Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016

KULTURA, NAUKA

Jolanta Ciosek

Dawała radość i wzruszenie

Krystyna Feldman w tym roku miałaby 100 lat!

 

Pracowała niemal do końca. Kilka tygodni przed śmiercią w jej macierzystym Teatrze Nowym w Poznaniu odbyła się premiera monodramu I to mi zostało… na motywach opowieści biograficznej

Krystyna Feldman albo festiwal tysiąca i jednego epizodu. Monodram aktorki, która w kameralnej atmosferze, pięknie i prawdziwie opowiadała o sobie i jednocześnie o Polsce. Zmarła w Poznaniu. Miała wtedy 91 lat. Gdyby żyła, w tym roku skończyłaby 100 lat.

 

Nikifor i inne męskie role

Zagrała w ponad 60 filmach, w wielu spektaklach teatru telewizji, stworzyła galerię charakterystycznych postaci, m.in. na deskach teatrów Lwowa, Krakowa, Łodzi i Poznania. Okrzyknięto ją mistrzynią drugiego planu. Po latach doczekała się głównej roli filmowej w obrazie Mój Nikifor Krzysztofa Krauzego, gdzie stworzyła przejmującą kreację tytułowego bohatera. Film został obsypany deszczem nagród na międzynarodowych festiwalach, a Krystynę Feldman uhonorowano m.in. nagrodą za najlepszą rolę na Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni, Grand Prix na Festiwalu w Kijowie, główną nagrodą aktorską na Festiwalu w Karlovych Varach.

O swych męskich rolach tak opowiadała przed laty: Ta męska rola to dla mnie nie pierwszyzna.

W Teatrze Miejskim we Lwowie zadebiutowałam właśnie rolą chłopca w bajce „Kwiat paproci” Potem był jakiś młody Indianin – okropna rola, bo przez wszystkie akty poniewierano mną po scenie: kopano, przewracano, bito, do dziś, psia krew, nie wiem dlaczego. Trafił mi się też jakiś pastuszek, a tuż po wojnie, w powtórnym lwowskim debiucie zagrałam Staszka w „Weselu” reżyserowanym przez Bardiniego. Obecnie gram też męską postać w „Oświadczynach” według Czechowa. Ale proszę nie sądzić, że czuję się specjalistką od męskich ról – do tego daleka droga. Grając Nikifora nie skupiałam się na jego płci. Najważniejsze było dla mnie to, co powtarzam wielokrotnie: nie grać postaci, tylko nią być. Przy „Moim Nikiforze” pracowaliśmy naprawdę ciężko, ale we wspaniałym porozumieniu.

Zależało nam na stworzeniu postaci bliskiej pierwowzorowi, dlatego też musiałam pamiętać o tym, że był trochę koślawy, utykał, miał sztywne palce, a przede wszystkim bełkotał, bo jego język częściowo był przyrośnięty do podniebienia. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy Marian Włosiński, przyjaciel Nikifora opiekujący się nim przez wiele lat, spojrzał na mnie i powiedział „O Boże, mój Nikifor”.

 

Lwów – Kraków – Poznań

Krystyna Feldman zdolności aktorskie zapewne przejęła w genach, urodziła się bowiem w rodzinie znakomitych artystów: matka Katarzyna była śpiewaczką operową i aktorką, a ojciec Ferdynand, wybitny fredrysta – ulubieńcem publiczności teatrów dramatycznych w całej Polsce. Choć pani Krystyna urodziła się we Lwowie, to dzieciństwo i młodość spędziła w Krakowie.

– To moje drugie rodzinne miasto. Mieszkaliśmy przy Kremerowskiej w pięknym, pięcio­pokojowym mieszkaniu pełnym wspaniałych mebli, książek i obrazów, bo tatuś kochał antyki. Nie pamiętam go, bo po jego śmierci mama dzielnie dawała sobie radę. W domu była kucharka i służąca zajmująca się mną i bratem. Pamiętam zabawne zdarzenie z tego okresu: W domu wisiały dwa portrety ojca – jeden przedstawiał go w roli Napoleona, drugi jako diabła Kusego w „Zaczarowanym kole” ­Rydla. Ponieważ ojca nie znałam, to kiedy, jako mały szkrab, zapytałam służącą Wikcię, wskazując na Napoleona: „Kto to?” A ona na to: „Wis, to jest taki cysorz, twój tatuś” – „A kim jest ten drugi?” – dopytywałam. – „Wis, to taki diabeł, też twój tatuś”. Póki mama mi tego nie wytłumaczyła, nie mogłam pojąć, kim tak naprawdę był mój ojciec.

Pierwszego olśnienia teatralnego doznała w Krakowie, gdy matka zaprowadziła ją do Teatru im. J. Słowackiego. Potem doszły kolejne wtajemniczenia, co doprowadziło panią Krystynę na egzamin w Państwowym Instytucie Sztuki w Warszawie, po którym dyrektor Janusz Warnecki zaangażował ją do lwowskiego teatru. – On uwielbiał mojego ojca i sądzę, że zaangażował mnie ze względu na pamięć o nim, a nie z powodu mojego geniuszu. Zobaczył coś małego, chudego o nazwisku Feldman, no i dał angaż. Mama, wówczas aktorka tego teatru, nie chciała uwierzyć, że spotkało mnie takie wyróżnienie. Byłam bardzo szczęśliwa. Niestety niedługo, bo wybuchła wojna.

Po wojnie nie mogła wrócić do Lwowa ani do Krakowa i tak naprawdę przez prawie 30 lat szukała swojego miejsca. Pracowała w teatrach w Katowicach, Łodzi, Szczecinie, Opolu i Krakowie, by na stałe zostać w Poznaniu. Grała tam w dwóch teatrach – Polskim, a potem Nowym aż do śmierci. Tam też jest pochowana w Alei Zasłużonych na cmentarzu Miłoszowskim. Ma też w Poznaniu swój zaułek – mała uliczka za teatrem Nowym została nazwana jej imieniem.

Miała wielu przyjaciół, ale w miłości nie była szczęśliwa. Większość życia była sama. Po śmierci męża nie związała się z nikim – Nikt mnie nie zainteresował – ucinała krótko temat. Nie miała dzieci.

Całe życie poświęciła pracy – teatrowi, o którym mówiła, że jest zazdrosnym kochankiem. Koledzy z teatru mówili o niej, że była antygwiazdą, nikogo ani niczego nie udawała, jeździła tramwajami, rozmawiała z przygodnie spotkanymi wielbicielami jej talentu.

 

Życzliwie uśmiechnięta

Krystyna Feldman ma w swoim dorobku wiele postaci charakterystycznych. Jej filmowym debiutem była rola dewotki w Celulozie Kawalerowicza, gdzie stworzyła postać obdarzoną silnym rysem komediowym. Ten typ bohaterek przyszło jej grać jeszcze wielokrotnie, m.in. w scenicznej wersji Głosu z tamtego świata Różewicza. Jej vis comica wykorzystano m.in. w takich filmach jak: Kapelusz pana Anatola, Ogniomistrz Kaleń czy Lalka. Zagrała też w serialach: Kapitan Sowa na tropie, Stawka większa niż życie, Plebania, Ogniem i mieczem, Stara baśń czy kontrowersyjnym Świecie według Kiepskich.

Myślę, że zarówno w kinie jak i teatrze, udaje mi się dawać ludziom to, czego najbardziej potrzebują: śmiech i wzruszenie. Przeszłam przez wiele teatrów, m.in. w Katowicach, Opolu, Jeleniej Górze, Łodzi, no i oczywiście w Krakowie, gdzie grałam w Teatrze Ludowym za dyrekcji Ireny Babel i Waldemara Krygiera. Aktor nie może zasiedzieć się w jednym miejscu, bo jak mówił mój przyjaciel Aleksander Bardini: kiepski aktor koniecznie chce zmienić dyrektora, a dobry aktor zmienia teatry – mówiła aktorka podczas ostatniej rozmowy, kiedy dochodziła do zdrowia po bandyckim napadzie.

Wtedy też przekonała się, jak bardzo jest lubiana. Dziesiątki listów, wyrazów sympatii, kwiaty.

To prawda, spotykałam się właściwie przez całe moje życie z ludzką dobrocią i życzliwością. Nawet jeśli niekiedy zdarzały się wobec mnie jakieś uszczypliwości, to zawsze starałam się to w żart obrócić. Kiedyś przypadkiem usłyszałam rozmowę aktorek: – Ta Feldman gra wszystko. Ciekawe jak ona sobie to załatwia. – Sypiam ze wszystkimi kierownikami produkcji – odrzekłam, przechodząc obok osłupiałych koleżanek. W każdej sytuacji staram się być życzliwie uśmiechnięta.

O jej aktorstwie celnie napisał Maciej Maniewski w „Kinie”: Jest mistrzowską odtwórczynią znaczących epizodów – postaci ekscentrycznych, rodzajowych czy wręcz dziwacznych. Bardziej określa ją zewnętrzność niż osobowość czy skala przeżyć. Nigdy nie broniła się – bo nie mogła – przed dosadnością swoich typów. I tylko nie lada kunszt aktorski i oryginalność sprawiły, że te drugo- i trzecioplanowe drobiazgi od początku zwracały uwagę widzów.

Największą popularność przyniosła jej rola babki Rozalii, teściowej Ferdynanda w serialu Świat według Kiepskich. O aktorce mówił Andrzej Grabowski, serialowy Ferdek: Była kobietą pełną uroku, ale i stanowczą; potrafiła zejść z planu, nakrzyczeć, jeśli nie odpowiadała jej koncepcja jakiejś sceny.

Była uparta, ale zawsze w słusznej sprawie. No i lubiła czasami zapalić papierosa, co starałem się zwalczać. Niektórym wydawało się, że jest dziwaczką, bo prowadziła swoisty styl życia: mieszkała samotnie, nie gotowała, nie miała nawet lodówki. Ale dla mnie nie było w tym nic dziwnego. Była najnormalniejszą kobietą: szczerą, otwartą, wręcz wylewną, świetną i wymagającą aktorką. Wszyscy ją uwielbiali.

 

„Światła, które nie gasną”

Trudno wyobrazić sobie lepszy prezent od Krystyny Feldman dla jej publiczności w setną rocznicę urodzin artystki. Otóż w ub. roku spadkobiercy aktorki skontaktowali się z Teatrem Nowym i poinformowali o odnalezieniu rękopisu Świateł, które nie gasną przy porządkowaniu pamiątek.

Teatr wykupił prawa do tego dzieła. Wspólnie z Wydawnictwem Miejskim przygotowuje wersję książkową, które ukaże się w tym roku – powiedział Michał Pabian, dramaturg Teatru Nowego.

Kiedy rozmawiałam z panią Krystyną po raz ostatni, powiedziała, że na zakończenie swojej kariery najchętniej zagrałaby Papkina w Zemście. I było to możliwe. Miała niebywałe poczucie humoru, o czym świadczą jej słowa: Wiadomo było, że jak jakaś wściekła dewotka, wścibska sąsiadka, straszna nauczycielka jest potrzebna, to pod ręką jest Krystyna Feldman. Teraz troszkę się zmieniło, bo zeszło mi na zwariowane staruszki albo jakieś dobre ciocie, babcie.