Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Tomasz Wasilewski, ZEGAR – PRZEZNACZENIE (3)

(Część II)

Wchodząc głównym wejściem, nie można się było nie zatrzymać przy gablotach z zegarkami genewskimi polskich producentów: – Wincentego Gostowskiego (J. Dąbrowski n°809), który miał własną wytwórnię po rozstaniu z Patkiem, – oraz gablocie samej firmy Patek Philippe i S-ka (n°773), w której można było podziwiać piękny zegarek z wyrytym na kopercie Kościuszką, co było specjalnością tej znanej firmy. Między nimi naprzeciw głównego wejścia znajdowały się dwie gablotki (Julian Strzelecki ze Lwowa n°706) zawierające drugą i trzecią wygraną wielkiej loterii wystawowej: garnitur brylantowy wartości 9000 złr i serwis stołowy wart. 4500 złr. Było więc na co popatrzeć! Nie wiadomo, czy Wiktor skusił się na nabycie jej losu (po 1 złr za los), choć pierwszą nagrodą była dwupiętrowa kamienica na rogu ulic Pańskiej i Kochanowskiego o wartości 60 000 złr… Dwa inne zegary (jeden stojący, a drugi z kukułką) były wystawione trochę dalej, bo w lewym ramieniu, a dwa pozostałe w Pawilonie amerykańskim naprzeciwko Pawilonu przemysłowego po drugiej stronie obszernego placu z basenem i wodotryskiem.

Nie można mieć też wątpliwości, że Wiktor dobrze wykorzystał przysługującą mu jako wystawcy kartę stałego wstępu na Wystawę zaopatrzoną w fotografię. Normalna cena wynosiła bowiem 16 zł. Ceny biletów jednodniowych wahały się natomiast od 35 ct do 50 ct w zależności od pory dnia. Wystawa była tak bogata, że by zobaczyć wszystko jak należy, cały tydzień byłby za krótki. W samym Pawilonie przemysłowym na pewno Wiktor interesował się instrumentami muzycznymi, a w szczególności fortepianami i organami, gdyż sam grał na fisharmonii, a na dodatek były one wystawione po sąsiedzku, w głębi środkowego ramienia. Ponadto w prawo od głównego wejścia pod ścianami były urządzone kompletne salony meblarskie, które wzbudzały zachwyt, a w środkowym trakcie – zdobnicze rzeźbiarstwo drewniane, ołtarze, w tym gotyckie m.in. Michała Czernowskiego ze Lwowa – Wiktor i z nim miał o czym rozmawiać. Dalej tapicerstwo, szkło, porcelana, tkaniny z przepięknymi strojami ludowymi (np. całe „wesele krakowskie”). Nie mówiąc już o „piramidzie wódek” Baczewskiego, gdzie z całą pewnością można było skosztować pyszności…

Poza Pawilonem przemysłowym Wiktor z całą pewnością spędził wiele czasu w Rotundzie, kontemplując bez pośpiechu Panoramę Racławicką oraz dzieła sławnych malarzy i rzeźbiarzy w Pawilonie sztuki. Samych obrazów było tam ponad 370. Napasł więc oczy dziełami Styki i Popiela ze Lwowa, ale też tak sławnych twórców, jak Chełmoński, Gierymski, Gerson, Fałat, Kossak (Juliusz) czy Witkiewicz i Wyspiański. Było też ponad 70 rzeźb, więc miał na czym się wzorować, by doskonalić własny kunszt. Dalej miał wybór nieograniczony, bo pozostawało mu… ponad 120 pawilonów ze wszystkich dziedzin życia.

Skorzystał pewnie też z nowości technologicznych, które po raz pierwszy w kraju były zrealizowane z okazji Wystawy. Podstawową atrakcją była kilkudziesięciometrowej długości kolejka linowa unosząca się nad parowem, dzielącym plac fontanny świetlnej od naftowych wież wiertniczych (notabene: w czasie trwania Wystawy zrealizowano wiercenie aż do prawie 500 m głębokości). Nie wiadomo, czy lękał się kilkunastumetrowej wysokości… Drugą krajową premierą było zainstalowanie tramwaju elektrycznego od dworca kolejowego do głównej bramy Wystawy. Była to trasa pod górkę, więc wszyscy z niego chętnie korzystali i czasami trzeba było długo na niego czekać nie bez obaw o ewentualne porażenie prądem. I nie tylko. Mam nadzieję, że w sobotę 8 września wieczorem Wiktor wracając do miasta nie był pasażerem wagonu, w którym złamał się przedni hamulec, tak że tramwaj zaczął się staczać ulicą Racławicką z coraz większą prędkością, powodując prawdziwą panikę: pasażerowie wyskakiwali przez rozbijane okna i tłukli się przy tym solidnie. W końcu wagon sam się zatrzymał przy szkole św. Zofii, nie wyrządzając większych szkód. Sam konduktor stracił przy tej okazji kilka zębów…[1]

Frekwencja na Wystawie była zmienna – były okresy natłoku, ale również czasami place świeciły pustkami, szczególnie w słotne dni, których – jako się rzekło – tego lata było sporo. Niemniej jednak gros zwiedzających stanowiły zorganizowane grupy, które docierały do Lwowa z całej Galicji. Byli to przede wszystkim członkowie stowarzyszeń i związków wszystkich dziedzin życia galicyjskiego, którzy brali udział w kongresach, zjazdach itp. organizowanych specjalnie w tym okresie dla podkreślenia doniosłego charakteru Wystawy. Wszystkie te zgromadzenia udały się wyśmienicie z wyjątkiem jednego – zjazdu Związku Sybiraków przewidzianego na połowę września, którego w ostatnim momencie zakazano, tak że część delegatów dowiedziała się o tym dopiero wysiadając z pociągu. Sprawa była wysoce polityczna, skoro wydanie „Kuriera Lwowskiego” z soboty 15 września informujące o aresztowaniach w Tarnopolu (prawdopodobnie związane z ruchem Sybiraków) zostało skonfiskowane przez cenzurę… Były też rzesze młodzieży szkolnej w różnym wieku, nie tylko ze Lwowa i okolic, ale również z dalszych stron dzięki hojnym ofiarodawcom, którzy finansowali podróż.

Wśród wielu relacji z tych wizyt zwróciła moją uwagę szczególnie ta dotycząca Stryja. Otóż pod koniec sierpnia przyjechała na Wystawę olbrzymia, 1500-osobowa grupa przedstawicieli z powiatu stryjskiego. Była to od początku Wystawy najliczniejsza grupa (potem przelicytowała ją tylko grupa ze Złoczowa – 1800 osób). Nie wiadomo wprawdzie, czy Wiktor przyjechał razem z nimi, czy też oczekiwał ich przy swoim eksponacie, ale wydaje się nie do pomyślenia, że mógł być tego dnia nieobecny!

A miało to miejsce we czwartek 23 sierpnia („Gazeta Lwowska” i „Kurier Lwowski” z 24.08.1894 roku). Już o wpół do siódmej rano na dworzec zajechał specjalny pociąg, z którego wysypała się cała ta gromada i ruszyła, jak to wówczas było w zwyczaju, po błogosławieństwo najpierw do cerkwi św. Jura (greckokatolickiej), a następnie do katedry rzymskokatolickiej. Grupa ta była tak liczna, gdyż reprezentowała całe społeczeństwo powiatu stryjskiego: wszystkie wyznania, wszystkie stany (szlachta, robotnicy i włościanie) i korporacje zawodowe z miast i wsi. O godzinie 8 część z nich (głównie panie) przewieziono na Wystawę omnibusami, ale większość uformowała długą kolumnę i pomaszerowała piechotą. Przygrywała im „kapela izraelicka”, gdyż wśród nich byli także Żydzi oraz koloniści. Niesiono korporacyjne chorągwie, a Bojkowie z Karpat ubarwiali ten pochód kolorowymi strojami. Młodzieży towarzyszyło 110 nauczycieli (!). Na czele prowadził ich marszałek powiatu stryjskiego, hr. Karol Dzieduszycki, w otoczeniu wójtów (90!) i burmistrzów. Jednym słowem była tam cała elita władz powiatowych.

Przed główną bramą oczekiwał ich Dyrektor Wystawy dr Marchwicki z przemówieniem, w które oprócz zwykłych zapewnień o jedności i zgodzie narodowej wkradły się pewne nuty świadczące o tym, że nie wszystko było takie różowe. Wspomniał bowiem, że są tacy, co ciągłym kłamstwem, ciągłym jątrzeniem chcieliby zakłócić spokój naszej Wystawie. Wiązało to się zapewne z rozłamem w ramach ruchu ruskiego (ukraińskiego), który wspierał współpracę z Polakami. W półtora miesiąca później (11 października) konkretnym tego rezultatem była dymisja rusińskich członków Rady miasta Stryja, co zapoczątkowało długi okres kryzysu w stosunkach polsko-ukraińskich, nie tylko w tym mieście. Następnie rozpoczęto wizytę, która była niezwykle dobrze zorganizowana: całość była podzielona na cztery grupy noszące kotyliony odmiennego koloru. Każda z nich miała inny program, tak żeby nie tworzyć zatorów. Wyobrażać więc sobie można, że Wiktor miał cały dzień pełne ręce roboty, wyjaśniając ciekawym współmieszkańcom Stryja funkcjonowanie swojego dzieła. Ale najważniejsze, co dla mnie jest bardzo, bardzo prawdopodobne, że to właśnie tego dnia, jak to zapisał Marian: przystąpił do ojca poważny starszy pan i zapytał ojca o nazwisko. Mógł być to ktoś z tej elity władzy stryjskiej. Bolechów wprawdzie należy do powiatu dolińskiego, ale jest odległy zaledwie o 2 km od granicy powiatów…

Po tych emocjach Wiktor mógł opuścić Lwów razem z wycieczką pociągiem o 11 wieczorem. Chyba tak zrobił, bo za dwa tygodnie musiał powrócić, by uczestniczyć w apogeum Wystawy – wizycie Najmiłościwszego Cesarza i Króla Austro-Węgier Franciszka Józefa I, która miała się odbyć od 7 do 12 września. Było to szczególnie doniosłe, gdyż poprzedni pobyt monarchy we Lwowie datował z 1880 roku, a planowana w 1892 roku wizyta została odwołana w ostatnim momencie. Przygotowania do niej były niezwykle skrupulatne. Wyznaczono dokładnie miejsca, gdzie i jaka korporacja miała stać, w jakim szyku itp. W dniu przyjazdu Pawilon przemysłowy miał być zamknięty dla publiczności do 5 po południu, a wystawcy byli proszeni o stawienie się w strojach wizytowych przy swoich eksponatach najpóźniej do trzeciej (wchodzili, ze względów bezpieczeństwa, bocznymi wyjściami). Mieli pozostawać przy nich aż do wyjścia monarchy. Inni wystawcy mieli tworzyć szpaler od głównej bramy pod Pawilon przemysłowy.

Tak więc pociąg cesarski dowiózł Monarchę na dworzec kolejowy planowo w piątek 7 września dokładnie o godzinie jedenastej minut jedenaście (sic!). Po oficjalnej ceremonii powitania na samym dworcu (gdzie go witał po polsku i rusku marszałek Sejmu krajowego ks. Sanguszko) monarcha zatrzymał się pod łukiem triumfalnym, wzniesionym specjalnie na tę okoliczność przed dworcem ponad ul. Grodzką, gdzie prezydent Lwowa Mochnacki wręczył mu symboliczne srebrne klucze miasta. Wokół zebrały się (pomimo chłodu i wiatru) tłumy publiczności z takim zapałem, że w pewnym momencie przerwano kordony ochotniczej straży obywatelskiej, ale dzielni strażacy w mig opanowali sytuację.

Po wizycie w gmachu namiestnikowskim oraz licznych audiencjach cesarz dotarł na wystawę ok. 4 po południu. Przywitany u bramy przez Komitet w pełnym składzie przeszedł wśród szpaleru wystawców i publiczności do Pawilonu przemysłowego.

Wiktor zobaczył go dopiero wychylając się zza swojego filara, gdy cesarz wstąpił na podwyższenie z tronem. Podobnie jak kiedyś arcyksiążę Karol Ludwik, on również na nim nie usiadł i na stojąco wysłuchał przemówienia. Pewnie był to taki demokratyczny gest. Tak jak poprzednio, przemawiali najpierw ks. Adam Sapieha (po polsku), a po nim dr Sawczuk (po rusku). Pełno w tych mowach było hołdów wiernopoddańczych, zapewnień o lojalności oraz odwoływania się do Ojcowskiego oka (Sapieha) i do Ojcowskiej łaskawości (Sawczuk). Były burze oklasków i okrzyki Niech żyje! i Mnohaja lita! Wiktor pewnie też klaskał i wykrzykiwał razem z innymi. Niestety, nie ma zdjęć z tej podniosłej chwili.

O godzinie wpół do piątej cesarz zaczął zwiedzanie Pawilonu od lewego skrzydła i zaszczycił rozmową każdego niemal wystawcę. Przeciągnęło się ono aż do szóstej. Oprowadzał namiestnik Badeni. Niestety brak dokładnych relacji z tej wizyty. Z późniejszych wzmianek w „Kurierze Lwowskim” dowiadujemy się, że interesował się wyrobami optycznymi prof. Biasika z Krakowa (n° 742), które były wystawiane u wejścia do lewej części połaci głównej, oraz wyrobami papierniczymi Berla Seklera. I to wszystko. Jest to bardzo dziwne, bo w przypadku relacji z innych oficjalnych wizyt takich szczegółów jest więcej. Być może było to celowe, by uniknąć podejrzeń o faworyzowanie tego lub innego wystawcy. Przed wizytą cesarza ukazało się bowiem ostrzeżenie przed różnego autorymentu fałszywymi reporterami, proponującymi niektórym wystawcom publikowanie pochlebnych opinii za łapówkę. Można więc tylko sobie wyobrazić, że Wiktor również został „zaszczycony” monarszym zainteresowaniem, choć o takim doniosłym wydarzeniu pewnie w rodzinie zachowałaby się jakaś legenda...

W następnych dniach cesarz odwiedził Wystawę jeszcze wielokrotnie. Były więc to dni wzmożonej frekwencji, co mogło skłonić Wiktora do pozostania we Lwowie. Choćby tylko do niedzieli, kiedy to w południe odbył się w teatrze imienia hr. Skarbka bardzo uroczysty koncert Związku Towarzystw muzycznych i śpiewaczych polskich i ruskich. Wprawdzie cesarz się tam nie udał, ale wiadomo, że Wiktor bardzo lubił śpiew i sam śpiewał, przygrywając sobie na fisharmonii. W programie były zarówno śpiewy chóralne i liryczne, jak i utwory instrumentalne. Z Paryża przyjechała pianistka Antonina Szumowska (uczennica Paderewskiego), a z Warszawy sławna śpiewaczka Helena Weychertowa. Pierwotnie na jej miejsce zapowiadano inną sławę Macellę Sembrich-Kochańską zza oceanu, zapewne bliską sercu Wiktora z racji jej związków z Bolechowem[2]. Wieczorem, po koncercie, mógł uczestniczyć na Wystawie w niezwykłym widowisku na obszernym placu wokół fontanny świetlnej, z udziałem cesarza, dla którego przed restauracją Baczyńskiego ustawiono lożę. Cała okolica fontanny była udekorowana ponad 1000 lampionów oraz 300 lampkami żarowymi. Zgromadziło się ok. 50 000 (!) publiczności, wielokrotnie więcej, niż pierwotnie przewidywano. Mam nadzieję, że dla wystawców były zarezerwowane jakieś dobre miejsca… O 8.15 przyjechali arcyksięstwo Leopoldowie, a kwadrans później sam cesarz. Były entuzjastyczne okrzyki, a potem chór odśpiewał kilka pieśni. Potem nastąpił pokaz różnych efektów wodnych: były róże, bukiety kolorowo oświetlane itp. Ale całe widowisko nie trwało dłużej niż 15 minut. Potem cesarz przeszedł piechotą wśród wiwatujących szpalerów pod Pawilon sztuki, gdzie wsiadł do pojazdu i odjechał… Reporterzy zachwycali się więc nie tylko widowiskiem, lecz także wzorową organizacją tak olbrzymiej widowni. Była to dla Wiktora jeszcze jedna okazja do zobaczenia go z bliska.

Niezależnie od tego Wiktor miał jeszcze ważniejszy powód do obecności na Wystawie. Otóż w tym czasie zaczęły się obrady Komitetów sekcji w celu wyłonienia i ukonstytuowania się poszczególnych jury, które miały zdecydować o przyznaniu nagród i wyróżnień. Z całą pewnością przed podjęciem decyzji każde jury robiło obchód wystawionych eksponatów, by sobie wyrobić o nich opinię. Obecność wykonawców była więc niezbędna, zwłaszcza tam, gdzie chodziło o nowatorskie rozwiązania. Najwcześniej, bo 5 września, ukonstytuowało się jury sekcji XXVII dla grup XXXII (komunikacja) i XXXIV (patenty). Prezesem został wybrany Edward Heppe, nadinżynier w ck kolejnictwie (późniejszy prezes Towarzystwa Politechnicznego we Lwowie), a referentami technicznymi – pan Rutkowski (który nie figurował wśród członków Komisji) oraz profesor Roman Dzieślewski, twórca pierwszego oddziału elektrotechnicznego Politechniki Lwowskiej. Warto nadmienić, że jego brat Walerian też był członkiem tej Komisji. Był on autorem niezrealizowanego projektu budowy kolejki parowej z Zakopanego na przełęcz Świnicką… Pomiędzy pozostałymi członkami Komisji brak było przedstawicieli wystawców z dziedziny zegarmistrzowstwa. W tydzień później Komisja XII sekcji wyłoniła jury dla grupy XIV (m.in. zegarmistrzostwo). Prezesem został rektor Politechniki Lwowskiej dr Placyd Dziwiński – profesor matematyki, referentem technicznym zaś kustosz Muzeum Przemysłowego Władysław Rebczyński. Rzeczą ciekawą jest, że obaj nie figurują na liście członków tej Komisji opublikowanej przez dyrekcję Wystawy[3]. Znalazło się na niej natomiast aż trzech wystawców-zegarmistrzów: Tadeusz Miłaszewski, którego zakład istniał we Lwowie już od 1866 roku, Jan Seltenreich, który najpierw pracował w Wiedniu, a od 1886 roku otworzył zakład we Lwowie (późniejszy przełożony cechu zegarmistrzów), oraz, jak już wspominano, ceniony opiekun zegara ratuszowego Józef Weiss.

Wyobrażam sobie, że okres oczekiwania na wyniki wydawał się Wiktorowi niezmiernie długi. Nie wiadomo też, w jaki sposób został o nich powiadomiony. Faktem jest, że o nagrodzonych patentach dowiedział się najpóźniej 27 września z piątej strony „Kuriera Lwowskiego”. Niestety jego nazwiska tam nie było. Jedynym nagrodzonym zegarmistrzem był Józef Weiss, który za swój „zegar rozmiarów wieżowych” dostał srebrny medal Komitetu Wystawy. Ciekawe, że nie dodano „własnego pomysłu”, a przecież nagradzano nowatorskie rozwiązania, a nie rozmiary… Podobnie było z opisem zegara Wiktora. W tej grupie bowiem jego dzieło figurowało jako „zegar z kurantem”, co pomijało oryginalne i skomplikowane mechanizmy wskazujące różne parametry upływającego czasu. Za najbardziej pomysłowy (złoty medal) uznano świder do wiercenia wielobocznych otworów oraz iskrochron do chwytania i gaszenia iskier z lokomobili, co odzwierciedlało potrzeby rozwijającej się komunikacji elektrycznej. Po tym rozczarowaniu musiał odczekać trzy dni, by na stronie czwartej „Kuriera Lwowskiego” z 30 września 1894 roku znaleźć jakieś pocieszenie. W grupie XIV Komitet Wystawy przyznał mu bowiem list pochwalny za zegar szafkowy własnego pomysłu. Oprócz niego było nagrodzonych jeszcze czterech zegarmistrzów: firma Patek Philippe i Ska, niejako poza konkursem, otrzymała dyplom honorowy Wystawy, Józef Weiss ponownie srebrny medal Komitetu Wystawy za (tym razem) „zegar ścienny”, Michał Mięsowicz z Krosna za „zegar własnego wyrobu ręcznego” (brązowy medal Komitetu Wystawy) oraz Tadeusz Miłaszewski za „zegar kieszonkowy ręcznej roboty” (list pochwalny). Ogółem Komitet Wystawy uhonorował 56 wystawców, a ponadto przyznano 12 odznaczeń rządowych. Można więc powiedzieć, że co drugi wystawca z tej grupy dostał jakieś odznaczenie.

Trudno sobie wyobrazić, z jakim uczuciem nasz pradziad przyjął to wyróżnienie. Z jednej strony mógł się poczuć usatysfakcjonowany tym, że znalazł się w doborowym gronie znanych i cenionych zegarmistrzów lwowskich (Weiss, Miłaszewski), ale z drugiej strony dostał najniższe wyróżnienie, które być może, w jego odczuciu, nie odpowiadało ogromowi pracy włożonej w to dzieło. Niewątpliwie fakt, że Weiss i Miłaszewski byli członkami Komitetu tej sekcji mógł pomóc im w promocji ich zegarów. Ale Jan Seltenreich ze Lwowa też był członkiem Komitetu (później nawet we władzach cechu), a za swój stojący zegar żadnego odznaczenia nie dostał. Podobny zaś w charakterze do Wiktorowego zegar Michała Mięsowicza, który był wyżej oceniony, miał poważny atut, gdyż był wykonany całkowicie bez pomocy maszyn, co w kryteriach jury musiało się liczyć. O tym, czy Wiktor używał jakichś maszyn wprawdzie nic nie wiadomo, ale gdyby się posługiwał tylko swoimi rękoma, to pewnie wysunąłby ten argument na pierwsze miejsce. A tego nie uczynił. No i wreszcie dla polepszenia jego samopoczucia mogło nie być bez znaczenia, że z trzynastu wystawców zegarów (bez Patka) zajął trzecie miejsce (wspólnie z Miłaszewskim). Ponadto jeżeli chodzi o grupę patentową, pocieszające mogło być to, że zegar Bernarda Stiela z Krakowa, który też był własnego pomysłu i do tego nakręcany w sposób zupełnie nowy, został całkowicie pominięty.

 

 Cesarz przed Pawilonem przemysłowym (w głębi Pawilon sztuki)

 

Z całą pewnością natomiast Wiktor odczuwał wielką satysfakcję z echa, jakie jego dzieło wzbudziło w dwóch najpoczytniejszych dziennikach lwowskich i w jednym z tygodników wiedeńskich. Zaczęło się to już w lipcu, gdy w „Kurierze Lwowskim” (4.07.) na stronie drugiej zamieszczono specjalną notatkę poświęconą zegarowi Wiktora. Reporter opisał go szczegółowo na 30 liniach kończąc: Jest to najpiękniejszy twór fantazji oraz mechanizmu na naszej wystawie. Ni mniej, ni więcej! Następne relacje pojawiły się już po ogłoszeniu wyników. Najpierw, co jest bardzo zdumiewające, w wiedeńskim tygodniku „Montags Zeitung” z 1 października (s. 3). I tutaj chodzi o ok. 30-liniową notatkę specjalną, która w tonie przypomina poprzednią, ale podaje inne szczegóły, nie mogła więc być po prostu tłumaczeniem. Kończy się stwierdzeniem, że zegar ten spotkał się z żywym zainteresowaniem i wzbudził jednomyślny podziw zwiedzających. Nie wiadomo, skąd ów reporter zaczerpnął te informacje. Albo sam zwiedzał Wystawę (nie ma po tym jednak śladu w relacjach dzienników lwowskich), albo… miał dobrego informatora w osobie Aleksandra, brata Wiktora, który w owym czasie mieszkał w Wiedniu, prawdopodobnie w dzielnicy Leopoldstadt, w której ten tygodnik był wydawany… Niemniej jednak dodawało to zegarowi splendoru. Dwie pozostałe relacje pochodzą z ogólnych opisów zbiorów Pawilonu przemysłowego. W „Gazecie Lwowskiej” z 7 października (s. 5) całemu działowi zegarmistrzostwa poświęcono zaledwie 18 linijek, ale 12 z nich przedstawiało dzieło Wiktora! Poza Patkiem i Gostowskim z Genewy nie wspomniano żadnych innych… Bardziej szczegółowa jest relacja zamieszczona w „Kurierze Lwowskim” z 13 października. Na 76 liniach wymienia wszystkich wystawców obiektów zegarmistrzowskich, ale i tutaj prawie połowa tekstu poświęcona jest zegarowi Wiktora, podczas gdy opisy realizacji Mięsowicza (brązowy medal) i Weis­sa (srebry medal) zajmują odpowiednio 6 i 5 linijek. Ponadto wiele daje do myślenia zdanie: Nie wiem, czy jury było łaskawe na zegarmistrza stryjskiego, Wiktora Wasilewskiego, który wystawił rzecz oryginalną, gdyby nie kilka usterek, bardzo piękną. Sugeruje ono, że zegar ten nie był przez jury należycie doceniony. Wskazuje również na ewentualną przyczynę tego niedocenienia – niezbyt gustowne dobranie tonacji rzeźb (z jasnego drzewa) do czarnych kapliczek. Tak więc chodziłoby raczej o wystrój niż o stronę techniczną. Szkoda. Pomimo usiłowań nie znalazłem innych relacji wspominających dzieło Wiktora. Oczywiście nie znaczy to, że ich nie było więcej. Ale i te, które znalazłem, są wystarczająco pochwalne, by chociaż po części wynagrodzić lata pracy i nakłady finansowe oraz zadość uczynić ewentualnym uszczerbkom na poczuciu własnej wartości naszego pradziada.

Tak więc pomału Wystawa dobiegała końca. Do 1 października należało zgłosić do Dyrekcji eksponaty do organizowanej w dniach 9–15.10. wielkiej wyprzedaży z podaniem minimalnej ceny. Nie wiadomo, czy Wiktor zgodził się na przecenę. Ale nawet jeśli tak, okazało się to nieskuteczne: zegar nie został sprzedany i wrócił do Stryja, by później przez długie lata leżeć na strychu domu wybudowanego w Bolechowie. Nie wiadomo również, czy brał udział w uroczystym zamknięciu Wystawy, którego ceremonia rozpoczęła się o trzeciej po południu 16 października w Pawilonie przemysłowym. Przemówienia trwały przeszło półtorej godziny. Książę Adam Sapieha gratulował wszystkim sukcesu, przedstawiciel Rusinów dr Roman Sawczuk podkreślał wielką korzyść moralną z Wystawy dla wszystkich, marszałek Sanguszko chwalił współpracę pomiędzy dwoma bratnimi narodami, składał wszystkim podziękowania i podkreślał (podobnie jak inni) wielkie przywiązanie do monarchy. Długą listę podziękowań wszystkim organizatorom za dwuletni okres wytężonej pracy złożył również dyrektor Wystawy, Marchwicki. Przemawiali także przedstawiciele wystawców. Tak więc ok. piątej po południu książę Sapieha ogłosił uroczyście zamknięcie Powszechnej Wystawy Krajowej we Lwowie. Po tej oficjalnej uroczystości zamknięcia Wystawa była jeszcze wprawdzie czynna przez pięć dni do 21 października (i do tego po obniżonych cenach biletów), ale wiele pawilonów i restauracji było już zamkniętych, a i w pozostałych pewnie było już wiele pustych miejsc…

Według oficjalnych danych w ciągu całego trwania Wystawy zwiedziło ją dokładnie 1 146 329 osób, co było niewątpliwie ogromnym sukcesem.

Dla Wiktora Wasilewskiego też kończył się pewien ważny etap życia, jednocześnie otwierając przed nim nowe, pomyślne perspektywy, których skromnym efektem jest piszący te słowa…

To było rzeczywiście przeznaczenie.



[1]    „Kurier Lwowski” z 10.09.1894, s. 2

 

[2]    Komorowska Małgorzata, Macella Sembrich-Kochańska. Życie i śpiew. Errata, Warszawa 2008.

 

[3]    Dwernicki Tadeusz „Historia i organizacja Powszechnej Wystawy Krajowej we Lwowie” Wydział Krajowy, Lwów 1897