Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016

Władysław Siemaszko, W UZUPEŁNIENIU DO ROZMOWY…

W uzupełnieniu do rozmowy z p. prof. ­Teresą Wawrzynowicz

Cracovia–Leopolis nr 2 (82), 2015, ss. 26–33

 

W okresie międzywojennym mieszkałem wraz z rodziną we wsi Werba (pow. Włodzimierz Wołyński), gdzie znajdowała się siedziba gminy, w której pracowałem w latach 1938–1939 jako referent wojskowy. Gmina Werba była mi znana nie tylko w wyniku kontaktów z rodziną, która zamieszkiwała w kilku okolicznych miejscowościach, ale również dzięki towarzyskim powiązaniom oraz służbowym obowiązkom, w ramach których jeździłem „w teren”. Również dobrze znałem Włodzimierz Wołyński, w którym mieszkałem podczas okupacji niemieckiej.

Lektura wspomnień P. Profesor to wzruszenia, gdy napotyka się znane miejsca, ludzi i wydarzenia. Wybudziło się w mej pamięci wiele epizodów związanych z podanymi w rozmowie informacjami. Niektóre z nich wymagają uzupełnienia, inne sprostowania.

Na s. 28 CL znajduje się wzmianka o gimnazjum w Madejowie (miasteczko przy linii kolejowej Chełm–Kowel w pow. kowelskim), prowadzonym przez siostry niepokalanki, do którego uczęszczała siostra p. Teresy Wawrzynowicz. (…) W 1939 r., po wybuchu wojny, siostry opuściły klasztor i placówkę szkolną. Wywędrowały do klasztoru niepokalanek w Jarosławiu. Pałac Miączyńskich, siedziba sióstr, został zajęty przez sztab wojsk pogranicznych NKWD. Nie odpowiada prawdzie, że część sióstr i ich przełożona s. Wołowska zostały zamordowane przez Ukraińców – na szczęście sióstr z Madejowa na Wołyniu w czasie rzezi nie było.

Czas aresztowań po wkroczeniu Sowietów do Włodzimierza Wołyńskiego jest mi dobrze znany, bowiem od początku okupacji bytem zaangażowany w konspiracji, do której należeli Polacy z Włodzimierza i okolic. Toteż na podstawie pamięci muszę sprostować, że ksiądz Stanisław Kobyłecki, proboszcz kościoła pojezuickiego we Włodzimierzu Woł. nie został aresztowany – jak uważa Pani Profesor – natychmiast po wkroczeniu Sowietów. Nie byłoby to możliwe choćby z tego powodu, że – jak ustalili Maria Dębowska i Leon Popek (Duchowieństwo diecezji łuckiej. Ofiary wojny i represji okupantów 1939–1945, Lublin 2010, s. 99) – został mianowany proboszczem w październiku 1939 r. W 1940 r., w związku z aresztowaniami od marca 1940 r. członków konspiracji ZWZ, w której brał udział, ukrywał się aż do czasu aresztowania. Data uwięzienia ks. Kobyłeckiego nie zachowała się w mej pamięci, choć na pewno ją znałem, przebywając kilka miesięcy w jednej celi śmierci z Księdzem. Jednakże podana przez wymienionych już autorów M. Dębowską i L. Popka (s. 99 ich ww. pracy), tj. 1 listo­pada 1940 r., też nie jest datą właściwą. Otóż od 1 do 5 listopada 1940 r. w Łucku odbywał się proces 35 członków konspiracji ZWZ z Włodzimierza Wołyńskiego i okolic, w którym byłem oskarżony, tak jak ks. Kobyłecki. Postawienie oskarżonego przed sądem zawsze było poprzedzone długotrwałym śledztwem, polegającym na wielokrotnych przesłuchaniach, trwających nieraz wiele miesięcy. Nie jest więc możliwe, by ks. Kobyłecki tego samego dnia był aresztowany i doprowadzony przed sąd, bo byłoby to sprzeczne z powszechnie stosowaną przez NKWD praktyką, ale też pewnie obowiązującymi w NKWD procedurami. Nękające przesłuchania miały przecież na celu doprowadzenie do stanu psychicznego, w którym podejrzany przyznaje się do popełnienia przestępstwa, a także do wyjawienia wszystkich powiązań. Powierzenie we wrześniu 1940 r. ks. Andrzejowi Gładysiewiczowi obowiązków proboszcza kościoła pojezuickiego (…), opuszczonego przez ks. Kobyłeckiego, może stanowić wskazówkę, że Kuria zdecydowała się na to w związku z aresztowaniem ks. Kobyłeckiego, co ówcześnie oznaczało, że ksiądz nie wróci prędko do swej parafii. W zbiorowym procesie włodzimierskiej grupy konspiracyjnej ks. Kobyłecki otrzymał karę śmierci, to samo spotkało również mnie.

Okoliczności ocalenia ks. Kobyłeckiego podczas masakry więźniów przez NKWD w Łucku byty inne, niż podała Pani Profesor. Po dwóch miesiącach wspólnego w jednej celi oczekiwania na wykonanie kary śmierci zostaliśmy z ks. Kobyłeckim ułaskawieni na 10 lat pobytu w łagrze i dalej razem przebywaliśmy w tzw. celi transportowej, z której mieliśmy być wywiezieni do obozu w Rosji. 23 czerwca 1941 r., w związku z napaścią. Niemiec hitlerowskich na ZSRS, NKWD likwi­dowało więzienie, rozstrzeliwując i rzucając granatami na więźniów zgromadzonych na dwu podwórkach więziennych (…) Ks. Kobyłecki pociągnął mnie za duży metalowy kocioł do roznoszenia posiłków stojący na podwórzu (…) Pociski odbijały się od tego kotła i nic nam się nie stało. Nie jest więc prawdą, że ciało upadającego więźnia ocaliło go od śmierci. (…) Dalszy przebieg wydarzeń po masakrze można przeczytać w moim wspomnieniu Jak przeżyłem masakry w Łucku, zamieszczonym w „Naszym Dzienniku” z 25.08.2009 r.

Podążając za tokiem rozmowy w „Cracovia–Leopolis” z Panią Profesor, wracam do 1939 r. Na s. 29 CL jest wymienione miejsce zamieszkania stryja Pani Profesor – Leona Wawrzynowicza: „wieś Grabina”. Grabina nie była wsią, lecz osadą wojskową założoną w 1921 r. na gruntach będących podczas zaboru we władaniu generała rosyjskiego Dwernickiego. Majątek ten został skonfiskowany przez władze carskie rodzinie Cieszkawskich za udział w powstaniu styczniowym i przyznany Dwernickiemu.

Stryja Pani Profesor znałem osobiście. Leon Wawrzynowicz został mianowany wójtem gminy Werba w kwietniu 1938 r. W tym czasie już byłem urzędnikiem gminy. Leon Wawrzynowicz był nie tylko wójtem, ale wyróżniającym się działaczem społecznym.

15 września 1939 r. na zarządzenie władz o ewakuacji urzędów wyruszyliśmy z Urzędu Gminy parokonną furmanką na wschód we trójkę, tj. wójt Leon Wawrzynowicz, sekretarz gminy Antoni Kościak (był moim wujem) oraz ja. Udawaliśmy się do Włodzimierca (miasteczko w pow. sarneńskim) do brata wójta – księdza Dominika Wawrzynowicza, mając pewność, że zostaniemy tam życzliwie przyjęci. Po dwóch dniach podróży dowiedzieliśmy się o wtargnięciu na Kresy Wschodnie bolszewików. Zawróciliśmy do domu i zaraz potem w Werbie zetknęliśmy się z bolszewikami.

Aresztowanie stryja Pani Profesor Leona Wawrzynowicza nie miało nic wspólnego z minowaniem mostku (s. 29 CL). Incydent z czołgiem sowieckim i miną przedstawiał się zupełnie inaczej, czego bytem świadkiem, obserwując całe zdarzenie przez okna domu będącego na linii walk. Gdy rozpoczęła się strzelanina, leżałem na łóżku z karabinem, który otrzymałem (jak i inni pracownicy gminy) z arsenału złożonego w gminie przez funkcjonariuszy Policji Państwowej, którzy odbierali uzbrojenie ukraińskim dezerterom i dywersantom.

W nocy z 19 na 20 września 1939 r. naprzeciw siebie traktem Kowel–Włodzimierz, przy którym położona była Werba, posuwały się wojska polskie i sowieckie: oddziały Wojska Polskiego z taborami i kolumną sanitarną od strony Kowla, a kolumna wojsk sowieckich od strony Włodzimierza Wołyńskiego. Pierwszy strzał padł z czołgu w kierunku kolumny WP, gdy z bliskiej już odległości (było przecież ciemno, a do tego mgła) sowiecka straż przednia dostrzegła przed sobą przeciwnika. Polacy i Sowieci znaleźli się po obu stronach mostu na rzeczce przepływającej przez wieś, dopływie rzeki Turla. Żołnierze polscy pospiesznie zajęli stanowiska wzdłuż rzeczki i wśród zabudowań wsi, zdążywszy podłożyć minę przeciwczołgową na środku traktu przed mostem, tabory i kolumnę sanitarną wycofano zaś, kierując poza wieś przez bagna w kierunku Ościługu (miasteczko nad rzeką Bug na wysokości Hrubieszowa). Rozpoczęła się bezładna strzelanina z obu stron, bo widoczność z powodu mgły nie była dobra. W tej strzelaninie ucierpiał nasz dom, bowiem pociski z czołgów trafiały w pas pod samym dachem i przebijały się na drugą stronę domu. Czołg, przejechawszy most, z impetem najechał na minę i został całkowicie zniszczony wraz z załogą. Z gwiazdy na wraku czołgu wiadomo było, że to Sowieci, a nie Niemcy, jak początkowo mogło się wydawać. Doszło do walki, trwającej do świtu. Gdy zorientowano się, że Sowieci mają przewagę, oddziały WP wycofały się wzdłuż rzeczki poprzez bagna na zachód, w ślad za kolumnami bagażowymi i sanitarnymi. Rano okazało się, że po stronie polskiej zginęło 11 żołnierzy (miejscowi Polacy pochowali ich we wspólnej mogile obok budynku Gminy), a po stronie sowieckiej 3 czołgistów oraz 10 żołnierzy zmotoryzowanej piechoty. Jeden czołgista leżał w naszym ogrodzie, a dwaj pod naszym płotem. Zwłoki żołnierzy sowieckich pospiesznie usunięto i wywieziono do Włodzimierza Wołyńskiego.

Na drugi dzień po walce aresztowano kilku Polaków, w tym osadników wojskowych (Józefa Bartosika, Jana Buwaja, Emila Jankowskiego, Longina Nowickiego), których miejscowi Ukraińcy fałszywie oskarżyli o udział w nocnej walce. Umieszczono ich w więzieniu we Włodzimierzu. Być może, że wójt Leon Wawrzynowicz był wtedy aresztowany, tego sobie nie przypominam, mogło to być też później w 1939 r., podczas fali aresztowań polskich elit – urzędników, działaczy społecznych (wójt również w tej roli się odznaczył), policjantów, wojskowych, ziemian, przedsiębiorców, przedstawicieli kultury, itp.

Zgodnie z prawdą opisane są przez Panią Profesor dramatyczne chwile w kościele we Włodzimiercu, atakowanym przez UPA w połowie sierpnia 1943 r., gdzie zgromadzili się uchodźcy polscy z mordowanych w okolicy kolonii pod duchową opieką ks. Dominika Wawrzynowicza (s. 33 CL). Oblężenie świątyni rzeczywiście, jak twierdzi Pani Profesor, co potwierdzają też inne relacje, zakończyło się wycofaniem się Ukraińców na skutek pojawienia się Niemców. Nie miało to natomiast związku z ewakuacją kolonii Stachówka, która po trzech napadach UPA przestała istnieć w czerwcu 1943 r., a jej ludność etapami uległa rozproszeniu i wywózce na roboty do Rzeszy. Jakieś osoby ze Stachówki mogły znajdować się w kościele podczas obrony, ponieważ Włodzimierzec był jedną z kilku miejscowości, do których Polacy uciekali przed UPA. Natomiast pojawienie się Niemców z czołgiem, dzięki czemu przerwane zostało atakowanie kościoła, było najprawdopodobniej spowodowane wezwaniem ich na pomoc przez załogę niemiecką we Włodzimiercu, która była słaba, 6 żołnierzy zabarykadowanych w szkole i niereagujących podczas napadu na kościół. W tym czasie w okolicy Włodzimierca nie było już żadnych polskich zbiorowisk, osiedla polskie byty opuszczone, już wcześniej niektóre zostały ewakuowane pod ochroną Niemców na stacje kolejowe i do Włodzimierca. Ewakuacja Polaków do stacji Rafałówka z niemiecką obstawą wyposażoną w czołg odbyła się po oblężeniu kościoła włodzimierskiego i ocaleniu znajdujących się w nim Polaków.

Wspomnienia Pani Profesor warto jeszcze rozszerzyć o okoliczności śmierci przyjaciół Jej siostry, żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Rodzeństwo Wanda i Leon Szurowscy zginęli na minie zainstalowanej przez partyzantów sowieckich na drodze w okolicy wsi Pereszpa (w pow. lubomelskim, koło wsi gminnej Zgorany), podczas przemarszu części 27 WDP AK na północ w kierunku rzeki Prypeć. Było to nocą z 25 na 26 kwietnia 1944 r. Wraz z nimi zginęło drugie rodzeństwo Jadwiga i Romuald Kuterowie, narzeczeni Szurowskich, a kilku żołnierzy zostało rannych. Rannych zabrano, ale połączone śmiercią rodzeństwa-narzeczeństwa musiano pozostawić na miejscu, tylko przykrywszy ciała kocem.

Dziękuję Pani Profesor, że zechciała podzielić się swymi wspomnieniami, prowokując do pogłębienia wiadomości o faktach z przeszłości. Różne kształty tych faktów powstają po kilkudziesięciu latach i przekazach z różnych źródeł. Kończąc te rozważania zaznaczam, że wójta gminy Werba Leona Wawrzynowicza wspominam jako sprawnego urzędnika, mocno zaangażowanego w służbę publiczną i znakomitego społecznika.