Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017

Mieczysław Orłowicz, WYCIECZKA NA CZARNOHORĘ

 

Zbiorowej wycieczce AKT w okresie 1906 r. w pasmo Czarnohory, która odbyła się od 2 do 5 czerwca, w czasie Zielonych Świąt, poświęcam ustęp nie tylko dlatego, że była to pierwsza większa i ciesząca się dużą frekwencją wycieczka AKT w ogóle, ale przede wszystkim dlatego, że była to najbardziej humorystyczna wycieczka, jaką kiedykolwiek urządzałem. Wszystkie szczegóły do dziś, po upływie 50 lat, pamiętam. Wycieczka ta należała do najweselszych, jakie zorganizowałem, i muszę wskutek tego poświęcić jej cokolwiek obszerniejsze wspomnienia. Uczestnicy jej urządzili klasyczny popis, jak nie należy ekwipować się na wycieczkę i jak nie należy się na niej zachowywać.

Zaznaczę tutaj, że Czarnohora była jedynym pasmem Wschodnich Karpat, które w okresie kiedy organizowaliśmy Akademicki Klub Turystyczny, a zatem w roku 1906, miało już pewne zagospodarowanie turystyczne w postaci dwóch schronisk, a mianowicie na Zaroślaku, polanie w dolinie Prutu, poniżej Howerli, a kilka km powyżej końcowej stacji kolejki leśnej prowadzącej z Worochty na Zaroślak. Drugie schronisko, niemal legendami otoczone, bo mało kto do niego docierał, stało na Poliwnym, daleko na zachód od Popa Iwana, końcowego szczytu Czarnohory. Dla tego pasma gór istniał wydany drukiem Przewodnik wydany przez Oddział Czarnohorski Towarzystwa Tatrzańskiego w Kołomyi. Oddział opiekował się turystyką w tym rejonie już od roku 1876, tj. od czasu swego powstania.

W początkach XX w. jego prezesem, z którym stykałem się bardzo często i którego bardzo szanowałem za jego zasługi i pracę w dziedzinie ożywienia turystyki w tutejszym terenie, był emerytowany major wojsk austriackich, zamieszkały w Kołomyi, Hoffbauer, sekretarzem zaś, bardzo ruchliwym, znacznie młodszym od prezesa, nauczyciel gimnazjum w Kołomyi, Henryk Gąsiorowski, późniejszy prezes Oddziału i znany w Polsce autor znakomitego i bardzo dokładnego przewodnika w dwóch tomach po Wschodnich Karpatach.

Ale nie uprzedzajmy faktów. Już dwa tygodnie przedtem podałem w pismach lwowskich, głównie w „Słowie Polskim” i westybulach Uniwersytetu, Politechniki oraz wyższych szkół fachowych, ogłoszenie o organizowanej na Zielone Święta czterodniowej wycieczce w pasmo Czarnohory. Ogłosiłem, że nocować będziemy w kolibach huculskich, gdyż schronisko na Zaroślaku leży za nisko, schronisko na Poliwnym za daleko. W odróżnieniu od wycieczek jednodniowych, na których frekwencja była niezbyt duża, na tę wycieczkę, ku memu zdumieniu, a do pewnego stopnia i przerażeniu, zgłosiło się aż 65 kolegów. W dodatku wszyscy okazywali niebywały zapał, a kiedy wypytywałem ich o ekwipunek, oświadczyli, że wprawdzie nie mają wszystkiego, co trzeba, ale jakoś sobie poradzą. Widząc tak wielką liczbę chętnych zwołałem na dwa czy trzy dni przed wyruszeniem na wycieczkę zebranie informacyjne w jednej z sal Politechniki, zaznaczając w ogłoszeniu o zebraniu, że obecność uważam prawie za obowiązkową, aby uniknąć nieodpowiedniego wyekwipowania.

Od tego zebrania zaczęły się wesołe incydenty związane z tą wycieczką. Przede wszystkim okazało się, że w posiedzeniu wzięło udział 40 kolegów, reszta zaś uważała się za tak znakomicie zorientowaną w zagadnieniach ekwipunku turysty górskiego, iż przyjście na zebranie uważała za zbyteczne. Na początek zapytałem obecnych, kto z siedzących na sali jeszcze nigdy nie był w górach. Okazało się, że prawie wszyscy i prawie wszyscy są zupełnymi nowicjuszami.

Zacząłem tedy od tego, że przedstawiłem im rozmaite części ekwipunku i dawałem rady, co jest najbardziej praktyczne. W pierwszym rzędzie zwróciłem uwagę na plecaki, jako najbardziej wygodne do przenoszenia prowiantu i okrycia. Dodałem jeszcze, a była to już pora, kiedy sprowadziliśmy raz czy drugi z Wiednia bądź z Innsbrucku partię plecaków, że kilka plecaków pozostało w rezerwie i można je nabyć w Klubie po 6 koron za plecak. Rzeczywiście paru kolegów kupiło je i nie żałowali tego. Ale dla wszystkich jednak nie starczyło. Zresztą większość odnosiła się do tej sprawy wręcz nieżyczliwie. Imieniem tych oponentów zabrał głos kolega Święcki, student weterynarii, młodzian atletycznej budowy, który powiedział, co następuje: Kolego, jeśli sądzicie, że ja z walizką nie potrafię wejść na Howerlę, to mnie nie znacie! I pokazał mi swoje wspaniałe muskuły. Tego samego mniemania byli jeszcze dwaj inni koledzy. Zabrali oni ze sobą walizki na czterodniową turę po 30 km dziennie w górach. Trzeba na ich chwałę powiedzieć, że wytrzymali tylko dwie doby, a ze szczytu Howerli zeszli na Zaroślak z tymi walizami do kolejki i wrócili do Worochty, gdyż żyły w rękach mieli naciągnięte. Szczególnie zniszczyła ich Howerla ze swoją wysokością 2058 m.

Następnie dyskusja zeszła na buty. Kandydatami na Czarnohorę nie byli bywalcy tatrzańscy, którzy by mieli porządne buty turystyczne. Ci mieli przeważnie płytkie buciki spacerowe, dobre na ulice Lwowa, ale nie nadające się w góry. Kilku ustrzeliło mnie wiadomością, że zabiorą ze sobą kalosze z ich śliską i gładką podeszwą gumową. Jeden stwierdził, że do chodzenia po górach nie ma lepszego obuwia jak kierpce góralskie w delikatnym i filigranowym wydaniu, coś w rodzaju pantofli porannych z cieniutkiej skóry i bez obcasów, które sprzedawał bazar wyrobów krajowych po 90 centów od pary. Kierpce te mogły się nadać na występy w balecie, ale nie chodzenie po lesie, a tym bardziej po górach. W moich oczach wadą tych kierpców była śliskość podeszwy i jej cienkość, przez którą odczuwało się każdy kamień. Ale najwięcej krytyków znalazło się pośród zwolenników butów z cholewami, których wielu z nich używało do polowania w okolicach bagnistych. Twierdzili oni, że mają znakomite buty ze skóry juchtowej i wypróbowane jako nieprzemakalne. Z ciężkim sercem zgodziłem się na buty z cholewami, ale nie bardzo godziłem się na kalosze, na płytkie buciki, na pantofle w postaci kierpców i na pantofle poranne plecione z łyka.

Howerla

 

Przeciwnicy plecaków zapowiedzieli, że swoje prowianty i drobiazgi zawiną jedynie w koce, przewiązując szpagatem na krzyż, inni natomiast wezmą prowianty po prostu do worka, który będą nosili na plecach, a jeszcze inni byli entuzjastami waliz. A jeden tak lekceważąco odnosił się do gór, iż powiedział, że prowiant swój owinie w gruby papier z głowy cukru (w takiej postaci sprzedawano wówczas cukier). Przypominam, że papier ten był z jednej strony szary, z drugiej zaś, zewnętrznej, czarny i błyszczący. Na moją propozycję, aby o ile możności zabrać gumowe peleryny, a kto ich nie ma, to gumowe płaszcze, kilku odpowiedziało, że im zupełnie wystarczą koce, którymi będą się w nocy przykrywać, a w dzień wiązać na krzyż szpagatem i używać jako okrycia dla swoich drobiazgów i prowiantów. Wybijałem im jak mogłem z głowy te nonsensy, ale nie znalazłem posłuchu.

Ciągle mi przeczono, zaczynając od słów: Nie znacie mnie, kolego, nie wiecie, jakie mam walory. Rzeczywiście, nie znałem, ale muszę powiedzieć, że w Czarnohorze walory owe zobaczyłem z jak najbardziej humorystycznej strony.

Gdybym miał scharakteryzować tę wycieczkę, to musiałbym przypomnieć anegdotkę o dwóch wybitnych posłach galicyjskich, którzy niegdyś pojechali w deputacji do centralnych władz austriackich w Wiedniu. Jeden z nich, reprezentujący Lwów, nazywał się Wild (Dziki), a drugi, reprezentujący Kraków – Gross (Wielki). Jednym słowem „dziki” i „wielki” pojechali i nic nie zyskali. W Galicji wtedy powstało przysłowie: Pojechali Gross und Wild, powrócili klein und mild (mały i łagodny). Tak samo było z uczestnikami mojej wycieczki, a w dodatku powracali na bosaka i bez butów, w stanie pożałowania godnym.

Połowa wycieczki podtrzymała swoje zgłoszenia, druga połowa wstrzymała się od wyjazdu, uważając go za niebezpieczny. W ten sposób z 65 zgłoszonych pojechało tylko 30 osób, reszta wycofała swój udział. W gruncie rzeczy byłem zadowolony, gdyż wycofał się element tchórzliwy, którego na wycieczkach nie lubiłem, a poza tym kierować wycieczką 65 osób w tym kompletnym pustkowiu, jakim jest Czarnohora w okresie, kiedy nie napłynęli tam jeszcze Huculi do szałasów i kiedy nie było żadnych prowiantów na miejscu, a jest się zdanym tylko na to, co ma się ze sobą, nie jest przyjemne.

Dość zabawnie wyglądał nasz zespół, gdy zeszliśmy się wieczorem, bowiem pociąg przez Stanisławów do Worochty wyjeżdżał ze Lwowa o godz. 11 wieczorem. Nie wyglądaliśmy zbytnio na turystów górskich. W Stanisławowie trzeba było czekać cztery godziny, od 3 rano do 7, kiedy wyruszał dopiero pierwszy pociąg na linii Stanisławów – Woronienka. Byliśmy wówczas wytrzy­mali na brak snu w nocy, pozostawiając więc pakunki w przechowalni wyruszyliśmy na 4-godzinną przechadzkę po Stanisławowie, gdyż w początkach czerwca było już o tej porze zupełnie widno. Zwiedzaliśmy co się dało i zjedliśmy obfite śniadanie w głównej kawiarni Stanisławowa, która była otwarta, podobnie jak główna kawiarnia we Lwowie, przez całą dobę. Wyjeżdżając o 7 rano ze Stanisławowa, dopiero w porze obiadu przekroczyliśmy granicę austriacko-węgierską w najdłuższym w b. Galicji tunelu pod Woronienką. Za tunelem, już po stronie węgierskiej głównego pasma Karpat, zobaczyliśmy piękne lasy liściaste, podczas gdy po stronie północnej rosną lasy świerkowe. W dużych łukach schodził tor kolejowy widną z góry doliną Cisy, głównej rzeki węgierskiej, płynącej ku Dunajowi. Końcową stacją graniczną była zwana po huculsku Jasina; nazwę tę przyjęła stacja dopiero w okresie rządów czeskich. Natomiast za czasów węgierskich nazywała się Korosmezo (!). Leżała w górnej części zamieszkałej przez Hucułów i Rumunów Komitatu Marmaroskiego, w którym mieszkali bardzo nieliczni Węgrzy.

Tutaj był kres naszej podróży. Pociąg galicyjski nie szedł dalej, wracał po krótkim postoju do Stanisławowa. Kto jechał dalej na Węgry, musiał zmieniać pociąg, ale już z węgierską obsługą kolejową i z wyłącznie węgierskimi napisami. To samo miało miejsce na stacji kolejowej. Chociaż była to stacja graniczna, napisy były wyłącznie węgierskie. W restauracji kolejowej był wyłącznie węgierski spis potraw. Ja jeden rozumiałem piąte przez dziesiąte język węgierski z poprzednich pobytów po węgierskiej stronie Tatr. Z kelnerami węgierskimi ani po polsku, ani po ukraińsku, ani po niemiecku nie można było się rozmówić. Raczej na migi zamawialiśmy potrawy ze spisu węgierskiego.

Około godziny drugiej po południu byliśmy gotowi do wymarszu w góry, gdyż stacja Jasina leżała tuż u stóp Czarnohory, w pięknej kotlinie otoczonej dookoła górami na poziomie około 900 m. Ponieważ najbliższy stąd szczyt Czarnohory, Pietros (2020), leżał w odległości 7 km na południe, ze wzniesieniem ponad poziom stacji 1100 m, to jest mniej więcej tyle, ile Czerwone Wierchy wznoszą się nad stacją w Kuźnicach, obliczyłem, że na osiągnięcie tego szczytu trzeba będzie wysiłku 19 km, a licząc 15 min na jeden kilometr i dodając trochę czasu na odpoczynki, trzeba zużyć około siedmiu godzin na marsz. Wobec tego na szczycie staniemy o godz. 9 wieczorem, kiedy będzie się zmierzchać. Ale niestety moi uczestnicy nie posiadali zupełnie umiejętności obliczania odległości dystansów górskich. Wydawało im się, gdy wyszliśmy z budynku stacyjnego, że szczyt Pietros jest tuż, niemal jak Gubałówka w Zakopanem, i że nie będziemy potrzebowali nawet jednej godziny, aby się na niego dostać. Toteż do mojej zapowiedzi, że na Pietros będziemy szli siedem godzin, odnieśli się wręcz z głośnym śmiechem. Ci w kierpcach i kaloszach ślizgali się jak na łyżwach. Ci z walizkami coraz bardziej nerwowo zaczęli je przekładać z ręki do ręki. Wreszcie po 45 minutach marszu, widząc, że są już potężnie zmęczeni, zarządziłem 5 minut odpoczynku, w czasie którego udzielałem wyjaśnień. Na to jeden z tych, którzy obiecywali mi, że za godzinę będziemy na Pietrosie, odezwał się: Idziemy już 45 minut, a Pietros nie zbliżył się jeszcze ani o włos. Powiedziałem mu: Za drugą godzinę będzie tak samo. Tu już nie oponowali, gdyż wiedzieli, że nie mają racji. Rzeczywiście, za drugą godzinę znowu zarządziliśmy odpoczynek i krótką dyskusję.

 

 

Zbliżyliśmy się pod grzbiet Łopusznej, o której wiedziałem, że jest moczarowaty, gdyż sam grzbiet jest płaski, woda deszczowa nie ma odpływu i z tego powodu grzbietowa droga prowadzi przez tereny bardzo błotniste. Tu po raz pierwszy uśmiałem się na całe gardło. Jeden z kolegów, Kaliszanin, student architektury, Murzykowski zabrał wysokie kalosze. Gdy wlazł w nich do bagna, wylazł bez kaloszy, które zostały w bagnie. Trzeba było po łokcie zanurzać ręce w błoto, aby je wydostać w stanie nie nadającym się do użytku. Więc nosił je nadal na nogach, aby trochę przeschły. Naturalnie szkoda mówić, jak wyglądały po przejściu tego odcinka kierpce z cienkiej skórki albo płytkie buciki po kostki, podczas gdy błoto sięgało do połowy łydek. Natomiast wprost tryumfalnym wzrokiem patrzyli na nas koledzy, którzy mieli juchtowe buty z cholewami. Oni triumfowali.

Na dalszej drodze tego dnia już większych przygód nie było, bo wyszliśmy ze zbocza Łopusznej na tereny suche i doszliśmy do dużej połoniny przed Pietrosem. Tu postanowiłem przenocować, korzystając z pustych szałasów, do których jeszcze nie przyszli Huculi z bydłem. Na połoninie zobaczyliśmy pierwszą plamę śniegu. Panował chłód przejmujący. Gdyby tu byli Huculi, byłbym się może zdecydował maszerować dalej, ale w tych warunkach, wiedząc, że mam towarzyszy źle wyekwipowanych i że dużo czasu zabierze nam ścielenie gałęzi jedliny w szałasach, pełnych jeszcze wilgoci, rozpalanie ognisk, przygotowywanie wieczerzy i noclegu, już o godzinie 6, kiedy mieliśmy jeszcze przed sobą 3 godziny widne, zarządziłem przygotowanie noclegu i gotowanie kolacji.

I tutaj ujawniły się rażące braki w ekwipunku. Wprawdzie na razie nie brakowało prowiantu, ale koledzy mieli doskonałe apetyty wzmocnione marszem w zimnym powietrzu górskim. Już od razu musiałem pewne ograniczenia wprowadzić w konsumpcji chleba. Poza tym okazało się, że byli i tacy, którzy mimo moich poleceń na zebraniu informacyjnym, nie zabrali kubków blaszanych czy menażek aluminiowych, ale szklanki lub filiżanki porcelanowe, które zdążyli powybijać na tej krótkiej czterogodzinnej trasie.

W każdym razie było już ciemno, gdy w 2 czy 3 szałasach, które zajmowaliśmy na nocleg i które obficie wymościliśmy jedliną, zapanowała cisza. Ponieważ niektórzy twierdzili, że nie będą mogli spać przy ognisku, gdyż dym gryzie ich w oczy, ­zarządziłem segregację kolegów. W dwóch szałasach, gdzie w środku paliło się ognisko, dla którego wieczorem przygotowaliśmy sporo drzewa, spali ci, którym dym nie przeszkadzał, w jednym zaś mieli spać ci, którzy nie znosili dymu i którzy nie chcieli rozpalać ogniska. Okazało się jednak, że ci ostatni nie wytrzymali zimna, którego nie docenili i musieli rozpalić ognisko, pożyczając drewno z sąsiednich szałasów, gdyż w nocy trudno było poszukiwać drew.

Noc w początkach czerwca jest bardzo krótka, dlatego wszyscy wytrzymali ją, ale nie wszyscy potrafili spać w tych warunkach. A ponieważ noc poprzednią spędziliśmy w Stanisławowie, również bez snu, większość towarzystwa był senna, gdy o świcie zielonoświątecznej niedzieli 3 czerwca zabraliśmy się do gotowania herbaty i przygotowywania śniadania.

Poranek był piękny, widoczność daleka, szczególnie na południowe pasmo Karpat Marmaroskich, humory dopisywały również mimo zmęczenia i senności. Tutaj już, rozpakowując wieczorem manatki i rozmaitego typu bagaże, koledzy zrozumieli, że miałem rację, radząc im zabranie ze sobą nie papierowych tobołków ani robionych z koców, lecz plecaki. Także wszyscy trzej amatorzy waliz oświadczyli, że już ich ręce dobrze bolą i ze strachem patrzyli na długą siedmiokilometrową i głęboką przełęcz, oddzielającą Pietros od największego szczytu Czarnohory, a mianowicie Howerli, którego pięknie zarysowany stożkowaty wierzchołek dominował nad całą okolicą ku wschodowi.

Widząc, że nie wszystkim dopisuje duch bojowy jak we Lwowie, zawiadomiłem, że jednak musimy razem dojść z Pietrosa na Howerlę jeszcze po terenie czysto węgierskim. Poinformowałem również, że z Howerli będzie można zejść na północ do schroniska na Zroślaku, a stąd kolejką leśną, która kursuje trzy razy dziennie do tartaku w Worochcie, zjechać tam i wrócić do Lwowa.

Nie wiedziałem, że największe przejścia czekają nas dopiero w 3 i 4 dniu wycieczki.

Następnego dnia zrobiliśmy długą turę i tym samym, przy złym ekwipunku, dość męczącą. Dzień był jednak pogodny, z dobrą widocznością. Szliśmy samym grzbietem, terenem trawiastym i suchym.

Ze szczytu Pietrosa (2020 m), który jest trzecim co do wielkości szczytem Czarnohory, delektowaliśmy się wspaniałym widokiem na Gorgany od strony północno-zachodniej z Bliźnicą i Świdrowcem na zachód, Karpatami Marmaroskimi na południe i ledwie widocznymi stąd na południowym wschodzie Alpami Rodniańskimi oraz Beskidami Huculskimi na północy i na wschodzie. Przejście bardzo długiej i głębokiej przełęczy między Pietrosem a Howerlą (2058 m) zabrało nam kilka godzin. Była to najbardziej nieudana, chociaż bardzo widowiskowa partia tego dnia.

Na Howerli stanęliśmy około południa i tutaj urządziliśmy odpoczynek obiadowy. Herbaty nie można było gotować z powodu braku wody i drewna, a więc poprzestaliśmy na jedzeniu suchego prowiantu. Tutaj pożegnali nas trzej posiadacze waliz, którzy zeszli w dół kolo wodospadu Prutu do schroniska na Zaroślaku, doskonale widocznego ze szczytu, i wieczorem byli już w Worochcie. Natomiast reszta towarzystwa, około 25 osób, ruszyła dalej ku wschodowi, przechodząc przez Breskuł i Turkuł ze stromym, piramidalnym wierzchołkiem skalistym, wznoszącym się od małego jeziorka w przełęczy na szczycie Szpyci. Pod Turkułem wydarzyła się dość zabawna przygoda. Poniżej szczytu, ku wschodowi, ciągnęło się długie pole twardego śniegu. Miałem mocne buty z obcasami podkutymi gwoździami i tęgą mocną ciupagę zakopiańską ze stalowym ostrzem, co razem znakomicie kwalifikowało mnie do zjechania po niezbyt stromym śniegu w dół. Toteż siadłem, mając przed sobą nogi zgięte w kolanach, aby móc obcasami kierować i hamować przy zjeżdżaniu w dół po śniegu. Ciupagę wsadziłem między nogi i powoli, bez żadnego niebezpieczeństwa, zacząłem zjeżdżać w dół.

Sztuki zjeżdżania po zaspach śniegowych nauczyłem się zresztą w Tatrach. Tuż obok mnie stal student politechniki, łodzianin, kol. Hirschel. Kolegę tego bardzo lubiłem, gdyż był dowcipny. Wszyscy przypatrywali się zatem, jak on pojedzie po śniegu. Zapomniał jednak, a ja nie ostrzegłem go w porę, że aby zjechać po śniegu, trzeba mieć podkute buty i obcasy z gwoździami. On zaś miał tylko owe wspomniane kierpce z cienkiej skóry za 90 grajcarów, nienadające się do kierowania piętami przy zjeżdżaniu po śniegu. Toteż szybko przeleciał głową naprzód i jechał w dół wśród wielkiej wrzawy w niezbyt co prawda dużym pędzie, gdyż śnieżne zbocze nie było strome. W każdym razie wjechał w bagno poniżej śniegu, do którego zlewała się zimna woda z zaspy śniegowej. Tam skąpał się jak należy. Wstał z czarną głową, z której lała się obficie czarna maź. Przyzwyczailiśmy się do tego, że kol. Hirschel zawsze robił kawały. Sądziliśmy więc, że to jeszcze jeden kawał więcej i śmialiśmy się. Tymczasem on nie posiadał się z gniewu, że zamiast udzielić mu pomocy, pękamy ze śmiechu; nie widział bowiem w lustrze jak wygląda. W każdym razie ta przygoda była ostrzeżeniem dla pozostałych, niedoświadczonych w jeździe po śniegu. Woleli już iść, niż wpaść w błoto. Musieliśmy co najmniej kwadrans odczekać, by kol. Hirschel doprowadził się do jakiego takiego wyglądu.

Na szczycie Szpyci stanęliśmy dopiero o zachodzie słońca z tego powodu, że korzystając z wody zagotowaliśmy sobie obiad przy ognisku. Już o szarówce zeszliśmy dość stromym zboczem do kotła polodowcowego, położonego między Szpyciami a Munczelem, gdzie widzieliśmy z góry kilka szałasów jeszcze nieobjętych przez Hucułów, które upatrzyłem sobie jako punkt noclegowy. Na zboczach wśród kosówki widziałem pojedyncze limby, które na Czarnohorze są wielką osobliwością, natomiast w Gorganach było ich dawniej bardzo dużo.

Od razu po zejściu do kotliny poleciłem podzielić się na trzy grupy i zabrać się, póki jeszcze było szaro, do przygotowywania pościeli z jedliny lub kosodrzewiny (ale nie z limby) oraz do przygotowania kolacji. Wszyscy rozpakowali swoje manatki, które były zupełnie suche. Kolacja była z herbatą ugotowaną we wszystkich kotlinkach, natomiast nocleg nieświetny, bo w większości szałasów były jeszcze zaspy zimowego śniegu, który pod wpływem wiosennych podmuchów zmienił się w brudny, poczerniały lód. Żeby się przed nim uchronić, kładliśmy na wierzch sporo jedliny, a tu i ówdzie deski. Nocleg ten nie był zbyt wytworny, ale po zmęczeniu całodziennym długim marszem przez Pietrosa, Howerlę i Szpyci wydawał się doskonały.

Rano wstaliśmy około 5, przeznaczając 2 godziny na gotowanie i jedzenie śniadania. Pogoda była pochmurna, ale bezdeszczowa, wszystkie szczyty dookoła widoczne. Nic więc szczególnego się nie zapowiadało. Był to drugi dzień Zielonych Świątek, poniedziałek 4 czerwca, okres kiedy zazwyczaj trwają upały poprzedzające nadejście świętojańskich słot i chłodów, które najczęściej w naszym klimacie – jako stwierdziłem na własnej skórze – zaczynają się na św. Medarda, patrona słoty, którego święto obchodzimy 8 czerwca. Liczyłem więc, że mamy jeszcze 4 dni pogody i dopiero po powrocie do Lwowa, na Medarda – jak prawie corocznie – rozpoczną się deszcze. Ale, niestety, przeliczyłem się.

Coraz więcej kolegów, którzy nie mieli plecaków, ale rozmaitego rodzaju manatki, przychodziło do mnie i żałowało, że nie dało się namówić na nabycie plecaka i peleryny gumowej, zamiast zabierać bardzo niewygodny do transportu koc, noszony na czymś w rodzaju szelek ze szpagatu. Jak bardzo takie pakunki, owinięte w prześcieradła, worki, koce, gruby papier są niepraktyczne, mogli się na własnej skórze przekonać już za kilka godzin. Wieczorem tego dnia byli już aż zanadto doświadczonymi praktykami.

Dolina pod Szpyciami leży na poziomie około 1500 m, szczyt Munczela ma ­wysokość 2002 m i zarośnięty jest dużymi drzewami, co powoduje, że jest raczej podobny do szczytów Gorgan niż Czarnohory, które są przeważnie trawiaste. Przyszliśmy na niego mniej więcej w 2 godziny od wymarszu z szałasów noclegowych, tj około 9 godziny. Gdy weszliśmy na szczyt, była jeszcze widoczność, co prawda nie nadzwyczajna. Oziębiło się znacznie, ręce grabiały z zimna. Po szczytach Gorgan, Czarnohory, Alp Rodniańskich i Karpat Marmaroskich, które stąd normalnie widać bardzo dobrze, snuły się podejrzane mgły. Od północnego zachodu, tj. od strony Worochty i Gorgan, zaczął wiać silny, przenikliwy wicher, który zmusił nas do okrycia się, nie zawsze odpowiedniego dla gór. Byli tacy, którzy zabrali długie płaszcze, jedni gumowe, drudzy letnie, inni zimowe, krępujące swobodę ruchów. Ja miałem serdak. Gdy był zapięty, grzał piersi i plecy, co najważniejsze, a dla ochrony przed wichrem wdziałem na siebie dwie peleryny: lodenową dla ciepła i gumową z batystu Billrotha na wypadek deszczu. Widziałem bowiem, że w dali od strony Gorgan krajobraz się już tak zamglił, że spodziewać się należało stamtąd lada chwila deszczu. Planowałem pójść po dniu grzbietem Czarnohory z Munczela na ostatni od wschodu szczyt Pop Iwan, z którego następnie miałem zamiar zejść ku grzbietowi, gdzieś w dolinę Czeremoszu na nocleg do Żabiego, gdzie w przysiółku Słupecka istniało schronisko Oddziału Czarnohorskiego TT, i po noclegu tamże w 4 dniu wycieczki przejść 35 km po lichej bardzo błotnistej drodze z Żabiego do Worochty, stamtąd zaś wrócić koleją do Lwowa.

Niestety fatalna pogoda całkowicie pokrzyżowała te plany. Jeszcze gdy bawiliśmy na szczycie Munczela, ok. 10 rano zaczął padać drobny deszcz, który szybko zmienił się w deszcz ze śniegiem, a w jakieś 15 minut później – śnieg pędzony wichurą z północy. Śnieg był o tyle mniej przykry od deszczu, że nie przemoczył zbytnio uczestników wycieczki, którzy nie mieli okryć gumowych, ale wykluczał możność pójścia pod wiatr, bo zalepiał oczy. W dodatku teren, spadający dość stromo w dół, stał się śliski, zmuszając do bardzo ostrożnego schodzenia. W rejonie górnym śnieg był jeszcze suchy, ale jakieś 100 m poniżej szczytu zmienił się w nasiąkłą wodą papkę, przemaczając doszczętnie obuwie, bez względu na jego solidność. Nie było mowy, żebyśmy mogli iść pod wiatr z oczyma zalepionymi śnieżycą. Jedyny kierunek, jaki mogliśmy wybrać, to było schodzenie w kierunku południowym na stronę węgierską Czarnohory, w dorzecze Cisy, która jednym ze źródłowych potoków wypływała właśnie w okolicy Popa Iwana.

Nie mając innego wyboru, zarządziłem marsz w kierunku południowym, orientując się według kompasu. Gdyby nie śnieżyca i mgła, które odległość naszego widzenia ograniczały do 5 m (tak że zarządziłem, abyśmy trzymali się jeden drugiego w obawie przed zgubieniem się), byłbym wybrał drogę grzbietową, schodząc do klauzy Balzatul. Bylibyśmy zeszli względnie wygodnie. Niestety we mgle zniknęły w ciągu 15 minut, z powodu śnieżycy, wszelkie ślady ścieżki. Szliśmy – aby w dół! Po zejściu ok. 300 m, czyli na poziomie jakiś 1700 m, gdzie była już kosówka, znaleźliśmy się w dolinie rwącego potoku, przy którym co prawda ścieżki nie było, ale wskazywał on kierunek drogi.

Wiedziałem z mapy, bo sam tam jeszcze nigdy nie byłem, że najbliższym osiedlem ludzkim w tej dolinie, na południe od Munczela, jest klauza Balzatul, na poziomie ok. 1250 m, w dolinie Czarnej Cisy, poniżej szczytu Popa Iwana, drugiego co do wysokości na Czarnohorze, który ma 2026 m, a do którego już wskutek śnieżycy nie mogliśmy dojść. Sytuacja była nieprzyjemna. O ile na 2000 m, tj na szczycie Munczela, na 1900 m, gdzie kończyły się połoniny szczytowe, a zaczynała kosodrzewina, na 1800 m, gdzie kosodrzewina stawała się coraz gęstsza – padał suchy śnieg, pędzony wiatrem, o tyle poniżej śnieg był mokry, lepki, przy temperaturze +1 do +2 stopnie, a wreszcie na wysokości 1700 m stał się obrzydliwą mokrą papką. Tutaj zarządziłem marsz w tempie zwolnionym, bez względu na to, że przedłużało to drogę w tych bardzo nieprzyjemnych warunkach. Liczyliśmy w każdym razie na to, że wkrótce wejdziemy do lasu, który na Czarnohorze sięga ok. 1600 m, i ten da nam pewną ochronę przed wichrem.

I rzeczywiście, mniej więcej na poziomie 1600 m pojawiły się małe, ale gęste krzaki, poniżej większe drzewa, a jeszcze niżej olbrzymie świerki. Cały teren nabrał charakteru puszczy wschodniokarpackiej, z olbrzymimi świerkami białymi od śniegu, który zresztą mokry zsuwał się od czasu do czasu z obwisłych gałęzi na naszą gromadkę, posuwającą się powoli. O ile możliwości trzymaliśmy się jak najbliżej potoku, nie wiedząc zresztą, czy to jest Czarnocica czy jakiś jej dopływ. Potok wpadał nieustannie w wodospady, niebyt wysokie, 1–2 m, ale w tych warunkach utrzymanie jakiejś ścieżki dla bydła nie było możliwe. W dodatku równolegle do potoku leżały powalone grube pnie świerków i sterczące z nich gałęzie utrudniały marsz, zmuszając często do przechodzenia z brzegu na brzeg.

Zeszliśmy tak na poziom ok. 1500 m i śnieg ustał już całkowicie, padał tylko deszcz, ale deszcz rzęsisty, tzw. majowy. Byliśmy tak mokrzy, że niewiele ryzykowaliśmy idąc po tym deszczu, bo już więcej zmoknąć nie mogliśmy. Ruch, mimo bardzo zimnej temperatury, utrzymywał w naszym organizmie ciepło, tak że niektórzy narzekali nawet, idąc w pelerynach i kapiszonach na głowie, że są spoceni z gorąca i wolą moknąć, niż się pocić. Byli w towarzystwie turyści doświadczeni. Ci uważali to zejście za jedną przygodę górską więcej i nie spodziewali się żadnych ujemnych z niej skutków dla zdrowia. Inni, nowicjusze, którzy okryli się kocami, niedającymi zresztą ochrony przed deszczem, wyrzucili prowiant opakowany tymi kocami jeszcze na Munczelu, pozbawiając się prowiantu na dwa końcowe dni wycieczki.

Od tego mniej więcej miejsca dolina stawała się coraz szersza, drzewa coraz większe i grubsze, a wreszcie na jednym brzegu pojawiło się coś w rodzaju drogi jezdnej i nie było już powalonych pni z mokrymi gałęziami, przez które musieliśmy z wielkim trudem przeciskać się wśród ulewy. Zapewniłem więc towarzyszy wycieczki, iż niedługo zobaczymy jakąś gajówkę albo samą klauzę Balzatul. Dla objaśnienia dodam, że klauzy były urządzeniem archaicznym, które po galicyjskiej stronie urządzali Austriacy, a po węgierskiej Węgrzy – dla ułatwienia spławiania drzewa. Polegały one na tym, że w poprzek głównych dolin górskich potoków robiono wysokie zapory drewniane, zbudowane przez uzdolnionych w tej dziedzinie cieśli, które spiętrzały i zatrzymywały wodę z tych potoków na głębokość do 30 m i na długość do 0,5 km. Mniej więcej dwa razy na tydzień podnoszono zaporę klauzy i puszczano wodę, która z szumem spływała w dół, porywając za sobą tratwy zbite w poprzednich dniach przez Hucułów bądź Rumunów. W ciągu 3 do 4 godzin woda w całości wypływała z klauzy. Jeżeli jednak – co się często zdarzało na Białym Czeremoszu – tratwy nie zdążyły przez ten czas spłynąć do miejsca, gdzie kończył się spływ wody, a zaczynał transport kolejowy, mówiono wtedy, że „woda uciekła” i trzeba było czekać kilka dni na ponowne puszczenie wody z klauzy.

Na niektórych rzekach, zwłaszcza na Czeremoszu i Cisie, korzystano przez długie lata z jazdy tratwami jako atrakcji turystycznej, która dawała o wiele więcej emocji niż jazda łodziami przez Pieniny, chociaż nie wśród tak pięknej okolicy. Przy takiej klauzie stał zawsze dom dla dozorcy, gdzie zatrzymywali się także Huculi zatrudniani przy spławie tratwy oraz często przeby­wali leśniczowie, właściciele albo dyrektorzy tartaków i różni dygnitarze na polowania, dla których zazwyczaj w klauzie istniały pokoje gościnne, a przynajmniej łóżka. Dla reszty były drewniane tapczany z jedliną jako posłaniem. W każdym razie w klauzie nocowało się wygodnie i można było zjeść wegeteriańską kolację lub obiad złożony najczęściej z gotowanej kaszy kukurydzianej, tzw. kułeszy, i kwaśnego mleka po huculsku.

Niezmiernie się ucieszyłem, gdy po jakichś 5 godzinach marszu w ulewie i w bardzo nieprzyjemnych warunkach wreszcie, wśród świerków w dolinie, pojawiło się dosyć duże jezioro i domyśliłem się, że to klauza Balzatul, bo innej w tej okolicy nie było. Buty miałem mokre jak flaki, spodnie do kolan również, ale górna część korpusu była sucha, co najwyżej przepocona, bo szedłem z plecakiem w dwu pelerynach. Moim butom, roboty Guziaka z Zakopanego, ta piekielna droga nic nie zaszkodziła, ale koledzy, którzy zabrali słabe buty, przyszli już prawie na bosaka, o ile nie mieli w plecaku jakiegoś obuwia rezerwowego.

Zaraz u wejścia do klauzy zapytałem:

Mołoko majte?

Bude!

Fajno! – odpowiedziałem. – A kułesza bude?

Bude! – odpowiedział Hucuł

Fajno! – wyraziłem naszą radość.

Jednym słowem powitano nas gościnnie. A ja z miejsca zapewniłem: Budemo wsio płatyty! – aby zarządca klauzy nie myślał, że w 25 osób chcemy bezpłatnej gościny i pożywienia. Twarz mu się zaraz rozjaśniła tym bardziej, że idąc za radą doświadczeńszych ode mnie bywalców Karpat Wschodnich zabrałem kilka paczek najtańszego galicyjskiego tytoniu do fajki i po zdjęciu plecaka poczęstowałem nim i zarządcę klauzy, i Hucułkę posługującą (bo tam kobiety także z zapałem paliły fajki). Oczy im się zaświeciły z radości, tym bardziej, że po stronie węgierskiej tytoń galicyjski uchodził za specjał. Zaraz też zaczęli się krzątać z przygotowaniem obiadu, gotując ogromny garnek kuleszy i wnosząc sagany z zimnym kwaśnym mlekiem. Masła też nie pożałowali i wkrótce wszyscy pokrzepiliśmy się znakomitym obiadem, pościągawszy mokre ubrania, które suszono dookoła wielkiego pieca, w którym pieczono chleb, a raczej placki owsiane. O dalszym marszu nie było mowy. Zostaliśmy tu na noc, aby się ogrzać, najeść i wysuszyć.

Byłem ostrożny i gdy spostrzegłem, że Hucułka ma zamiar suszyć buty w piecu po wyjęciu chleba, własne przezornie schowałem, chociaż były mokre, pod jedlinę, na której trzymałem głowę.

Odsunąłem blaszkę zakrywającą wnętrze pieca i w świetle pełnego dnia, który zawitał tymczasem jako dzień mglisty i deszczowy, omal nie parsknąłem śmiechem. Z pieca bowiem wyjrzało ku mnie 12 krokodylich paszcz, rozdziawionych szeroko i nabitych w szwach drobnymi zębami. To były buty uczestników wycieczki, którzy byli tak nieostrożni, że pozwolili Hucułce wstawić je do pieca. Zeschły się one tak dokumentnie, że nie mogło być mowy o ich włożeniu na nogi, gdyż wprawdzie pozwoliły się wdziać, ale cała stopa wyglądała przez nie a podeszwa była zwinięta w rulon ku dołowi.

 

 Czylczyn, na pierwszym planie szałas. Fot. Białkiewicz, 1939

 

Było nas wtedy ze 25 osób, z tego buty ocaliło tylko 5, chowając je przed wsadzeniem do pieca. Mieliśmy buty co prawda zupełnie mokre, ale dające się włożyć na nogi. Nie było i tak szans na ich wysuszenie, bo deszcz padał w dalszym ciągu, a droga górska – jak pamiętają wszyscy, którzy tamtędy jeździli tzw. szosą z Worochty do Żabiego – to była po prostu topiel błotna. Ten marsz po błocie i w deszczu zabrał nam około 11 godzin.

Kol. Mejer, obchodząc klauzę dookoła, zauważył w pewnym miejscu skład gontów do naprawy dachu. Wpadł zatem na genialny pomysł, żeby ci, którzy stracili buty, wdziali na nogi skarpetki pościągane od wszystkich, którzy mieli je w rezerwie, a jako podeszew użyli gontów o ściętych owalnie rogach. Idea ta przypadła wszystkim do gustu, ale praktyka stwierdziła, ze chodzenie na gontach po błocie nie jest praktyczne. Podeszwa, przywiązana szpagatem do podbicia nogi, była sztywna, nie zginała się, co powodowało obcieranie nóg. Poza tym gonty nie chroniły nóg od wilgoci i błota. Jednak uczestnicy wycieczki, w miarę posiadania miejsc w plecakach, zabrali z klauzy tyle gontów, ile się zmieściło. Również po drodze, nie krępując się zbytnio, zabierali gonty z wiosek huculskich, które mijaliśmy, a szczególnie z ogromnej wsi Bogdan, położonej już w dolnej części klauzy.

Z Bogdanu do przystanku Tisza-Kocs (!) było już tylko 10 km. Około godz. 5 po południu doszliśmy do stacji kolejowej, rozpocząwszy marsz o godz. 7 rano, czyli maszerowaliśmy przez 10 godzin, robiąc przeciętnie po 4 km na godzinę. Deszcz padał jeszcze, gdy doszliśmy do stacji kolejowej. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wkrótce nadszedł przed wieczorem pociąg do granicy galicyjskiej w Woronience, na który przesiedliśmy się na stacji granicznej Korosmezo (!).

Gdy pociąg nadjechał i zobaczono naszą gromadkę z plecakami, kociołkami do herbaty, kosturami w ręku, w podartych butach, obwiązanych szpagatem albo zgoła na gontach, nogami odzianymi w zabłocone skarpety, konduktorzy uznali, że jesteśmy gromadką jakichś obszarpańców, którzy chcą użyć jazdy koleją bez biletów. Chociaż wtedy konduktorzy węgierscy nigdy po ukraińsku nie mówili, udając, że tego języka nie rozumieją, tym razem konduktor zanim wpuścił nas do pociągu, rzucił nam gromkie pytanie: A byłety majte? (Czy macie bilety?) – Oczewidno (Naturalnie) – odpowiedziałem i pokazaliśmy bilety kupione przed chwilą w kasie. Kolejarze w restauracji kolejowej, którzy nas pamiętali sprzed 4 dni, gdyż jedliśmy tam obiad w drodze na Czarnohorę, także dziwili się naszemu katastrofalnemu stanowi i kompletnemu zniszczeniu obuwia, ale w końcu podano nam obiad, tylko nie w restauracji klasy I albo II, lecz III, bojąc się o zabłocenie posadzek. Konduktorzy w pociągu galicyjskim wiedzieli, że jesteśmy turystami i ryczeli ze śmiechu, patrząc na skarpetki na gontach jako surogaty obuwia. Pasażerów wsiadających do pociągu uderzał nasz nędzny wygląd, a na pytania, dlaczego się nie oczyścimy, odpowiadaliśmy gromko, że nie wystarczy na to szczotki. Trzeba by zdjąć dolne części garderoby i wyprać je, aby to jako tako wyglądało. Zresztą wszyscy uznali, że nie ma sposobu, aby ze skarpetek i z gontów zrobić eleganckie obuwie.

W Stanisławowie czekaliśmy na pociąg do Lwowa od 11 wieczór do 3 rano. Nie chciano nas wpuścić do poczekalni I ani II klasy, żebyśmy nie pobrudzili aksamitnych siedzeń, tylko pozwolono nam wejść do poczekalni klasy III z drewnianymi ławkami. O 9 rano przyjechaliśmy do Lwowa i tramwajem pojechaliśmy do oddalonego kilka km miasta. Porozumieliśmy się poprzednio, że razem pojedziemy do centrum Lwowa na tzw. Wały Hetmańskie, aby w Kawiarni Wiedeńskiej zjeść wspólne pożegnalne śniadanie, a następnie jeszcze na pamiątkę sfotografować się w tych bandyckich kostiumach, w jakich wróciliśmy z Czarnohory. Nie chcieliśmy daleko szukać fotografa ani zachodzić do mających tutaj swoje salony przyjęć najlepszych fotografów lwowskich, jak Trzecieski przy ul. 3 Maja i inni, udaliśmy się więc do skromnego atelier fotograficznego pewnego fotografa przy ul. Jagiellońskiej. Gdy weszliśmy już wszyscy, fotograf zaczął nas błagać o życie, bo był pewny, że to napad bandytów-dezerterów z armii rosyjskiej. Oświadczyłem mu zatem uroczyście, że darujemy mu życie i jeszcze dopłacimy, jeżeli zrobi nam fotografie w tych uniformach. I rzeczywiście zrobił nam zdjęcie bardzo charakterystyczne. Toteż uważam je za dowód rzeczowy wyglądu i wyekwipowania turystów z roku 1906, kiedy zaczynaliśmy naszą karierę turystyczną w AKT.

Mniej łatwowierne były eleganckie lwowianki, z którymi zetknęliśmy się w tramwaju, wracając od fotografa. Gdy wszedłem do niego jako pierwszy, usunęły się z obrzydzeniem, widząc moje zabłocone buty i spodnie. Gdy wszedł drugi, wstały, ale gdy weszli następni, krzyknęły: Uciekajmy, bo to dezerterzy z armii rosyjskiej. Jeszcze nas wszy oblezą! – i uciekły czym prędzej. Nie żałowaliśmy tego incydentu, bo tramwaj zrobił się pusty i mieliśmy go tylko dla siebie.

 

 


 

 

Mieczysław Orłowicz (1881–1959), ur. w Komarnie k. Lwowa, zam. w Warszawie. Studia prawnicze na Uniwersytecie Lwowskim, działacz na polu turystyki i krajoznawstwa. Współtwórca turystyki zespołowej i propagator sportu w Polsce. Stworzył serię monografii regionów i przewodników.