Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Zbigniew Wawszczak, ... BACZ, ILE ON MAJU KRAWATKÓW

epizod z życia Polaków na Kresach w latach II wojny światowej

 

Jest grudzień 1943 r. Śnieg otulił białą kołdrą lasy, pola, wioski i miasteczka. Polacy z miejscowości Zamek k. Magierowa w powiecie Rawa Ruska przygotowują się do czwartej wojennej wigilii. Boże Narodzenie to radosne święto, na które czekają starsi, a przede wszystkim młodzież i dzieci. Ale nie ma powodów do radości, ciągle trwa okrutna wyniszczająca wojna. Kresami południowo-wschodnimi zarządzają okupanci niemieccy nakładając na rolników wyśrubowane kontyngenty. Każdy rolnik dostarczać musiał określone ilości zboża, mleka, przeznaczone dla Wehrmachtu, który ponosił w wojnie ze Związkiem Sowieckim klęski i wycofywał się powoli na Zachód. Część żywności wyprodukowanej przez rolników, a także zarządzane przez Niemców folwarki hr. Siemińskiego przeznaczona była dla głodującej ludności III Rzeszy, nękanej nieustannie bombardowaniami przez aliantów. Niemiecki oficer (inwalida wojenny) i jego dobrze przygotowani pomocnicy oczyścili i zarybili stawy dworskie, zaniedbane podczas pierwszej okupacji sowieckiej, ale karpie odławiane były jedynie na potrzeby okupantów niemieckich.

W domu rodziny Maternów pamiętano, jak to przed wojną przybywał z pałacu posłaniec od hr. Natalii Siemińskiej z karpiami na wigilię. Hrabiostwo Natalia i Jan Siemińscy, do 1939 r., należący do grona najbogatszych ziemian w Małopolsce Wsch., stracili wszystko. Armia Czerwona ograbiła i zdewastowała okazałą rezydencję w Zamku, a najcenniejsze skarby (klejnoty rodzinne, złoto, porcelanę, srebra, miniatury itp.), z którymi uciekli do Lwowa, również wpadły w ręce najeźdźców. Siemińskim jednak dopisało szczęście, chociaż goli jak święci tureccy – uratowali rzecz najcenniejszą, życie własne i dwojga dzieci. Wojnę przetrwali u krewnych hr. Tarnowskich w Dzikowie k. Tarnobrzega, pracując w administracji majątków, a po wojnie udało im się wyjechać potajemnie na Zachód.

W rodzinie Maternów, którzy utrzymywali bliskie kontakty z właścicielami rezydencji w Zamku, również przygotowywano się do świąt. Maternowie nie zajmowali się uprawą ziemi, którą dzierżawili inni. Podstawą ich utrzymania był duży dobrze wyposażony zakład ślusarsko-mechaniczny. W czasie pierwszej okupacji sowieckiej zakład został skonfiskowany i przekształcony w ośrodek maszynowy. Po przyjściu Niemców zakład wrócił do właścicieli i mimo wojny osiągnął dawne obroty.

Przy stole wigilijnym u Maternów już trzeci rok brakuje dziadka Grzegorza Bajorka, przez kilka kadencji wójta gminy zbiorczej w Zamku, który wraz z żoną wywieziony został w mroźną zimę, 10 lutego 1940 r., na Syberię (obł. Irkuck, rej. Tutum), gdzie obydwoje zmarli.

Oprócz kilkorga krewnych na wigilii mieli być obecni członkowie trzyosobowej rodziny Maternów: rodzice, Stanisław i Rozalia, oraz ich jedyny syn Tadeusz. Jednak na tydzień przed wigilią miało miejsce zdarzenie, które Tadeusz pamiętać będzie do ostatnich dni swego życia: napad ukraińskiej bandy rabunkowej.

W mroźną zimową noc smacznie śpiących członków rodziny Maternów zbudziło gwałtowne łomotanie w szyby okienne i głośne wołania po polsku i ukraińsku: – Otwierać; odkrywajte, bo rozwalimy szyby i przez okno wejdziemy do domu. W jednej chwili wszyscy obudzili się i zerwali z łóżek.

Stanisław Materna brał udział w I i II wojnie światowej, rozmaite zdarzenia wojenne nie były mu obce. W 1939 r. dostał się do sowieckiej niewoli. Udało mu się zbiec z obozu przejściowego utworzonego przez Armię Czerwoną w Tarnopolu i wrócić do domu.

Kiedy walono w okno, zorientował się, że sytuacja jest poważna. – Przestańcie tłuc w okna, zaraz otworzę – krzyknął. Zapalił światło, szybko poszedł do drzwi i odsunął zasuwę.

Do domu wtargnęło brutalnie kilku mężczyzn z karabinami w rękach. Ode­pchnęli Stanisława gwałtownie na bok, a jeden z nich, ubrany w polski mundur wojskowy i rogatywkę bez orzełka, powiedział z wyrzutem do przestraszonych domowników łamaną polszczyzną. – To wy wylegujecie się w wygodnych łóżkach, w ciepłej izbie, a my musimy marznąć w lasach, bo tego wymaga walka o wolność?! Ty – zwrócił się stanowczo do Stanisława – będziesz otwierał nam drzwi do szaf, komód i innych skrytek, a wy – te słowa skierował do żony i 9-letniego Tadeusza – macie natychmiast położyć się na łóżkach twarzami do poduszek. I nie próbujcie się rozglądać, bo będzie z wami źle!

Bandyci wędrowali od szafy do szafy. Maternowie należeli do grupy zamożniejszych mieszkańców Zamku. Ojciec posłusznie otwierał drzwi szaf, a napastnicy wrzucali do worków całą zawartość, ubrania, pościel, bieliznę i wszystko, co wydawało się cenne, warte tego, by wyciągnąć po to ręce. Pamiętajmy, że był to czwarty rok wyczerpującej wojny, a odzież, ubrania, palta, bielizna pochodziły jeszcze sprzed wojny. W czasie jej trwania takich luksusowych towarów nie było w sklepach. Powszechne było zjawisko, że ludzie zamożniejsi opróżniali szafy, komody, skrytki z biżuterią i zamieniali je na niezbędną do przetrwania żywność. Wspominam o tym szerzej, bo ludzie z powojennych generacji, zwłaszcza młodzi, nie zdają sobie sprawy, jak wielkie były niedobory zarówno żywności, jak i ubiorów, odzieży, dzisiaj oferowanych przez hipermarkety w trudnym do odgadnięcia wyborze, ilości i fasonach.

Im dłużej trwała wojna, tym mniej zasobna część społeczeństwa zmuszona była do noszenia lichej, często przerabianej i łatanej odzieży.

Patrząc bezsilnie, jak bandyci ogałacają kolejne pomieszczenia domu, Stanisław Materna zauważył, że pełne worki wynoszą przed dom, gdzie stało kilkoro sań z zaprzęgniętymi końmi, a uzbrojeni, pilnujący ich ludzie odbierali z rąk opuszczających dom wypełnione worki i układali je dosyć starannie na saniach. Parskały konie, kręciły się, rżały. Trzeba je było uspokajać. Po ogołoceniu domu napastnicy wraz z ojcem udali się do położonych nieopodal za ogrodzeniem budynków gospodarczych. W ten sposób zawartość szaf, komód, kredensu w domu zamożnego i przedsiębiorczego rzemieślnika, który dobrze zarabiał naprawiając szybko i skutecznie maszyny i narzędzia rolnicze z otaczających wieś Zamek i miasteczko Magierów folwarków, jednego z najbogatszych ziemian w Małopolsce Wschodniej, hr. Jana Siemieńskiego, zmieniała szybko i sprawnie właściciela.

Opróżniając jedną z szaf rzekomy partyzant odezwał się półgłosem do swojego kompana nie ukrywając podziwu: K… jego mać, bacz ile on maju krawatków… Drugi dorzucił: Ty bacz ile tu damskich kapeluchów

Gdy mama pana Tadeusza próbowała podnieść głowę, aby zobaczyć, co się w domu dzieje, drugi pilnujący jej bandyta mocno szturchnął ją w plecy lufą karabinu. Odczuła dotkliwy ból. Jak się później okazało, uderzenie było na tyle mocne, że zerwało skórę z części pleców.

– O Boże, Boże – odezwała się obolałym głosem.

Ani Boh tobi nie pomoże – ripostował napastnik.

Przybysze „oczyścili” dom Maternów ze wszystkich rzeczy, które uznali za cenne. Odchodząc, surowo nakazali, by nikomu nie mówili o zdarzeniu, a szczególnie policji.

– Jeśli nie posłuchacie – zagrozili – zginiecie.

Maternowie nie odważyli się, by złamać zakaz. Uznali, że nie warto ryzykować, a nuż banda spełniłaby swoją groźbę? Lepiej było nie igrać z losem.

Śmignęły baty, konie zziębnięte na mrozie, poganiane okrzykami, ostro ruszyły z kopyta. Rzekomi „partyzanci” rozgrzewając zziębnięte ręce w biegu wskakiwali na krawędzie wyładowanych sań. Zaczął padać śnieg i zacierał ślady podków i płóz sań.

Tadeusz Materna w czasie napadu na dom rodziców w Zamku na tydzień przed Bożym Narodzeniem w 1943 r., wówczas bierny 9-letni świadek, dokonał bilansu strat: Napastnicy opróżnili 2 szafy ubraniowe, mamy i taty, szafkę i regały, komodę, część kredensu z porcelaną i naczyniami, część spiżami, w tym świeżo uwędzone szynki, kiełbasy, boczki. Zabrali dwie duże walizy z bielizną osobistą i pościelową, które były już spakowane. Z podłóg zwinęli 3 dywany, a ze ściany zerwali duży kilim oraz jeszcze inne rzeczy, np. całą szufladę z biżuterią mamy. Z odzieży w dziwny sposób ocalało futro leżące na podłodze, kiedy wynosili ubrania z szaf. W tym futrze mama przechodziła wiele zim powojennych. Po tylu latach nie pamiętam wszystkiego, np. co zabrali z budynków gospodarczych, które na rozkaz uzbrojonych złodziei ojciec po kolei otwierał.

Z chwilą wtargnięcia do domu w każdym pomieszczeniu były po dwie osoby, a więc wewnątrz było ich co najmniej dziesięciu. Dom był obstawiony z każdej strony przez uzbrojonego napastnika. W trakcie „odwiedzania” obiektów gospodarczych usytuowanych na placu, odgrodzonych od domu, towarzyszyło ojcu dwóch uzbrojonych ludzi.

Jeśli chodzi o napastników, to wygląd ich i ubiór nie wskazywał na to, że są to ludzie z lasu. Wszyscy byli ogoleni, a większość była w samych bluzach, mimo że zima była mroźna. Tylko część była w płaszczach wojskowych, polskich, spodnie wojskowe polskie i przepasani pasami wojskowymi, także buty saperki. Uzbrojeni byli w karabiny typu mauser, a także składane automaty niemieckie MPI. Kilku miało za pasem wetknięte rewolwery różnych typów, a jeden – granat niemiecki z drewnianą rączką.

Komentując relacje Tadeusza Materny warto zauważyć, że napastnicy dysponowali przede wszystkim mundurami, oporządzeniem i bronią wojska polskiego, a także Wehrmachtu. Nie mieli natomiast uzbrojenia i oporządzenia sowieckiego. Zapewne jakaś jednostka wojska polskiego w 1939 r. walczyła lub została rozbita w tamtych stronach.

Ofiarą bandy rabunkowej padł również wuj pana Tadeusza Materny, zamieszkały w małym dworku na skraju miejscowości Zamek. Najwyraźniej napastnicy mieli rozeznanie, kogo opłaci się ograbić. Z reguły byli to zamożni Polacy. Bandyci nigdy nie stanęli przed sądem, by odpowiedzieć za swoje czyny.

– Mieliście i tak szczęście – mówili później krewni i znajomi.

– Szczęście? – odpowiedziała zaskoczona pani Maternowa. – Zostawili nas w nocnych koszulach, ogałacając dom ze wszystkiego co cenniejsze. Gdyby nie pomoc bliskich, trudno byłoby przetrwać zimę.

– To prawda, uważamy, że mimo wszystko mieliście szczęście, bo chociaż ogra­bili was dotkliwie, to jednak nie zabili. Jak dobrze wiecie, banderowcy też rabowali, najpierw mordowali z ogromnym okrucieństwem, by ofiary cierpiały jak najdłużej przed śmiercią. A ograbione domy i zabudowania puszczali z dymem. Zachowały się rozkazy do dowódców niższego szczebla, by nie tylko palić zagrody „proklatych” Lachów, ale również wycinać drzewa w sadach, tak by nie mogli wrócić.

Maternowie niejeden raz zastanawiali się, kim byli członkowie uzbrojonej grupy, która napadła na ich dom. To, że nie ­mieli nic wspólnego z leśną partyzantką, było oczywiste. Wiele przemawiało za tym, że byli to Ukraińcy z Rawy Ruskiej i okolicy. Dobrze znali miejscowe realia. Informacje pozyskali od swoich informatorów, sami pozostając nieznani. Tadeusz Materna wybrał się w 1980 r. w rodzinne strony. Nie znalazł śladu po warsztacie i części gospodarczej. Pozostał dom, będący domem nauczyciela, w którym mieszkały trzy rodziny. Zaskakujący był fakt, że zniknęła, została rozebrana okazała rezydencja hr. Siemieńskich i większość z kilkunastu obiektów gospodarczych, stajnie, obory, spichlerze itp. Niszczycielskiej furii nie oparły się nawet baszty obronne o murach ponad metrowej grubości.

Tadeusz Materna wracał do domu w kiepskim nastroju, nie przypuszczał, że miejscowość, w której upłynęło jego szczęśliwe dzieciństwo, zmieni się tak bardzo.

Napad na dom i warsztaty Maternów przed świętami Bożego Narodzenia w 1943 r. był pierwszym sygnałem o narastającym zagrożeniu dla ludności polskiej. Nasilała się zbrodnicza działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i UPA. Fala mordów na polskiej ludności przesuwała się z sąsiadującego z powiatem Rawa Ruska Wołyniem do Małopolski.

Rodzina Maternów czuła się coraz bardziej zagrożona. W marcu 1944 r. zebrali do walizek i tobołków co cenniejsze rzeczy i z bólem serca opuścili rodzinny dom i warsztat. W Zamku mieszkali od pokoleń, zostawiali na pastwę losu dorobek życia. Czy wrócą tu, gdzie upłynęło ich życie, jeszcze kiedyś? Gdzie się podzieją? Na te i inne pytania nie było odpowiedzi, ciągle trwała wojna. Czy powstrzyma ktoś nacjonalistów ukraińskich, którzy z powodzeniem realizują ludobójczy plan eksterminacji wszystkich Polaków zamieszkujących od wieków na Kresach Południowo-Wschodnich.

Zatrzymali się chwilowo w Rawie Ruskiej. Tamtejsi Polacy też szykowali się do opuszczenia swoich domów. Następnym etapem był Pawłosiów k. Jarosławia, gdzie w dworskiej oficynie mieszkała matka hr. Siemińskiego wraz z niezamężną jeszcze córką Elżbietą. W poszukiwaniu stałego locum przenieśli się do Zaczernia pod Rzeszowem, a później już na stałe do Rzeszowa. Różnie bywało, czasem dobrze, czasem źle, pędzili żywot ludzi wypędzonych, którzy stracili wszystko i w warunkach trwającej ciągle wojny próbują znaleźć miejsce dla siebie.

Powoli ich sytuacja się poprawiała. Ale zaczynali od zera. Ojciec znalazł pracę. Tadeusz dorastał i ukończył liceum ogólnokształcące, zaczął zarabiać. Później założył rodzinę. Wyrastał na kresach, w Zaniku, w cieniu okazałej rezydencji magnackiej z murami obronnymi, basztami, wałami i fosą. Zawsze interesowały go stare zamczyska, dwory. Nic więc dziwnego, że zapisał się na specjalistyczne studia w Łodzi i stał się specjalistą od rozpoznawania i niszczenia grzybów niszczących stare budowle.

 

 

Jako specjalista mykolog brał udział w restauracji, odnawianiu dziesiątków obiektów zabytkowych na Podkarpaciu. Jego wiedzę i fachowe umiejętności wysoko oceniali konserwatorzy zabytków i angażowali go do zagrożonych pałaców, zamków, dworów, kamienic, kościołów. Przykładowo wymienimy kilka obiektów, którymi się zajmował: zamek w Baranowie Sandomierskim, pałac Czartoryskich w Sieniawie, zamek Lubomirskich w Rzeszowie. Tadeusz Materna brał również udział w rewitalizacji wielu obiektów sakralnych, m.in. przygotował ekspertyzę mykologiczno-budowlaną dla katedry katolickiej w Żytomierzu – obecnie na Ukrainie, gdzie zamieszkuje co najmniej 30 tys. osób pochodzenia polskiego.

Ostatnie lata życia spędza otoczony opieką żony, a także córki, dwóch synów i siedmiu wnuków zamieszkałych w Rzeszowie. Opieka jest bardzo potrzebna, bo przeżywa poważne kłopoty zdrowotne, często korzysta z pomocy szpitali.

Ale pamięć ma doskonałą i opowiada o życiu na kresach w sposób fascynujący.

Życzymy panu Tadeuszowi dużo zdrowia i długich lat życia.

 


 

PS. W ślady pana Tadeusza – jako rzeczoznawcy mykologicznego – idzie starszy z synów, Krzysztof, absolwent Politechniki Rzeszowskiej.