Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017

MOWA NASZA OJCZYSTA


Pomysłowa, jak zwykle, redakcja „Gazety Lwowskiej” zaproponowała w swym numerze bardzo ciekawą i potrzebną akcję. W apelu zatytułowanym Mowa nasza ojczysta zwrócono się z jednej strony do Mądrych Profesorów, z drugiej do Czytelników o wspólną pracę nad poprawą naszej polszczyzny i kultury języka.

 

Idea świetna, bo taka terapia przyda się wszystkim Polakom. Polszczyzna psuje się zarówno po tej, jak i po tamtej stronie granicy. Powody są oczywiście różne, byłoby atoli jeszcze gorzej, gdyby Polacy z tamtej strony do własnych problemów językowych (a wynikłych  z ponad półwiekowego wpływu ruszczyzny w jej rożnych odmianach) dodali nadwiślańską degradację ojczystej mowy i jej kultury.

Niebezpieczeństwo jest całkiem realne, bo Polacy we Lwowie, Wilnie czy Grodnie słuchają przez telewizje i radio głównie gwary warszawskiej i chcąc nie chcąc traktują ją jako językową normę.

Nie chcemy przez to powiedzieć, że krakowska polszczyzna błyszczy poprawnością (bynajmniej!), jest jednak mniej agresywna i sama poddaje się – przez te media – warszawskiemu wpływowi.

Wprawdzie nie grozi nam w Krakowie wymawianie pojechaly lub zrobylyśmy, natomiast rozpowszechnia się akcentowanie zrobiliśmy zamiast zrobiliśmy, nie mówiąc o takich koszmarach jak Ameryka, czy jeszcze straszniej Waszyngton (zamiast Ameryka, Waszyngton). Językoznawcy wybaczą nam brak fachowych wyjaśnień, ale na pewno zrozumieją, o co chodzi, choć nie wiemy, czy nasze utyskiwania podzielą. Zauważyliśmy bowiem u nich tendencję do akceptowania niemal wszystkiego, co ludek wymyśli, choćby to urągało polskiej tradycji językowej.

Na szczęście nie wszyscy prezenterzy TV i spikerzy radiowi tak mówią (choć u młodszych jest to coraz powszechniejsze – czy nikt ich nie uczy poprawnej mowy?), ale na ogół trudno się słucha ich rozmówców – tych tak zwanych „zwykłych ludzi”. Osobny rozdział to sprawozdawcy sportowi – czy nie mogliby brać przykładu z Bohdana Tomaszewskiego?

Żeby było śmieszniej, rozpowszechnia się równocześnie – czyżby powrót do wspólnego języka z Czechami? – akcentowanie pierwszej zgłoski, szczególnie jeśli chodzi o to, by wypowiedź wypadła dobitnie: „Dokąd jedziesz? – Do Krakowa” albo „Kupiłeś mi gazetę? – Zapomniałem”. Innym problemem jest narzucanie przez Warszawę wyrażeń albo form rodem z tamtejszej gwary.

U nas, w całej Małopolsce, małe czarne leśne jagódki to były zawsze borówki, a czerwone – brusznice (na Wschodzie gogodze). Dlaczego mamy teraz mówić na te pierwsze czarne jagody, a na te drugie borówki? Co gorsza, wydawane obecnie słowniki, poradniki itp. wychodzą przeważnie spod piór warszawskich, a ci bez skrupułów stosują swój język domowy. Dlaczego ładna polska nazwa grysik ma być wypierana przez przedziwną kaszę mannę? Scyzoryk sam się otwiera (proszę wybaczyć to gwarowe wyrażenie), gdy już nawet przewodnik po Lwowie mówi o lwowskim zabytkowym centrum – starówka! Starówkę niech sobie mają w Warszawie, a we Lwowie jest zawsze stare miasto.

Osobny koszmar to „aki”: dzieciaki, starszaki, a nawet „dąbrowszczaki”. Jest to zakorzeniony w warszawskim żargonie rusycyzm i całej Polsce narzucany. Pisał już o tym przed wojną świetny lwowski literat w książce Na końcu języka, Stanisław Wasylewski. Rozdział nazywa się Ako-mania.

Nieszczęsne rusycyzmy zakorzeniły się szeroko i głęboko w ostatnich 50 latach w mowie Polaków na Ziemiach Wschodnich, trudno się temu dziwić. Nie wszystkie z nich są łatwe do zwalczenia: jak wyplenić te, które stanowią o stylu wypowiedzi, składni? Ale może nietrudno poprawić słownictwo, stosowanie przypadków, niektóre zwroty np. taki: on pracuje nauczycielem (zamiast: jako nauczyciel) albo pomnik Mickiewiczowi (zamiast: Mickiewicza). Tego jest sporo.

Na koniec mała pretensja do Polaków za wschodnią granicą. Skoro czują się Polakami i cenią sobie polską historię i kulturę, dlaczego tak często nadają swoim dzieciom imiona, które z naszą tradycją nie mają nic wspólnego: Borys, Rusłan, Swietłana? Rozumiemy niegdysiejszy nacisk na rusyfikację, dobrze rozumiemy problemy mieszanych rodzin, co więcej, zdajemy sobie sprawę, że stosowanie czysto polskich imion może być z takich czy innych powodów niezręczne. Ale są przecież imiona uniwersalne, znane i stosowane w kulturze zachodu i wschodu: Jan, Andrzej, Antoni Tadeusz, Anna, Barbara, Zofia, Marta, Stefan – do wyboru, do koloru. To jest przecież także nasza mowa ojczysta.