Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017

Andrzej Chlipalski, MOJE NOTATKI Z CZASU WOJNY

Mojemu pokoleniu przypadła straszna wojna. Wojna, która odmieniła oblicze świata, przede wszystkim Polski, oblicze mojego świata, mojego miejsca na ziemi i mojego środowiska. Wtedy oczywiście nie zdawałem sobie sprawy z powagi i „historyczności” tego, w czym bierzemy – jakiś maleńki, bierny – udział. My odbieraliśmy to jako ciąg bardziej lub mniej ciekawych zdarzeń, czasem pełnych emocji, czasem śmiesznych, dość szybko w istocie pozoru zapominanych. Upłynęły lata, nim dopiero zdaliśmy sobie sprawę, że już nic nie wróci do dawnego kształtu, że wszystko będzie całkiem nowe, inne – i dla nas niedobre.

W tym przeświadczeniu już pozostałem. Pewnie nie ja jeden.

 

* * *

Druga wojna światowa przypadła więc na moje lata dziecinne, między 8. a 14. rokiem życia. Przeżyliśmy ją – ja z moją najbliższą rodziną – względnie spokojnie, choć na długie 8 lat zabrakło nam ojca, a dziadków (rodziców ojca) wywieziono do Kazachstanu. Nie mam żadnych (poza tym) s z c z e g ó l n y c h przeżyć ani doświadczeń z tamtego czasu, ominęły mnie dramatyczne wydarzenia wojny, a nawet i to, które w historii współczesnej stało się największą tragedią narodu polskiego – w większości zrazu nie uświadomioną – wysiedlenia z Ziem Wschodnich. Wysiedlania bezpośrednio przeżywanego.

Jednak wojna, która się nad nami przewaliła, pozostawiła moc wspomnień, które układają się w jakiś ciągle żywy fresk, na którym mniej ważne, ale barwne sceny rysują się mocno na tle tamtych ważniejszych, lecz przyćmionych. Przyćmionych dla dziecka, które wiele słyszało i może wiele rozumiało, ale nie wszystko traktowało z należytą powagą.

Te małe scenki, nierzadko zabawne w swej istocie, przerzutowane na zdobytą po latach wiedzę o tragicznej wojnie, uzupełniają ją i uplastyczniają. Dlatego sądzę, że warto utrwalić nieco tych dziecinnych wspomnień, potwierdzających niejako to, co znamy z oficjalnej historii.

 

* * *

Ojciec mój, z zawodu inżynier-mechanik, był do czasu wojny szefem warsztatów lotniczych we Lwowie – mieściły się gdzieś w nieznanej mi części miasta poza ulicą Gródecką. W kilka dni po wybuchu wojny otrzymał nakaz wywiezienia w kierunku wschodnim urządzeń i fachowców. Wyjazd nastąpił 11 września. Punkt zborny wyznaczono na samym końcu ulicy Nabielaka, gdzie po lewej stronie (na rogu ulicy Strzały) rosły duże, rozłożyste drzewa. Pod tymi drzewami ustawiły się załadowane już ciężarówki (ukryte na wypadek nalotu) i tutaj dosiadła część ludzi, w tym mój ojciec, a także jego brat Jan, prokurator, który obawiał się represji w przypadku zajęcia Lwowa przez Niemców.

Pod tymi drzewami pożegnaliśmy się z ojcem, jak sądziliśmy – na krótko. Spotkaliśmy się ponownie w innym miejscu i w innej epoce, ale nasze życie wróciło do jakiejś tam normy. Dla mojego stryja i jego rodziny było to pożegnanie na zawsze, choć nikt z nich w tej wojnie nie stracił życia. Wojna zabijała nie tylko fizycznie.

Tu warto wtrącić, że w pierwszych dniach września zjechali do Lwowa uciekinierzy z Krakowa, a pewna grupa znajomych skorzystała z gościnności moich rodziców. Po paru dniach uciekli chyba dalej (dokąd?), pamiętam jedynie, że jakoby przekraczając granicę rumuńską zginął tam kolega mego ojca z Bielska, Włodzio Wiskida, krakowianin.

Mieszkaliśmy do tego czasu przy ulicy Nabielaka 35, na samym końcu zaułka, który zaczynał się przy sowieckim konsulacie. Na drugi dzień po wejściu bolszewików do Lwowa nasza bona (odprawiona przez mamę w kilka dni później) wyprowadziła nas na spacer. Wchodząc na ulicę Nabielaka ujrzeliśmy konwój kilkudziesięciu chyba wozów konnych ze sprzętem wojskowym – jechali od dołu (od ul. Pełczyńskiej i Lenartowicza) w kierunku ulicy Na Bajkach. Z przeciwnej strony ukazała się kolumna młodych ludzi, mężczyzn i kobiet, z czerwonymi flagami i transparentami. Mijając wolno posuwający się konwój, wykrzykiwali coś, czego nie rozumiałem, ale co brzmiało radośnie i unosili pięści do góry. Zaraz przybiegła mama, zbeształa bonę i zabrała nas do domu. Potem dowiedziałem się, że była to komunistyczna młodzież żydowska, witająca „wyzwolicieli”.

 Panorama Lwowa – widok z okresu okupacji, 1941 r. fot. B. Pindelski

 

* * *

Kiedy stało się oczywiste, że wojna nie skończy się prędko, bo Niemcy i sowieci usadowili się w Polsce na dobre, a nasza rodzinna sytuacja, wynikająca z wyjazdu ojca, stawała się niebezpieczna (nie mówiąc o stronie materialnej), mama postanowiła, że zlikwidujemy mieszkanie na Nabielaka i przeprowadzimy się do babci Łukowskiej na Kadecką 28. Babcia i jej młodsza córka, ciocia Alina (zwana w rodzinie Dzidzią), zajmowały 5-pokojowe mieszkanie. Naszą przeprowadzkę przyspieszyło zajmowanie przez sowietów pokoi w mieszkaniach na „kwartiry” dla ich oficerów. Pośpiech nie na wiele się zdał, bo i tak zabrali 2 pokoje, zostaliśmy więc w trzech. Dla sześciu osób – licząc ze służącą Marynią – wydawało się to w tamtej (ginącej właśnie) epoce horrendalnie mało – nie przyzwyczailiśmy się jeszcze do warunków wojennych. Nadeszło to jednak niebawem.

Byliśmy więc teraz w sześcioro: babcia, ciocia Alina, mama i nas dwóch (8 i 3 lata). Marynia została z nami aż „do końca”, tzn. do opuszczenia Lwowa przez ciocię Alinę w roku 1946. Mieszkała w straszliwej służbówce przy kuchni. Wspomnienie tej nory żenuje mnie do dziś.

 

 

* * *

 Sowieci zajęli więc dwa pokoje, co gorsze – z łazienką, do której wchodziło się z jednego z zabranych pokoi, przeznaczonego widać przez architekta na sypialnię (u babci była to akurat jadalnia).

Przez okres pierwszej okupacji sowieckiej mieszkały u nas kolejno trzy rodziny oficerów NKWD. Stosunki z tymi familiami układały się bardzo dobrze – nie wiem, czy zawdzięczaliśmy to talentom dyplomatycznym babci, czy też w istocie poczciwości tych biednych ludzi (nawet enkawudzista mógł w domu być „normalnym” człowiekiem, a draniem stawał się na służbie).

Pierwszymi lokatorami było młode małżeństwo Knyżów, gdzieś z Ukrainy, Dymi (Dymitr) i Niusia oraz niespełna 2-letnia córeczka Ałeczka. To dziecko uczyło się dopiero mówić i jej pierwszym językiem stał się… polski. Babcia pozwalała sobie czasem w kuchni na uwagi na tematy polityczne. Nasza chaziajka (tak się wtedy do nich i o nich mówiło: chaziaj i chaziajka to było zniekształcenie od choziain i choziajka), otóż nasza chaziajka przyjmowała opinie babci ze zrozumieniem, a nawet aprobatą, ale pewnego razu ostrzegła: Pani, do mnie możecie, ale przy moim mężu nigdy tego nie mówcie.

Chaziajka była dwudziestoparoletnią przystojną kobietą. Miała kiedyś jakieś kłopoty ginekologiczne i chciała się wybrać do lekarza. Babcia skierowała ją do znajomej lekarki, dr Duczymińskiej (żona emerytowanego pułkownika WP, mieszkali na ul. Oficerskiej), która mnie i mojego brata odbierała przy porodzie. Przed wizytą babcia zwróciła chaziajce uwagę, że powinna być porządnie ubrana, bo idzie do znanej lekarki, która zawsze miała „porządne” pacjentki. Uwaga ta zrobiła na Niusi wrażenie, ale szkopuł był w tym, że nie miała niczego porządnego, więc pożyczyła jej bieliznę (jedwabną) i pończochy (też jedwabne)… Marynia. A na dodatek srebrny zegarek. Pani Duczymińska opowiadała potem, że była to jedyna jej pacjentka-sowietka, która była tak ubrana. Paradoks polegał na tym, że osoba postawiona względnie wysoko w sowieckiej hierarchii (żona oficera) pożyczyła to od osoby położonej najniżej w naszym przedwojennym układzie społecznym.

Knyżów pewnego dnia gdzieś przenieśli (ku naszemu żalowi za Ałeczką) i przybyli nowi: Woropajewowie, Rosjanie, małżeństwo w średnim wieku, bezdzietne. Też NKWD, ale jakoś się wyróżniali, byli na swój sposób nawet eleganccy w wyglądzie i zachowaniu. On był miłośnikiem sztuki i przynosił sobie obrazy (nie wiem, czy były to reprodukcje czy oryginały, a jeśli to drugie – to skąd?). Wszystkie w ramach, zawisły rosyjskim sposobem nie płasko na ścianie, lecz pod kątem. Był uszczęśliwiony, gdy babcia ofiarowała mu jakiś obrazek (też nie pamiętam, co to było).

Woropajewowie byli u nas krótko. Trzecią i ostatnią rodzinę pamiętam najlepiej, ale zatarło mi się ich nazwisko, byli chyba Ukraińcami. On – Żenia, ona – Raja (Raissa?), bezdzietni, sprowadzili sobie natomiast jego rodziców: ogromną „mamaszę” i malutkiego „papaszę”. Mamasza nie znosiła synowej i mawiała (w kuchni): Sztoże moj Żenia uwidieł w etoj parchatej jewrejkie?

Nadszedł czerwiec roku 1941. Któregoś dnia, gdy Niemcy byli tuż-tuż, Żenia i Raja nie wrócili już po pracy, a po starszych zajechała ciężarówka, która zbierała swoje rodziny po okolicy. Wyszli z domu niemal tak, jak stali, większość rzeczy zostawili, choć niewiele mieli.

Minęło kilka lat, przeszła okupacja niemiecka, sowieci przyszli powtórnie. W naszym mieszkaniu we Lwowie została tylko ciocia Alina (my wyjechaliśmy w maju 1944), i kiedyś tam, z końcem 1945 roku albo z początkiem 1946, nadszedł adresowany do babci list od mamaszy, gdzieś z głębi Rosji lub Ukrainy, z dramatycznym zapytaniem, czy nie ma jakichś wiadomości od syna i synowej. Okazało się, że od tamtego czasu, od czerwca 1941, nie wiedzieli o sobie nic, pogubili się dokumentnie na tej nieludzkiej ziemi. Tak więc ich krótki pobyt w obcym kraju, we Lwowie w latach 1940–1941, stworzył im jedyny na świecie punkt stały, do którego mogli się odnieść, i to skutecznie, bo w jakiś czas potem przyszedł list od Rai. Dzięki temu rodzina po latach mogła się odnaleźć.

 

* * *

Wróćmy do pierwszej okupacji sowieckiej. Moja mama, która studiowała kiedyś romanistykę, nigdy jednak zawodowo nie pracowała, była praktycznie bez zawodu. Na szczęście znany nasz lekarz domowy, pediatra prof. Groër, zorganizował kursy pielęgniarskie dla osób, które znalazły się w podobnej sytuacji jak mama. Zaczęła więc mama pracować w klinice dziecięcej Groëra przy ulicy Głowińskiego. Ciocia pracowała w szkole jako nauczycielka wf. (skończyła przed wojną CIWF w Warszawie). Babcia prowadziła gospodarstwo.

Do wojny chodziłem do szkoły św. Marii Magdaleny. Były obok siebie de facto dwie szkoły tego samego imienia: starsza żeńska i nowsza męska. Sowieci zamienili męską szkołę na coś innego, a w żeńskiej szkole zorganizowali naukę koedukacyjną. Okres ten wspominam jako ponury, na szczęście niezbyt długi fragment życia. Do szkoły w zimie szło się po ciemku, bo lekcje zaczynały się o godz. 9, lecz czasu moskiewskiego, u nas była to 7. Dla siedmio- czy ośmiolatków był to jednak problem.

Także inne porządki sowieckie wprowadzono. W mojej przedwojennej klasie II byli chłopcy z roku 1930 i 1931 i analogicznie w klasie I – z r. 1931 i 1932. Sowieci „uporządkowali” nas latami. Ja, urodzony w 1931, „zostałem” w klasie II, starsi poszli do III, a do nas doszlusowali ci z dawnej I. Powtarzałem więc klasę z powodów „politycznych”.

 

* * *

14 kwietnia 1940 roku mama szła wcześnie rano do pracy. Kiedy schodząc w dół ulicą Kadecką znalazła się mniej więcej na wysokości ul. Śliwińskiego, zobaczyła dziwną scenę: przed jedną z kamienic (po stronie nieparzystej, nr 5c) stała furmanka, do której ładowano rodzinę Kilianów z tobołkami. Pani Kilianowa była krewną mojej stryjenki Stefanii (znaną później jako twórczyni teatru lalek w Kazachstanie, a po wojnie w Warszawie, Janina Kilian-Stanisławska). Kiedy zauważyła moją mamę, zawołała: „Pani Danusiu, niech pani pójdzie do Stefy i powiadomi, co z nami robią”. Mama zawróciła i biegiem dotarła do domu moich dziadków Chlipalskich przy ul. Kosynierskiej 7. Dziadkowie mieszkali tam na I p., a na wysokim parterze stryjostwo Janek i Stefa (stryj wyjechał z Polski razem z moim ojcem). Mama weszła do pustego już domu: dziadkowie i ciocia Stefa z synami Adamem i Pawłem (12 i 8 lat) zostali w nocy zabrani. Oba mieszkania zostały splądrowane przez rodzinę dawnej służącej dziadków, Ukrainki Maryśki, której – po jej zamążpójściu – oddali dozorcówkę. Podobno ona przyczyniła się do ich wywiezienia.

Mama wróciła natychmiast do domu i zaczęło się nerwowe pakowanie – na wszelki wypadek. Uniknęliśmy jednak wywózki, ale aż do odejścia sowietów żyliśmy na spakowanych walizkach i tobołkach.

 Dodam jeszcze, że zaraz po wejściu sowietów ciocia Alina wyciągnęła schowane w domu przedwojenne szable dziadzia Łukowskiego i w nocy wyniosła je, wyrzucając w zaroślach pobliskiego parku. Równocześnie w domu został spalony w piecu mały portret wuja babci, austriackiego generała.

Dziadkowie (75 i 68 lat) i ciocia Stefa z synami zostali „posieleni” w kołchozie „Kirów” w Kazachstanie, w semipałatyńskiej obłasti. Po 3 latach młodzi wyjechali stamtąd wraz z Armią Andersa, przez Teheran, Nazaret i Kair do Anglii. Do Polski nigdy nie wrócili, ani jej nie odwiedzili*. Dziadkowie zostali repatriowani w czerwcu 1947. W drodze powrotnej mój dziadek, jako najstarszy w tym transporcie repatriantów, musiał w imieniu całego pociągu podpisać podsunięty mu list dziękczynny do Stalina, wyrażający wdzięczność za umożliwienie przetrwania z dala od działań wojennych!

Z kamienicy przy ul. Kadeckiej 28, w której mieszkaliśmy, wywieziono jedną rodzinę, państwa Skórskich z dorosłymi dziećmi. Jeden z synów, korzystając z nieuwagi pilnujących sołdatów, wybiegł na podwórze, wyskoczył na wysoki mur i uciekł przez niezabudowane parcele. Nie wiem, jak sobie dalej dał radę, nie wiem również, jakie były dalsze losy pp. Skórskich, a w szczególności ich córki, która jako kilkunastoletnia dziewczyna czytała mi i pożyczała uroczą kilkutomową Książkę Zosi – opowiadania z historii Polski dla dzieci. To pierwsze spotkanie z historią zaowocowało moimi zainteresowaniami na całe życie.

 

* * *

Jeszcze parę słów o naszej kamienicy. Lokatorzy tego domu reprezentowali sferę inteligencką w tradycyjnym znaczeniu (i taki charakter miała na ogół cała ulica**). Na parterze (wysokim parterze) mieszkali państwo Skórscy, na I p. wcześniej pp. Reichlowie (wyprowadzili się po śmierci swej jedynej córeczki, 12-letniej Zosi; jej wspaniały pogrzeb z domu na Łyczaków, przy osłoniętych kirem latarniach na całej trasie, pamiętam doskonale). Przed samą wojną sprowadzili się tu pp. Stanisław i Jadwiga Longchamps de Berier, z dopiero co urodzonym synkiem Piotrusiem (obecnie jest konsulem w Sydney)***. Z początkiem wojny doszły do tego mieszkania siostra p. Staszka, pani Wanda Olszewska, słynna jako jedna z dwóch pierwszych (wraz z Danutą Sikorzanką) pilotek polskich, a także ich matka, stara pani Longchamps (wdowa po nafciarzu).

Na II p. mieszkali moi dziadkowie od strony matki. Dziadek Stefan Bolesław Łukowski był sędzią i do 1926 roku szefem wojskowego korpusu sądowego DOK VI we Lwowie. Po przewrocie majowym został odwołany na emeryturę w wieku lat 53. Otworzył wtedy kancelarię adwokacką w Gródku Jagiellońskim, bo były sędzia nie mógł być adwokatem w tym samym mieście przez 10 lat. Niestety zmarł już po 7 latach.

III p. zajmowała rodzina Mniszków, ziemian zza Zbrucza, którzy utracili majątek przez rewolucję bolszewicką. Ich dwór, czy pałac, w Żeglówce stał podobno nad samym Zbruczem, jeździli więc od czasu do czasu w tę okolicę, lecz po stronie polskiej i spoglądali na swój utracony dom. Państwo Mniszkowie mieli wiele dzieci i wnuków i większość tej rodziny znalazła się z początkiem wojny w ich mieszkaniu (w tym 6 córek). Były też i obce osoby, w tym 2 sublokatorów – studentów Politechniki Lwowskiej, odciętych od swoich rodzin w Krakowie. Razem w 5 pokojach gnieździło się tam okresowo za sowieckich czasów 15–20 osób. Za Niemców Mniszkowie zostali wyrzuceni ze swego mieszkania przez jakiegoś niemieckiego przedsiębiorcę (nie wiem, dlaczego upodobał sobie akurat III piętro), który tu otworzył biuro. Na szczęście Mniszkom pozwolono zająć puste mieszkanie na parterze po pp. Skórskich.

Na IV p. były dwie oddzielne „kawalerki”, jedna zajmowana przez starszą panią Święcicką, druga przez pana Dąbrowę.

Muszę jeszcze wspomnieć o naszym dozorcy – był to pan Teodor Podoba, z sumiastym wąsem. Wraz z żoną i najmłodszą córką mieszkali w suterenach. Byli Rusinami, ale młodsze pokolenie chodziło do kościoła łacińskiego. Czując się Polakami, wyjechali wszyscy po wojnie na tę stronę kordonu. Zapamiętałem dwie piękne cechy pana Teodora. Pierwsza – to utrzymywanie wzorowego porządku w kamienicy i jej otoczeniu. Nam, dzieciom nie wolno było wejść na trawnik między chodnikiem a jezdnią (charakterystyczne dla ulic lwowskich), nawet by pozbierać spadające kasztany. Był zawsze idealnie wykoszony i czysty. Drugą niezapomnianą cechą pana Teodora była absolutna lojalność wobec lokatorów, jakże cenna w czasie wojny. W nocy nie otwierał nikomu obcemu – jeżeli się ktoś dobijał, dozorca naradzał się najpierw z mężczyznami (nielicznymi), zamieszkałymi w naszym domu, przede wszystkim z panem Longchamps.

 

* * *

Którejś niedzieli, może wczesną wiosną, może w jesieni, wczesnym, niemal jeszcze ciemnym rankiem obudziło nas energiczne i długotrwałe dzwonienie do bramy. Nie trzeba tłumaczyć, co mogło to oznaczać – w ciągu paru sekund cały dom stał na nogach. Ktoś otworzył i wtedy usłyszeliśmy przeraźliwy babski wrzask. Okazało się, że to dzień wyborów, a lokale wyborcze otwierano skoro świt. Aktywiści partyjni chodzili już od tej godziny po domach i rugali mieszkańców, że jeszcze się nie udali do urn wyborczych. W tej subtelnej metodzie „łagodnej perswazji” tkwiła tajemnica rewolucyjnego entuzjazmu najszerszych mas ludu pracującego, który i u nas usiłowano zaszczepić.

 

* * *

Z dziadkami w Kazachstanie był cały czas kontakt listowy (mam ich listy do dziś). Los ludzi starych był tam szczególnie tragiczny, bo nie mieli z czego żyć – nie mogli pracować tak intensywnie jak młodzi. Babcia Aniela, pomimo zbliżającej się (a potem przekroczonej) siedemdziesiątki chodziła do pracy w polu, ale „koleżanki” – kołchoźnice beształy ją za zbyt niską wydajność pracy – traciły na tym. Mama i ciocia Alina wysyłały ciągle paczki żywnościowe – zapamiętałem, że musiały być obszywane w płótno (chyba dla zapobieżenia otwierania w czasie przewozu i okradania). Paczki szły też do państwa Bielskich, którymi nie miał się wtedy kto opiekować (obaj synowie byli za granicą, a córka p. Krasicka z synami w GG)****. Z naszej rodziny wywiezione były ciocia Kamila Hauserowa (siostra babci Anieli Chlipalskiej) i jej córka, ciężko chora na reumatyzm ciocia Anusia Świątkiewiczowa. Ciocia Kamila umarła w drodze powrotnej do Polski, pochowano ją gdzieś przy linii kolejowej w okolicach Kijowa.

 

* * *

Przyszedł kres okupacji sowieckiej. Uciekli w popłochu, choć zdążyli w ostatniej chwili wymordować dziesiątki czy setki tysięcy ludzi w więzieniach – na Łąckiego, Zamarstynowie, w Brygidkach, w Złoczowie i tylu innych miejscowościach – to są sprawy znane. Łapali jeszcze na ulicach, zgarnęli także ciocię Alinę, gdy biegła do telefonu, by zawiadomić mamę, żeby nie wracała z pracy do domu, bo niebezpiecznie. Jakoś na szczęście po wielu godzinach udało jej się wyrwać, mama też szczęśliwie wróciła.

Wreszcie odeszli, nastała absolutna cisza. Nikt nie odważał się wyjść na ulicę, a nawet wyglądać przez okno. Nie pamiętam, ile trwało to bezkrólewie, dzień czy dwa. Naraz, chyba około południa, usłyszeliśmy warkot motoru – zbliżyliśmy się do okna, patrząc zza firanki. Od dołu jechał Kadecką motocykl z przyczepą – Niemcy. Ten w przyczepce miał wycelowany karabin maszynowy. Skręcili w Herburtów i wrócili na dół.

Wszyscy doznali ulgi. Ludzie w zachodniej Polsce oburzali się na tych ze Wschodu, którzy później opowiadali, że wejście Niemców było traktowane u nas jako swego rodzaju wybawienie. Przeżyliśmy potem kilka lat okupacji niemieckiej, były też łapanki i rozstrzeliwania, wywózki na roboty do Niemiec i mordowanie w obozach. Była bieda, nieporównywalnie większa niż w Krakowie czy Warszawie, nie mówiąc o prowincji w GG (przekonaliśmy się o tym dobitnie, kiedy przyjechaliśmy ze Lwowa do Wieliczki w maju 1944 roku). A jednak każdy, kto przeżył obie okupacje: pierwszą sowiecką i niemiecką – wolał tę drugą.

Była więc dla ogółu Polaków okupacja sowiecka w latach 1939–1941 nocą najczarniejszą z czarnych. Opinia o drugiej sowieckiej okupacji od 1944 nie należy już do tematu tych wspomnień.

Osobnymi rozdziałami były oczywiście zarówno eksterminacja Żydów, dokonywana przez Niemców przy gorliwym udziale ukraińskich nacjonalistów, jak i mordowanie Polaków przez Ukraińców, które osiągnęło swoje tragiczne apogeum za okupacji niemieckiej. Zaczęło się jednak już za sowietów, choć osłabło, chyba ze względu na wycisk, jakiego doznali także Ukraińcy od swych wyzwolicieli, zwłaszcza po nacjonalizacji ziemi. Ukraińcy witali więc Niemców entuzjastycznie – obserwowaliśmy to na naszej ulicy, gdy wchodziły regularne oddziały wojska, na pewno specjalnie dobrane: strzelcy alpejscy, przystojni i opaleni, w pięknych i czystych mundurach o sportowym kroju, każdy z zegarkiem na ręku i wielu w okularach – atrybuty wtedy nie znane krasnej armii. W autach i motocyklach siedziały przy żołnierzach rozanielone ukraińskie dziewoje, a sypaniu kwiatów i rozkosznym okrzykom nie było końca.

Nastał dla nas okres niepewności – co będzie dalej. Ukraińcy spodziewali się „wilnej Ukrainy”, jednak się zawiedli. Pamiętam ten dzień, gdy ciocia Alina wpadła w podskokach do domu z gazetą: utworzono Distrikt Galizien i włączono do GG. Żeby jednak „szczęście” nie było pełne, a równowaga zachowana, nie utworzono u nas „granatowej policji”, lecz milicję ukraińską, która bardzo dała się Polakom we znaki, nie mówiąc już o formacjach w rodzaju „Nachtigall”.

 

* * *

Pokoje zajmowane dotąd przez sowietów objęli Niemcy. Pewnego dnia zjawił się elegancki oficer z jednym czy dwoma żołnierzami, by obejrzeć tę kwaterę. W domu z dorosłych była tylko Marynia. Mówiłem jeszcze wtedy dość dobrze po niemiecku – miałem przecież bony Niemki, mnie zatem przypadł obowiązek rozmowy. Pokazałem mu pokoje i łazienkę (był zadowolony), a potem wdał się ze mną w rozmowę jak dobry wujek. Pytał o rodzinę, musiałem więc wszystko opisać. A ojciec? Wywieziony przez bolszewików – wyjaśniłem bez zająknięcia. Zabawne było to, że jeszcze przed kilkoma tygodniami musiałem kłamać, że właśnie Niemcy zabrali mi ojca.

Pierwsi wprowadzili się jacyś podoficerowie SS – jeden z nich był Ślązakiem i bardzo dobrze mówił po polsku, tyle że w śląskim dialekcie (rozpoznałem to dopiero po wielu latach, gdy zacząłem bywać na Górnym Śląsku, najpierw u ciotek i kuzynów, potem zawodowo). Na szczęście nie zagrzali długo miejsca, po czym wprowadził się oficer z ordynansem. Ordynans był dziennikarzem z Berlina, człowiekiem sympatycznym i delikatnym, nazywał się Beer. Nie ukrywał przed moją rodziną swego antyhitleryzmu i pogardy dla przełożonego oficerka.

Najdłużej jednak mieszkało u nas małżeństwo Hans i Ria Henne z Hamburga, ludzie kulturalni i eleganccy. On był z zawodu handlowcem (na bilecie wizytowym: Kaufman), a w Wehrmachcie zajęty był w intendenturze. Ona, córka lekarza z Bad Aabach pod Regensburgiem, też pracowała w jakichś wojskowych biurach.

Ci ludzie traktowali nas na równi, bez „übermenschowskiego” dystansu, można było nawet odczuć jakiś kompleks winy. Starali się nam zrekompensować sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, a dwóch rzeczy nie możemy im zapomnieć. Najpierw to, że codziennie na chwilę przed godziną 8 wieczorem wychodzili ze swych pokoi do kuchni na kolację i tam ją jedli. Wtedy wchodziła do ich pokoju mama (czasem zabierała mnie ze sobą) i na ich radiu nastawiała Londyn (Polacy radia mieć nie mogli). Audycja trwała pół godziny. W parę minut po wyjściu mamy Hennowie wracali. Taka umowa bez słów trwała przez długi czas.

Drugie, ważniejsze, co im zawdzięczamy, to spokojny wyjazd ze Lwowa – na jakiś czas, jak się nam wydawało. Był to rok 1944, trwały ostre bombardowania. Kuzynka mego ojca, ciocia Stasia S. mieszkająca w Wieliczce, zapraszała nas do siebie. Równocześnie Henne miał ewakuować swoje biura do Krakowa i dostał do swej dyspozycji samochód osobowy – jego żona wyjechała tam wcześniej. Zaproponował więc, że może nas zabrać do Wieliczki. Mama zdecydowała się na wyjazd. Babcia pojechała z nami, a w domu została tylko ciocia z Marynią, by pilnować mieszkania.

Wyjechaliśmy 6 maja 1944 roku. Mijaliśmy dymiące jeszcze po nocnych bombardowaniach ruiny kamienicy na ul. Leona Sapiehy i ludzi grzebiących w gruzach w poszukiwaniu resztek swojego dobytku. Gdzieś przed Gródkiem Jagiellońskim minęła nas kolumna pędzących samochodów, na jednym z nich czerwieniło się od generalskich lampasów. Ktoś potem objaśnił, że to Himmler wracał z frontu wschodniego.

Noc spędziliśmy w jakimś domu noclegowym w Przemyślu. Nazajutrz dotarliśmy do Wieliczki. W trzy dni później skończyłem 13 lat.

 

* * *

 Wróćmy do lat wcześniejszych. Mama, znająca dobrze język niemiecki, dostała zajęcie w biurze Baudienstu – organizacji pracy przymusowej dla młodzieży w krajach podbitych (zamiast służby wojskowej, która nie mogła wchodzić w grę). Ci, którzy się narazili, byli zabierani na roboty do Niemiec. Wiele kartotek takich polskich chłopców zostało przez mamę unicestwionych.

Ciocia Alina dostała pracę w Instytucie Weigla przy karmieniu wszy, potem w analogicznym Instytucie Behringa, w laboratorium. Nabawiła się tam alergicznego kataru, który ją męczył przez wiele lat.

 

* * *

Chodziłem nadal do szkoły św. Marii Magdaleny – tym razem do budynku dla chłopców, bo z kolei część żeńska została zajęta na coś innego. Z początku okupacji niemieckiej chodzili jeszcze z nami Żydzi – pamiętam świetnego ucznia Reichen­steina, Tennenbauma, Wienera czy Weinera i śliczną dziewczynę Żurawską, którą całą klasą odprowadzaliśmy do domu przy ul. Bogusławskiego. Inne nazwiska zatarły mi się w pamięci. Potem zniknęli.

W szkole był coraz większy „luz”, choć niby nauka trwała normalnie, ale program bardzo się zawęził. Coraz powszechniejsze stawało się tajne nauczanie, gdzie zrazu podjęto uzupełnianie programu o przedmioty zakazane. Chodziłem najpierw na lekcje do pana Tadeusza Waligórskiego, naszego nauczyciela z MM (razem z Jackiem Szczękiem), potem do mnie do domu zaczęła przychodzić pani Maria Baczyńska, nauczycielka gimnazjalna, niegdyś koleżanka mojej mamy z gimnazjum Królowej Jadwigi. Kiedy ukończyłem szóstą klasę, zawiązał się komplet: Hanka Gröo (córka chirurga z ul. Kampiana), Krzysztof Chwalibogowski (syn pediatry z ul. Senatorskiej) i ja. Tu już była regularna nauka wg programu I klasy gimnazjalnej. Pani Baczyńska uczyła nas wszystkich przedmiotów z wyjątkiem matematyki, fizyki i łaciny, tych zaś pan Wincenty Podlacha, młody inżynier, syn znanego lwowskiego profesora historii sztuki z UJK.

 

* * *

Dzieci, jak i dorośli, mają czasem więcej szczęścia niż rozumu. Opiszę zdarzenia, które w pełni potwierdzają tę starą prawdę.

 Naprzeciw naszej kamienicy na Kadeckiej zaczynał się park, który ciągnął się wzdłuż Szkoły Kadeckiej i dochodził do ul. Stryjskiej. Po drugiej stronie tej ulicy wchodziło się już do właściwego Parku Stryjskiego. Otóż w części tego pierwszego, położonej vis à vis Szkoły Kadeckiej, zamienionej na szpital wojskowy, urządzili Niemcy cmentarz, Heldenfriedhoff (żeby nie było daleko!). Codziennie grzebano tam zmarłych w szpitalu, o czym dawały znać wielokrotnie salwy honorowe.

W roku chyba 1943 został zamordowany we Lwowie wicegubernator dystryktu Galicji – Wächter. W dniu jego pogrzebu byłem na lekcji, a wracając do domu zauważyłem na ulicach dziwny ruch. Pobiegłem więc z ciekawości we właściwym kierunku, aż dotarłem do rzeczonego cmentarza. Tam roiło się od gestapowców i SS-manów, a za chwilę nadciągnął kondukt pogrzebowy. Trzeba dodać, że książki i zeszyty z tajnego nauczania niosłem w zwykłej torbie, używanej na zakupy (dla niepoznaki). Stałem więc z tą torbą między gapiami, ale na szczęście żadnemu z policjantów nie przyszło do głowy, by mi ją zrewidować. Łatwo sobie wyobrazić konsekwencje, gdyby do tego doszło.

A teraz coś o dorosłych. Na lwowskiej Cytadeli Niemcy trzymali jeńców-oficerów francuskich, którym udzielali pozwoleń na przechadzki po mieście, pod strażą oczywiście. Któregoś dnia taka grupa kilku jeńców pod strażą żołnierza niemieckiego przyszła do pp. Longchamps, zaproszona tam pod nieobecność zakwaterowanego w przyległym pokoju Niemca Daegnera, na większe, zakrapiane przyjęcie. Traf jednak chciał, że Daegner zjawił się niespodziewanie, a że do swojego pokoju musiał się dostać przez ten, gdzie podejmowano jeńców, nie było innego wyjścia, jak zaprosić go do stołu. Polało się niemało wódki, a wtedy całkiem już ululani przedstawiciele dwóch nieprzyjacielskich armii wpadli na pomysł, by dla kawału zamienić się mundurami, co też uczynili. Tylko nieco trzeźwiejsi uczestnicy libacji zdawali sobie sprawę, co by było, gdyby Francuz zechciał skorzystać z okazji i uczynić użytek z munduru niemieckiego oficera. Na szczęście dla wszystkich był na to zbyt pijany, a może i za mało przedsiębiorczy?

 Historia ta, w której – rzecz prosta – nie mogłem osobiście brać udziału, stanęła mi żywo przed oczami, gdy 20 lat później jadąc do Francji przesiadałem się w Genewie z pociągu szwajcarskiego do francuskiego i przechodziłem przez kontrolę graniczną na tamtejszym dworcu. Urzędnik francuski, oglądając mój paszport, zauważył miejsce urodzenia: Lwów. Opowiedział mi, że w czasie wojny był w tym mieście jako jeniec na Cytadeli. Wypytałem go oczywiście o tamto wydarzenie – ale nie, nie był uczestnikiem owej ryzykownej libacji.

 

* * *

Gdy sowieci wywieźli moich dziadków i kuzynów, mieszkania ich – i tak już wcześniej uszczuplone o „kwartiry”, zajęły w całości sowieckie rodziny. Po zajęciu Lwowa przez Niemców wprowadzili się tam Ukraińcy. Na parterze zamieszkała rodzina Krechowieckich, których starszy syn był „studentem” szkoły milicyjnej, zlokalizowanej chyba w Zakładzie Abrahamowiczów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że do domu dziadków przylegał dom księdza ruskiego o nazwisku Zastyrec (Kosynierska 5). Słyszałem, że przed wojną były poprawne stosunki sąsiedzkie między moimi dziadkami a księdzem i „księdzową”. Po wejściu Niemców przyjechała tam z „Reichu” ich córka (niemieckim stylem noszenia się starała się bez sukcesu zatrzeć wybitnie wschodniosłowiańskie cechy swojej sylwetki) wraz z kilkunastoletnią córeczką. Krasawica ta była gorliwie adorowana przez niemieckiego „narzeczonego”.

Pewnego razu ogłoszono, że dawni właściciele mogą się starać o „dzierżawę” swoich, znacjonalizowanych przez sowietów, własności. O domu nie mogło być oczywiście mowy, posiadanie jednak ogrodu wydawało się atrakcyjne. Przy domu tym był bardzo duży ogród, ponieważ dziadek mój – chcąc zapobiec ewentualnemu przysłonięciu swojego domu przez jakiś inny – wykupił sąsiednią parcelę od państwa Dylewskich (niedaleko była ulica ich imienia, nie zdołałem się jednak dowiedzieć, kim byli). Mama przedłożyła więc stosowne dokumenty i ogród nam przyznano! Był niezwykle pomocny w tamtych czasach, bo dawał znakomite owoce i jarzyny, uprawiane gorliwie przez Ciocię Alinę. Umożliwiał ponadto – nam dzieciom – bezpieczną zabawę na wolnym powietrzu. Była to wartość nie do przecenienia, bo wszak przez tyle lat nie jeździliśmy na wakacje. Naszymi najlepszymi towarzyszami zabaw tych lat byli Renia i Kazik Gołdowie, wnuki państwa Mniszków z Kadeckiej 28.

 

* * *

 Cóż, gdyby pogrzebać w pamięci, znalazłoby się jeszcze sporo innych wspomnień. Ale wystarczy, przecież ludzie mają więcej i ważniejsze wspomnienia. Ważniejsze, bo więcej przeżyli. Więcej mają do przekazania – i zapamiętania.

 

 


*    Adam spędził całe dorosłe życie w Kanadzie, Paweł w Anglii.

**  Gdy w wiele lat po wojnie znalazłem się jako „turysta” we Lwowie, oprowadzała nas po mieście sowiecka przewodniczka. Dowiedziawszy się, że pochodzę ze Lwowa, zapytała gdzie mieszkałem. Wyjaśniłem, że na „Gwardiejskiej”, czyli Kadeckiej. Ona powiedziała: A, eto aristokraticzeskaja ulica. Wyjaśniłem że to bzdura, bo mieszkali tam zwykli ludzie…

*** Piotr Longchamps pracował po wojnie w MSZ i przebywał w wielu krajach jako polski dyplomata. Wtedy, gdy pisałem te wspomnienia, był akurat konsulem w Sydney. W latach po r. 2000 zastępował krótko polskiego konsula we Lwowie. A mnie wcześniej pytał o ulicę Kadecką, bo sam jej nie mógł pamiętać!

**** Państwo hr. Bielscy nie mieli wtedy w strefie sowieckiej nikogo z rodziny, kto mógłby się nimi opiekować. Obaj synowie byli za granicą, córka p. Krasicka z synami w GG. Pomocy udzielała więc moja babcia Łukowska, związana z p. Bielską od dzieciństwa.