Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Maria Mokrzycowa, WSPÓŁŻYCIE Z ŻYDAMI WE LWOWIE W CZASIE II WOJNY

Urodziłam się we Lwowie i mieszkałam tam do 1944 roku. Rodzina moja była patriotyczna i religijna. Miałam szczęście, że chodziłam do szkoły im. Adama Asnyka przy ul. Sakramentek i była ona tzw. ćwiczeniówką Uniwersytetu Jana Kazimierza. Niestety już nazwisk nie pamiętam. Pamiętam za to naszego katechetę księdza Stanisława Bizunia, który był sekretarzem abp. Baziaka i uczył nas religii. W czasie okupacji sowieckiej ks. Bizuń uczył w domu moich rodziców i przygotowywał młodzież do sakramentu bierzmowania. Niestety łączyło się to z opłacaniem dozorcy Ukraińca. Po wojnie, gdy mieszkałam już w Krakowie, mieście moich dziadków ze strony ojca, udzielił mnie i mojemu mężowi ślubu. Kończyliśmy wtedy studia.

W pierwszej klasie szkoły podstawowej poznałam moją najlepszą koleżankę Bożenkę Kremerównę. Była to przechrzczona Żydówka, nadzwyczaj dobry i szlachetny człowiek. Ponieważ byłam szalenie nieśmiała, rodzice poprosili Bożenkę, aby się mną zaopiekowała, więc czyniła to z wrodzoną sobie energią. Nasza wielka przyjaźń trwała prawie zawsze. Nasi rodzice też się przyjaźnili.

Miałyśmy ukochane pieski foksterierki i biegałyśmy z nimi po Kaiserwaldzie. Miałyśmy piękne lalki z ulicy Halickiej i hulajnogi. Ks. Bizuń zaszczepił w nas zwyczaj robienia ukwieconych majowych ołtarzyków z Matką Boską. Wybuch wojny zabrał nam to piękne dzieciństwo.

We wrześniu 1939 roku naszych ojców nie było, bo byli w wojsku, a Bożenka z matką często przebywała u nas. Pamiętam, jak płonęła fabryka wódek Baczewskiego na Zamarstynowie. Byłyśmy z Bożenką i matkami na Kaiserwaldzie i obserwowałyśmy ten pożar. Była noc, a jasno jak w dzień.

Ok. 22 września 1939 r. wkroczyli do Lwowa sowieci. Szli ulicami tyralierą, a karabiny nieśli wycelowane do okien po przeciwnej stronie ulicy. Gdy ktoś się zbliżył do okna lub nawet drgnęła firanka, strzelali. U nas w kamienicy mieszkał sędzia, którego żonę tak zabili. On wtedy z rozpaczy zwariował.

Powróciłyśmy do szkoły. Gdy w nocy słyszeliśmy warkot silników, wiedziałyśmy, że to wywózka do Rosji. Wielu koleżankom zabrali bliskich. Żyło się w ciągłym strachu. Pamiętam, że mama raz zapytała oficera sowieckiego, który mieszkał u nas w kamienicy – Skąd wy tak wiecie, kogo wywozić do Rosji? Odpowiedział: Jewreje dają nam dokładne listy.

W tym czasie do Lwowa przyjechało mnóstwo sowietów wraz z rodzinami. Zajmowali najpiękniejsze mieszkania. Gdy Niemcy rozpoczęli wojnę z Rosją, wszystkim sowietom udało się ewakuować, bo na dworcach stało bardzo dużo wagonów przygotowanych na wywózkę Polaków do Rosji. Po ucieczce Sowietów wszyscy ludzie ru­szyli do kościołów dziękować za uwolnienie z niewoli sowieckiej. Sowieci opuszczając Lwów wymordowali wszystkich więźniów w przepełnionych więzieniach.

Po wkroczeniu Niemców wiele się nie zmieniło. Jednak okrucieństwo nadal trwało. Powstała ukraińska milicja, która doskonale pomagała Niemcom. Żydzi musieli nosić opaski z gwiazdą i iść do getta. Ojciec poprosił mamę Bożenki, aby nie nosiły opasek i sprowadziły się do nas, a dozorcy płacił za milczenie.

Polska stała się jedynym krajem w okupowanej przez Niemów Europie, w którym za pomoc Żydom Niemcy wykonywali wyroki śmierci. Dotyczyło to nie tylko przechowywania Żydów, ale też wszelkiej pomocy. Było to rozporządzenie generalnego gubernatora Hansa Franka.

Ukrywanie Żydów było trudne. Tylko 15% Żydów umiało mówić po polsku, a poza tym wszyscy byli obrzezani. Nawet dzieci umieszczane w gettach były tam obrzezane.

Bożenka i jej matka zamieszkały u nas, ale nie mogły wychodzić z domu. Żyliśmy bardzo skromnie, bo we Lwowie było ciężko o żywność. Dookoła były wsie ukraińskie. Ukraińcy nie chcieli sprzedawać Polakom żywności. Zimy były ostre, miasto nie miało dostępu do węgla. Ludzie palili rozebranymi parkanami i czym się tylko dało. Bardzo się marzło.

Na początku 1944 roku Niemcy wywieźli z warsztatu mego ojca maszyny, 10 młodych pracowników i ojca do Krakowa, a później dalej do Niemiec. Zapomniałam dodać, że zaraz po wkroczeniu do Lwowa przejęli zakład i dali tam do nadzoru 2 inżynierów niemieckich. Ja z matką pojechałyśmy do Krakowa, gdzie moja babka przed wielu laty wynajęła mieszkanie w gmachu PKO. Bożenka ze swoją matką wyjechały do Warszawy. Niestety gdy wybuchło powstanie, matka Bożenki była poza domem i spotkały się dopiero po wojnie. Znajomi sąsiedzi wzięli Bożenkę do powstania. Była ciężko ranna. Kanałami wydostano ją z Warszawy, ale niestety Niemcy wzięli ją do obozu koncentracyjnego. W obozie poznała Czecha, który uciekł z nią do Czech i ożenił się z nią. Mieli córkę, ale nie była szczęśliwa. Ta rana z powstania prześladowała ją do śmierci. Miała operację w Pradze. Matka Bożeny prosiła mnie, abym znalazła pisarza Parandowskiego, bo był on krewnym ojca Bożeny. Matce Bożeny chodziło o to, aby on pomógł Bożence się wykształcić, ale ona tego nie chciała. Matka Bożeny pojechała do Czech i wkrótce zmarła. Ja utrzymywałam z Bożenką listowny kontakt. Później pisanie po polsku sprawiało jej trudność, więc telefonowałam. Parę razy pojechaliśmy do niej z mężem samochodem. W 2014 roku w marcu rozmawiałam z nią ostatni raz telefonicznie, a później już nie mogłam się z nią porozumieć. Przypuszczam, że umarła. Było mi bardzo smutno, że się skończyła nasza piękna przyjaźń.

Ojciec mój miał we Lwowie serdecznego kolegę Żyda. Nazywał się Meller, był właścicielem kilku kin. Powiedział on ojcu, że gestapo będzie potrzebowało jakiegoś gmachu na kasyno, a on posiada taki budynek wraz z kinem. Kino nazywało się Marysieńka. Ojciec nie chciał w tym pośredniczyć, ale zapoznał ich ze sobą. Transakcja została zawarta. Meller wiedział, że chce się tam ukryć wraz z rodziną. Upłynął jakiś czas i wybuchła afera jak bomba. Na ostatnim piętrze tego kasyna była sala bilardowa. Znajdowało się tam też radio. Jakiś Niemiec spragniony wieści ze świata słuchał radia. Jakież było przerażenie Niemca, gdy nagle sufit się załamał i spadło na stół pełno Żydów, bo oni też chcieli słuchać wiadomości. Dla mojego ojca był to straszny cios. Był przerażony, ale kierownik tego kasyna popełnił samobójstwo. Co się tam dalej stało, nie wiem.

Każdy medal ma dwie strony. Nie zawsze pomagano Żydom. Raz gdy szłam ulicą Kurkową do domu, zobaczyłam coś strasznego, co niestety na zawsze pozostało w mojej pamięci. Ulica Kurkowa była równoległa do ulicy Łyczakowskiej. Tylko była w górze, bo Lwów miał górzyste położenie. Przy ulicy Kurkowej był gmach „Sokoła”, który był siedzibą „Bractwa Kurkowego”. Była tam duża brama z korytarzem, który wychodził na dziedziniec otoczony skałami. Do tej bramy podjeżdżały ciężarówki, w których były Żydówki z małymi dziećmi na rękach. Zrozpaczone płakały i krzyczały. Ukraińska policja pędziła ich tym korytarzem i biła pałkami. Zapędzano ich na dziedziniec, a potem słychać było strzały. Stałam z grupą ludzi, byliśmy przerażeni. Podeszło do nas kilku ukraińskich milicjantów i rozpędzili nas kolbami karabinów. Źle się poczułam i jacyś ludzie odprowadzili mnie do domu.

Do końca mego pobytu we Lwowie już nie przeszłam tą drogą.

Ze Lwowa wyjechaliśmy do Krakowa w maju 1944 roku.

Wiem, że mimo groźby kary śmierci w całej Polsce pomagano Żydom. Moi rodzice byli absolutnie bezinteresowni. Ojciec mój po powrocie z Niemiec został zamordowany przez sowietów. Materialnie było nam bardzo ciężko. Mama wyprzedawała rzeczy z domu. Brat mój chodził do szkoły, a ja po maturze poszłam na farmację. Dziesięć lat pracowałam w Laboratorium Galenowym. Kierownikiem moim był mgr Kozłowski, który przyjaźnił się z mgr. farmacji Tadeuszem Pankiewiczem. U pp. Kozłowskich bywali różni starzy aptekarze. Wszyscy lubiliśmy słuchać różnych ciekawych opowieści mgr. Pankiewicza i farmaceutek z jego apteki „Pod Orłem”, która się znajdowała w getcie. […]