Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017

Wiesław Ratajczak, Rozmowa z prof. Zdzisławem Żygulskim

Wyznania lwowskie w cieniu Wawelu

 

Rozmowa ze śp. prof. Zdzisławem Żygulskim (1921–2015) ukazała się na łamach warszawskiego kwartalnika „Arttak – Sztuki Piękne” (nr 4/11, 2014) wydawanym przez Zarząd Główny Związku Polskich Artystów Plastyków. Uznaliśmy, iż należy przybliżyć naszym Czytelnikom tę piękną opowieść m.in. o Lwowie i pasjach Profesora.

Serdecznie dziękujemy za wyrażenie zgody na przedruk tekstu autorowi wywiadu panu Wiesławowi Ratajczakowi, pani Teresie Grzybowskiej – spadkobierczyni praw autorskich po śp. prof. Zdzisławie Żygulskim i wydawcy kwartalnika „Arttak – Sztuki Piękne” oraz red. Janowi Zychowi za udostępnienie fotografii Profesora.

 

Rozmowę o tym, co ważne w polskiej kulturze, często wypada rozpoczynać od Lwowa. Tak jest i w przypadku naszego spotkania. W przedwojennym Lwowie podjął Pan studia, założył rodzinę, kibicował Pogoni etc. Co było tak szczególnego w charakterze tego miejsca, że bez ludzi związanych z nim w dzieciństwie i młodości nie wyobrażamy sobie współ­czes­nej polskiej literatury, muzyki, teatru, a nawet piłki nożnej?

W miastach granicznych spotykają się różne wątki kulturowe, języki, style, dając owoce świeże i niebywałe. To nastąpiło we Lwowie, w którym zbiegały się szlaki Wschodu i Zachodu. Urodziłem się w 1921 roku w Borysławiu. Miasto czerpało wówczas bogactwo z nafty. Polska wychodziła z okresu niewoli i – w wielkim trudzie, w walkach politycznych – budowała swoją niepodległość. W Borysławiu raptownie rodziły się fortuny, życie było niezwykle dynamiczne. Spędziłem tam dwa pierwsze lata życia, niewiele pamiętam z tego czasu, poza jednym może. Od czasu dzieciństwa bardzo lubię zapach nafty.

Niezwykłe strony: Borysław, Truskawiec, Drohobycz…

Gimnazjum w szybko rozwijającym się Borysławiu potrzebowało profesorów, zwrócono się między innymi do mego ojca, Zdzisława Żygulskiego. Był germanistą po znakomitych studiach we Lwowie i w Wiedniu. Posada w szkole borysławskiej była atrakcyjna, jednak Lwów przyciągnął naszą rodzinę. We Lwowie miałem okazję być uczniem bardzo wybitnego pedagoga Mieczysława Kistryna. W gruncie rzeczy pozostawał amatorem, sta­rającym się zgłębić tajemnicę wychowania dzieci, zwłaszcza w najniższych klasach. Zapamiętałem go jako człowieka oryginalnego i utalentowanego. Trafiał do młodzieży dzięki swym niepowtarzalnym pomysłom pedagogicznym, między innymi zwalczając donosicielstwo. Miał sakiewkę, w której trzymał fałszywy grosz. Kiedy ktoś przychodził się poskarżyć na kolegę, wyciągał tę monetę, wąchał ją, krzywiąc się przy tym, i wręczał grosz delikwentowi. Za donosicielem unosił się smród złego czynu.

Okres lwowski to dla Pana także czas rozwoju zainteresowań humanistycznych, początku stu­diów.

Lwów bardzo silnie oddziałał na moje zainteresowania. Szczególnie wpłynęła na mnie ogromna profesorska biblioteka domowa, mająca charakter literacki. Mój ojciec zajmował się literaturą nie­miecką, na półkach stały więc najlepsze wydania Goe­thego, Schillera i innych, nierzadko pięknie ilustrowane. Oczywiście – jak w każdym inteligenckim domu, także u nas obecna była literatura polska, zwłaszcza romantyczna. Do tego dołóżmy wielką kulturę teatralną Lwowa. Rodzice znali się z ludźmi teatru, między innymi z Wilamem Horzycą. Ojciec należał do komisji teatralnej, mieliśmy więc zarezerwowane miejsca na każdą premierę.

Wybór zainteresowań wynikał także z wpływu innych bliskich osób. Siostra mojego ojca, Wanda Pogonowska, była uczennicą szkoły artystycznej we Lwowie i malarką. Niestety, zachowało się niewiele jej prac. Swój warsztat doskonaliła pod okiem Batowskiego i Sichulskiego, których także poznałem.

W 1939 roku, podczas pierwszej okupacji sowieckiej, starałem się dostać na uniwersytet. To się nie udało, ostatecznie zapisałem się do Akademii Handlu Zagranicznego. Tam poznałem Pinkasa Katza, wybitnego znawcę literatury angielskiej. Był Żydem, studiował w Oksfordzie i w 1939 roku przyjechał na wakacje do Lwowa. Posiadał dużą bibliotekę anglistyczną, odwiedzałem go często. Nasza przyjaźń zakończyła się tragicznie, gdy 1941 roku Lwów został zajęty przez Niemców. Na oczach nas wszystkich, zdumionych tą brutalnością, rozegrały się straszliwe sceny: egzekucje, bicie na ulicy. Mój przyjaciel został zamknięty w getcie, kiedyś dostałem od niego z list adresem.

Napisał, że jest głodny i smutny. Wziąłem chleb, kilo cukru, pojechałem tramwajem…

Od mego przyjaciela miałem Ulissesa Joyce’a, na tej powieści uczyłem się angielskiego. Okupacyjna nauka języka bardzo mi się w przyszłości w mojej pracy przydała.

Ze wspomnień Pana brata Kazimierza wynika, że wasz rodzinny dom był ważnym centrum życia konspiracyjnego.

Tak, mój starszy brat intensywnie działał w podziemiu, a nasz dom był ośrodkiem kontaktów z Lon­dynem. Matka należała przed wojną do Związku Strzeleckiego, popularnie zwanego Strzelcem, o charakterze paramilitarnym i w naturalny sposób weszła do konspiracji. Kolportowała Biuletyn Informacyjny, często towarzyszyłem jej w niebezpiecznych podróżach. Kazimierz był prezesem sądu podziemnego, wydawał wyroki na konfidentów, przeważnie orzekał karę śmierci. Kiedy Niemcy zaczęli przegrywać, rozpoczęły się dyskusje o przyszłości Polski i stosunku Armii Krajowej do zbliżających się bolszewików. Rozpoczęliśmy przygotowania do powstania, przystąpiłem wtedy do armii podziemnej, wybrałem pseudonim Nik. Niestety, próba formalnego wystąpienia władzy polskiej wobec wkraczających bolszewików się nie udała. Sowieci mieli doskonały wywiad.

Natychmiast rozpoczęły się aresztowania osób związanych z rządem londyńskim. Ojciec w porę ostrzegł mnie, że aresztowano brata (w konsekwencji przebywał w łagrach 10 lat) i że ja także jestem poszukiwany. Ukrywałem się na przedmieściach, w willi pani Marii Jaskólskiej. NKWD jednak wpadło na trop, musiałem po rynnie uciekać do ogrodu. Kiedy już wyszedłem przez okno, zauważyłem, że żołnierz stojący na warcie skręca papierosa. To mnie uratowało w tej decydującej chwili. Byłem wtedy bardzo wygimnastykowany, mogłem bez trudu spuścić się z pierwszego piętra. Będąc spalony we Lwowie, zdecydowałem się na wyjazd do Krakowa.

Jak tutaj wyglądały początki Pana pracy w Muzeum Czartoryskich?

Zdecydował przypadek. Najpierw podjąłem anglistyczne studia na uniwersytecie, ale mojego wykładowcę aresztowano jako domniemanego szpiega. Postanowiłem przenieść się na historię sztuki. Poznałem wtedy dyrektora Muzeum Czartoryskich, wybitnego archeologa i historyka sztuki, Stanisława Gąsiorowskiego. W gimnazjum miałem łacinę i grekę, znałem też inne języki i to go ujęło. Dostałem więc stałą pracę w muzeum. A po­nieważ posiadałem już dyplomy szkół handlowych we Lwowie i w Krakowie, objąłem obowiązki organizacyjne i administracyjne. Kiedy ukończyłem historię sztuki, mogłem się zająć pracą naukową. Napisałem w sumie 33 książki, w tym kilka po angielsku, m.in. Sztuka islamu (1959), Polski mundur wojskowy (wspólnie z H. Wieleckim, 1988), Sztuka turecka (1988), Sztuka perska (2002), Dzieje zbiorów puławskich. Świątynia Sybilli i Dom Gotycki (wznowienie 2009). Wiem, że uznanie zdobył tom zbioru moich artykułów Światła Stambułu wydany w 1999 roku w wydawnictwie DIG.

Przez wiele lat wykładałem kostiumologię w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dużo podróżowałam po świecie, z wystawami i na kongresy, sam te międzynarodowe kongresy organizowałem. W roku 1975 w Paryżu w tajnym głosowaniu zostałem wybrany prezydentem Międzynarodowego Stowarzyszenia Muzeów Broni i Historii Wojskowej (International Association of Museums of Arms and Military History – IAMAM). Na parę lat Muzeum Czartoryskich stało się światowym centrum bronioznawstwa, przyjeżdżali do Krakowa najwybitniejsi badacze z całego świata. W samym Muzeum Czartoryskich miałem też wybitnych kolegów i koleżanki. Z Markiem Rostworowskim przy wystawie Żydzi polscy, a zwłaszcza Polaków portret własny, która była chyba największym sukcesem polskiego muzealnictwa, współpracowali świetni znawcy: Krystyna Moczulska, Dorota Dec, Janusz Wałek.

Pana ostatnio powstałe prace dotyczą najcenniejszych militariów w polskich zbiorach – Szczerbca i Tarczy Wróżebnej Sobieskiego.

Dzieje broni były zawsze moim głównym zainteresowaniem naukowym. Szczerbiec, choć każdy o nim słyszał, jest przedmiotem tajemniczym i fascynującym. Stawiam tezę, że powstał w kręgu templariuszy. Wskazuje na to treść napisów łacińskich i emblematyka. Rzadko się mówi o placówkach templariuszy w Polsce i ich znaczeniu dla naszej kultury. Studium o Szczerbcu zostało opublikowane w piśmie o światowym zasięgu.

Pisałem też ostatnio o Tarczy Wróżebnej. To jeden z najciekawszych obiektów, jakie są w polskich zbiorach. Na powierzchni tarczy przedstawione zostało zwycięstwo Konstantyna w walce o tron cesarski w 312 roku. Triumf przy Moście Mulwijskim dokonał się pod znakiem Krzyża, dzięki widzeniu, jakiego Konstantyn doświadczył we śnie. W XVI wieku, kiedy zarysowało się wielkie starcie Zachodu ze światem islamu, próbowano pozyskać Polaków do udziału w Lidze Świętej, czyli organizowanego przez Stolicę Apostolską związku państw katolickich. Jeden z papieży wysłał do króla Zygmunta Augusta poselstwo z darem, jakim była owa tarcza. Od tego czasu pozostawała w zbiorach polskich. W czasie potopu szwedzkiego ukryto ją w katedrze na Wawelu, odnalazła się w czasie remontu, tuż przed wyprawą wiedeńską, co odczytano jako wróżbę zwycięstwa. Nic dziwnego, że król zabrał ją ze sobą na tę wyprawę.

Zdobycze wiedeńskie, jak i owa tarcza były przechowywane w zamku i kolegiacie w Żółkwi. Z czasem scheda po królu dostała się w ręce Radziwiłłów i trafiła do Nieświeża. Ostatecznie tarcza znalazła się w Świątyni Sybilli w Puławach i była centrum kultu Sobieskiego. Potem eksponowano ją w Muzeum Czartoryskich, dlatego tak dobrze znałem to niezwykłe dzieło. Oba artykuły o Szczerbcu i Tarczy Wróżebnej ukazały się w wersji angielskiej w ostatnich numerach „Artibus et Historiae”, założonego w Wenecji i Wiedniu przez dra Józefa Grabskiego międzynarodowego pisma, którego siedziba redakcji parę lat temu została przeniesiona do Krakowa.

Zestawia Pan Profesor w swych pracach sztukę polską z szerokim kontekstem. Na przykład rozdziały w książce Broń w dawnej Polsce są tak skomponowane, że najpierw omawiane są przykłady zaczerpnięte z kręgu kultury zachodniej, później egzempla wschodnie, a następnie – z terenu Rzeczpospolitej.

Historia ustawiła nas w tym miejscu, byśmy cały czas czerpali ze Wschodu i Zachodu. Chrześcijaństwo przyszło do nas co prawda z południa, ale to była koncepcja wschodnia i zachodnia jednocześnie. Każdy temat, którym się zajmowałem, obejmowałem z wysoka, starając się zobaczyć jak najszerszy horyzont. Badając broń, na jednej z tarcz zauważyłem element dekoracyjny w formie węzłów, które skojarzyłem z takimi samymi, jakie znajdują się na sukni Damy z gronostajem Leonarda da Vinci. Można było założyć, że ten element miał takie samo znaczenie w obu przypadkach, był uniwersalnym znakiem, używanym przez płat­nerza i przez genialnego malarza. Uznałem go za element uniwersalny, łączący świat Wschodu i Zachodu. Leonardo znał sztukę orientalną, taki wzór pojawiał się m.in. na przedmiotach rzemiosła artystycznego, oprawach ksiąg, wspomnianej dekoracji broni, kobiercach. Leonardo powtórzył te splecione węzły i w sposób oryginalny umieścił je w tylko sobie właściwych kontekstach. Moja praca o węzłach Leonarda zainteresowała Mirceę Eliadego, ponieważ dotyczyła symboli uniwersalnych, które obowiązywały w hinduizmie, w kulturze chińskiej i arabskiej. A w pewnym momencie płatnerz włoski powtórzył ten element na wykonanej przez siebie tarczy. Starałem się więc połączyć różne dziedziny świata sztuki, ukazać moment ich spotkania. Dobry historyk sztuki zajmuje się wszystkim, próbuje przeniknąć formy, łączyć światy wielkiej sztuki i rzemiosła artystycznego, kojarzyć pozornie odległe od siebie zjawiska.

Podczas lektury Pana książek podziwiałem wszechstronność i erudycję. Napisanie Muzeów na świecie czy Broni w dawnej Polsce wydaje się dziś zadaniem dla dużego zespołu uczonych, re­prezentantów wielu dziedzin. A przecież pisał Pan także o sztuce perskiej, mauretańskiej, tureckiej…

Uniwersalne umysły są umysłami wolnymi, które nie dają się ograniczyć jarzmem specjalizacji. Specjalizacja to wyjałowienie. Dziś obowiązuje moda, by obejmować wzrokiem jak najmniejszy fragment horyzontu. I do tego zapanowała moda na pracę zespołową, w ramach grantów, w których na początku mam określić spodziewane wnioski. To jest absurdalne. A wracając do moich niedawnych prac, wspomnę jeszcze o obszernym katalogu zbrojowni Muzeum Czartoryskich i o dziejach Muzeum Narodowego w Krakowie.

Poza publikacjami, Pana aktywność zawodowa wiąże się z wieloma wystawami w kraju i za granicą. Którą uważa Pan za najważniejszą?

Napisałem scenariusz wystawy z okazji trzechsetlecia odsieczy wiedeńskiej. To było w 1983 roku, na Wawelu. Udało nam się połączyć rozmaite ślady tego zwycięstwa i przypomnieć je w czasie szczególnego przygnębienia. Lubię wracać myślą do milenijnej ekspozycji Skarby z Polski, którą w latach 1966–67 pokazywałem w Chicago, Filadelfii i Ottawie. Były również wystawy sztuki polskiej w Japonii, które się tam bardzo podobały.

Zajmował się Pan w swojej pracy bardzo różnymi dziedzinami. Muzealnictwo w Pana wykonaniu jest połączeniem historii sztuki, historii politycznej, historię literatury…

Wybierałem takie niezwykłe dzieła, na przykład Lisowczyka Rembrandta. Przez długi czas uważano, że obraz ten ma niewiele wspólnego z Polską. Sądzono, że artysta namalował na podstawie rozmaitych rycin, m.in. Dolabelli, anonimowego jeźdźca. Starałem się udowodnić, że to autentyczny portret jednego z polskich szlachciców. Moje przekonanie wsparł profesor Juliusz Chrościcki, który odkrył, że portret przedstawia Marcjana Aleksandra Ogińskiego namalowanego przez Rembrandta w 1655 roku, gdy Polak studiował na Uniwersytecie Franeker w Holandii. Na obrazie zauważyć można ognisko, emblemat wskazujący na ród szlachcica, a jego strój jest typowo polski. Opisałem to dokładnie: polska czapka, buty, żupan podobny do znajdującego się w zbiorach Czartoryskich.

Kiedy czytałem książkę o muzeach świata, pomyślałem, że jest ona ważna także dla laika. Komuś niezorientowanemu może się wydawać, że muzea to dziewiętnastowieczne instytucje. Wszak wtedy państwa narodowe tworzyły swoje reprezentacyjne zbiory. Tymczasem tradycja muzeów jest tak stara jak kultura. Jaką potrzebę ludzką zaspokaja to gromadzenie przedmiotów?

Początków muzeów należy szukać w cywilizacji dwurzecza Tygrysu i Eufratu. Natomiast bardzo interesująca koncepcja powstała w Egipcie Ptolomeuszów. Muzea stały się wówczas instytucjami naukowymi, przyświecał im cel zgromadzenia całej wiedzy świata w jednym miejscu. Dzieła sztuki były zawsze związane z tajemnicą. Były nie tylko pięknymi przedmiotami, wykonami nierzadko ze złota i szlachetnych kamieni, ale posiadały także charakter kultowy. Pośredniczyły między człowiekiem a bóstwem, łączyły ze światem kosmicznym, światem bogów. Posiadały niezwykłą siłę duchową. Wiązała się z nimi tajemnica, którą mógł przekazać kapłan, a później ktoś, kto interpretuje historię i sztukę. Kustosze stali się niejako pośrednikami między artystą a widzem.

Kiedy Izabella Czartoryska stworzyła Świątynię Sybilli, to sam świątynny charakter tego muzeum dowodził, że wszystko, co znajduje się środku, jest uświęcone, pamiątki narodowe mają charakter świętych przedmiotów, czczonych i przekazywanych potomnym. Świątynia Sybilli była dostępna dla zwiedzających, księżna Izabella oprowadzała także chłopów. Tak wyglądał początek pierwszego polskiego muzeum narodowego, zbiorów, o których twórczyni pisała: „Przeszłość – przyszłości”. Po koniec XIX wieku Władysław Czartoryski przywiózł do Krakowa przechowywane po powstaniu listopadowym w paryskim Hotel Lambert skarby puławskie. Wspomniana wyżej tarcza Sobieskiego stała się punktem centralnym zbiorów.

Przy muzeach powstawały zawsze biblioteki. Wiedza zawarta w książkach tłumaczyła to, co widz mógł oglądać w salach ekspozycyjnych. Władysław Czartoryski także stworzył instytucję naukową, w której skład wchodziły zbiory sztuki i pamiątek narodowych, biblioteka oraz bezcenne archiwa, zawierające dokumenty związane z historią Polski.

Jednym z haseł radykalnej nowoczesności było zniszczenie muzeów, tymczasem po stu latach muzeum wcale nie jest czymś anachronicznym.

O kryzysie muzeum można mówić tylko w związku ze zmianą koncepcji muzealnej. Dziś widz stał się kimś najważniejszym w muzeum. Nie dzieło sztuki, tylko widz. Muzealnicy robią wszystko, żeby przyciągnąć publiczność. Muzea – jak wszystko – stały się towarem. A to wiąże się ze spauperyzowaniem. Poza tym, żeby wejść do muzeum, trzeba mieć pewną wiedzę. Nad wejściem do muzeum Pio-Clementino wisiał napis: „Nie mają tu wstępu nieucy”.

Współczesne muzea są skierowane przede wszystkim na widza, z myślą o nim tworzone są wystawy czasowe, które „zjadły” ekspozycje stałe.

Przybliżanie sztuki dawnej niejednokrotnie szkodzi, bo stwarza się w tym celu nie zawsze adekwat­ny obraz.

Jednoznaczna jest rola muzeów sztuki współczesnej, natomiast coraz bardziej staje się problematyczna sytuacja muzeów narodowych. W nich można obserwować próby przypodobania się współczesnemu widzowi.

Nie zawsze tak jest. Wystawa poświęcona Aleksandrowi Gierymskiemu w Muzeum Narodowym w Warszawie nie była łatwa, a przyciągała wielu oglądających. Podobnie imponująca wystawa Olgi Boznańskiej w Muzeum Narodowym w Krakowie…

Tak – to wydaje się oczywiste, że widz chce oglądać dobrą wystawę polskiego malarstwa. Odpowiednio urządzoną, dobrze zaaranżowaną, pozbawioną infantylnej dydaktyki, traktującą widza jak poważnego partnera. Tak można by postąpić z innymi polskimi malarzami, bo decyduje kunszt. Nie mogę się zgodzić z niektórymi zjawiskami, na przykład z pomysłem zastąpienia dzieła sztuki pu­stym miejscem po nim.

Chciałbym nawiązać do Pana nadzwyczajnej przygody maltańskiej. Znalazłem taką wypowiedź Pana Profesora, że to Zakon Kawalerów Maltańskich jest jakby dobrze pomyślanym pierwowzorem Unii Europejskiej.

Kawalerowie maltańscy byli ludźmi z różnych stron świata. Łącznikiem ich społeczności były między innymi książki. Jedna z reguł zakonu zobowiązywała bowiem członków, by przekazywali wspólnocie swoje księgozbiory. W 1969 roku jako ekspert UNESCO inwentaryzowałem zbrojownię na Malcie. Kawalerowie maltańscy stworzyli intrygującą, uniwersalną kulturę, zajmowali się nauką i sztuką. Sprowadzili do siebie Caravaggia, który namalował na wyspie jeden z najniezwyklejszych obrazów: Ścięcie św. Jana, ze strugą krwi, która układa się w sygnaturę malarza. To przejmujący obraz śmierci, ścięta głowa świętego Jana ma rysy samego artysty, który niebawem potem umrze. Malta jest miejscem niezwykłym. Stworzyli ją ludzie miłujący naukę, ryzyko i życie pełne przygód.

Powróćmy jeszcze do jednego z wątków, mianowicie do kultury literackiej, jaka panowała w Pana domach w Borysławiu, Lwowie, Krakowie. Jakie inspiracje literackie były i są dla Pana najważniejsze?

Nieustannie wracam do Odysei, Eneidy i do poezji Katullusa. Kiedy miałem 15 lat, założyłem klub miłośników tego rzymskiego poety, co tydzień spotykaliśmy się, by czytać jego wiersze. A z literatury nowożytnej – najbardziej cenię francuską. Ma ona wielką jasność, której nie posiada piśmiennictwo niemieckie. Niemcy nawet w swoich pracach z historii sztuki potrafią rzecz zapętlić, zamulić.

Przeżyliśmy czas wielkich poetów, którzy odeszli. Może zjawią się następni. Bardzo lubię Gałczyńskiego, który – jak dobrze pamiętam – wspaniale czytał swoje wiersze. Trafiał w sedno, znakomicie znał i rozumiał język. W poezji decyduje wybór jednego słowa, w Gałczyńskim zaś zawsze uderzała trafność, osiągana bez wysiłku. Jego wiersze sprawiają wrażenie, jakby powsta­wały bez męki. Mozart „pisał nutki, które się kochają”. Tak radośnie pisał Gałczyński.

Profesorze, chciałbym na koniec zapytać jeszcze, jakie muzeum na świecie lubi Pan najbardziej? Do którego najchętniej by Pan powrócił?

Muzeum Czartoryskich, to dawne. To bolesny dla mnie temat, pracowałem w tym miejscu przez sześćdziesiąt lat. A dziś zostało zamknięte. Było jedną z niewielu placówek na świecie przenoszą­cych klimat i wygląd muzeum francuskiego z końca XIX wieku. Muzeum Czartoryskich samo w sobie było dziełem sztuki, zwłaszcza jego atmosfera. To niematerialne dobro kultury trzeba było chronić. Tymczasem zostało zniszczone, a trzeba pamiętać, że było to pierwsze polskie muzeum narodowe, wypełnione narodowymi pamiątkami zbieranymi przez Izabelę Czartoryską (z jej zbiorów w puławskim Domu Gotyckim pochodzą takie arcydzieła jak Dama z gronostajem Leonarda da Vinci, Krajo­braz z miłosiernym Samarytaninem Rembrandta oraz zaginiony w czasie II wojny Portret młodzieńca Rafaela). Muzeum Czartoryskich było klejnotem w muzealnictwie światowym, wielką nieodpowiedzialnością za dobra kultury narodowej jest zniszczenie tego skarbu. Nawet jeśli po wielu latach ktoś wreszcie zrozumie moc oddziaływania takich muzeów jak właśnie Muzeum Czartoryskich, to nic już nie wróci niezwykłej, jedynej w swoim rodzaju atmosfery tego miejsca. Zniszczono to, co niezwykłe, na rzecz tego, co jest wszędzie, czyli kolejnego „nowoczesnego” wnętrza.