie austriackiego istnienia nosiła miano lwowskiej szkoły głównej (Lemberger Hauptschule). Mieściła się wówczas w zabudowaniach obok katedry, w jednej z dzisiejszych kamienic kapitulnych, po czym około roku 1840 przeniesiona została do nowo wybudowanego gmachu ratuszowego. W latach 1853–1877 brzmiał jej tytuł „ck wzorowa szkoła główna”, w okresie autonomicznym Lwowa otrzymała miano dzisiejsze: szkoły Piramowicza.

Po przeniesieniu ratusza w roku 1881 – dał szkole gościnę na szereg lat zabytkowy dom przy ulicy Ormiańskiej, po czym w r. 1913 znalazła się uczelnia we własnym, na jej cel zbudowanym gmachu przy placu Strzeleckim 1.

Za bardzo szczęśliwą i wyjątkową okoliczność poczytać należy fakt, że katalogi klasyfikacyjne tej szkoły wyszły bez szwanku z pogorzeli ratusza w r. 1848 i przetrwały cało po dziś dzień, od pierwszego prawie arkusza. Echem odległych czasów i spraw szeleszczą pod dotknięciem karty sporego formatu, a data 1789 na wstępie i inkaust wyblakły, przez czas wyssany – zawarły majestat lat i rzeczy, dawno i niepowrotnie minionych. Z prawdziwym zainteresowaniem przewraca się karty dokumentu niezmiernie ciekawego nie tylko pozaborowego szkolnictwa, lecz i ogólniejszej historii Lwowa samego i jego zaludnienia na przełomie XVIII i XIX stulecia.

Setki nazwisk wciśnięto między rubryki grubych czerpanych arkuszy, a nazwiska te to mozaika układająca się w dziwaczne desenie stosunków lokalnych, wskrzeszająca obrazy niejednolitej i bardzo ciekawej socjety lwowskiej przed laty stu i więcej.

W chórze nazwisk są różne brzmienia, mniej lub więcej doniosłe. Zarysowują się różne charaktery i temperamenty, cnoty i zasługi, ułomności i występki. Poprzez szare arkusze foliałów płynie rzeka nazwisk polskich i obcych, mniej lub więcej znanych, może zapomnianych niekiedy, często całkiem nieznanych. Jak w rzece. Jedne strugi odpłynęły cichym nurtem ku morzom zapomnienia, inne wezbraną falą wydęły się na powierzchni lub w wielkim nagromadzeniu wód rzuciły się w bok, szukać nowego koryta. A wreszcie były i takie, co u płaskich brzegów rozlawszy się płytko, utworzyły niezdrowe, cuchnące mielizny.

Zanim poczną mówić nazwiska rodzime i z dalekiego świata, dopuśćmy przedtem do głosu cyfr kilka, zilustrują nam pewne ciekawe momenty dawnego szkolnictwa. Do szkoły normalnej zapisywał się niejednokrotnie panicz, któremu puszczał się już wąs pod nosem. W 1789 r. było w klasie III na 85 uczniów – 32 młodzieńców w wieku 15 do 20 lat życia. W jedenaście lat później stosunek procentowy znacznie mniejszy. Maleje on też w ciągu kilku lat następnych i około r. 1810 wykazuje już stan mniej więcej prawidłowy. Uczniowi 20-letniemu nie pozostawało po ukończeniu klasy III nic innego jak rzemiosło. Według zapisków katalogowych poszło też wielu tą drogą, o ile nie wzięto ich wcześniej „w kamasze”. Bo i tak bywało. W rubryce zatytułowanej: Wann der Schueler die Schule verlassen und wozu ersich verwenden hat – przeczytać można niejednokrotnie odpowiedź: Ist zu Soldaten genommen worden.

W drodze żmudnych poszukiwań i studiów udało się autorowi niniejszego szkicu wykraść wiele tajemnic sędziwym kartom katalogów i zestawić szereg nazwisk prawdziwie „markantnych”, należących do ludzi, którzy nie minęli bez echa i bez spuścizny, pozostawiwszy po sobie plon pracy i zasługi.

 

Na ławach szkoły głównej zasiedli przedstawiciele różnych warstw społeczeństwa lwowskiego. Obok dzieci ówczesnej arystokracji Lwowa uczyli się „metodą normalną” synowie ziemian ze wschodniej części kraju, dzieci wyższych i niższych urzędników, wreszcie potomstwo księży ruskich i lwowskich mieszczan. Na kartach katalogów – zwłaszcza w pierwszych latach istnienia szkoły – spotyka się dość często nazwiska z poprzedzającym je słowem Graf, Baron lub Fuerst. Nazwisko Borkowskich, Drohojowskich, Dulskich, Kalinowskich, Komorowskich, Łosiów, Młockich, Mierów, Mycielskich, Niezabitowskich, Paparów, Ponińskich, Puzynów, Skarbków, Szeptyckich figurują od roku 1788 do 1820 na kartach katalogów dość często. Po roku 1820 znikają, w ich miejsce przybywa natomiast więcej nazwisk o brzmieniu pospolitszym.

Z nazwisk przytoczonych zapisały się niektóre chlubnie w pamięci społeczeństwa. Stanisław hr. Borkowski, urodzony w Rudzie, był uczniem lwowskiej szkoły głównej w r. 1791. Zasłynął jako wybitny mineralog. Napisał wiele dzieł w języku polskim, francuskim i niemieckim, wydał najdawniejszy zabytek mowy polskiej Psałterz królowej Małgorzaty. On pierwszy w Galicji uwolnił w r. 1818 włościan w swych dobrach od pańszczyzny. W latach 1804–1805 uczyli się w tej samej szkole bratankowie Stanisława, Tytus i Henryk Borkowscy, synowie Jerzego Jakuba, podkomorzego JKMci, marszałka szlachty ziemi tarnopolskiej.

W r. 1789 znajdujemy w katalogu imię Stanisława hr. Skarbka. Komu we Lwowie obce to nazwisko? Wielka fundacja dla sierot w Drohowyżu i olbrzymi gmach teatralny we Lwowie to dzieło człowieka, o którym mówi biograf, że jako pan milionów oszczędniej żył aniżeli sługa, który go obsługiwał.

Inni uczniowie z tej sfery oddali usługi nowemu rządowi, zyskali wyższe stopnie w armii austriackiej, jak Tytus hr. Mier, lub osiedli w swych dobrach prowadząc żywot ziemiański.

Nie brakło wśród tej warstwy społecznej oryginałów i postaci mniej lub więcej awanturniczych. Za taki typ ujemny uważać należy Ignacego hr. Kalinowskiego. Właściciel Turki i kilku innych włości zasłynął w owych czasach jako wielki dziwak i aranżer przeróżnych złośliwych figlów. Już na ławie szkolnej dawał się otoczeniu we znaki. W katalogu znajdujemy przypiski charakteryzujące hrabczuka słowami: „Ist ein unerzogneter Knab”, to znowu „sehr lebhaft”. Natura bardzo oględnie i delikatnie zdefiniowana przez nauczyciela ujawniła się w całej pełni w okresie, gdy hrabia liczył ponad 20 lat życia. Jakie miewał fantazje i dzikie pomysły, niech zaświadczy to, że rozwalić kazał stojącą przed pałacem w Turce figurę św. Jana za to, że… mu się nie kłaniał.

W roku 1795 wyprawił Domicjan Wybranowski, stolnik lubelski, synów Adama i Romana na naukę do Lwowa. Należycie opatrzeni w spiżarnię i garderobę, ruszyli chłopcy w drogę z Drohowyża z taborem dobrze wyładowanych wozów, a jechali w towarzystwie starego sługi Mikołaja, korepetytora Tarnawskiego i metra języka francuskiego, niejakiego pana Rodu. We Lwowie zapisani zostali do szkoły głównej koło katedry i w rubryki katalogów z lat 1791–1798 wpisane są ich nazwiska.

Stary dyrektor Quapil i nauczyciel Raab nie przypuszczali wówczas, że niepokaźny ich uczeń Romanek „Wybranowsky” dosłuży się kiedyś dobrze zasłużonych szlif generalskich. Ze szkoły głównej przeszedł Roman do Kolegium franciszkanów i po ukończeniu nauki zaciągnął się jako 20-letni młodzian do 3 pułku ułanów w armii ks. Józefa Poniatowskiego. Odbył chlubnie kampanię napoleońską, a gdy wybuchło 20 lat później ­powstanie listopadowe, złożył znowu Ojczyźnie oręż w ofierze. Raz jeszcze wypadło w ciągu pracowitego żywota przypasać pułkownikowi z r.1831 szablę do boku, a to w 1848 r. gdy zakwitła brzemienna w nadzieje i wypadki „wiosna ludów”. Wybranowski mianowany został wówczas dowódcą Gwardii Narodowej we Lwowie – w stopniu generała.

Na parę lat przed pobytem Wybranowskiego w szkole głównej zapoznał się z twardą ławą tej szkoły w latach 1793–1795 inny napoleończyk i oficer z roku 1831, Adam Kasperowski. W armii Księstwa Warszawskiego dosłużył się on stopnia majora, w roku 1831 mianowany został szefem sztabu dywizji jazdy. Chętnie mieniał szable na pióro, tłumaczył Tassa, a w roku 1821 napisał i wydał książeczkę, która jest jednym z najtypowszych przykładów polskiego romansu sentymentalnego, z wyraźnym podkładem modnego wówczas werteryzmu. Są to słynne w swym czasie Żale Elwiry, nad którymi uroniły całe potoki łez czułe czytelniczki. Po upadku powstania osiadł Kasperowski we Lwowie, w mieście najwcześniejszych swych wspomnień ze szkoły głównej i tu poświęcił się dawny autor sentymentalny pracy bardzo pozytywnej, zagadnieniom wybitnie praktycznym, wydając „Tygodnik Rolniczo-Przemysłowy”, na łamach którego pomieszczał rozprawki w rodzaju takich jak O pługu poprawnym, O gorzelniach parowych itp.

Pierwszymi urzędnikami w Galicji, jak i profesorami Uniwersytetu Lwowskiego byli przeważnie Niemcy. O podróży tych ostatnich do Lwowa tak pisał profesor Finkiel: Z różnych stron monarchii zjeżdżali się oni do Lwowa z rodzinami, wioząc na wielkich brykach meble i książki. Do widoku wędrówki tej przywykli już mieszkańcy naszego kraju, bo od dwunastu lat snuły się takie tabory po wszystkich gościńcach. Niejednokrotnie dziwni to byli Niemcy – ci pierwsi urzędnicy i profesorowie. Znajdujemy wśród nich przybyszów aż z Lombardii. Sam cesarz Józef II odnosił się do wielu z nich krytycznie. O radcy gubernialnym we Lwowie, niejakim Guirigim z Amsterdamu wyraził się, że zapewne zna wszystkie języki prócz niemieckiego, polskiego i łacińskiego, a radcą gubernialnym został chyba po to tylko, by pensje pobierać.

Wacław Zaleski

 

Wiele nazwisk, które zawarły drukowane w oficynie Pillera szematyzmy rządowe – przylgnęło również do katalogów lwowskiej szkoły głównej. Nazwiska te wydają się prawie że egzotyczne na gruncie ówczesnego poczciwego Lwowa, nieliczącego w pierwszych leciach po zaborze Galicji więcej nad 40 000 mieszkańców. Nazwiska to o brzmieniach najrozmaitszych języków, nazwiska to – jak mówi dr Tokarz – „z całego świata”. Oto ich ciekawa wiązanka, zebrana z kart katalogu szkolnego: Achilles, Bahry, Beauvalle, Bossie, Boisserant, Caspary, Castelli, Castiglione, Celebras, Christiani, Christianus, Cordarini, Despinoix, Dupont, Entremont, Eperies, Fallatori, Fanconi, Ferrari, Glixelli, Janvars, Karhezy, Lamboi, Mamcini, Mansarda, Marrossany, Martinelli, Mazaraki, Montmorenci, Nemethy, Palmiarni, Pospiszil, Roselli, Silva, Spaventi, Van Roy, Victorii, Krecha i wiele, wiele innych.

Na przemian z nazwiskami proweniencji zagranicznej snują się na szarych arkuszach katalogów z końcem XIX stulecia rodowe nazwania Barączów, Bogdanowiczów, Bułharynów, Darowskich, Dunajewskich, Nikorowiczów, Olexińskich, Paradowskich, Romanowskich, Rylskich, Ujejskich, Wereszczyńskich, Zaleskich, Bablów de Fronsberg, Thulie’ów, Longschamps‘ów, Battaglia’ów, a dalej nazwiska Baczewskich, Dworskich, Golczewskich, Gołąbów, Gromadzińskich, Gubrynowiczów, Justianów, Kirstynów, Klei­nów, Klimowiczów i Mizikowskich księgarzy, Musilów, Sancewiczów i Szenderowiczów, obywateli lwowskich, kupców i rękodzielników.

W r. 1792 ukończył szkołę główną Dionizy Zubrzycki, autor Kroniki Lwowa, w r. 1812 Wacław Zaleski, późniejszy gubernator Galicji, literat i zbieracz pieśni ludowych, znany w dziejach piśmiennictwa pod pseudonimem Wacława z Oleska. W r. 1834 przeszedł stąd do szkół wyższych Apolinary Jaworski, jeden z najwybitniejszych parlamentarzystów, czołowa postać wśród polityków galicyjskich, doświadczony prezes byłego Koła Polskiego.

Z powodzi nazwisk wyławia skrzętny badacz i takie, które przywodzą na pamięć dawny światek artystyczny i literacki Lwowa w zarannej dobie Galicji. Do szkoły głównej posyłał w latach 1797–1801 dwóch synów Józef Reichan, żołnierz kościuszkowski i malarz, przybyły około 1796 r. z Warszawy do Lwowa, posyłali też synów Jozef Pitschman, wybitny portrecista tej doby, malarze Franciszek Gatton i Jan Haar. Współcześnie też prawie notują katalogi nazwiska dwóch Dolińskich, synów Łukasza, który zdobił malowaniami wiele kościołów i cerkwi lwowskich. Wspomnieniem sztalug i pędzli trąci też nazwisko Antosia Rolińskiego, którego rodzic Imćpan Aleksander był właścicielem domu pod nr. 5073/4 i pomazańcem Apollona w nadpełtwiańskim grodzie. Po r. 1822 opuścił progi uczelni syn Hartmana Witwera, jednego z wybitnych rzeźbiarzy osiadłych po zaborze we Lwowie, po r. 1830 ukończyli szkołę Wiktor i Władysław Kamińscy, synowie Jana Nepomucena, zasłużonego dyrektora sceny polskiej, a także Kajetan Tyrowicz i Franciszek Baszny, dzieci lwowskich muzyków-kompozytorów. W latach 40. XIX stulecia czerpali naukę w lwowskiej szkole głównej dwaj bracia Kornela, Bronisław i Edward Ujejscy. 

  Marceli Maszkowski

 

Przedziwny urok, jaki kryje w sobie era węglarstwa, spisków i tajnej propagandy patriotycznej w Galicji po roku 1831 – wionie od nazwiska przedwcześnie zgasłego młodzieńca Tytusa Olexińskiego. Pada to nazwisko równocześnie na dusze ponurym cieniem pamiętnych murów karmelickiego więzienia na Halickim przedmieściu. Olexiński należał w r. 1837, jako akademik, z kilku innymi do założycieli „Młodej Sarmacji” i „Związku Synów Ojczyzny”. Uwięziony w r. 1840, zmarł skutkiem niehigienicznych warunków w więzieniu. Uczniem szkoły głównej był w latach 1825–1826.

Na arkusze katalogu z lat 1841–1847 sieją wiele romantycznego blasku szacowne nazwiska braci: Karola, Marcelego i Rafała Maszkowskich, synów Jana, sędziwego malarza lwowskiego. Rygorystyczna i oschła dydaktyka austriackiej szkoły głównej nie zabiła polotu w tych pięknoduchach – wszyscy trzej poszli świetlaną drogą sztuki. Karol poświęcił się rzeźbie, a do najwybitniejszych dzieł jego należą popiersia Wandy Młodnickiej i Zofii Romanowiczówny. Gorący patriota, wziął udział w powstaniu styczniowym. Młodo zmarły Marceli, zwany był jako świetny rysownik „wirtuozem ołówka”,

Rafał wreszcie poświęcił się muzyce, zasłynął jako skrzypek i dyrygent, którego pamięć i zasługi uczcili muzycy niemieccy pomnikiem we Wrocławiu. Odznaczał się wybitną urodą i piękne jego rysy uwiecznił Grottger, przyjaciel młodych Maszkowskich, na kartonach Wojny.

Skorośmy potrącili o dłuto, paletę i papier nutowy, wyczerpmy wszystkie nazwiska artystów, którzy w szkole głównej zdobywali rudymenta nauki; Julian Markowski o sentymentalnym wyrazie twarzy, okolonej bujną czupryną, wyzyskany przez Grottgera jako doskonały model w obrazie Losowanie rekrutów – uczęszczał do szkoły w ratuszu w latach 1854–1856. Lekkoduch, typowy syn artystycznej bohemy, „wieszał” się jakiś czas po ucieczce z domu przy wędrownej trupie teatralnej. W roku 1863 poszedł na pole walki, po czym osiadł jako artysta-rzeźbiarz we Lwowie. Z pracowni jego wyszły pomniki lwowskie Kilińskiego i Bartosza Głowackiego oraz cały szereg, traktowanych po literacku, nagrobków na cmentarzu Łyczakowskim.


 

Przy pomocy palety malarskiej wypowiadały się talent i umiłowania Michała Godlewskiego (był w szkole głównej w r. 1848), Zygmunta Sidorowicza, wybitnego pejzażysty (1855–1857), obu Tepów, Franciszka (1834–1840) i Brunona (1872–1875), Zygmunta Ajdukiewicza (1869–1870), Henryka Grabińskiego, profesora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (1850), Piotra Stachiewicza, znanego twórcy Legend o Matce Boskiej (1869), Pawła Merwarta, który z ojcem nauczycielem muzyki przywędrował do Lwowa z rodzinnej Marianówki w guberni chersońskiej i był w szkole głównej w latach 1863–1864. Wysłany jako malarz przez rząd francuski w celach artystycznych na Martynikę, padł tam ofiarą znanej katastrofy w dniu 8 maja 1902 roku.

Tę grupę uczniów uzupełniają wreszcie mistrzowie Stanisław Kaczor-Batowski (1874) i Julian Fałat, który z Tuligłów pod Komarnem – gdzie ojciec był organistą – przybył w r. 1861 do lwowskiej szkoły głównej, zwanej już wtedy „wzorową”, i nauczyciela swego Karola Kwiecińskiego tak scharakteryzował w pamiętnikach: Srogi pan Kwieciński chodził w słomkowym białym kapeluszu i kraciastych pantoflach. Było to po otwarciu kolei Karola Ludwika.

Wzmiankę o szkole głównej i ówczesnych metodach wychowawczych znajdujemy również w pamiętniku Narcyza Baltazara Pitschmanna, syna Józefa, wybitnego portrecisty. Równo w r. 1800 rozpoczął Pitschmann naukę w lwowskiej szkole głównej, siedział w jej ławach trzy lata, a z pobytu w niej zapamiętał dobrze szczegóły następujące: W siódmym roku wszedłem wprost do klasy drugiej szkoły normalnej niemieckiej. W tej klasie i w trzeciej rózga i dyscyplina na przemian kursowały, a nawet dalej w gimnazjum w trzech klasach, aż do retoryki. W szkole rózga, w domu pasek gruby, półłokciowy do brzytew, tym znowu ojciec karcił swawolę i nieposłuszeństwo dzieci. Kawałek onego już zużyty zachowałem u siebie na pamiątkę i następujący napis położyłem:

 

Ten drogi szczątek paska z tęgiego rzemienia

Ród nasz wysoko ocenia;

Na nim tatko czterdzieści lat brzytwy wecował,

Tym paskiem pięciu synów i córkę wychował.

Pod uroczym działaniem wspomnień dzieciństwa urastało do piękna symbolu – jak świadczy przytoczony czterowiersz – nawet bolesne narzędzie chłosty. Tchnienie sentymentu, romantycznej zadumy i łezka wspomnienia padały nie tylko na delikatne kwiatki zasuszone wśród kartek sztambucha, ale i na szczątek pospolitego rzemienia. W mentalności dawnych ludzi, przywołujących chętnie pod koniec żywota mary wspomnień z lat szkolnych – stawała się chłosta omal że błogosławieństwem, stawała się regulatorem moralności i dobrych obyczajów, czynnikiem jedynym, który swawolne dzieci wyprowadzał na ludzi. Ten przesadny pogląd na rolę wychowawczą patyka czy rzemienia był wynikiem uczuciowego zakłamania, które widzieć kazało we wspomnieniach z dawnego życia szkolnego same blaski, przymykać oczy na cienie i nędzę szkoły lub nawet wprost te cienie i nędzę wyzłacać.

A oto jeszcze jedno wspomnienie z ław szkoły głównej, skreślone ręką Szczęsnego Bednarskiego: Najpierw chodziłem do trzyklasowej szkoły parafialnej przy kościele św. Anny, zostającej wtedy pod kierownictwem znanego profesora śp. Jakuba Czapelskiego. Następnie chcąc się wyżej kształcić potrzeba było przejść do jedynej wówczas we Lwowie szkoły tak zwanej wzorowej, do klasy IV w Ratuszu. Kierownikiem klasy IV był wtedy śp. A. Ficałowicz. Po zapisie zostałem posadzony podobno w trzeciej ławce, drugi z rogu, obok ucznia, który nazywał się Nigruen, bardzo sympatyczny chłopak. W czasie, gdy śp. Ficałowicz zajęty był katalogiem swoim, kolega mój nie przestrzegłszy mnie, że w tej szkole tylko po niemiecku się mówi, sam zaczął mnie po polsku wypytywać: do której szkoły chodziłem, jak się mój profesor nazywał itd. Spostrzegł to śp. Ficałowicz, a wskazując na mnie, ostro zapytał: Nigruen! Wie spricht er mit dir? Kolega mój przestraszony odpowiedział: Polnisch! Herr Profesor!

Mnie oburzyła ta odpowiedź jego, więc natychmiast głośno odrzekłem: Proszę Pana Profesora! On sam zaczął ze mną po polsku rozmawiać! Śp. Ficałowicz, widocznie jeszcze bardziej zirytowany, surowo krzyknął: Du sprichst widerum polnisch!? Heraus, heraus! – Nie zdołałem na to odpowiedzieć, a już jakiś walny chłopak z ostatnich ławek prowadził mnie na ławkę i dostałem za to jedną trzcinkę.

Zawstydzony i rozżalony pomyślałem: Zły początek! – W szkole św. Anny przecież nigdy tego nie doświadczyłem Milcząc niecierpliwie czekałem godziny 11. Wreszcie usłyszałem: „Zum Gebet”!

Po modlitwie zaczęli się wszyscy wybierać do domu, a wtem słyszę: Bednarski! wirst bleiben! Przerażony, znowu pomyślałem: „Macie go, widać jeszcze mu mało”. Usiadłem, ale widzę, że oprócz mnie i inni panicze pozostają.

Wtedy mój „srogi” Pan Profesor zbliża się najpierw do mnie i zaczyna po polsku wypytywać mnie o moje stosunki, a wreszcie zapytuje: „A chciałbyś zostawać na korepetycje, możesz płacić? Odpowiadam, że chciałbym, ale nie mam z czego płacić. Jestem biedny. Na to śp. Profesor Ficałowicz odpowiada: Więc zostawiam cię na korepetycje za darmo, ale pamiętaj, sprawuj się dobrze, ucz się pilnie, a w godzinach szkolnych po polsku nie rozmawiaj!

Z tego wynika, że profesor odczuwał krzywdę moją, więc tak szlachetnie odpłacił mnie za to. Ukarać mnie musiał, bo taki był wówczas system kształcenia młodzieży polskiej. Chciano nas koniecznie zniemczyć, lecz – Bogu dzięki! – nie udało się!

Autor tego wspomnienia zachował na resztę życia tkliwe uczucie przywiązania dla lwowskiej szkoły wzorowej, a uczucie to zamanifestował czynnie. Ceniąc bowiem wysoko szkołę, powodowany uczuciem szczerej wdzięczności dla Czcigodnego Grona, szczególniej dla śp. Ficałowicza – oddał w latach 1891–1903 pięciu swych synów na naukę do tej samej szkoły, zwanej już wówczas szkołą Piramowicza.

Wróćmy do właściwego tematu. Podobnie jak Rafał Maszkowski poświęcił się muzyce również Wilhelm Czerwiński, który kończył szkołę główną w burzliwym roku, gdy na miasto padały pociski Hammer­steina, Czerwiński skomponował wdzięczną operetkę Słowiczek i szereg pieśni, które jak Marsz Sokołów upowszechniły się bardzo szeroko.

Zatrzymuje nas znowu na dłużej katalog z r. 1854 i przykuwa uwagę brzmienie obce, a jednak bliskie – nazwisko Jerzego Bułharyna. Był on synem dobrze zapisanego na kartach dziejów porozbiorowych Jerzego Beg-Bułharyna, który dowodził w powstaniu listopadowym 7 pułkiem ułanów, był naczelnikiem ziemi sanockiej w przygotowywanej ruchawce w r. 1846, wreszcie generałem polskich formacji wojskowych walczących o wolność ziemi Arpada w r. 1848. Jerzy Bułharyn, syn, poświęcił się służbie w austriackiej marynarce, później w piechocie i zmarł jako podpułkownik w r. 1913.

Ale wspomnieniom jeszcze nie koniec. Wróćmy do nazwisk „z całego świata”.

Henryk i August hrabiowie Castiglioni, uczęszczający do lwowskiej szkoły głównej w latach 1796 do 1799, byli synami radcy gubernialnego. O ile nie znane są nam koleje życia Augusta, o Henryku wiemy to, że poświęcił się karierze wojskowej. Po jej szczeblach szedł szybko w górę i w r. 1846 widzimy go na stanowisku komendanta Krakowa. W dwa lata później, w roku walk wolnościowych, dowodził Castiglioni 27 kwietnia wojskiem hulającym po ulicach. Otrzymawszy postrzał w policzek czcionką drukarską, cofnął się na Wawel, by bombardować miasto. Prócz niewielkich jednak uszkodzeń kościoła Mariackiego, większych strat z powodu bombardacji Kraków wówczas nie poniósł.

Na dwa lata przed tym występem Castilioniego odegrał inny uczeń lwowskiej szkoły głównej wybitną, acz krótkotrwałą rolę w ruchu rewolucyjnym Krakowa w r. 1846. Jan Tyssowski urodził się w r. 1811 w Tarnowie. Tam jego ojciec pracował w urzędzie obwodowym, po czym przeniesiony został do Lwowa, zajął w gubernium posadę tłumacza. Jan Tyssowski, obdarzony umysłem wrażliwym, uległ łatwo urokowi patriotycznej i spiskowej roboty. W 1831 roku uciekł w dzień swych imienin do Zamościa, gdzie wstąpił do artylerii i odbył całą kampanię. Po powstaniu wstąpił na wydział prawniczy na uniwersytecie lwowskim, wydalony stąd jednak, kończył studia we Wiedniu. Tu był przez jakiś czas praktykantem konceptowym, po czym wróciwszy do kraju, zajął zrazu miejsce sekretarza u Władysława ks. Sanguszki, później rządcy w dobrach hr. Kuczborskiego w Krakowie. Wciągnięty w wir rewolucyjnych spiskowań, wymowny i wykształcony, łatwo zjednywał sympatię ludzi z nim współdziałających. Obwołany 23 lutego 1846 r. dyktatorem Krakowa, dzierżył władzę przez trzy dni.

Po upadku rewolucji krakowskiej wyjechał do Ameryki, gdzie w r. 1857 zmarł w Waszyngtonie.

Nazwisko Tyssowskiego widnieje w rubrykach katalogu w latach 1818–1819. Z nazwiskiem tym spotykamy się też kilkakrotnie na kartach „złotej księgi”.

Był też Lwów kolebką, a szkoła główna pierwszą mistrzynią dla mało znanego poety austriackiego:

Karol Draecksler, syn urzędnika, urodzony w r. 1806 we Lwowie, był w r. 1815 uczniem III klasy szkoły głównej. Gimnazjum kończył w Pradze, uniwersytet w Wiedniu, po czym poświęciwszy się literaturze, wydał kilka tomików poezji i redagował w Darmsztadzie czasopismo „Rheinisches Taschebuch”. W literaturze austriacko-niemieckiej znany był pod mianem Manfred Draecksler. Biograf poety zaznacza, że na pierwszym wychowaniu chłopca zaciążyły wpływy polskie, z których jednak po wyjeździe do Pragi i Wiednia łatwo zdołał się otrząsnąć.

Egzotyczność nazwisk „z całego świata” znika około 1830 roku z katalogów szkolnych, bo znikać zaczyna powoli i z gruntu galicyjskiego. Tych dziwnych Niemców-awanturników i obieżyświatów o włoskich, francuskich czy holenderskich nazwiskach już w Galicji nie stało. Ich miejsce zajęli również synowie Germanii, ale jakże inni od swych poprzedników. Posada w Galicji nie jest już dla nich jedynie wyprawą po złote runo. Do miejsca pobytu przywiązują się szczerze. Niektórzy miłością i duszą egzaltowaną wrastają w organizm narodu, do którego poprzednicy odnosili się wrogo. Legenda i romantyczny urok czerwonej czapki rogatej wciska się przemożnie i władnie do biedermeierowskiego zacisza ich domu. Odtąd młody Wilhelm, Herman czy Fryc odda nierzadko całą duszę, krew i życie nowej przybranej ojczyźnie, jak to uczynił Józef Reitzenheim, który na ławie szkoły głównej siedział w r. 1817. Była to – pisze o nim biograf – jedna z tych pięknych postaci, których tyle rok 1831 wprowadził na widownię dziejową. Syn cudzoziemca, wysokiego urzędnika administracyjnego, przejęty wielkością naszej sprawy i pełen admiracji dla narodu pragnącego wywalczyć sobie niezależność – rzucił wszystko: rodzinę, stanowisko spokojne i opromieniowane dobrobytem, przyszłość pełną blasku w służbie rządowej i ruszył na pole walki, aby bić się za naród, którego synem wprawdzie nie był, ale który synowską ukochał miłością. Reitzen­hein zaciągnął się do 5 pułku ułanów i odbył całą kampanię 1831 roku, walcząc pod Grochowem, Wielkim Dębem, Ostrołęką, Mińskiem, Rudkami, Międzyrzeczem, Opolem, Józefowem i Borowem, za co otrzymał złoty krzyż wojskowy polski. Po upadku powstania osiadł na emigracji w Paryżu, służąc piórem sprawie i kulturze polskiej, zaprzyjaźniony z Juliuszem Słowackim.

Około roku 1840 wystąpiła na kartach katalogu szkoły głównej nowa seria nazwisk Bauerów, Buzathów, Dosów, Andersów, Franców, Getritzów, Hawranków, Hornungów, Jahlów, Kisielków, Lickendorfów, Majerów, Mozerów, Musilów, Questów, Hammerów, Prochasków, Riedlów, Schubuthów, Schumanów, Starków, Stronerów, Winklerów i tylu tylu innych. Brzmienie ich obce jest wprawdzie, niemniej należą te nazwiska do ludzi czcigodnych, ojczyzny synów najlepszych, rodzinnego miasta światłych obywateli.

Od katalogów sędziwej szkoły lwowskiej oderwać się trudno, bo szare stronice acz ciche, mówią wiele, kryją skarb nazwisk dobrze znanych, trudnych do zapomnienia. Przerzucamy dalsze karty i z zimnych rubryk wydzierają się ku nam wymowne i czcigodne nazwiska. Przesuwają się cienie Władysława Gubrynowicza, światłego księgarza, Szczęsnego Bednarskiego, zasłużonego Guttenberczyka, Bronisława Komorowskiego, autora dramatów historycznych, literatów Tadeusza Czapelskiego, Edwarda Siedlaczka (Zorjana) i Mariana Gawalewicza, tak dobrze zapisanego w dziejach beletrystyki polskiej, przesuwają się cienie historyka-felietonisty Stanisława Schnuer-Pepłowskiego, profesora Józefa Kallenbacha i ojca jego Henryka księgarza, cienie prezydenta Lwowa Godzimira Małachowskiego, serdecznego przyjaciela młodzieży i twórcy popularnego parku doktora Henryka Jordana, pierwszego naczelnika Sokolstwa Antoniego Trzaski-Durskiego, w końcu uczonego wielkiej pracowitości i miary, Morskiego Oka żarliwego obrońcy – Oswalda Balcera. Z pobliskiego Chodorowa pochodził, a w latach 1867–68 zaprawiał w lwowskiej szkole ratuszowej rękę do pióra, przy pomocy którego tak świetnie pomnożył później skarb polskiej nauki.

Przesuwają się przed nami znane i darzone ogólnym szacunkiem postacie obu Bruchnalskich: Wilhelma, historyka literatury, i Kazimierza, zasłużonego wizytatora szkolnego, postacie doktorów Roberta ­Questa i Wincentego Czerneckiego, profesora Zbigniewa Pazdry i redaktora – prezesa Bronisława Laskownickiego.

A niby złota, kunsztownie cyzelowana klamra wiąże i spina ogniwa nazwisk czcigodnych słusznie w wolnej Ojczyźnie wywyższone nazwisko Leopolda Staffa.

  Leopold Staff

 

Ze starej, nieistniejącej już dziś jednopiętrówki przy ulicy Skarbkowskiej, z pobliża nastrojowego zaułka koło Katedry Ormiańskiej – wychodził w latach 1884–1888 codziennie przed godziną 8 rano mały Poldek z tornistrem uczniowskim i przez Grodzickich pomykał na ulicę Ormiańską, gdzie w stylowej kamienicy, zdobnej bogatą płaskorzeźbą, mieściła się szkoła. W ciemnych oczach chłopca odbijał się już wówczas bogaty świat marzeń i przedziwnych zamyśleń. Tym marzeniom chłopięcym i latkom szczęśliwym, spędzonym w szkole ludowej, poświęcił Staff prześliczny sonet Dzieciństwo:

 

Poezja starych studni, zepsutych zegarów,

Strychu i niemych skrzypiec pękniętych bez

                                                                grajka,

Zżółkła księga, gdzie uschła niezapominajka

Drzemie – były dzieciństwu memu lasem czarów…

 

Zbierałem zardzewiałe, stare klucze… Bajka

Szeptała mi, że klucz jest dziwnym darem darów,

Że otworzy mi zamki skryte w tajny parów,

Gdzie wejdę – blady książę z obrazu Van Dycka.

 

Motylem potem zbierał, magicznej latarki

Cuda wywoływałem na ściennej tapecie

I gromadziłem długi czas pocztowe marki…

 

To było to, jak podróż radosna po świecie,

Pełne przygód odjazdy w wszystkie świata

                                                                części…

Sen słodki niedorzeczny, jak szczęście… jak

szczęście…