Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Sławomir Gowin, SZKATUŁKA NA SERCE

 

Każdej wiosny we Lwowie miewam jakąś osobistą okoliczność z Marianem Hemarem. Pewnie bierze się to stąd, że on, urodzony 6 kwietnia, właśnie wtedy specjalnie zaznacza swoją nadprzyrodzoną obecność. Trudno więc nie słyszeć jak wiatr trawestuje go ukradkiem:

 

Wierszami muszę się bronić,

Rozczulać i uśmiechać,

Wierszami muszę do was

Codziennie na nowo jechać,

 

By w szepcie moich wierszy,

W rymów moich szeleście

Została iskrą w popiele

Pamięć o moim mieście            

 

Czerpiąc z lektury każdy poważny „kresofil” – albo ściślej: „leofil” – zdawałby się znać jego miasto na wyrywki. Jednak taki sentymentalny landszafcik warto przyłożyć czasem do rzeczywistości, by zobaczyć, jak się zabarwi w żywym, lwowskim słońcu. Zrobiłem to, nie wiadomo który już raz, właściwie z przyczyn zgoła prozaicznych, albowiem po wielu tygodniach dochodzenia, pod jakim adresem Hemar się urodził, chciałem spojrzeć na dobrze mi znaną, choć póki co anonimową kamienicę tryumfalnym okiem odkrywcy. I oto – tuszę, że niejako w nagrodę – dane mi było dostrzec tego dnia coś jeszcze: małe, osobiste miasteczko poety, które, jakkolwiek pompatycznie to zabrzmi, w sercu mieści się z łatwością.

Od dawna przekonuję eksplorerów-debiutantów, żeby puścili zelówki wolno, a zawsze dojdą, gdzie należy, gdzie trzeba albo gdzie warto, bo Lwów jest skomponowany szkatułkowo. W dużym mieście ukryto mniejsze, w nim jeszcze mniejsze, i mniejsze, i znów mniejsze, a tych mikromiasteczek nawet stu Banachów by się nie doliczyło.

Kto nie wyszlifował lwowskich bruków dostatecznie, może „na papierze” nie w pełni moje doznania podzielić. Jednak jeśli zechce przekonać się, co Hemar miał na myśli powiadając, że „we Lwowie wszystko blisko serca leży”, niech bawiąc tam kiedy tę peregrynację odbędzie.

Ruszyć najlepiej ze skrzyżowania, które leży doprawdy niczym krzyżyk zaznaczony na serdecznej mapie „miasteczka Hemara”. Z dawną ulicą Jagiellońską, obecnie Gnatiuka, spotyka się tutaj 3 Maja (Siczowych Strzelców) i Rejtana (dziś Kurbasa). Taka sama stąd odległość – około dwudziestu metrów – do trzech arcyważnych dla poety miejsc: urodzenia, „pomieszkania” i miejsca pierwszych sukcesów artystycznych, dawnego „Casino de Paris”, dzisiaj teatru imienia Łesa Kurbasa. Jeśliby kiedyś „wdzięczny naród polski” chciał i mógł postawić Hemarowi pomnik we Lwowie, to powinien go umieścić gdzieś tutaj.

W notach biograficznych pisze się najczęściej, że Jan Hescheles, późniejszy Marian Hemar, urodził się przy ulicy Jagiellońskiej pod numerem 11. On sam często wspominał ten adres z wielkim wzruszeniem. Owszem, to miejsce gdzie spędził dzieciństwo i wczesną młodość, jednak na świat przyszedł parę kroków dalej, przy 3 Maja pod numerem 8. I to właśnie moje wiosenne odkrycie. Rodzice, Ignacy i Berta Heschelesowie wyprowadzili się stąd z ledwie rocznym Janem Marianem, dlatego miejsce narodzin nie przetrwało w pamięci poety i nie zapisało się wierszem. Jednak to sam środek miasta jego dzieciństwa, które, jeśli wybrać się na spacer szlakiem dorastającego Hemara, okaże się ułożone poręcznie jak staromodna bomboniera.

W 1966 roku Hemar obchodził 65 urodziny. Tą datą opatrzył napisany wtedy wiersz, w którym przenosił się…

 

…Na Jegiellońską, pod numer

Jedenasty, gdzie nasza

 

Stara brama czekała,

Bym przeszedł na podwórze

Rozległe i spojrzał w górę,

Na drugie piętro.

          W górze

 

Na ganku, pod samym dachem,

Nad dawnem oknem mojem

Jaskółki miały gniazdko,

Czy jeszcze jest? Z niepokojem…

 

Patrzę w górę…

Jaskółek dzisiaj nie ma, ale kamienica przetrwała. Nie zmienił się układ mieszkań, brama prowadzi do działającego w podwórzu Teatru Młodego Widza, a całym otoczeniem zawładnęli malarze, dekoratorzy i performerzy. Za dnia panuje tutaj kompletna cisza. Podobnie było zapewne wtedy, gdy w sierpniu 1958 roku przyszła z kwiatami Mira Zimińska, widzieli się z Hemarem niedługo wcześniej w Londynie. Niebawem pisała do niego: „Byłam u Ciebie. Weszłam do bramy, potem na schody. Dotknęłam klamki, ale nie weszłam. Stałam w korytarzu długo. Wszystko sobie z uporem przypominałam. Wszystkie moje tam wizyty i nawet smak jakiegoś najlepszego w świecie rosołu. Zostawiłam kwiaty na progu, no bo gdzie je zanieść?”.

Kwiaty były dla uczczenia pamięci matki poety. Mira Zimińska dobrze znała dom i próg przy Jagiellońskiej, jednak nie w tych drzwiach Hemar żegnał się matką – i ze Lwowem – 10 września 1939 roku, lecz na trzecim piętrze przy Pełczyńskiej 10. Berta Hescheles zamieszkała tam z córką już po wyjeździe syna do Warszawy. Hemar matki już nigdy nie spotkał ani nie dowiedział się, w jakich okolicznościach zginęła.

Pod numerem 11, pod oknami Heschelesów przez kilkadziesiąt lat, do 1941 roku, swój teatr prowadził Jakub Ber Gimpel. Był to teatr żydowski z założenia grający w jidisz, ale na scenie żydowski folklor i humor splatały się z bałakiem, rozmaitej proweniencji polszczyzną, wszechobecnym ukraińskim, a w dodatku chętnie czerpano – zwłaszcza muzycznie – z lekkiego repertuaru niemieckiego. Przez ten niezwykły, rozśpiewany i roześmiany świat codziennie przeprawiał się mały Janek Hescheles.

Cztery strony świata to we Lwowie zawsze o kilka za mało. Z Jagiellońskiej widać było kuszące centrum miasta z wieżami katedry i kościoła, choć jeszcze bliżej było do Teatru Miejskiego, którego Hemar był rówieśnikiem. Wystarczał też króciutki spacer przez pasaż Hausmanna (dziś gwarna Krzywa Lipa), żeby trafić wprost na Sykstuską (teraz Doroszenka) pod numer 9. Tam jeden z jego wujów prowadził salon fortepianów, i tam przyszły kabareciarz brał pierwsze lekcje muzyki. Jeśli pobiegł w przeciwną stronę, do placu Smolki (dziś Hryhorenki), mógł zajrzeć do działającego tam kino-teatru lub minąć parę wznoszących się ulic, by trafić do domu dziadka na Brajerowskiej (dziś Łepkiego). Którąkolwiek drogę by wybrał, zawsze w ciągu minuty mógł się znaleźć na spacerze w Ogrodzie Jezuickim czy na uniwersytecie, który zresztą, już jako studenta, bynajmniej nie pochłonął go bez reszty.

Znacznie chętniej uczył się wcześniej, jeszcze w VII Lwowskim Gimnazjum imienia Tadeusza Kościuszki przy ulicy Sokoła 8. Idąc tam z domu miał do pokonania zaledwie kilka spokojnych ulic. Dziś dawna szkoła, w której mieści się biblioteka akademicka, pachnie odświeżoną elewacją. ­Patrząc w zaciszną uliczkę Kowżuna, bo tak się teraz nazywa, trudno sobie wyobrazić gwarne stadka młodzieńców przemierzające te wąskie chodniki przed blisko stu laty. A właśnie wtedy miało miejsce niecodzienne spotkanie. Hemar pisał po latach w Londynie, jak to…

 

…Idzie student z gimnazjum

Przy ulicy Sokoła,

Mały bękart, na niego

Kiedyś Muza zawoła:

 

„Ty, Maniek! Stój” – rozkaże

Małemu bękartowi:

„Pisz do śmierci piosenki!

A szczególni o Lwowi!

 

W „Kościuszce” muzy były, jak się zdaje, na codziennym wyposażeniu. Uczyli tam przecież ludzie o nazwiskach doprawdy wiekopomnych. Literaturę wykładał Tadeusz Pini, znakomity krytyk, wydawca, literaturoznawca, obok niego równie wybitny i sławny Juliusz Kleiner. Filozofią zajmował się Władysław Witwicki, późniejszy ojciec polskiej psychologii, teoretyk sztuki i artysta. Wielką postacią był także, dziś zapomniany, Franciszek Ksawery Smolka, wnuk tegoż Smolki, który pod domem Hemara miał plac swojego imienia z pomnikiem pośrodku. Franciszek Ksawery, filolog klasyczny, admirator Owidiusza, był dociekliwym badaczem i autorem nietuzinkowych publikacji. Dość wymienić znamienny tytuł Pod znakiem lekkiej muzyki. Produkcje kabaretowe w Egipcie rzymskim. Tę pracę, efekt wieloletnich dociekań, opublikowano nakładem dyrekcji gimnazjum w 1930 roku. Smolka słynął zresztą z zainteresowań błądzących z dala od oficjalnych naonczas nurtów przyzwoitej edukacji. Trafiła mi się kiedyś w antykwariacie jego broszura Z mętów życia. (Obrazek rodzajowy z życia Egiptu w III w. a.C.).

Na młodym Hemarze musiał wywrzeć silne wrażenie, skoro po dziesięcioleciach spędzonych z dala od klasycznych zajęć, całkiem udanie tłumaczył ody Horacego i Sztukę kochania Owidiusza.

Dla dalszych losów Hemara ważniejsze było zapewne spotkanie z Adamem Zagórskim, który po studiach kilka lat pracował w VII Gimnazjum, później zajmując się już tylko kabaretem, publicystyką i teatrem. Pisał na scenę, dla filmu, tłumaczył, przede wszystkim zaś kolekcjonował piosenki lwowskie. Spisywał je od batiarów, ulicznych grajków, zbierał po tancbudach i knajpach, by w końcu jako pierwszy ułożyć i opublikować ich zbiór. Sam również napisał dziesiątki utworów lekkiej muzy. Kiedy Hemar łamał pióro w juweniliach, Zagórskiego we Lwowie wszędzie było pełno. W 1912 roku był jednym z założycieli i autorów kabaretu „Wesoła Jama”, ale jego znakomite teksty można było spotkać także w najpoważniejszych czasopismach krytycznych. Był zarówno świetnym satyrykiem, jak i wytrawnym krytykiem, wrażliwym tłumaczem i zdolnym scenarzystą. Podobnie wszechstronnym talentem obdarzony był jego uczeń, któremu tu właśnie, na ulicy Sokoła muza poleciła poza wszystkim innym pisać…

 

…Piosenki proste, jakby

Sama lwowska ulica

Pisała słowa mroku

Do muzyki księżyca

 

Wobec tego on, wierny muzie, gdziekolwiek jest…

 

…do śmierci się stara

I pisze – pisze piosenki –

„Słowa Mariana Hemara”

 

W lwowskiej bombonierce wszystko poukładano tak, że spod gimnazjum dostrzec można było skrzyżowanie Sokoła z Chorążczyzny. Tuż za nim pod adresem Sokoła 4 stał, i stoi nadal, budynek redakcji dziennika „Wiek Nowy”. Na jego łamach 26 listopada 1919 roku Hemar zadebiutował wierszem Wstęp do bajek. Przewrotnej pikanterii dodaje fakt, że w czasach sowieckich miał tu siedzibę lwowski oddział kremlowskiej „Prawdy”.

Skrzyżowanie z Chorążczyzny (teraz Czajkowskiego) ma i takie znaczenie, że jeśli, zamiast pójść prosto do redakcji, skręcimy w lewo, to tuż za rogiem pod numerem 7 zobaczymy obecną filharmonię. W szkolnych czasach Hemara było tutaj między innymi kino „Apollo”, służące swoją salą wielu ważkim wydarzeniom kulturalnym. W jakimś sensie na tej sali rozstrzygnęły się artystyczne losy Hemara – ale o tym później. Póki co przytoczmy londyńskie wspomnienie poety: będąc jeszcze w gimnazjum, w tajemnicy przed profesorami i ojcem, i matką uczyłem się aktorstwa w instytucie Wandy Siemaszkowej. Na popisie szkolnym grałem Rizzia w „Marii Stuart”. Siemaszkowa prowadziła zajęcia dramatyczne właśnie w budynku, w którym dzisiaj sale prób mają lwowscy filharmonicy. Hemar mógł więc urywać się na ćwiczenia aktorskie tuż po lekcjach, spóźniony powrót do domu tłumacząc dłuższym niż zwykle spacerem po ogrodzie jezuickim lub jakąś nieoczekiwaną przygodą, o którą na lwowskich ulicach nie było trudno. To przecież kilkanaście metrów od wrót filharmonii zdarzył się tragiczny wypadek, który młody Hemar opisał w niby to batiarskiej piosence:

 

Przyjechał do Lwowa akrobata Mucha

Spadł z dachu na ziemię i wyzionął

ducha…

 

Skończywszy gimnazjum Hemar zaczął studiować na wydziałach medycznym i filo­zoficznym uniwersytetu, wkrótce jednak zgłosił się do wojska. Po zwolnieniu ze służby na studia wrócił już bez wielkiej pasji, i ostatecznie nie myślał ich kończyć. Muzy opanowały go bez reszty z tym większą łatwością, że zdawały się czyhać na każdym kroku. Przy ulicy Zimorowica 5 (obecnie Dudajewa), a więc właściwie na rogu Sokoła, mieściła się wtedy redakcja tygodnika satyrycznego „Szczutek”. Fakt, że drukowano go dwa kroki dalej, znów przy Sokoła 4, wygląda na żart, a jednak to prawda.

Ówczesny redaktor naczelny Henryk Zbierzchowski wpuścił na łamy zdolnego adepta. „Szczutek” zdobywał coraz większą popularność, a młody Hemar wraz z nim. Z redakcji wystarczyło dosłownie kilka kroków, by znaleźć się na Ossolińskich, gdzie pod numerem 10 od początku XX wieku działała scena wodewilowa. Po wojnie bardzo podupadła. Rozrywkowym wyzwaniom nowych czasów miał sprostać teatr artystyczno-literacki „Ul” pod kierownictwem Wilhelma Raorta, który zainaugurował tutaj działalność 6 września 1921 roku. I właśnie w tym dniu dwudziestoletni Marian Hemar zadebiutował na jego deskach jako artysta kabaretowy.

Ta część miasta niemal się nie zmieniła. Z „Ula” przetrwała frontowa kamienica, teatralnie zdobiona klatka schodowa, a nawet schody i drzwi wiodące ongiś na widownię. Dziś prowadzą już donikąd. Przestrzeń całkowicie przebudowano dla szkoły baletowo-tanecznej. Wchodzi się do niej inną drogą i mimo że to instytucja było nie było artystyczna, próżno szukać atmosfery lat 20., gdy na deskach „Ula” pierwsze kroki, obok Hemara, stawiały m.in. Anda Kitschmann i Hanka Ordonówna.

Pod koniec stycznia 1922 roku Zawodowy Związek Literatów we Lwowie zaprosił obiecującego poetę na „Wielki Wieczór Autorów”, można powiedzieć, że stosunkowo daleko, bo w sali ratusza. Dwudziestojednoletni Hemar zasiadł na lwowskim Parnasie obok Jana Kasprowicza, Stanisława Wasylewskiego czy Józefa Jedlicza. Kilka miesięcy później wydał pierwszą książkę Dzik i świnia, złożoną z wierszy ogłaszanych wcześniej w „Szczutku”. Uskrzydlony miejscową sławą zaczął pisać dużo i różnorodnie. Wiersze, felietony, przekłady, recenzje i relacje kulturalne ogłaszał najczęściej w „Gazecie Lwowskiej”, której redakcja – jakże by inaczej – mieściła się w pobliżu, przy Chorążczyzny 31, a więc niemal vis à vis wejścia do „Ula”.

Żeby tę mapę wyrysować do końca, nie można zmilczeć, iż wszystkie zaznaczone dotąd miejsca leżą tuż (lub spotykają się z nią, jak Chorążczyzny) obok ulicy Akademickiej (dziś Prospekt Szewczenki). Tam, pomijając wszelkie inne atrakcje słynnego corso, na rogu z Fredry (nazwa przetrwała) mieściła się słynna kawiarnia „Roma”, w której Hemar, jak sam wspomina, dumnie się snobował, dostępując przy tym biesiadnych wtajemniczeń pod fachowym okiem Henryka Zbierzchowskiego czy Ostapa Ortwina. Z pobliża tej mekki różne fazy dojrzewania młodego artysty – jeśli za „źródło” wziąć wiersz Pomnik – osobiście śledził Aleksander Fredro:

 

Raz mnie widział, gdy niosłem w głąb Romanowicza

Pod peleryną kwiaty… mój miłosny aport,

Tam moja pierwsza miłość mieszkała dziewicza.

Nazywała się Hala. Halina Rapaport.

 

Widział mnie przed kawiarnią, z blaskiem wkoło głowy,

I słyszał jak mi serce waliło łoskotem.

Czytałem po raz setny, w gazecie „Wiek Nowy”,

Pierwszy wiersz podpisany „Maryan­Hemar”. Potem

 

Koło niego chodziliśmy w nocy z Brunonem

Jasieńskim. Noc, pamiętam, że była gwiaździsta.

Bruno, z monoklem w oku, z czerwonym patronem.

Bardzo mi imponował jako komunista.

 

Wkrótce Hemara można było spotkać na wszystkich lwowskich scenkach, z debiutanta szybko przeistoczył się we wziętego satyryka. W najbliższych latach, wspierany przez równie zdolnych kolegów, udanie rywalizował z kabaretowymi weteranami. Podnosił sztukę kabaretu na niespotykane dotąd wyżyny literackiej finezji. Swoje najsłynniejsze programy wystawił 1924 roku w „Casino de Paris”. Teksty z Rumaka uśmiechniętego i zorganizowanej miesiąc później Wielkiej reduty gałganiarskiej przeszły do historii najwyższych lotów humoru artystycznego. Latem tego roku Hemar założył teatrzyk pod wiele znaczącym tytułem „Zdechły Kot”. Działo się to, ma się rozumieć, kilkadziesiąt metrów od jego rodzinnego domu, przy Rejtana 3. „Casino de Paris” działało tam od 1910 roku, przez wiele lat także pod nazwą „Bagatela”. Niemal wprost z tej sceny ruszył na udany podbój Warszawy. Zresztą na tę i na inne ważne lwowskie deski wracał później wiele razy. W swoim serdecznym miasteczku promieniał wtedy w najlepszym artystycznym towarzystwie epoki jako rozchwytywany autor-gwiazdor lat 30.

Drogę do gwiazd rozpoczął we wspomnianym już kinie „Apollo”. To tam jesienią 1924 roku wystąpili, owiani sławą i uwielbieniem, poeci „Skamandra”. Przyjechali we czterech do Lwowa z wielkim wieczorem autorskim – wspominał ten wieczór Hemar – nie takim, jakie my, lokalne poeciątka, urządzaliśmy po małych salkach, przyjechali z ogromnym fasonem, zrobili wieczór w lwowskiej filharmonii, w sali kina Apollo, sala była nabita na osiemset czy tysiąc osób, pierwszy raz we Lwowie pokazali się we czterech: Jan Lechoń, Julian Tuwim, Antoni Słonimski i Kazimierz Wierzyński, rok był 1924. Mó­wili wiersze. (…) Poznałem się z nimi wtedy. Wszyscy, Tuwim najuprzejmiej, zachęcali mnie, bym wpadł do Warszawy. W rok po tym wieczorze byłem z nimi wszystkimi na ty, zaczęła się nasza przyjaźń.

W rok po tym wieczorze mieszkał już w Warszawie, opuściwszy miasteczko, w którym przeżył 24 lata. W stolicy miał przeżyć, intensywnie i pod każdym względem bogato, kolejnych 14. Najdłużej przyszło mu błąkać się na obczyźnie – umarł po 33 latach emigracji. Można jednak powiedzieć, z nieco batiarską przesadą, że niezłomnym bardem Lwowa został tuż za jego rogatkami. Bo chociaż od rodzinnego miasta nie dzieliły go jeszcze granice ani żelazne kurtyny, już w początkach warszawskiej kariery napisał piosenkę Tyle jest miast, w której Lwów uhonorował czułą inwokacją: O, miasto beztroskich ludzi, rozśpiewanych, pogodnych słów… Po czym wiekopomnie spuentował: chcesz szczęśliwym być – wróć do Lwowa!

 

Później, już w Londynie, powstały dziesiątki jego utworów, które składają się dziś na lwowski kanon. W każdym z nich zaszyto gryps, że reszta świata leży na człowieku niedopasowana niczym battle dress. A Lwów jak szkatułka – na serce w sam raz.