Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017

Sławomir Dorocki, Paweł Brzegowy, KOBIETA, KTÓRA SIĘ ŚMIAŁA

 

 Wspomnienie o Zofii Batyckiej (1907–1989)

 

W przedostatnim tygodniu sierpnia 1907 r. na świat przyszła córka cenionego adwokata galicyjskiego dra Eugeniusza Batyckiego i jego małżonki Janiny – Zofia. Wspaniałe było dzieciństwo tej dziewczynki, która jako jedynaczka całe ciepło i opiekuńczość rodziców otrzymała tylko dla siebie. Dorastała w domu zamożnym, odwiedzanym przez rozmaite osobistości z wyższych sfer Lwowa i nie tylko. Zabrana pewnego razu na inscenizację Fausta, zachwyciła się światem, jaki ukazał się jej oczom, a obdarzona duszą artystyczną pierwsze swe dziecięce marzenia skierowała ku baletowi pragnąc, aby pewnego dnia wstąpić do właściwej szkoły. Tęsknota ta poniekąd doczekała się urzeczywistnienia poprzez późniejsze zajęcia z tańca dla dzieci. W zaciszu domowym dziewczynka zaczęła organizować przedstawienia baletowe wcielając się w wyimaginowane księżniczki i wróżki. Amatorskim widowiskom poświęcała wiele czasu i atencji. Licząc sobie około piętnastu lat udała się Zofia na film z Mary Pickford, będąc od tej pory przekonana, że jej życiowym przeznaczeniem jest kariera aktorska. Niczego już bardziej nie pragnęła, nieme kino skradło jej serce. Dobór zainteresowań nie spotkał się jednak z aprobatą rodziców. Panienka z dobrego domu trudniąca się aktorstwem – dla dra Batyckiego kombinacja nie do przełknięcia! Wyznała później: Rodzice moi chcieli widzieć swą jedynaczkę wychowaną w atmosferze wyszukanej, a materialnie niezależną, szczęśliwą na innej drodze, a nie jako aktorkę i do tego jeszcze filmową. Godzi się w tym miejscu odnotować, że były to czasy, kiedy szanujący się obywatele kinoteatru raczej unikali. Uchodziła bowiem twórczość filmowa za rozrywkę niskogatunkową, a w niektórych kręgach nawet pseudoartystyczną. Ogląd ten zupełnie nieuzasadniony, szybko miał jednakże stracić na znaczeniu. Dorastająca Batycka, znajdująca się pod wyraźnym urokiem amerykańskich femme fatale Thedy Bary oraz Nity Naldi, coraz odważniej manifestowała swe oddanie dziesiątej muzie. Młodzieńczą pasję Zofii podzielał przyjaciel domu Ludwik Solski – aktor i reżyser teatralny związany ze Lwowem, Łodzią i Krakowem. Przekonywał Batyckich, że córka w sposób nieskrępowany powinna rozwijać zainteresowania, które w dorosłym życiu mogłyby stanowić źródło satysfakcji osobistej i zawodowej.

We Lwowie kształciła się Batycka w elitarnym IX Prywatnym Gimnazjum Żeńskim Sióstr Urszulanek mieszczącym się przy ul. św. Jacka 16 (obecnie ul. Archipienki). Założona w 1910 r. szkoła o typie humanistycznym przynależała do najlepszych placówek edukacyjnych w mieście i odznaczała się wysokim czesnym. Gimnazjum i dom zgromadzenia sióstr Urszulanek zajmowały trzy dawne kamienice czynszowe, klasztor i szkoła znajdowały się zaś na Górze św. Jacka. Przyklasztorny ogród porastały drzewa i krzewy owocowe oraz grządki jarzynowe. Pobyt na Górze św. Jacka wspominała Batycka z sentymentem. Prócz wiedzy teoretycznej nabyła tam także rozmaitych umiejętności praktycznych: pieczenia chleba, szorowania podłogi, a nawet dojenia krów. Cechowało Zofię zamiłowanie do języków obcych, interesowała się muzyką, poezją i malarstwem, udzielała się również na okazjonalnych przedstawieniach szkolnych. W czasach gimnazjalnych poczęła kreślić drobne sonety i nowelki, opuściwszy zaś szkołę uczęszczała na lekcje muzyki i śpiewu. Posyłając córkę do szkoły urszulańskiej E. Batycki pragnął, aby oprócz wykształcenia książkowego nabyła przygotowania z zakresu prowadzenia gospodarstwa domowego.

Rodzina Batyckich w latach 20. XX w. sprowadziła się do okazałego czterokondygnacyjnego gmachu przy ul. Piekarskiej, współcześnie nazywanego pałacem Turkułłów-Comello, zaprojektowanego najprawdopodobniej przez Fryderyka Baumana w rzadkim dla Lwowa stylu weneckiego neogotyku. Najpewniej wybudowany w latach 40. XIX w., w kolejnych dekadach zamieszkiwany był przez kilka prominentnych lwowskich rodów, m.in. Dzieduszyckich – pierwszych właścicieli. Spacerując ulicą Piekarską zabudowaną wieloma kamienicami z ozdobnymi elewacjami, dom ten można przeoczyć. Pragnąc w pełni zapoznać się z jego architektonicznym pięknem, należy udać się do ogrodu i przyjrzeć uważnie fasadzie z charakterystycznymi wielkimi ostrołukowo zamkniętymi oknami, balkonem z ażurową balustradą i ryzalitem wykończonym attyką z pinaklami. Niestety w czasach powojennych z zamiarem zwiększenia powierzchni użytkowej czterospadowy dach przebudowano uzupełniając w nieszczególnie wyszukane trójkątne okienka. Przestronne pokoje tego domostwa gościły prawdziwe talenty międzywojennej epoki: skrzypka Bronisława Hubermana, śpiewaczkę operową i aktorkę Adę Sari, pianistów Henryka Sztompkę i Artura Rubinsteina i in. Pędzlem młodopolskiego malarza i rysownika Kazimierza Sichulskiego w tym domu uwieczniona została młodzieńcza uroda Z. Batyckiej. Budynek o bogatej historii stanowi obecnie własność Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu Medycyny Weterynaryjnej i Biotechnologii im. Stefana Grzyckiego. Przechodząc przez kolejne pomieszczenia próżno dzisiaj szukać śladów Batyckich. Poszczególne pokoje, zamienione na sale zajęciowe i laboratoryjne, zachowały jednak cząstkę dawnej wystawności.

W niemal wszystkich dostępnych źródłach Batycka przedstawiana jest jako studentka lub absolwentka najstarszej polskiej wszechnicy ekonomicznej Wyższej Szkoły Handlowej (od 1933 r. Szkoły Głównej Handlowej) w Warszawie. Zwróciwszy się z zapytaniem do Archiwum SGH autorzy niniejszego artykułu otrzymali odpowiedź, że Zofia Batycka nie figuruje w spisie studentów uczelni. Nie ulega jednak wątpliwości, że Zofia w drugiej połowie lat 20. udała się do stolicy i zamieszkała w zamożnym domu inż. Franciszka Lilpopa – wdowca wychowującego wówczas pięcioro dzieci przy al. Róż 10. Z córkami Lilpopa: Haliną (ur. 1904), Felicją (ur. 1908), Anielą (ur. 1910) oraz Marią (ur. 1912), Batycka szybko nawiązała nić porozumienia. Gospodarz domu, ceniony warszawski architekt, w którego pracowni zrodziły się m.in.: Dom Towarowy Braci Jabłkowskich, Instytut Aerodynamiczny Politechniki Warszawskiej czy siedziba korporacji akademickiej Welecja, umiejętnie brylował między historyzmem, secesją i modernizmem. Franciszek Lilpop pamiętany jest również jako osoba szczególnie zasłużona w konsolidacji środowiska krajowych architektów oraz społecznik. Wybrane Lilpopowskie gmachy ocalałe z zawieruchy wojennej podziwiane są i dyskutowane po dzień dzisiejszy. Stanowiąca od 1912 r. gniazdo rodzinne Lilpopów kamienica przy al. Róż oprócz pomieszczeń mieszkalnych posiadała przestronną pracownię oraz salę przeznaczoną na edukację dzieci. Lubiła Batycka swój warszawski dom ze znajdującą się niedaleko Doliną Szwajcarską (okrojoną już wówczas znacznie, lecz nadal urzekającą) i różanym ogrodem rezydencji Sobańskich. Dla jednych piękna, w oczach innych – szczególnie cudzoziemców, markotna i przygnębiająca, bez wątpienia jednak wyjątkowa, tamta Warszawa była jednym z najbardziej skontrastowanych polskich miast. Zapewne i Batycka dostrzegała odmienność szykownego Krakowskiego Przedmieścia od niegrzeszącej czystością Woli czy rozświetlonych Alei Jerozolimskich od pogrążonego w nędzy Mokotowa.

Latem 1928 r. w najmodniejszym obok Krynicy uzdrowisku II RP – Truskawcu poznała Batycka będącego u progu wielkiej kariery operowej Jana Kiepurę. Przyciągającemu elitę artystyczną, intelektualną i polityczną Truskawcowi końca lat 20. towarzyszył dynamiczny rozwój infrastrukturalny. Czy była to przysłowiowa miłość od pierwszego wejrzenia? W kwestii tej pewności nie ma, nie ulega jednak wątpliwości, że urokliwy i pewny siebie Kiepura na młodziutkiej Batyckiej wywarł wrażenie. Z zawartej znajomości zadowoleni byli ojcowie Zofii i Jana, którzy, jeżeli wierzyć świadectwu Wacława Panka, powzięli przekonanie, że relacja ta w przyszłości zakończy się małżeństwem. Czas jednak szybko pokazał, że było to założenie nadzwyczaj optymistyczne. Często wyjeżdżający w sprawach zawodowych Kiepura namówił później Zofię na krakowskie rendez vous, które jednak nie zakończyło się pomyślnie. Eugeniusz Batycki w liście do ojca Kiepury, Franciszka, pisał, że schadzka ta nie była najlepszym pomysłem. Nie do końca był również zadowolony z profesji przyszłego zięcia, który nagminnie przebywał w podróży (tylko w 1929 r. koncertował w Budapeszcie, Rio de Janeiro, Buenos Aires i Montevideo), a tryb życia bohemy artystycznej w jego przekonaniu pozostawiał wiele do życzenia. Postanowił zatem wybrać się w towarzystwie Zofii w kilkunastodniową podróż po Italii, aby córka trochę świata zobaczyła, towarzystwo poznała i historii sztuki łyknęła. Kiepura wiedząc o wyprawie Batyckich zaproponował widzenie w Wenecji, na które jego wybranka bardzo liczyła. Tymczasem romantycznie zapowiadające się spotkanie stało się zaczynem scysji pomiędzy Eugeniuszem Batyckim a młodym Kiepurą, który w ostatniej chwili z przyjazdu do miasta na wodzie zrezygnował. Błahy z pozoru zatarg dla Eugeniusza Batyckiego stał się dogodną okazją do zaprezentowania najróżniejszych uwag wobec Kiepury, w jego przekonaniu: egoisty, bawidamka, rozrywkowicza, najogólniej mężczyzny niegodnego ręki panienki z przyzwoitego domu. Dr Batycki upatrywał dla córki męża o łagodnym charakterze, przyjmującego wierność za priorytet.

Ostatecznie z planów matrymonialnych Kiepury i Batyckiej (a raczej ich rodziców) nic nie wyszło. Panuje przekonanie, że do rozpadu związku przyczyniła się także zainicjowana wtenczas kariera filmowa Batyckiej. Pomimo rozstania z Kiepurą Zofia przez pewien czas korespondowała z jego ojcem zwierzając się z pierwszych sukcesów aktorskich. Serce śpiewaka po jakimś czasie skradła zjawiskowa cudzoziemka Mártha Eggerth, którą w 1936 r. poślubił w Katowicach. Węgierska śpiewaczka operetkowa i aktorka o żydowskich korzeniach z Kiepurą zapoznała się pracując dla niemieckiej wytwórni Universum Film AG, wsławionej m.in. produkcją pierwszego dźwiękowca Marleny Dietrich. Już zimą 1932 r. prasa wiedeńska donosiła, że zanosi się na ślub Kiepury z córką budapesztańskiego finansisty, która niedawno uzyskała rozwód z dyrektorem pewnego szwajcarskiego banku. Kogo miano na myśli? Kiepura – wówczas człowiek wcale majętny, był właścicielem luksusowej krynickiej Patrii, powstającej pod nadzorem budowlanym inż. Zygmunta Protassewicza – późniejszego męża aktorki Jadwigi Smosarskiej, u boku której Batycka zadebiutowała w filmie w 1929 r. Należy w tym miejscu odnotować, że jeszcze w okresie narzeczeństwa z Kiepurą Zofia gościła w Krynicy, czego dowodzi zachowana fotografia, na której znajdują się w towarzystwie gospodarza uzdrowiska inż. Leona Nowotarskiego. Nie ulega wątpliwości, że małżeństwo Kiepury i Eggerth, którzy w życiu prywatnym i zawodowym tworzyli niezwykle dobrany duet, wynikało z autentycznego uczucia i zakończyło się wraz z odejściem tenora w 1966 r. Zamykając wątek niedoszłego mariażu Kiepury z Batycką warto przywołać stwierdzenie z powojennego listu do warszawskiej eseistki i prozaiczki Krystyny Kolińskiej, w którym Zofia wyznała, że śpiewaka szczerze lubiła, upatrywała w nim jednak bardziej przyjaciela niźli małżonka. Nie był bowiem poważnym partnerem, z którym chciałoby się spędzić całe życie.

W jednym z udzielonych wywiadów Batycka oznajmiła, że do świata filmowego doprowadziła ją własna wytrwałość oraz wsparcie Ludwika Solskiego i Kornela Makuszyńskiego. Nie było tajemnicą, że o pierwszą rolę dla urodziwej lwowianki w Grzesznej miłości w 1929 r. wystarał się Makuszyński. Obraz niemy produkcji wytwórni Sfinks wyreżyserowany przez Mieczysława Krawicza i Zbigniewa Gniazdowskiego ze scenariuszem Anatola Sterna opowiadał stosunkowo prozaiczną historię Marka (Tadeusz Wesołowski) zmuszonego dokonać wyboru między dwiema kobietami: Moniką graną przez Jadwigę Smosarską oraz interpretowaną przez Batycką hrabiną Chosłowską. Jaki był finał tej opowieści? Niepodobna odpowiedzieć, bowiem żadna z kopii filmu nie zachowała się do dnia dzisiejszego. Debiut Batyckiej oceniono jako zadowalający. Tego samego roku początkująca aktorka wystąpiła w drugiej produkcji Szlakiem hańby w reżyserii Mieczysława Krawicza i Alfreda Niemirskiego, do której scenariusz przygotował Anatol Stern. Film poruszał problematykę handlu kobietami perfidnie wabionych przez berlińsko-warszawskich przestępców i wywożonych do odległej Brazylii. Rolę główną powierzono aktorce krakowskiej Marii Malickiej, Batyckiej przypadła zaś w udziale skromna kreacja agentki policji obyczajowej Izy. Film, wyświetlany m.in. w Berlinie pt. Export im Blond, wzbudził szerokie zainteresowanie i był szczególnie polecany młodzieży.

Z początkiem marca 1930 r. w kinie Colosseum odbyła się premiera obrazu Leona Trystana Dusze w niewoli będącego ekranizacją debiutu powieściowego Bolesława Prusa z 1877 r. W obsadzie znaleźli się m.in.: Mieczysław Cybulski, Maria Rudzka, Alicja Halama, Bolesław Mierzejewski, Ludwik Solski oraz Zofia Batycka jako Leontyna Łęska, która jeżeli wierzyć recenzji zamieszczonej na łamach „Kuriera Porannego”, została zamarynowana w staroświeckiej i śmiesznej pozie wampa. Uczestnicząca w zdjęciach w plenerze Zofia wzbudziła tak wielkie zainteresowanie, że zgromadzoną tłumnie publiczność blokującą ruch uliczny siłą usuwała policja. Z końcem tego samego miesiąca Batycką można było zobaczyć w jeszcze jednej produkcji – pierwszej w historii rodzimego kina z dialogiem na płytach gramofonowych, Moralności Pani Dulskiej na kanwie sławetnego dramatu Gabrieli Zapolskiej. Reżyser Bolesław Newolin ówczesną Miss Polonię obsadził w dalszoplanowej rólce szansonistki kabaretowej Matyldy, najbardziej znaczące epizody powierzając Delii Lipińskiej, Marcie Flantz (Aniela Dulska) oraz Tadeuszowi Wesołowskiemu. Ponadto w 1930 r. Zofia udzieliła głosu do projektu filmowego Stanisława Skody Za kulisami X Muzy, będącego rodzajem eksperymentu dźwiękowego z fragmentami Symfonii Lwowa, oraz przyjmując zaproszenie Komitetu Kongresu Eucharystycznego udała się do Poznania i zagrała w przedstawieniu opartym na historii Pedro Calderóna de la Barca.

Najważniejszym w dorobku filmowym Batyckiej pozostaje polsko-amerykański obraz z 1931 r. Kobieta, która się śmieje. Reżyser Ryszard Ordyński – wychowanek Uniwersytetu Jagiellońskiego, początkowo nauczyciel w Jaśle, Bochni i Krakowie, następnie pracownik nowojorskiego Metropolitan Opera House, do roli głównej zaangażował rozchwytywaną wtenczas lwowiankę, swatając ją na ekranie z jednym z najpopularniejszych amantów przedwojennego teatru, kina i estrady Aleksandrem Żabczyńskim. Żartowała później Batycka, że nareszcie otrzymała partnera filmowego dorównującego jej wzrostem. Krótkometrażowy dźwiękowiec, roboczo zatytułowany Uśmiech pani Izy, zrealizowany przez Paramount Pictures w atelier Joinville-le-Pont w podparyskim departamencie Val-de-Marne, był spolszczoną wersją amerykańskiej historii Victora Schertzingera The Laughing Lady z 1929 r., przy czym w pierwowzorze śmiała się Ruth Chatterton. W nowej wersji Batycka kreowała żonę nowojorskiego bankiera Izę Brenton, pozostającą w napiętych relacjach z pragnącym się z nią rozwieść małżonkiem. Ponieważ i ten film nie przetrwał do czasów współczesnych, pozostaje powołać się na relację wybitnego krytyka filmowego Leona Bruna zachwycającego się poprawną grą, wyrazistą mimiką i wspaniałą aparycją Batyckiej. Brun już wcześniej zapoznawszy się z Duszami w niewoli upatrywał aktorkę w charyzmatycznych kreacjach Balladyny i Rozy Wenedy, przestrzegając reżyserów, aby nie typizowali jej w szablonowych rolach salonowych piękności. Inni znowu utrzymywali, że obraz Ordyńskiego budził od początku do końca niesłabnące zainteresowanie, odtwórczyni głównej roli przynależało się zaś miejsce w pierwszym rzędzie gwiazd polskiego ekranu, obok Smosarskiej, Malickiej i Nory Ney.

W owym czasie obierając Zofię na Miss Paramount przyznano jej trzeci tytuł królowej piękności. We wrześniu 1931 r. odbył się premierowy pokaz dramatu Dziesięciu z Pawiaka – szóstego i ostatniego filmu z udziałem Batyckiej. Wydarzenie swą obecnością uświetnił sam Józef Piłsudski. Dzieło powstałe na podstawie wspomnień gen. Jana Jura-Gorzechowskiego, opowiadające o uwolnieniu więźniów politycznych z warszawskiego więzienia w 1906 r. wyreżyserował Ryszard Ordyński korzystając ze scenariusza Ferdynanda Goetla. W rolach głównych wystąpili Adam Brodzisz, Karolina Lubieńska i Bogusław Samborski. Batyckiej w udziale przypadła niewielka kreacja Olgi Michajłowej, będąca okazją do zaprezentowania przez aktorkę umiejętności wokalnych, poprzez wykonanie romansu cygańskiego. Lwowska wytwórnia Orion-Film nosiła się ponadto z zamiarem zrealizowania obrazu Ojciec, w którym główną rolę proponowano Batyckiej, projektu jednak nigdy nie urzeczywistniono.

Przebywając na planie Grzesznej miłości Zofia zwróciła uwagę Jadwigi Migowej – inicjatorki pierwszego narodowego konkursu piękności. „Kurier Czerwony” – bulwarowy dziennik popołudniowy, którego Migowa była redaktorką, przymierzał się do organizacji drugiej edycji wyborów Miss Polonia. Żurnalistka, zabrawszy fotografię Batyckiej wykonaną przez studio van Dycka, a następnie zamieściwszy ją na łamach gazety, przypieczętowała udział lwowianki w budzącym ogromne zainteresowanie targowisku próżności. Nie jest prawdą, jakoby Zofia sama czyniła zabiegi o udział w konkursie, postanowiła jednak nadaną szansę wykorzystać. Współcześnie namnożyło się niemało tego typu przedsięwzięć: Queen of Poland, Miss Świata Parowozów, Miss Wakacji… I jak tu wybrać najpiękniejszą? Takowego kłopotu nie było w międzywojniu, uznawano bowiem tylko jedną galę, której nazwę obmyślił Tadeusz Boy-Żeleński. Zgodnie z obowiązującym regulaminem kandydatka na Miss Polonię musiała liczyć nie mniej niż 18 lat i nie więcej jak 25, być kobietą niezamężną oraz legitymować się nienagannym prowadzeniem. Jako pierwsza tytuł najurodziwszej Polki w 1929 r. zdobyła warszawianka Władysława Kostakówna. Finał drugiej edycji konkursu odbył się w stolicy 28 stycznia 1930 r. Na mecie spotkały się panie nie tylko pięknolice, ale i z najlepszych familii się wywodzące: Alina Ryszczewska, Krystyna Skarbek, Aleksandra Wodzicka czy Zofia Zachert. Tego wieczoru każda z nich pragnęła tylko jednego, zostać najpiękniejszą. Radosne wydarzenie przerwał tragiczny wypadek jednej z uczestniczek, 22-letniej Ireny Wierzbickiej. Jury, w którego skład weszli: Juliusz Osterwa, Arnold Szyfman, Władysław Skoczylas, Henryk Kuna, Edward Wittig, Wacław Grubiński oraz Zofia Nałkowska, zadecydowało, że z grona piętnastu finalistek drugą w historii Miss Polonią i, jak czas pokazał, jedyną w historii ze Lwowa została wysoka (172 cm), ciemnowłosa Zofia Batycka. Uzasadniająca werdykt Nałkowska stwierdziła, iż z zewnętrznych atrybutów zwyciężczyni do jury w szczególności przemówiła jej ciemna niebieskość oczu, intensywny kolor włosów oraz blask białych zębów. Prasa w kolejnych dniach pisała, że owal jej twarzy służyć może za model artystom plastykom, poszukującym skończonego piękna. Podobno nie szło jednak przy pomocy pióra ukazać krasy tego klejnotu Lwowa, tak przynajmniej utrzymywał „Ilustrowany Kurier Codzienny”. Laureatką drugiego miejsca została warszawianka Sława Malczewska, trzeciego zaś poznanianka Larysa Winkowska. Wszystkie niedoszłe miss na pocieszenie otrzymały tytuły Gwiazd Piękności. Jednej z nich, Krystynie Skarbek, w niedalekiej przyszłości pisana była sława prawdziwie międzynarodowa, stać się miała agentką brytyjskiego Special Operations Executive, a po wojnie zginąć w dramatycznych okolicznościach. To jednak zupełnie inna historia. Tymczasem o wdzięku nowej Miss Polonii, niebawem mogła się przekonać publiczność pierwszego łódzkiego dźwiękowego kinoteatru Splendid przy ul. Narutowicza 20, w którym gościła z początkiem lutego. Sukces szybko został podwojony, bowiem 5 lutego na odbywających się w Paryżu wyborach Miss Europe Batycka zajęła drugie miejsce, stając się pierwszą wicemiss Europy. Palma pierwszeństwa powędrowała wówczas do Greczynki Aliki Diplarakou.

Kariera lwowskiej piękności nabrała rozpędu; pomijając propozycje filmowe otrzymała Batycka sposobność reklamowania kosmetyków krakowskiego Miraculum. Przedsiębiorstwo działające od 1924 r., oferujące pierwotnie kremy, pudry i szampony, w latach 30. podbiło serca konsumentów mydłami leczniczymi, perfumami i wodami kolońskimi. W 1931 r. na pierwsze ambasadorki Miraculum wytypowano Hankę Ordonównę i zachęcającą do stosowania kremu do twarzy i rąk Neige de Fleurs Zofię Batycką. Rzeczonego roku podczas Wystawy Światowej w Paryżu firmę nagrodzono złotym medalem za puder sypki. Na rozpoznawaną lwowiankę powoływał się również oferujący modne toalety Bogusław Herse, czego dowodem była reklama zamieszczona na łamach czasopisma ilustrowanego „Teatr i życie wytworne” z pełną powabu Miss Polonią w zwiewnej kreacji ze sznurem pereł na szyi. Dopowiedzmy, że dom mody Herse pozostawał najbardziej luksusowym tego typu przybytkiem w międzywojennej stolicy, specjalizował się zaś przede wszystkim w wysmakowanych sukniach, okryciach, kapeluszach i bieliźnie. Warszawska elegantka u Bogusława Herse mogła zaopatrzyć się we wszystkie niezbędne akcesoria przynależne wysokiemu statusowi społecznemu i gustowi najwykwintniejszemu, od rękawiczek przez wachlarz po parasolkę. W tej świątyni mody umeblowanej antycznymi meblami i wazonami, w przestronnych wnętrzach podpieranych majestatycznymi kolumnami, oprócz Batyckiej przyodziewały się Stefania Grodzieńska, Maria Mościcka, Hanka Ordonówna i in. Stawszy się osobą publiczną, co zrozumiałe, Zofia poczęła budzić zainteresowanie nie tylko potencjalnych reklamodawców, ale także mediów. Szczególnie lubował się w niej „Ilustrowany Kurier Codzienny”, którego redakcje lwowską i krakowską była uprzejma odwiedzić, a swą wizytę w Krakowie w lipcu 1931 r. uwieczniła fotografując się na dachu Pałacu Prasy. Wzmiankowanego roku Batycka uczestniczyła w forsownym tournée teatralnym: 35 miast w 35 dni, doświadczając przy okazji rozmaitych incydentów. I tak pewnego razu jej ukochaną matkę powaliła ściana w garderobie, całe szczęście nie czyniąc poszkodowanej krzywdy. Podczas pobytu w Kowle zatrzymała się trupa w hotelu zwanym Wersalem. Szukająca odprężenia Batycka poprosiła o przygotowanie kąpieli, okazało się jednak, że życzenie nie mogło być spełnione, nie dysponował bowiem Wersal ani jedną wanną. Ostatecznie ukąpała się Miss Polonia w wyszorowanej uprzednio balii. Innym poważnym wyzwaniem, na które znalazła sposób, była sprawa zagubionego żelazka. Do rozprasowania scenicznej kreacji użyła z powodzeniem rurek do włosów. Przywołane sytuacje ukazują Zofię jako osobę zaradną, obdarzoną poczuciem humoru i cierpliwością.

David duChemin utrzymywał, że należy patrzeć oczyma, a fotografować sercem. Zdaje się, że z takim podejściem wielokrotnie uwiecznił Batycką Benedykt Jerzy Dorys. Przy końcu lat 20. XX w. przy al. Jerozolimskich 41 w Warszawie otworzył atelier fotograficzne, zyskując stosunkowo szybko miano portrecisty elit. Znany z techniki wielobarwnych przetłoków, zajmował się również aktem i reklamą. Zdjęcie wykonane w obiektywie Dorysa przyjmowano za wyróżnienie. Niewątpliwie jedną z najlepszych prac mistrza pozostaje fotografia utrzymana w klimacie art deco, na której sprawiająca wrażenie pogrążonej w błogim śnie Batycka wyłania się z ciemnej scenerii, zachwycając jednocześnie świeżością młodzieńczej urody. Oczy, będące zwierciadłem duszy, na zdjęciu Dorysa zakryte powiekami, potęgują atmosferę tajemnicy, czyniąc modelkę nieprzystępną. Zdaje się, że nie zaczerpnąwszy wiedzy ezoterycznej, trudno o należytą interpretację tego zjawiskowego portretu. Być może przedstawił fotograf subtelne narodziny nowej kapłanki dziesiątej muzy? To świadectwo z epoki pozwala zrozumieć, na czym polegał fenomen Batyckiej. Piękno powierzchowne było odbiciem urody wewnętrznej.

Podczas zdjęć do Kobiety, która się śmieje nasza Miss Polonia zwróciła uwagę kierownika europejskiego oddziału Paramountu Bacosa. Nieszczędzący komplementów producent dowodził, że posiadała Batycka osobowość i pozycję godne prawdziwej gwiazdy, połączone z pożądanym wtenczas szwedzkim typem urody. Nie zastanawiając się długo, zaproponował aktorce niezwykle korzystny sześcioletni kontrakt, w ramach którego oprócz zajmujących ról za oceanem w użytkowanie chciano przekazać jej dom w Hollywood. Czy z tak niepowtarzalnej okazji można nie skorzystać? Owszem, bowiem Batycka kwestię ewentualnego wyjazdu do Los Angeles postanowiła przedyskutować z rodzicami, którzy doszli do wniosku, że pomysł był chybiony. W przekonaniu Eugeniusza Batyckiego – Hollywood jego jedynaczce do niczego nie był potrzebny. Batycka wówczas postąpiła zgodnie z wolą rodziców dziękując Bacosowi, o fabryce snów jednak nie zapomniała.

Stosunkowo szybko udało się Zofii uzyskać ojcowskie pozwolenie na wyjazd do Kalifornii. Ambitna i atrakcyjna Polka, wzorem innej naszej rodaczki Poli Negri, postanowiła spróbować swych sił w centrum amerykańskiego przemysłu filmowego. Czy rozmyślała wtenczas o wielkiej międzynarodowej karierze? Tego nie wiadomo, nie ulega jednak wątpliwości, że prasa krajowa – zdaje się bardziej rozentuzjazmowana rzeczonym wyjazdem niźli sama aktorka, wyprawę do Los Angeles przedstawiała jako mający się niebawem dokonać wielki podbój zaoceanicznego rynku filmowego przez Miss Polonię. Do Los Angeles w towarzystwie matki początkowo wybierała się Batycka przy końcu listopada 1931 r. Początek lat 30. XX w. był na świecie czasem gospodarczej zapaści, w związku z tym i USA czyniły obcokrajowcom niemałe trudności w uzyskaniu pozwolenia na pracę. Przez skomplikowaną procedurę pomógł Batyckiej przejść przybyły zza wielkiej wody prawnik Allan Lund. Stosunkowo szybko zauroczony krasnolicą lwowianką zdecydował się na oświadczyny, na próżno jednak. W styczniu 1932 r. Zofia i Janina Batyckie ze Lwowa wyruszyły do odległej Kalifornii. Koszta wynikające z podróży pokryła zapraszająca wytwórnia.

Janina Batycka rozpoczynającą się eskapadą nie była specjalnie zachwycona: Co ja z tobą mam kłopotów!… A bodaj te wszystkie filmy i to całe Hollywood…, lamentowała opuszczając dom przy Piekarskiej. Droga prowadziła przez Paryż i Hawr, z którego na pokładzie parowca dotarły panie do Nowego Jorku, zatrzymując się w hotelu Waldorf-Astoria, a następnie z Chicago udały się do Los Angeles. Czy Batycka miała realną szansę zaistnieć w Hollywood? Pomijając oczywiste warunki fizyczne, posługiwała się przecież płynnie angielskim, a zdobyte wcześniej tytuły królowych piękności stanowiły dodatkowy atut.

Początki wydawały się obiecujące, albowiem – jak pisało „Kino” – poważnie rozważano występ Zofii u boku samego Ramóna Novarro. W jednym z numerów tygodnika zawarto informację, że powstanie nowa wersja Ben Hura, na dowód czego zamieszczono fotografię z parą odpowiednio ucharakteryzowanych aktorów. Czy rzeczywiście chodziło o obraz pod takim tytułem? Wszakże Novarro już raz w żydowskiego księcia wcielił się w historii z 1925 r. Biorąc pod uwagę orientację seksualną aktora, błędne założenie przyjęli ci, którzy w spotkaniu tych dwojga doszukiwali się miłosnej przygody. Miss Polonię rzekomo chciano również zaangażować do produkcji Kobieta bez wątroby. Wzmiankowane dzieła nigdy jednak nie powstały. Dlaczego? Rewelacje „Kina” były tylko adresowanym do czytelników figlem, zdjęcie zaś umiejętnie spreparowano podmieniając widniejącą na oryginale w objęciach amanta May McAvoy na Batycką. W Los Angeles zaplanowano spotkanie Zofii z producentem filmowym i reżyserem Cecilem B. DeMillem, które, jeżeli zapoznać się z relacją Ireny Voret, z powodu nieporozumienia nie doszło do skutku. Jedynym filmowym przejawem obecności aktorki za oceanem były specjalne pokazy Dziesięciu z Pawiaka w kinie Vanderbilt na Broadwayu oraz w Chicago i Filadelfii.

Zdaje się, że Batycka Los Angeles opuściła wcześniej, niż się dzisiaj przyjmuje podając rok 1934, ponieważ już wiosną 1932 przebywała w Paryżu i utrzymywała, że na ekran powróci nieprędko, jeżeli w ogóle. Z początkiem następnego roku o karierze aktorskiej Miss Polonii zaczęto rozpisywać się w sposób nieprzychylny twierdząc, że sprawiła wielbicielom rozczarowanie, poszukiwana przez wytwórnie i reżyserów rzuciła ekran. Czy to możliwe, że młodzieńcza pasja wypełniająca serce i umysł dorastającej Zofii przeminęła tak szybko?

Zaistniała sytuacja powodowana była krystalizującym się wówczas uczuciem. Podczas przyjęcia w ambasadzie włoskiej w czerwcu 1931 r. poznała lotnika por. Aldo Gerardiego, który następnie w towarzystwie swej matki udał się do Lwowa, ta zaś w imieniu syna uprosiła o rękę Zofii. W sierpniu 1933 r. pojawiła się oficjalna informacja, że Batycka wychodzi za mąż za Aldo Gerardiego – przedstawiciela fabryki samolotów i motorów Caproni. Młodzi planowali zamieszkać w Mediolanie, Rzymie lub Nowym Jorku. To wtenczas powzięła Zofia przekonanie, że czas zakończyć karierę artystyczną, małżeństwo było najważniejsze. Zapewne ze względu na swego wybranka przybyła na warszawskie Międzynarodowe Zawody Samolotów Turystycznych Challenge 1934. Dni jednak zamieniały się w tygodnie, te w miesiące, mijały kolejne lata, a Zofia nadal pozostawała stanu wolnego. Nieznane są okoliczności rozpadu tego szczęśliwie zapowiadającego się związku. Najwyraźniej wierzącej w przeznaczenie Batyckiej pisany był ktoś inny. Pomimo wzmiankowanej powyżej deklaracji – świata artystycznego zupełnie nie opuściła. Przykładowo w roku 1935 wystąpiła w rewii Konterfekty i ploteczki z dworu króla Stasia Stefana Miczyńskiego we Lwowie. Jednakże w drugiej połowie lat 30. także z teatru zniknęła na dobre. W 1937 r. gościła na festiwalu operetkowym w Salzburgu budząc duże zainteresowanie.

W listopadzie 1935 r. w życiu Batyckiej pojawił się Flamandczyk François H. Pittevil – dyrektor towarzystwa handlowego, który wpierw został jej przyjacielem, a wiosną 1938 r. mężem. Informacje prasowe na temat przypieczętowanych w katedrze westminsterskiej w Londynie zaślubin były niezwykle lakoniczne, prawdopodobnie Batycka – Sophia Pittevil, nie budziła już takiego zainteresowania jak 8 lat wcześniej. Z końcem lat 30. w towarzystwie małżonka udała się do miasta Rubensa – Antwerpii, jak czas pokazał – żegnając ukochany Lwów na zawsze. Przerażająca wojna oszczędziła rodzinę Batyckich, będąc dla Zofii czasem silnego obciążenia emocjonalnego. Na wyzwolenie czekała Antwerpia do września 1944 r. Wspominała później o stratach materialnych, nieistotnych jednak w obliczu ocalonego życia. Małżeńskie szczęście krótkie jednak miało trwanie i zakończyło się w 1949 r. wraz ze śmiercią François Pittevila. Od tej pory miała Batycka podążać pod wiatr.

Powrót do Lwowa był niemożliwy, a Europa doświadczona kolejną wojną wydawała się miejscem niestabilnym. Wtedy na nowo zwróciła Zofia swe myśli w stronę Kalifornii, którą utożsamiała z krainą wiecznej wiosny. Pomimo krążących opinii, że po raz wtóry próbowała za oceanem sił jako aktorka, ponowny wyjazd do Los Angeles z filmem nie miał już nic wspólnego. Miasto Aniołów było bezpieczną przystanią, której szukała i ostatecznie znalazła. Mając styczność z hollywoodzkimi gwiazdami Batycka nabrała przekonania, że aktorstwo w tamtejszym wydaniu nierzadko prowadziło do upadku, a nawet zniszczenia jednostki poddawanej ciągłej presji otoczenia i mediów. W latach 50. okazjonalnie występowała na wieczorach artystyczno-literackich Stanisława Kotwicza. Niezwykle bolesnym doświadczeniem było odejście Janiny Batyckiej, okupione przez Zofię depresją. Ukochana matka była również jej bratnią duszą i najlepszą przyjaciółką. W związku z pogarszającą się sytuacją materialną w kolejnych latach mieszkając przy ul. Franklina zajmowała się nauczaniem języków obcych, dalej pracując w Bac Street Antiques w La Cienega Center w Los Angeles. Obcując z antykami spełniła się zawodowo, rozwijając jednocześnie pasję do zabytkowych mebli i bibelotów, pośród których dorastała. W jesieni życia najprawdopodobniej przeniosła się do domu opieki społecznej, w którym zmarła w osamotnieniu wiosną 1989 r.

Od odejścia międzywojennej lwowskiej piękności upłynie niedługo 30 lat. W okresie PRL-owskim niemal zupełnie zapomniana, współcześnie przywoływana głównie w kontekście konkursu z 1930 r. i nieudanego podboju Hollywood, Batycka na nowo zyskuje na zainteresowaniu. Pragnąc udzielić responsu na pytanie, dlaczego w USA nie zrobiła kariery filmowej mając ku temu wszystkie przymioty, najpewniej odpowiedzieć, że już około połowy lat 30. aktorstwo przestało być dla niej priorytetem. Wychowana w atmosferze ciepła domowego ogniska, łaknęła wykreować świat identyczny, tego największego marzenia zasmakowała jedynie przez chwilę, w dodatku w okrutnej wojennej rzeczywistości. Bez wątpienia nie można obwołać Batyckiej międzywojenną królową dziesiątej muzy, bo kim zatem byłyby Negri, Ordonówna, Ney czy Smosarska? W 1936 r. „Kino” doniosło, że wycofała się zupełnie z życia filmowego. Niezaprzeczalnie przez kilka lat gwiazda jej na artystycznym firmamencie II RP świeciła wyjątkowo jasno. Zostanę sobą, i do szacunku zmuszę ludzi nie pozycją towarzyską czy społeczną, ale życiem własnem, czystem, sumieniem i czynami – przepowiedziała za młodu, słowa dotrzymując. Nie zapoznawszy niestety tej nietuzinkowej postaci autorzy rzeczonego studium na podstawie zachowanych materiałów drukowanych, fotografii i przekazów ustnych, chylą czoła przed kobietą, która zamiast za międzynarodową sławą podążyła za głosem serca.