Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Michalina Grekowicz-Hausnerowa, POD ŻÓŁTO-NIEBIESKĄ FLAGĄ

Na wieży ratuszowej zawisła flaga żółto-niebieska. Lwów opanowało wojsko ukraińskie, otrzymawszy od ustępujących ze Lwowa Austriaków broń, amunicję, mundury i cały sprzęt wojskowy.

Zapadł nad miastem grobowy nastrój. Ulice były puste, przemykały nimi tylko samochody ciężarowe, naładowane żołnierzami z karabinami gotowymi do strzału. Krążyły patrole ukraińskie.

Był to dzień Wszystkich Świętych. Na Cmentarz Łyczakowski podążyły nieliczne grupy ludzi, którzy odważyli się odwiedzić groby swych najbliższych. Nie przypominało to dawnych tłumnych Zaduszek na gorejącym światłami cmentarzu. Udałam się na grób ojca i spotkałam w bramie cmentarnej dziennikarza z „Kuriera Lwowskiego”, kolegę Antoniego Lecha, który powiedział mi, że Legioniści biją się z Ukraińcami w szkole Sienkiewicza.

Zaczęły się dni smutku, trwogi i nadziei. Ulica Piaskowa, gdzie mieszkałam z matką i siostrami, znajdowała się we wschodniej dzielnicy Lwowa, na Łyczakowie, a więc w tej części miasta, która najdłużej pozostawała pod władzą ukraińską. Od szkoły Sienkiewicza rozszerzyły się wałki w południowo-wschodniej stronie i zrazu mała cząstka Lwowa opanowana była przez wałczących Polaków. Do szeregów Legionistów zgłaszali się wciąż nowi ochotnicy, zwłaszcza młodzież. Niektórzy z tych małych żołnierzyków mieli po 14, 13, a nawet 12 lat. Przychodziły i dziewczęta. Kobiety zorganizowały kuchnie dła obrońców Lwowa i opiekę sanitarną dla rannych. Poległych grzebano tymczasowo w pobliżu poła walki, najczęściej w ogrodzie Politechniki. Zaczęto drukować „Pobudkę”, jedyny organ polski z czasów walk listopadowych. Redagowała ją moja koleżanka z „Gazety Porannej” Janina Łada-Walicka z redaktorem Arturem Schröderem

Wszystkie redakcje i drukarnie polskie znajdowały się po stronie ukraińskiej i w parę dni po zajęciu Lwowa cała prasa polska zamilkia, ukraińscy żołnierze porozbijali maszyny drukarskie granatami ręcznymi.

Przeciskało się do nas przez linię frontu, biegnącą przez miasto, bardzo niewiele wiadomości. Wiedzieliśmy tylko, że tam, w okolicach dworca głównego, Politechniki, ulicy Polnej (przy której znajdowała się szkoła Sienkiewicza, nazwanej później ulicą Lwowskich Dzieci) biją się o Lwów.

Życie było trudne, niesłychanie ciężkie. Cały handel zamarł, zapanował głód nie do opanowania. Miałyśmy na szczęście w piwnicy zimowy zapas ziemniaków i trochę buraków, w pierwszych dniach inwazji udało mi się kupić w jakimś otwartym jeszcze sklepiku kawałek słoniny. Codziennym naszym pożywieniem były ziemniaki, barszcz, ćwikła. Sąsiedzi mieli na odmianę kapustę i dzieliliśmy się wzajemnie tymi ubogimi zapasami.

Raz zapukał do naszego mieszkanie oficer ukraiński, lotnik. Przyjęłyśmy go w dom ze strachem i nieufnością, ale nas wnet uspokoił, że przychodzi z przesyłką od Artura. Zaiste, gość niezwykły i niespodziewany. Narzeczony siostry wyjechał bowiem przed dniem 1 listopada do Krakowa na zjazd PPS i nie było od niego znaku życia. Przez owego Ukraińca, którego nie wiem jak potrafił sobie zjednać, przysłał list i paczkę cukru. Nie pamiętam tylko, czy oficer mówił do nas po polsku czy po swojemu.

Mimo że praca dziennikarska ustała, chodziłam do redakcji, aby zdobyć wiadomości. Panowała całkowita martwota na ulicach, którą ożywiały tylko patrole z nastawionymi bagnetami. Błąkały się kule, jedna gwizdnęła mi nad uchem, gdy na prośbę red. Bogumiły Ancówny szłam krętymi uliczkami Cytadeli na ul. Kaleczą do jej przyjaciółki, Heleny Waniczkówny, by doręczyć jej komunikat polski z placu boju. Wydawały bowiem wspólnie bite na maszynie do pisania tajne pisemko „Głos Polski”.

Po trzech tygodniach nadeszła odsiecz 5. pułku Legionów w liczbie dwóch tysięcy żołnierzy pod dowództwem pułk. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego. 22 listopada rano gruchnęła po mieście wiadomość, że Lwów jest w polskich rękach. Wlała się do miasta wesoła brać legionowa wraz z cywilnymi ochotnikami. Mieszkańcy tłumnie wylegli na ulice, oglądając już bez strachu podziurawione kulami domy i rozmawiając z żołnierzami. Panowała powszechna radość, a zarazem nieład, nieporządek. Ulice, osypane pierwszym, obfitym śniegiem, poryte pociskami jako wczorajsze pobojowisko, przedstawiały obraz okropnego zaniedbania.

Wszystkie kamienice, zwłaszcza bliższe dworca, Politechniki i dzielnicy Gródeckiej, wyglądały jak twarz człowieka, który przebył ospę. W mocno pokiereszowanym gmachu Poczty Głównej brama boczna od strony ul. Kopernika – zatkana prawie do samej góry kamieniami, siennikami, deskami, ukazywała koślawo nagryzmolony napis: „Reduta Piłsudskiego”. Był to jeden z mocnych punktów obrony.

Kawiarnie i restauracje zapełniły się wojakami. Weszłam do „Romy” przy ul. Akademickiej, spotkałam tam znajomego z Gospody leguna Wiktora Gutowskiego, artystę malarza, który swego czasu urządził wystawę szkicowanych ołówkiem portretów Legionistów. Ranny w rękę, nosił ją na temblaku. Brał udział w walkach na odcinku ul. Bema i opowiadał mi o nich, a ja słuchałam rada, że znam kogoś z walczących.

Wieczorem przemaszerowały przez miasto oddziały biorące udział w odsieczy, ciągnąc na wschód ulicą Łyczakowską. Było to już regularne wojsko w mundurach jednolitych, przyzwoicie uzbrojone, z czołgami i baterią dział polowych. Snuło się za nim mnóstwo cywilów, tworząc bezładny pochód szczęśliwych zwycięzców. Poszłam i ja, ażeby zebrać po drodze wiadomości do pierwszego po trzech tygodniach artykułu dla „Gazety Porannej”, bo jakimś cudem dzienniki polskie, mimo rozbicia drukarń, ukazały się nazajutrz po odbiciu Lwowa.

Nawiązałam rozmowę z jednym z oficerów, chcąc zaczerpnąć fachowych informacji o maszerujących oddziałach. Był to major Józef Klink (nie wiem, czy już wtedy w tej randze), który później przez długie lata pełnił obowiązki referenta oświatowego wojsk polskich, podawał prasie wiadomości o wszelkich akcjach kulturalnych, obwoził nas po żołnierskich wigiliach i szkołach dla analfabetów.

Wkrótce po zmianie zawitał do nas Artur Hausner i opisał nam swój dramatyczny powrót z Krakowa.

– Wezwany telegraficznie na posiedzenie zarządu Polskiej Partii Socjalistycznej – opowiadał – przybyłem do Krakowa we czwartek (31 października). W mieście radość, domy udekorowane, tłumy na ulicach. Zarząd PPS dał Julianowi Obirkowi i mnie pełnomocnictwo do porozumienia się z Ukraińcami. W piątek wieczorem rozeszły się niejasne wiadomości o zamachu ukraińskim na Lwów. Postanowiłem natychmiast wracać. W Przemyślu nie pozwolono pasażerom wysiąść z wagonów, musieliśmy poddać się rewizji polskiej. Dworzec przemyski przepełniony był żołnierzami wracającymi z rozmaitych frontów. W Medyce przystąpili do nas uzbrojeni ludzie w czapkach austriackich, z nastawionymi bagnetami, wołając: „Ruki do hory!” (Ręce do góry!). Rewizja ukraińska. Uwijało się tam mnóstwo oficerów niemieckich w wesołym humorze. Ukraińcy obrabowali żołnierzy – Polaków ze wszystkiego. Dojechałem pociągiem do Mszany, stąd szedłem piechotą wzdłuż toru kolejowego. Z Bogdanówki (przedmieścia Lwowa) przeszedłem na ul. Gródecką i widzę, że tu wre walka. Słychać strzały, na ulicach leżą trupy ludzi i koni. Zgromadzili się kolejarze i uchwalili jednomyślnie zorganizować rząd tymczasowy z delegatów czterech stronnictw polskich, a to: PPS, Narodowej Demokracji, Polskiej Demokracji i Ludowców. Wybrano komitet, na czele miał stanąć dr Marceli Chlamtacz i ja. Endecja nie zgodziła się na ten wybór.

Znalazłem się po stronie ukraińskiej. Miasto było sterroryzowane, żywego ducha na ulicy. Próbowaliśmy ugody z Ukraińcami, ale oni nie byli do niej skłonni. Wróciłem znowu na stronę polską – zakończył opowiadanie Artur.

Lwów był w rękach polskich, ale walki dokoła miasta nie ustały. Terkotały karabiny maszynowe, wybuchały granaty. Od Bartatowa i Stawczan, Sokolniki, Sygniówki posuwał się generał Sikorski na czele Legionistów. Codziennie w południe Ukraińcy ostrzeliwali gwałtownie miasto z armat. Pociski czyniły wielkie wyłomy w murach i dachach domów, zabijały ludzi na ulicach, drążyły jamy w brukach. Matka moja, wracając raz do domu, tuż przed bramą omal nie została trafiona szrapnelem. W czas jednak zdążyła przytulić się do muru, obsypały ją odłamki. Pocisk ugrzązł na naszym strychu.

Rozbito elektrownię i wodociągi, ustała komunikacja tramwajowa, zgasło światło, po wodę chodzili lwowianie z dzbankami i wiadrami do studzien, czasem pod kulami. Było ciemno, brudno, zimno i głodno… Porządku w mieście strzegła Miejska Straż Obywatelska, zwana krótko MSO, złożona ze starszych mężczyzn.

Chodziłam codziennie pieszo do redakcji, nieraz wśród burzy latających granatów i szrapneli. Nie bałam się prawie i nie uważam tego dziś za szczególną odwagę, ale raczej za jakąś młodzieńczą odporność nerwów.

– Zabije czy nie zabije? – myślałam tylko, słuchając świstu pocisków. – Jeżeli zabije, to przestanę się bać, a nie zabije, tym lepiej. Przeleciał, nie zabił – ach, jak dobrze!

Kule trafiały tych, co się bali, i tych, którzy się nie bali. Zginął od granatu wydawca Aleksander Milski, gdy uciekał przez swe podwórze do piwnicy, bo bał się okrutnie. Zginął na progu swojej cukierenki przy pl. Bernardyńskim znany mieszczanin Pasternak, który wystawał tam zwykle godzinami i obserwował, bo się nie bał…

Tego spokoju nie miałam już wczasie wojny hitlerowskiej, może dlatego, że zaraz na początku, w połowie września, podmuch bomby, która zgruchotała naprzeciw trzypiętrową kamienicę, zrujnował nam całkowicie mieszkanie, nikogo z nas na szczęście nie zabijając, bośmy się przypadkowo nie znajdowali we frontowych pokojach. Zginęło jednak wtedy dwoje naszych sąsiadów. Potem już nie mogłam opanować ani ukryć strachu w czasie każdego nalotu niemieckiego.

Walki o Lwów w r. 1918–19 trwały całą zimę. Dowiedziała się o nas Europa, przyjechały wojskowe misje zagraniczne: francuska, angielska, włoska, rumuńska. Goszczono ich, zapraszano do teatrów, urządzano specjalne przedstawienia, odbywano z nimi konferencje, ale sprawa przynależności Lwowa i kraju na wschód od Sanu stanowiła wciąż zagadkę.

Lwów był otoczony walczącymi wojskami, z powodu niemożności dowozu panował głód nie do opisania. W pierwszorzędnej restauracji hotelu George’a podawano tylko postny krupnik z czarnych krup jęczmiennych i makaron z ciemnej mąki, prawie nie omaszczony. W Wielkim Tygodniu zjawił się u nas w domu dziwny gość, żołnierz polski niosący ogromny tłumok. Czegoż tam nie było! Mąka, chleb, cała szynka, zwój kiełbasy, kilka litrów mleka w bańce i nie pamiętam, co jeszcze. Do tego anonimowy, serdeczny list, naszkrabany żołnierską ręką. Autor pisał, że oni, wojacy, mają po wsiach wszystkiego pod dostatkiem i proszą o przyjęcie świątecznych podarków wraz z życzeniami. Nie chciał wyjawić swego nazwiska, nie czekał na podziękowanie.

Podejrzewałyśmy, że o tę przesyłkę postarał się narzeczony młodszej siostry, Zosi, porucznik Mieczysław Bętkowski, który walczył pod Sikorskim. Po wojnie zaklinał się, że nie on był tym tajemniczym ofiarodawcą.

Wygłodzone, rzuciłyśmy się na dawno niekosztowane przysmaki, ale że był Wielki Piątek, schowało się wędliny i co najlepsze na święta. Opiłam się tylko lekkomyślnie zimnym, podkisłym już mlekiem i kto wie, czy jego niepożądane działanie nie uratowało mi życia. Wyszłam wieczorem z redakcji i… musiałam natychmiast wrócić na górę. W tej chwili zaczął się gwałtowny atak dział ukraińskich. Przeczekałam bezpiecznie ostrzeliwanie i wróciłam cała do domu, gdy się skończyło.

Noc z Wielkiej Soboty na Niedzielę Wielkanocną była przełomowa. Szalał nad miastem taki huragan ognia z wszelkich rodzajów broni, że nikt oka nie zmrużył – zdawało się, że cały Lwów pójdzie w gruzy. Zeszłyśmy na I piętro do sąsiadów, jako że niżej trochę bezpieczniej, a w liczniejszym gronie raźniej. Nazajutrz burza ucichła, Lwów zaczął spokojnie oddychać. Ten żywiołowy atak polski nie wyrządził miastu szkody, a odepchnął Ukraińców daleko poza zasięg strzałów.

Małopolska wschodnia była jednak długo jeszcze terenem walki i okrucieństwa Ukraińców, którzy mścili się na Polakach za doznane klęski. W zamku Sobieskich w Złoczowie więziono i umęczono wielu Polaków wziętych na zakładników, wśród nich niejednego wybitnego obywatela, m.in. zginął tam Juliusz Starkel jun., syn znanego publicysty i działacza z r. 1863, a wuj Stanisława Wasylewskiego, którego matka była z domu Starklówna. O obozach koncentracyjnych, w jakich zamykano Polaków, chodziły wieści wstrząsające.

Ażeby je sprawdzić i starać się jakoś ratować więźniów, wyjechała ze Lwowa do obozu w Mikulińcach polska delegacja stowarzyszeń kobiecych złożona z trzech osób. Wszystkie wróciły do Lwowa zarażone tyfusem plamistym. Tylko jedna delegatka wyzdrowiała, a ofiarą padła Maria Dulębianka, zasłużona społecznica, opiekunka ubogich. W młodości uśmiechały się jej laury artystki-malarki. Jako zdolna uczennica Jana Matejki wyjechała na dalsze studia do Paryża. Przyjaźń z Marią Konopnicką zwróciła później jej zainteresowania na zagadnienia społeczne. Dulębianka porzuca pędzel i staje się zagorzałą działaczką na terenie Lwowa, zarazem feministką w dawnym stylu.

W czasach, gdy kobiety nosiły na głowach kunsztowne, fryzowane czuby, a dziewczęta pielęgnowały starannie warkocze, aby były jak najdłuższe i jak najgrubsze, krótko ścięte włosy Dulębianki wyglądały na objaw dziwactwa. Kołnierzyk męski, krawat, ciemny kostium z żakiecikiem przypominającym męską marynarkę, ostrzyżona, siwiejąca już głowa i binokle na oczach dawały – jeśli się nie widziało za stołem spódnicy – nieomal złudzenie, że ma się przed sobą mężczyznę. Mężczyznę bardzo sympatycznego, energicznego i mądrego.

Znałam Dulebiankę osobiście i lubiłam z nią rozmawiać. W tej kobiecie tak mało kobiecej, ale ogromnie bezpośredniej, żywej, wesołej, nie było żadnej pozy ani dumy ze swej popularności i wysokich osiągnięć życiowych. Była wszakże znaną działaczką społeczną, znakomitą mówczynią, redaktorką, publicystką, organizatorką, kandydowała niegdyś do Sejmu galicyjskiego ze Stronnictwa Ludowego, w ruchu niepodległościowym odgrywała wybitną rolę, pracowała w Związku Strzeleckim i w organizacji Legionów.

Z czasów swego udziału w przewożeniu za kordon tajnej bibuły rewolucyjnej opowiadała mi następującą przygodę:

– Miałam w kieszeni pełno niebezpiecznych papierów. Na granicy złapała mnie policja rosyjska i poddała rewizji osobistej. Nie straciłam tupetu. Wyjęłam z kieszeni wszystkie notatki, adresy, odezwy itp., papiery wraz z portfelem i paszportem, położyłam ostentacyjnie cały plik na stole i powiedziałam: „A teraz proszę mnie rewidować! – Przeszukano moje kieszenie i całe ubranie, nie ruszając odłożonej paczki. Udało się.

Żal po niespodziewanej, bohaterskiej śmierci Dulębianki był we Lwowie powszechny. Tysiące ludzi wzięły udział w jej pogrzebie, za trumną szły niezliczone masy miejskiej biedoty, którą się zmarła serdecznie opiekowała. Drugą ofiarą tyfusu przywiezionego z obozów była 37-letnia Teodozja Dzieduszycka, przełożona szpitala na Politechnice.

Skoro tylko komunikacja kolejowa po walkach listopadowych się unormowała, redakcja „Gazety Porannej” i „Wieczornej” mocno opustoszała. Z miasta, w którym życie stało się bardzo ciężkie, wyjechali na dłuższy czas redaktorzy Konarski i Wasylewski. Kierownictwo redakcji pozostało wyłącznie na głowie niezmordowanej Bogumiły Ancówny. Na zawsze opuścili Lwów zdolni współpracownicy Herminia Naglerowa i Ludwik Rubel, protestując w ten sposób przeciw pogromowi Żydów, jakiego dopuściły się na Przedmieściu Żółkiewskim pierwszego wieczora po zwycięstwie w dniu 22 listopada niesforne elementy wśród polskiego wojska ochotniczego. Oboje byli bowiem pochodzenia żydowskiego.

Do wszystkich wielkich i małych dolegliwości, jakie niosły za sobą walki we Lwowie i w pobliżu Lwowa, dodawały nam bólu pogrzeby żołnierskie, odprowadzające codziennie poległych przez całe miasto w stronę Łyczakowa. Orkiestra wojskowa grzmiała żałobnie (jeszcze dzisiaj grają mi w uszach te marsze), maszerował powoli oddział towarzyszów broni, szedł kapelan, a na prostym wozie leżała na gałęziach świerkowych drewniana, niemalowana trumna owinięta biało-czerwonym płótnem. Czasem dwie, czasem trzy naraz. Do pochodu przyłączali się przechodnie, nie mogąc minąć go obojętnie.

Zarząd miasta przeznaczył na cmentarz Obrońców Lwowa stok wzgórza Pohulanki, łączący się z cmentarzem Łyczakowskim. Wnet zawiązało się towarzystwo Straż Mogił Polskich Bohaterów, które zajęło się budową mauzoleum i opieką nad grobami. Czynne w nim były zwłaszcza matki, które straciły synów w walkach lwowskich. Przewodniczącą była żona prezydenta miasta, Kazimiera Neumannowa. W ciągu lat ­kilkunastu ­otoczono cmentarz wspaniałym mauzoleum, mieszczącym szereg grobowców. Między innymi zbudowano pomnik lotników amerykańskich, którzy ochotniczo ofiarowali swój udział w obronie Lwowa i wielu z nich poległo. W najwyższym punkcie wzniesiono małą okrągłą kaplicę. Wnętrze pola cmentarnego wypełniły groby szeregowców i oficerów, wśród nich wielu nieznanych żołnierzy. Porządkowały je i ozdabiały rodziny poległych, ale i mogiły bezimienne nigdy nie pozostawały w zaniedbaniu. Pamiętała o nich nie tylko Straż Mogił, troszczyła się o nie polska młodzież, zwłaszcza harcerze.

Spoczął też m.in. na Cmentarzu Orląt 17-letni siostrzeniec Artura Hausnera, gimnazjalista Tadeusz Jaszcz, który w pierwszych dniach walk wymknął się z domu i wnet trafiony kulą w kręgosłup zmarł po miesiącu w okropnych mękach w szpitalu polowym. Matka jego Emilia przez 13 lat, do swej śmierci, chodziła w żałobie. Wraz z córką Stanisławą, żoną geografa, prof. Juliana Czyżewskiego, ufundowały Tadziowi pomnik z napisem:

Cośmy miały najdroższego, złożyły to  mogile,

Pozostał żal, tęsknota, smutne życia chwile.

 


(Fragment książki Chleb dziennikarski ma smak rozmaity… Wspomnienia, Wydawnictwo Biblioteki PAU I PAN w Krakowie, 2017 r.)