Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Paweł Jaszczuk PLAN SARY (fragment)

 

Maj 1938. Jakub Stern, dziennikarz „Kuriera”, zajmuje się najbardziej drastycznymi zbrodniami z lwowskiej kroniki kryminalnej. Pisanie artykułów szybko przestaje mu wystarczać i prowadzi własne dziennikarskie śledztwa. Często ubiega policję, a rozwiązanie sprawy podkuwającego swoje ofiary „kowala z lasu” i szaleńca kolekcjonującego prawe kobiece dłonie przynosi mu sławę. W końcu nawet Uniwersytet Jana Kazimierza uznaje go za eksperta i proponuje poprowadzenie ćwiczeń na Wydziale Prawa. Stern wciąga swoich studentów w ryzykowny eksperyment: mają się wczuć w psychikę przestępcy i przygotować scenariusz zbrodni dla mordercy-psychopaty. Niedługo potem, na Rynku – pod rzeźbą Amfitryty – policja znajduje zamarznięte zwłoki młodego, nagiego mężczyzny ze zmasakrowaną twarzą. Stern dostrzega, że ktoś zaczął realizować jeden z psychopatycznych scenariuszy...

 

 


 

Po dwudziestu minutach szybkiego marszu dotarł pod masywne drzwi „Engelkreisa”, a kiedy je otworzył, buchnęła w niego gęsta mieszanka dymu, alkoholu i męskiego potu. Gdzieś pośród kłębiącej się i przekrzykującej masy, niczym samotna wyspa, czekał na niego inspektor Zięba.

Jakub przecisnął się przez grupkę mężczyzn i zatrzymał przy ladzie, wlepiając wzrok w wielką jak szafa bufetową. Właśnie zastanawiał się, jak zapytać o Ziębę, gdy poczuł czyjś palec wwiercający się w plecy.

– Pieniążki albo… pieniążki? – usłyszał głos inspektora, a potem jego rubaszny śmiech. – Powiedz, Jakub, żeś się mnie wystraszył, co?

– Jasne, cholernie się ciebie boję! – odparował Stern, rozglądając się po mordowni.

Inspektor wziął Jakuba pod łokieć i zaprowadził w kąt, gdzie na okrągłym stoliku czekało na niego zimne piwo marcowe.

Stern bez ceregieli wydudlił połowę, odstawił kufel na kartonową podstawkę z rysuneczkiem lwa i czekał, aż Zięba pierwszy się odezwie.

– Nie pytam cię, k...., skąd wiesz! Ja mam swoje, a ty masz swoje dojścia, coś mi się jednak zdaje, że twoje źródełko woniajet na kilometr.

– Nie wierzysz mi?

Stern wyjął zapałkę z pudełka z Poleszukiem i efektownie przypalił Ziębie papierosa.

– Mam dla ciebie dwie wiadomości: dobrą i złą, którą wolisz na początek?

– Zacznij od tej dobrej.

– Dobra to ta, że dziś przed południem go przyskrzyniliśmy!

– Dopiero teraz mi o tym mówisz? – rzucił Stern z pretensją. – Kto to?

– Dobrze go znasz, to doktor Emilian Kanclerz, twój uniwersytecki rywal. Widzę po twojej minie, że mi nie wierzysz?

Dziennikarz milczał. W jego głowie trwała galopada myśli. Nie był w stanie uwierzyć, że jego poprzednik zdolny był do takich czynów.

– Chcę ci podziękować. Na jego ślad naprowadził nas przysłany przez ciebie Robert Barecki. Chłopak opowiedział o swojej bójce z Zimmerem i o zniknięciu ciała tamtego. I wtedy, tak jak ty, zdałem sobie sprawę, że kluczem do sprawy musi być samochód. Barecki opisał dwa samochody, które tamtego wieczoru stały w okolicy parku. Granatowego szewroleta, który należy do rektora, i czarnego fiata, własność dawnego wykładowcy. W dokumentach sprawy znalazłem zapiski, że dwaj redaktorzy z Radia Lwów wracający z imprezy w „Atlasie” widzieli nad ranem takiego samego czarnego fiata, jakiego ma Kanclerz, na Halickiej, i to zanim twój Zimmer znalazł się na fontannie Neptuna z trójzębem w trzewiach. O tym samym samochodzie wspominał również kolejarz, którego wspólnie z Wilgą posłaliście w piątek trzynastego w diabły. Był na was obrażony i odgrażał się, że złoży skargę. Pojechaliśmy więc w środku nocy do Kanclerza, lecz zastaliśmy tylko wystraszoną żonę, gosposię i zaspanego lokatora. Pana domu nie było. Nie było też jego samochodu. Barecki powiedział nam jeszcze coś ważnego: że Maska przystawiał się ostatnio do jego koleżanki. Podał nam usłużnie jej adres, a my zaryzykowaliśmy i...

– Gdzie był? – zapytał zniecierpliwiony Stern. – Czy nie możesz choć raz gadać po ludzku?

– Nigdy byś nie zgadł! Czarny fiat Kanclerza stał przed domem Róży Winkler, a w środku…

– Nie uwierzę!

– Sic! Wydawałoby się to niemożliwe, a jednak skorzystał z okazji, gdy jej rodzice wyjechali na wakacje do Wenecji. – Zięba zgasił niedopałek na podstawce. Potem grubym, ruchliwym językiem zlizał pianę z brzegu kufla. – Twój doktorek siedział dziś rano za kratkami i płakał jak bóbr. Był w szoku i się jąkał. Wzięliśmy go w obroty i nie uwierzysz, ale zaczął szczerze gadać. Przyznał się do kontaktów z Sarą, więc wychodzi na to, że nie byłeś pierwszy.

Stern zacisnął zęby, mając nadzieję, że inspektor nie zauważy, jakie wrażenie zrobiła na nim ta osobista wycieczka.

– Czemu powiedziałeś: siedział? – zapytał podejrzliwie dziennikarz.

– Spokojnie, nie poganiaj mnie. Zabrałem Kanclerza i pojechaliśmy do jego domu na Akacjową. Kanclerz trząsł się jak galareta i płakał przy żonie, że jest niewinny. Poprosił grzecznie, czy może skorzystać z toalety, więc postawiłem pod drzwiami stójkowego, a sam udałem się do jego gabinetu. Czego tam nie było! W jego biurku leżał szkic Rynku z zaznaczonymi fontannami i interesującymi komentarzami, wycinki z gazet i niewypełnione blankiety zaproszeń. Pakowałem je akurat do teczki, gdy stójkowy z korytarza zaczął walić w drzwi i drzeć gębę. Poleciałem, lecz okazało się, że wystraszony mężulek dał gdzieś dyla przez ogród. Rozbiegliśmy się, szukaliśmy, ale facet jakby się pod ziemię zapadł. I to jest ta zła wiadomość!

Inspektor nie dał dojść Sternowi do głosu i aby pokryć zmieszanie, przystąpił do dalszej opowieści.

– Dostałem od jego żony adres, ten sam, który dała Wildze. Byłem na Starozakonnej, gdzie mieszkał majster prowadzący budowę jego kancelarii. Po majstrze ani widu, ani słychu. Zajrzałem do szafy, znalazłem kartkę z terminarza z datą, która dała mi wiele do myślenia. Przepytałem sąsiadów. Potwierdzili, że dwa, a może trzy razy parkował tam czarny fiat. Kobiety niestety nie widzieli, zapamiętali za to mężczyznę, wypisz wymaluj, jak nasz prawnik. Do roboty wziął się nasz technik kryminalny, pan Tomasz, znasz go. Znalazł jakieś ślady. W południe zameldował mi, że nie ma ich w naszym rejestrze, ale potwierdził, że pokrywają się one z odciskami zebranymi w willi pana doktora, a to oznacza, że po nitce do kłębka wreszcie doszedłem do…

– Nie chrzań – przerwał mu Jakub. – Wypuściłeś go z rąk. Chyba wiesz, co to znaczy?

Miał ochotę wyrżnąć inspektora w szczękę, co doskonale pasowałoby nie tylko do miejsca, lecz także do przebywających tu i wydzierających się niemiłosiernie typów, ale się opanował. Przypomniał sobie, że i on nie jest bez winy.

Za jego plecami jakiś pijany batiar zaintonował drżącym głosem rzewną piosenkę o koniu i pół knajpy odpowiedziało mu: Oj, koniu, koniu, wracaj do domu, dla ciebie nima tu siana. Do tego śpiewu niespodziewanie przyłączył się Zięba, wydzierając się na całe gardło i myląc zwrotki: Pociąg nadjechał, Frankę rozjechał, osobno głowa, a osobno Franka.

– A widzisz, nie wierzyłeś mi, że będzie miło! – powiedział inspektor i poszedł do baru po dwa następne kufle i po słone sztangle z wędzonym serem pokrojonym w kostkę.

Gdy wrócił, miał już gotowy plan na następny dzień.

– Nie wiem, dlaczego to robię, ale zrobię to dla ciebie! Ustawię tam swoich ludzi, tylko nie licz na wiele, bo się przeliczysz!

Przesunął talerzyk z zakąską na środku okrągłego blatu, kufle zaś blisko siebie z boku.

– Ten talerzyk to twoja wiekowa damulka z kundlami – powiedział, przyciszając głos – a nasze kufle to narożne kamienice Rynku, w których ty i ja zajmiemy swoje miejsca. Moi ludzie będą dyskretnie obserwować teren i czekać na rozkaz. Każdy dostał zdjęcie pana doktora w uczelnianym birecie i todze. Mają zakodowaną w pamięci tę bezczelną buźkę.

– Czy mogę zainstalować się tutaj? – Jakub pokazał palcem obok kufla, w miejsce, w którym teoretycznie znajdowała się jego ulubiona piwiarnia, przylegająca do kamienicy Bernatowiczowskiej pod numerem ósmym.

– Jasne. Bądź w swojej knajpie trzydzieści po jedenastej i o nic się nie martw. Kiedy zobaczysz tego frajera, masz grzecznie do niego podejść i przywitać się.

– Co dalej?

– Bez paniki! Koleś nawet nie zauważy, jak będzie leżał na glebie.

– A ty?

– Co ja? Ja zrobię, co do mnie należy!

– A co z nią?

– Ty dalej swoje? Czego ty ode mnie, do k.... nędzy, chcesz!? – ryknął wściekle Zięba. Po kilku sekundach opanował się. – Podzieliliśmy role i jeszcze ci mało? Przepytujesz mnie, cwaniaczku, z mojej profesji? Ja nie pcham się do twojej uczonej wierszówki!

– Nie słyszałeś jej głosu! – powiedział spokojnie dziennikarz.

– Panie Stern, sentymenty na bok! – odpowiedział Zięba i uśmiechnął się do dziennikarza, jakby rozmawiał z dzieckiem, ale Jakub nie miał już ochoty na żarty. Patrząc na czerwoną zapijaczoną gębę, szukał wyjaśnienia dla tego fenomenu. Inspektor się zmienił. Tak jakby świadomość upokorzenia Sterna dodała mu cudownej mocy. Nie był to już ten lękliwy Zięba, który niedawno ciągnął za sobą na konferencję prasową najładniejszą protokolantkę z komendy. Zrobił się cyniczny i bezczelny.

– No już dobrze, dobrze! – inspektor spuścił z tonu i wbił wzrok w dziennikarza. – Mamy, Kuba, jeden procent szansy, że nasz doktorek się pojawi i że uda nam się go na nowo przyskrzynić. Zadowolony?

Stern milczał.

– A teraz miła niespodzianka. Pojechałem na stancję przy św. Jacka i dowiedziałem się, że twoja Wilga nie pierwszy raz nie wróciła na noc. Tak już ma. Musi gdzieś pójść, dać ostro w gaz i po swej robocie odreagować. Właścicielka przybytku karmiła małe persiaki. Spodobałem się jej i jednego liliowego obiecała mi podarować, jak troszeczkę podrośnie.

Stern milczał nadal.

– Obraził się, jak Bozię kocham, ten hryć nie zna się na żartach! Pani Gienia! Pani Genia! – zaryczał Zięba nad głowami. – Dajże pani jeszcze jedno gielajze dla tego smutasa!

Stern nie reagował.

– Chryste Panie. Myślisz sobie, Kuba, że ja nie mam po dziurki w nosie tej sprawy? – popatrzył na przybitego dziennikarza. – Wiesz, co sobie przysięgłem? Że kiedy ją wreszcie zakończę, pojadę do Juraty, wykopię sobie dołek pod d... i przez trzy dni będę leżeć na plaży, a jeśli wyciągnę rękę, to do jakiejś ślicznej loli albo po zimne piwo.