Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016

Danuta Utarowicz, WIELKOLUD Z KAMIONKI STRUMIŁOWEJ

Eugeniusz Taraciński przyszedł na świat w 1928 r. w Herawcu k. Kamionki Strumiłowej. Jak wielki się urodził, nikt już nie pamięta. Rodzina wspomina tylko, że gdy szedł do pierwszej komunii i tato prosił Żyda w sklepie, aby dał mu garnitur dla syna, to już wszyscy wiedzieli, że musi brać jak dla dorosłego. A on rósł dalej. Po Oławie do dziś krążą anegdoty o Gieniu. Jedna z nich opowiada o jego wizycie w delikatesach – ekspedientka stała tyłem, gdy podszedł do lady. Kobieta odwróciła się i przestraszona zawołała: Proszę natychmiast zejść z lady!

Po wojnie wraz z rodziną trafił najpierw do Sanoka, a potem do Bystrzycy nad Oławą. Miał za sobą parę klas, a ponieważ był silny, od razu wziął się do pracy. Najpierw w miejscowym nadleśnictwie, gdzie przy wyrębie mocno nadwerężył kręgosłup, potem trafił do Jelczańskich Zakładów Samochodowych. Chwalili go, bo wysoki, więc mógł malować bez drabiny. W kronice przedszkola dyrektorka zapisała, że podczas remontu pracował najwyższy Polak, mieszkaniec Bystrzycy, o wzroście 220 cm. Choć niektórzy określali jego wzrost na 227 cm. (…)

Wszystko było do przeróbki. Z jednej strony wzrost był jego wizytówką, z drugiej stwarzał trudności w codziennym życiu. Bystrzycki szewc wspomina: jasne, że pamiętam – raz w życiu robi się tak wielkie buty. Gienio miał numer buta 54–56, czyli prawie 40 cm długości. Stolarz zrobił mu wielki fotel, w którym mógł się poczuć komfortowo. Podobnie było z odpowiednio długim łóżkiem. Miał też powiększony rower, kierownica od wyścigówki, tylko odwrócona (tzw. rogi), a siodełko z motoroweru Simson. W jelczańskich zakładach przerobili mu trzykołowy wózek inwalidzki z silnikiem, żeby mógł się w nim zmieścić. Wielkie problemy miał z koszulami, a ubrania musiał szyć na miarę. Bratowa kiedyś napisała do „Wólczanki”, to zrobili mu dwie pary podkoszulek, tyle samo kalesonów, a na dokładkę rękawiczki.

Do sportu nie bardzo się nadawał. Nie lubił piłki nożnej, w siatkówce szło mu lepiej. Zainteresowała się nim Gwardia Wrocław, a stąd trafił do Legii Warszawa, by zrobić z niego koszykarza. Właściwie mając tak niesamowity atut w postaci wzrostu, to miał stać pod koszem i wrzucać piłki, bo bieganie nie wychodziło mu za bardzo. Przy badaniach lekarskich wyszło, że Gienio ma guza przysadki mózgowej.

To dlatego mimo trzydziestki rósł jeszcze. Lekarze z kliniki naświetlali go lampami. Wyłysiał, włosy od razu wyrosły siwe.

W Warszawie „naukowcy” zaproponowali mu (a właściwie rodzinie) 150 tys. zł, żeby po śmierci przekazać im zwłoki w celach badawczych. Podobno chcieli go też zatrudnić w cyrku. Z oburzeniem odrzucił te propozycje. (…)

O jego sile krążyły legendy. Pracował w lesie. A jak kiedyś traktor się zakopał, to on sam jeden go wyciągnął – wspomina mieszkaniec Bystrzycy. Jak w barze wybuchała awantura, wystarczyło powiedzieć – idziemy po Gienia – i od razu się uspokajali, bo czasem z knajpy wynosił pijaków po jednym w każdej ręce. Silny był pieruńsko, ale to był złoty człowiek. Był spokojny, opanowany, grzeczny, nie widziano, aby się kiedyś złościł. Był raczej taki flegmatyczny, nie chciał nikomu dokuczyć. Wolał się usunąć.

Z roku na rok Gieniu czuł się coraz gorzej, zaczął jeździć do lekarzy. Często karetka zabierała go do szpitala. Gdy zdrowie mu się pogorszyło, został skierowany do sanatorium. Tam też wszyscy chcieli mieć z nim zdjęcie. Początkowo to go denerwowało, potem pogodził się z tym, a nawet zawarł przymierze z uzdrowiskowym fotografem – pozował, a ten mu odpalał coś ze zwiększonych zysków.

Gdy zmarła mu matka, poczuł się bardzo samotny. Pod koniec życia nie chciał być dla nikogo obciążeniem, więc przeniósł się do Jelcza, gdzie zamieszkał w hotelu robotniczym. Do końca życia chodził o własnych siłach i utrzymywał się z niewielkiej renty. Czasem pomagała mu gmina. Gdy bratowa napisała do Cyrankiewicza, dostał tzw. rentę wyjątkową za wzrost. Nadmierne zainteresowanie jego osobą zaczęło go męczyć.

Zmarł w 1978, w 50. roku życia. Pochowany został na cmentarzu w Bystrzycy.