Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017

ZASKOCZENIA I NOSTALGICZNE NIEPOKOJE…

Niedawno – 10 czerwca 2017 r. – zostałem zaproszony do Stalowej Woli na Dzień Kresowy. Gdy zastanawiałem się nad swym wystąpieniem, przypomniałem sobie o bł. o. Serafinie Kaszubie, „Włóczędze Bożym” – jak piszą o nim jego biografowie – i jego związkach z Rozwadowem (dzisiaj dzielnica Stalowej Woli). Urodził się w 1910 r. we Lwowie, ale przez lata, już jako kapucyn, związany był też z Rozwadowem. O. Serafin przed II wojną światową uczył języka polskiego w rozwadowskim Kolegium Serafickim. Po wojnie osiadła tam jego najbliższa rodzina – ojciec Karol i siostra Maria. Gdy zmarła jego siostra w 1968 r., o. Serafin chciał przyjechać na pogrzeb. Władze Związku Radzieckiego uniemożliwiły mu wtedy wyjazd do Polski. Choć gdyby zadeklarował wówczas, że nie wróci już do ZSRR, zrobiono by wszystko, byle tylko wyjechał… Gdy piszę o o. Serafinie, na myśl niemal natychmiast przychodzi „Apostoł Kazachstanu” – św. Władysław Bukowiński. Tej niepospolitej postaci duchownego poświęcony jest pierwszy artykuł w drugim numerze naszego kwartalnika, pióra dr. Stanisława Dziedzica. Ks. Bukowiński był w ZSRR znienawidzony przez ludzi systemu i jakże bardzo pożądany i oczekiwany przez wiernych Kościoła rozproszonych na olbrzymich połaciach komunistycznego imperium. Ludzie cierpliwie oczekiwali na ks. Bukowińskiego, na o. Serafina, a władze ZSRR tak bardzo chciały się ich pozbyć… Nie udało się, wytrwali do końca swych dni, pracując w trudzie do ostatniego tchu! Wydawałoby się, że dzisiaj, przynajmniej w cywilizowanym świecie, nikt nikogo za wiarę, czy inne poglądy wyrzucać z państwa nie będzie, bo szykanowanie i postponowanie na porządku dziennym zdarzają się nawet w najbardziej nowoczesnych społecznościach. Tymczasem czytam, że jedna z ukraińskich partii domaga się uznania arcybiskupa metropolity lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego za persona non grata (sic!) i żąda wydalenia go z państwa ukraińskiego. Powodem – wyjęte z kontekstu, zmanipulowane i źle przetłumaczone słowa księdza arcybiskupa. By sprawie „łeb ukręcić”, dostanie się pewnie tłumaczowi, który miał źle przełożyć wypowiedzi arcybiskupa na język ukraiński…

Powiadają, że są takie miejsca w lasach, gdzie nawet ptaki nie śpiewają… Tak jest podobno w Katyniu. Ale i w Czarnym Lesie pod Stanisławowem, gdzie w 1941 r. Niemcy rozstrzelali kwiat stanisławowskiej inteligencji. O losach tego miejsca, przywracaniu go pamięci miejscowej społeczności i Polakom pisze w tym numerze kwartalnika Krystyna Stafińska. Osobiście przekonałem się, że przywracanie pamięci tego miejsca to niełatwa praca. Po głośnych akcjach budowy pierwszego pomnika w stanisławowskim Czarnym Lesie znalazłem się tam z zespołem „Stare Dobre Małżeństwo” wędrującym z koncertami po Kresach. Czas, jaki mieliśmy na zwiedzanie Stanisławowa, może nie był najdłuższy, ale chcieliśmy odwiedzić Czarny Las. Nikt ze spotkanych osób – Polaków – nie potrafił, oprócz księdza proboszcza Kazimierza Halimurki, wskazać nam drogi na cmentarzysko. Kierowca z lwowskiego Konsulatu RP nie mógł zrozumieć, po co my tam jedziemy… Co mu miałem powiedzieć? Że chcemy zapalić świece? Oddać hołd pomordowanym? Opowiedzieć historię Czarnego Lasu? Opowiedziałem. Nic nie komentował… Może kiedyś, przy innych okazjach powiózł tam innych Polaków i opowiedział im, co ode mnie usłyszał…

Zatrzymałem się kiedyś w Częstochowie przed Cudownym Obrazem i spojrzałem na Pielgrzymów wpatrzonych błagalnym wzrokiem w ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej. Wszyscy czekają na cud miłosierdzia, na łaskę pokoju, która winna spłynąć na każdego z osobna. Iluż petentów w innych sanktuariach z cudownymi obrazami modli się o to samo?! Także i przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej z ormiańskiej świątyni w Stanisławowie, której 80. rocznicę koronacji w tym roku obchodzimy, rezydującej od zakończenia II wojny światowej w Gdańsku. Pięknie pisze o tym cudami słynącym obrazie Tadeusz Olszański w swej książce Kresy Kresów. Stanisławów jednak żyje, której fragment zamieszczamy na naszych łamach. Opuściłem sanktuarium. Znalazłem się na ulicy, w tłumie pełnym wrogości, agresji i bezuśmiechu. A przecież wszyscy wyszli stamtąd, z tej kaplicy, w której rezyduje Najjaśniejsza…

Gdy słyszę „kresowy zaciąg”, uśmiecham się. Przypomina się stary dowcip kolejowy, w którym pasażer zapytany skąd pochodzi, bo tak ze wschodnia zaciąga, odpowiada: A co, nie słychać, że z Wrocławia? Łezka w oku się pojawia, bo przecież ta kresowa mowa pomału zanika… Pięknie napisał o niej Leszek Długosz w Odzie do mowy kresowej: „Ty jesteś tu jak laur / Najtrudniej doniesiony”.

Cały utwór publikujemy na łamach pisma z nadzieją, że ten laur najtrudniej doniesiony nie zaniknie. Dopóki będą czytelnicy takich pism jak nasze, wrocławski „Semper Fidelis”, lwowski „Kurier Galicyjski” (i inne, o których piszemy niemal w każdym numerze), śpiewać i recytować poezje wielkich Kresowian będą „kuchani” artyści jak Wojciech Habela czy Adaśku Żurawski, a na falach eteru nadawać będzie nie tylko Radio Lwów, ale i Lwowska Fala Danuty Skalskiej w Radio Katowice – kresowa mowa nie zaniknie!

Życzę Państwu interesującej lektury drugiego numeru w 2017 r. kwartalnika „Cracovia–Leopolis”.

Janusz M. Paluch