Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Sławomir Gowin, WARSZAWIAK Z SERCEM BATIARA

Mija rok od śmierci Staśka Wielanka – wieszcza z cyją, jak nazwaliśmy go podczas jednej z rozśpiewanych biesiad. Choć był niezłomnym patriotą stolicy, należy mu się słowo na lwowskich szpaltach, i to wielką literą pisane, albowiem był także szczególnym i niepowtarzalnym okazem warszawiaka z batiarskim sercem.

Spór o to, co większe, cenniejsze, ważniejsze, syrdeczniejsze – Lwów czy Warszawa – toczyliśmy, odkąd się przyjaźniliśmy, a więc od pierwszych chwil znajomości, bo ledwie minął kwadrans naszego pierwszego spotkania, a już wiedzieliśmy, że „kolegowanie” nasze okaże się dozgonne. W tym boju o wyższość jednej stołeczności nad drugą, choć zasadniczo bezkrwawym, nie raz przyszło nam się głęboko „skaleczyć”, żeby jakoś osiągnąć – oczywiście krótkotrwały – kompromis.

Przerzucaliśmy góry papierów w antykwariatach, bukinistycznych straganach i wszelakich innych szpargaliach, okopując się coraz głębiej pośród niezliczonych dowodów własnych racji. Trzeba zaznaczyć, że w tej batalii przeciwnicy cieszyli się wzajemnie ze swoich sukcesów. Ba, honor nakazywał wspierać się w poszukiwaniach i dzielić zdobyczami, które mogły wzbogacić którykolwiek z arsenałów. Owa trwająca blisko trzy dekady potyczka zakończyła się niespodziewanie 23 grudnia 2016 roku. Kiedy kilka godzin po odejściu Staśka byłem w jego domu, na biurku leżała książka Mistrzowie kabaretu. Hemar i Jaroszy. Kupił ją poprzedniego popołudnia i nie zdołał już przeczytać. W tych smutnych okolicznościach uśmiechnąłem się jednak, bo w jakimś sensie był to jego symboliczny głos w dyskusji o wartościach dlań najważniejszych. Wszak nazwiska tych zaprawdę wielkich mistrzów tak harmonijnie łączą Lwów z Warszawą. W dodatku obaj – Hemar i Jaroszy – uczynili z lekkiej muzy prawdziwą damę, niezrównanie ponętną, choć z metryki par excellence przedwojenną. To łączenie ludzi, środowisk, nut, wzruszeń, wspomnień ponad wszelkimi granicami, także granicami czasu, było Staśka artystyczną misją. Przedwojenne – znaczyło dla niego: wykonane z najcenniejszej materii – czas przestawał się liczyć, bo Stasiek sam naprawdę potrafił żyć i pracować „jak przed wojną”.

Oto przykład. Kilka lat temu wybieraliśmy się do Wilna na 25-lecie przezacnej „Kapeli Wileńskiej”. Parę godzin przed wyjazdem, około jedenastej wieczorem, zadzwonił Stasiek ze słuszną uwagą, że nie mamy dla wileńskich chłopaków godnego prezentu. I oznajmił, że oczywiście najlepiej będzie, gdy zaraz usiądę i napiszę słowa upominkowej piosenki, bo „z bombonierą przecież nie pojedziemy”. Krótko protestowałem, ale Stasiek zbył te kaprysy powiadając, że „tak się przed wojną pisało i nie marudziło”. No i chyba jakieś przedwojenne duchy na mnie nasłał, bo tekst napisałem, wysłałem Staśkowi jeszcze tej nocy, a kiedy wyruszaliśmy o świcie do Wilna, on miał już gotową muzykę. Za parę godzin na Prospekcie Gedymina odbyło się prawykonanie numeru pod tytułem Wileńskie serducha.

Tak się złożyło, że na jubileuszu nie brakowało lwowiaków, którzy bezlitośnie obsztorcowali mnie „za zdradę” i nakazali czym prędzej brać się za pisanie Lwowskiego serducha. Nie śmiałem odmówić. Napisałem, a Stasiek skomponował do tych słów urokliwy walczyk, który otwierał nasz program kabaretowy w Sylwestra 2015 we Lwowie. W jakimś sensie mój i Staśka, bo choć wielu było muzycznych ojców tego przestawienia, my obaj rozmawialiśmy o takim programie od lat. Tak więc z Warszawy via Wilno trafiliśmy do... Lwowa.

I nie ma nic dziwnego w tych splątanych ścieżkach. Stasiek traktował kresowe nuty jak klejnoty najwyższej polskiej próby, był prawdziwym weteranem lwowskiej piosenki, od dawna śmiało sięgał po batiarski repertuar. W latach 80. śpiewał i nagrywał te numery, chociaż nie bardzo się to podobało cenzorom i innym mądralom. Jakoś się to po „warszasku” przepchnęło – że folklor miejski, batiarski, czyli „troszkie robotniczy”, i „luu, Maniusiu”. Były to zarówno utwory lwowskiej klasyki, jak i pisane współcześnie, choć sprytnie „stylizowane” rozmaitymi pseudonimami. I pewnie z tych niełatwych okoliczności brał się fakt, że tytuł płyty z 1988 roku mówi o piosenkach „lwowskich przedmieść”. Bo niby dlaczego Tylko we Lwowie albo Marsz lwowskich dzieci nie miałyby mieć wstępu do śródmieścia?

Czasem z tych prób łączenia Lwowa z Warszawą wychodziły prawdziwe mecyje, które dziś nabierają symbolicznych znaczeń. Na któreś własne urodziny, natchniony odrobinę spirytualnie, napisałem Apostrofkę do Mariana Hemara. Wyszła sceniczna śpiewka, w której narrator spożywa co nieco w jakimś lwowskim barze, po czym zarzuca pytaniami rzeczonego Mariana.

Staśkowi rzecz się spodobała do tego stopnia, że zapytał po czerniakowsku, rzeczowo: A co ty już w Warszawie to wódki nie pijesz? I w wyniku rozpoczętych w ten sposób pośpiesznych negocjacji połączyliśmy Tuwima z Hemarem. Uzgodniliśmy bowiem, że powstanie jedna muzyka, ale do dwóch, nieznacznie różnych wariantów. Jeden dla Hemara, drugi dla Tuwima, o co, jak mniemaliśmy, żaden z bohaterów, w końcu po wsze czasy złączonych artystyczną przyjaźnią, żalu miał nie będzie. Zatem wersja warszawska zaczyna się od słów:

 

Czasami nocą na Nowym Świecie

zamawiam wódkę w jakimś bufecie

i znad kieliszka patrzę jak świta,

piję, a później cichutko pytam:

 

Co tam u Ciebie, bracie Julianie...

 

Tymczasem pierwsza zwrotka wersji lwowskiej brzmi tak:

 

Czasem we Lwowie, w serdecznym barze,

zamawiam wódkę, kumpelkę marzeń,

i znad kieliszka patrzę jak świta,

piję, a później cichutko pytam:

 

Dalej już do obu poetów można kierować te same słowa, zmieniając tylko imiona, które szczęśliwe sylabizują się tak samo.

 

Co tam u ciebie, bracie Marianie,

jak ci tam w niebie idzie pisanie?

A może w piekle, wśród czarcich dymów,

szukasz diabelnie zręcznego rymu?

 

U nas tu teraz wszystko inaczej!

– Czy pan się śmieje, czy może płacze?

Wszystkie kawały dla nich za stare!

Stare jest piękne! To jest kabaret!

 

Tak mój Marianie, niedługo w niebie,

zagramy sztukę tylko dla siebie,

ja ci opowiem genialny szmonces,

ty coś napiszesz znowu Ordonce.

 

A tutaj niech się co chce to dzieje!

Jeden niech płacze, drugi się śmieje.

Bijcie nam głośno ostatnie brawa,

to wam na koniec zrobimy kawał!

 

Chcecie się pośmiać na tym padole?

Chętnym rozdamy najlepsze role!

Nic tak nie śmieszy jak Polak i Żyd,

kto chce być którym? No jak to...? Co?

Nikt?!

 

No to już sami najlepiej wiecie

jak chorobliwie poważniejecie!

Ci państwo... pani... i w tamtym rzędzie!

Przez pana również – śmieszniej nie

będzie!

 

Znudzeni zasną, uprzejmi klasną,

cisza zapadnie, światła pogasną!

Nic już nie będzie jak w kabarecie.

No, może kiedyś... na tamtym świecie!

 

Kto by pomyślał, że ostatni wers tak szybko będę kierował do Staśka.

Mieszkałem kiedyś w wiejskim domu pośród nadodrzańskich lasów. Stasiek bywał tam ze swoją kapelą. Pewnego wieczora, już po zmierzchu, rozprawialiśmy o nocnych wyprawach do lasu, ciemniejącego tuż za płotem. Ktoś zapytał, czy nie boję się żyć w takiej głuszy, chodzić po mrocznych ostępach. Powiedziałem, że gdybym nie wierzył w duchy, to bałbym się na pewno. Tylko Stasiek zamyślił się dłużej nad tym – na pozór – biesiadnym bon motem i z całą powagą przyznał mi rację. I za to się chyba lubiliśmy najbardziej. Za wiarę w dobre duchy, lwowskie i warszawskie, które znajdą sobie w końcu jakieś rozśpiewane niebo. A czy ono ładniejsze nad Łyczakowem czy nad Czerniakowem? Panu Bogu to zasadniczej różnicy nie robi.

Wpadnie mu w ucho melodia raz lwowska, raz warszawska. I niech mu się słucha...