Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Wiesław Helak, NAD ZBRUCZEM

(fragment)

 

Drogą od stajni biegł Hryhor i już z daleka wymachiwał ręką w stronę dworu, jakby chciał uprzedzić dziedzica o tym, co przed chwilą zobaczył. A musiał ujrzeć coś niezwykłego, gdyż nie mógł ani krzyknąć, ani słowa wydobyć z siebie – stracił głos z nagłego strachu, który go mocno chwycił. Widział go Konstanty przez okno, jak biegnie, i zaraz wyszedł, gdy tylko stajenny zbliżył się do podjazdu, gdzie stała czortopchajka zaprzężona w dwa rysaki, gotowa do codziennej lustracji folwarków.

– Konie… konie… – tyle tylko zdążył wyszeptać Hryhor i nagle padł na kolana, i rozpłakał się jak dziecko.

– Złodzieje… ukradli… – powtarzał w rozpaczy, bijąc się w piersi, że to on nie upilnował i pokazywał ręką na opustoszałą łąkę, gdzie zwykle pasło się o tej porze całe stado aż do samego wieczora. I cierpiał niezmiernie Hryhor, gdyż konie to było całe jego życie, od dziecka się nimi we dworze zajmował i nigdy nic złego się nie stało, i wiele pokoleń przeszło przez jego ręce, i nawet stary dziedzic, zawsze taki surowy, nie skarcił go ani razu, a teraz wszystkie konie w jednej chwili znikły.

Podniósł Konstanty starego sługę z klęczek i poszli w stronę łąki, a biegł już za nimi Kostek, który po śmierci dziadka nie odstępował ojca na krok i był z nim we dworze, gdyż mieli razem jechać do folwarków. Dawnym zwyczajem – syn z ojcem.

Ujrzeli drągi zrzucone na ziemię i ślady wielu kopyt na trawie w tym miejscu, i jedną podkowę wystającą z błota. Podniósł ją Kostek i przytulił do serca, pobladły z przejęcia i grozy. Nikt tak jak on nie kochał tych koni, znał wszystkie ich imiona I w środku nocy zbudzony o każdym z nich mógł mówić godzinami.

Wrócili biegiem do czortopchajki i ruszyli po świeżych śladach stada, które widniały na drodze prowadzącej do Husiatyna. Niedaleko jednak w tym kierunku ujechali, gdyż trop powiódł ich nagle ku Zbruczowi, polną dróżką nieuczęszczaną od dawien dawna. Zatrzymali się nad rzeką, w miejscu gdzie konie też miały postój, a liczne ślady zostawione na brzegu świadczyły o tym, że piły tutaj wodę. Rozejrzeli się w napięciu, syn z ojcem, pobiegli w jedną, a potem w drugą stronę, z nadzieją że znajdą dalszy trop. Nie było jednak żadnego śladu. I uniosły się ich spojrzenia ku stepowi. Tam, po obcej stronie rzeki, w carskim kraju znikły zapewne ich konie. I rozpacz ich ogarnęła.

Rozeszła się wieść po okolicy o nagłym uprowadzeniu stada i zaraz też doszły do dworu pogłoski różne, a to, że widział dziad proszalny, który z Siedmiogrodu przywędrował, jak nocą kilku Hucułów ciągnęło za sobą wiele szlachetnych rumaków, a inni zaś mówili, że rozpoznali kilka koni dziedzica u handlarza żydowskiego, gdy wiódł je na targ do Tarnopola, a byli też i tacy, powtarzający plotkę, że tabor cygański prowadził niezwykłej piękności wierzchowce, białe jak śnieg i czarne, połyskliwe, czystej krwi arabskiej, i że były na pewno pośród nich te z pańskiej hodowli. Czas naglił i każdy trop należało sprawdzić jak najszybciej, toteż nawet żandarmi z Husiatyna pomagali w poszukiwaniach. Wreszcie jeden doniósł, że widziano taką klacz szlachetną na jarmarku końskim w niedalekim Borszczowie, więc nie zwlekając ani chwili pojechał tam Konstanty z synem tego samego dnia. Na miejscu okazało się jednak, że to była prosta chłopska kobyła od pługa, tyle że zadbana i młoda. I nic więcej nie znaleźli żandarmi we wsiach ani w okolicznych miasteczkach.

Trzeciego dnia na podjeździe przed dworem pojawił się nieznany nikomu młody chłop, ubrany w zniszczony kubrak ze skór jelenich uszyty, podobny do tych, jakie dawniej nosili kłusownicy w głębi boru mieszkający, i poprosił służbę, aby dziedzic wyszedł do niego. A gdy stanął przed nim Konstanty, rzekł tamten:

– Wiem, gdzie są konie… jaśnie pana.

– Gdzie?

– Zaprowadzę…

Spojrzenie miał bystre i twarz budzącą zaufanie, toteż Konstanty kazał zaprzęgać czortopchajkę i po chwili zasiedli w niej z Kostkiem i ruszyli w stronę lasu, gdzie ręką pokazał młody chłop. Nie jechali za szybko, gdyż mężczyzna biegł za nimi, chociaż miejsce z tyłu było wolne, lecz on nie chciał tam usiąść.

Minęli młodniki, potem zręby po sosnowym drzewostanie i zaczęli zagłębiać się w najstarszą część lasu, gdzie kiedyś rozciągał się bór i gdzie jeszcze miejscami pozostały jego ślady. Stare, potężne dęby, a na piaszczystych pagórkach rosochate sosny, powykrzywiane przez wiatry wiejące od stepu, tworzyły w tym miejscu niezwykły pejzaż zwany ostępem Pustelnika, do którego poprzedni dziedzic zabrał Konstantego na polowanie na głuszca. Tutaj jednak droga się kończyła, czarne dęby zostawili za sobą i szli teraz w głąb dawnej puszczy, postępując za młodym chłopem w myśliwskim kubraku. Wspinali się ostrożnie pod górę, a gdy osiągnęli szczyt wzniesienia, ­ujrzeli w dole płynący pośród drzew strumień. Ruszyli w tamtym kierunku, przedzierając się przez gęste zarośla i posuwali się dalej powoli wzdłuż wartko płynącej czystej jak kryształ wody – aż dotarli do źródła. I wtedy ich oczom ukazała się urokliwa polana w środku starego boru, najpierw jedna, niewielka, a zaraz następna, rozleglejsza i kolejna, całkiem duża, a wszystkie tak doskonale ukryte przed ludzkim okiem, nikt bez przewodnika nie trafiłby tu. I nagle z oddali dobiegło ich ciche rżenie – na ostatniej polanie stało w słońcu stado i pasło się spokojnie. Tylko gniady ogier uniósł czujnie kształtny łeb i jego rozedrgane nozdrza wyczuły obecność człowieka. Stanął na tylnych nogach, potężny, królujący nad polaną, i zarżał głośno gotowy do walki.

Ruszył ku niemu Kostek bez lęku, przejęty widokiem swego ulubieńca, i biegł z ufnością przez polanę z wyciągniętymi przed siebie rękoma. A ogier stał nadal wyprostowany jak struna, patrzący gdzieś daleko w przestrzeń, jak gdyby nie chciał nikogo rozpoznać, i zdawał się głosić prawdę, że konie nie potrzebują ludzi. I nie chcą tutaj nikogo. Rżał coraz mocniej, aż głos jego niósł się dalekim echem po lesie, a gdy opadł na ziemię, wierzgał nogami i tylko trawa leciała spod kopyt. Biegł dalej ku niemu Kostek, nie zważając na nic. A ogier na jego widok strzygł uszami. I nagle na dźwięk bliskiego sobie głosu zastygł w bezruchu. Obaj się zatrzymali. I obaj ruszyli ku sobie w tej samej chwili. Bliżej, jeszcze bliżej. Już tulił się do niego chłopiec i głaskał po nozdrzach, już mówił czułe słowa. Koń słuchał go uważnie, lecz odejść nie chciał z tego miejsca – jakby tajemna siła trzymała go tutaj ze stadem. Odchodził od Kostka i wracał, i znowu odchodził, jak gdyby chciał powiedzieć mu, że tylko tutaj czuje się bezpiecznie I tylko tutaj może stado ochronić. Chłopiec namawiał go jednak delikatnie, aby posłuchał go, aby zaufał i żeby razem wrócili do domu. I uległ wreszcie namowom ogier i zarżał, i ruszył się, a za nim stara klacz przewodniczka także podniosła łeb. Ustawiły się konie w sobie tylko znanym porządku – gotowe do drogi. Teraz na przód wysunęła się biała jak mleko królowa, od wielu pokoleń przewodząca stadu, a zaraz za nią liczne córki Andromedy i Kasjopei, potem źrebaki, wałachy i na końcu, w straży tylnej gniady ogier zwany przez Kostka Ikarem, bo siłę do lotu miał, choć skrzydeł nie miał. Obejrzał się na swego przyjaciela, a ten dosiadł go jednym skokiem, trzymając się grzywy. I szeptał młody dziedzic z czułością imiona:

– Jutrzenka, Carmen, Kaliope…

A za nimi następne, jak panny na wydaniu, szły równo, jedna za drugą: Flora, Ariadna i mroczna Ginewra, i jeszcze ta z ogonem jak peleryna, i ta z nogami wysoko trzymanymi w galopie, i Zulejma ze znamieniem na szyi, i czarna jak antylopa Sahara. Unosiło się stado lekko niczym anioły w chmurach zawieszone, nie dotykając kopytami ziemi, i kurzu nie było żadnego, zaledwie powiew na liściach zostawał po ich ruchu. I przeżyli chwilę szczęścia, ojciec i syn, i tylko szabli brakowało – a potem Kostek grał na wiolonczeli. Zajaśniała ta chwila w ciemnym zakątku boru, aż chłop, który ich tu przywiódł, poczuł zazdrość w sercu. Twarz mu się odmieniła – pociemniała, gdy patrzył, jak konie z uśmiechniętym młodym dziedzicem płyną nad wzniesieniem, a potem znikają. Spojrzał na niego Konstanty dopiero teraz, gdy zostali sami.

– Przyjdź do dworu po nagrodę – powiedział.

– Nie chcę nagrody… panie – odrzekł chłop.

– Czego więc chcesz?…

Młody mężczyzna podniósł powoli wzrok i popatrzył na Konstantego z przejęciem, z żarem wewnętrznym. Z szacunkiem i uwielbieniem? Milczał.

– A jak ciebie zwą, człowieku?

– Nikifor… Fraśki syn.

Cisza zrobiła się wielka. Chciał podziękować Konstanty. Nie umiał. Odjechał szybko czortopchajką.

– Syn… – powtarzał bezwiednie. Zwolnił, gdyż wydawało mu się, że chce zawrócić.

– I co mu powiem?

Obejrzał się. Nikifor stał bez ruchu i patrzył za nim. Zatrzymał konie. I trwał tak tyłem obrócony, ale nie obejrzał się więcej – czekał, aż tamten przyjdzie do niego. Nie przyszedł jednak.

A gdy wrócił do dworu, dowiedział się od matki, że w latach jej młodości, tuż przed powstaniem, które w styczniu wybuchło, zdarzył się taki sam przypadek, że stado hodowane przez ojca jej, a dziadka jego, znikło pewnego dnia i dopiero po brance chłopi znaleźli je na Pustelniku, gdy przyjechali po siano. Siana nie było, bo konie je zjadły. I przeżyły dlatego. W tym samym miejscu co teraz, wiele lat temu, myślał Konstanty gorączkowo, tamtych ogierów i klaczy już dawno nie ma, nie żyją, czyżby więc pamięć stada istniała? I gdzie ona jest? Skąd wiedziały, że są tam polany pełne trawy i spokoju, a nigdy nie były w tych stronach i nikt ich tu nie prowadził na wypas? Chciały się schronić? I niepokój go wielki ogarnął.

Wyjechał z Iwaszką wcześnie rano, żeby koło południa być w banku w Husiatynie. Dzień był gorący, a wszędzie na polach trwały żniwa i widać było, jak parobkowie na folwarkach, które mijali, uwijają się, aby zdążyć zwieźć do stodół dojrzałe już zboże, bo chmury od wschodu pojawiły się na czystym dotąd niebie. Burza wisiała w powietrzu i dobrze, że stary stangret wziął powóz z budą, pomyślał Konstanty i uśmiechnął się gorzko na wspomnienie młodzieńczych czasów, gdy jeździł tylko odkrytym brekiem albo faetonem. Gdzieś za Skałą Podolską usłyszeli daleki odgłos grzmotu, jeden, potem drugi i trzeci, jakby rozwiązał się worek z nimi, a przez niebo przeszła błyskawica i piorun uderzył w gładką wstęgę rzeki wijącej się w dole. Było jednak coś mylącego w tej zbliżającej się burzy, a szczególnie w dźwiękach, które do nich dochodziły, gdyż wydawało się, że kolejne wyładowania nie z chmur się biorą i raczej hukiem są niż grzmotem rodzącym się w gęstych obłokach. I zaraz też obraz niezwykły, jaki ujrzeli, utwierdził ich w przekonaniu, że są świadkami wydarzenia, którego nikt jeszcze wczoraj nie mógł sobie nawet wyobrazić. Oto od Husiatyna czarne postacie naprzeciw nim wybiegły, z uniesionymi do góry rękoma, jakby w błagalnych gestach ku Jahwe zwróconymi, że zło się dzieje. I płacz, i zawodzenie, i krzyk się niósł daleko, tak się Konstantemu wydawało, że słyszy, lecz było to tylko złudzenie, gdyż huk potworny rozlegał się raz po raz i nic poza nim nie mogło docierać do uszu. Setki mężczyzn, kobiet, starców i dzieci uciekało z miasteczka i wszystkie wąskie uliczki były zatłoczone, i wszędzie powiewały czarne chałaty, jak wielkie żałobne chorągwie. I nowi z tyłu ciągle napierali na tych, co z przodu byli, i co kto miał, dźwigał przed sobą albo na plecach toboły, pierzyny, garnki, gęsi i kury pochwycone w biegu, a obok nich sunęły przed siebie w szalonym pędzie bałaguły długie z towarami różnymi, fiakry, wiklinowe półkoszki i zdawało się, że cały świat żydowskiego miasteczka wyległ w jednej chwili na pola. I wtedy zapalił się młyn – jasnym, wysokim płomieniem. I dwie karczmy stojące nieopodal, a potem wielkim ogniem zajęła się od nich komora celna i wraz z nią flaga cesarstwa na wysokim maszcie – wszystko przy samej rzece. I można było pomyśleć, że to wystarczy, że na tym koniec będzie. A to był początek dopiero. Działa strzelały z tamtej strony Zbrucza równo, jedna bateria po drugiej, bez przerwy. Już płonęła bóżnica, za chwilę w płomieniach stanął pałac potężny cadyka i bank, i kościół, gorzelnia i browar hrabiów Gołuchowskich, a potem zmiotły pociski z powierzchni ziemi całe przedmieście, gdzie mieszkała biedota. I już pół miasta płonęło, i dym gęsty schodził ku dolinie, a wiatr rozganiał go polach. Teraz ogień z dział uderzył wyżej i druga część zabudowy się zajęła. Husiatyn płonął cały! Z nieba leciał szary pył i wszystkich ogarnął zapach spalenizny, wiatr się zerwał mocny i gnał gorące powietrze wprost na nich, i chmury się od tego wiatru rozstąpiły – aż burza odeszła, a powstał żar ogromny.

– Paniczu! – zapłakał nagle stary Iwaszko, gdyż obraz koniec świata przywoływał. I przytulił go do siebie Konstanty. A wokół nich czarne mrowie wypędzonych. Tysiące. Czy trzeba było wszystko zniszczyć? Wstręt nagły poczuł do tych, co stali po drugiej stronie w carskich mundurach. I nadal strzelali, choć już nie było do czego. Wstręt.

– A więc wojna…

Rankiem młode praczki, które przyszły nad rzekę, aby płukać dworskie obrusy, zerwały się nagle z krzykiem i chwyciły pośpiesznie białe płótna, wyciągając je z wody. Najpierw ujrzały, jak środkiem Zbrucza płynęła ku nim wielka brunatna plama. Zbliżała się powoli, napełniając je lękiem, toteż zamilkły wszystkie w jednej chwili. A potem zza zakrętu wyłonił się niebieski kształt, jakby kukła zanurzona do połowy w tej brunatnej plamie, a gdy podpłynął, rozpoznały w nim kobiety żołnierza w kurtce huzarów. I zaraz dwaj następni się pojawili. Młodzi chłopcy patrzący otwartymi oczami prosto w niebo i trzymający się za ręce, jak dzieci, które bawią się w wojnę. A gdy przyjrzano się im dokładniej, zobaczono, że inni żołnierze związali im dłonie sznurami i wrzucili do wody. I tak odpłynęli z nurtem dalej, aż do Okopów Świętej Trójcy, gdzie Zbrucz wpada do Dniestru. Przeżegnał się Hryhor szeroko, a za nim zrobiły to samo praczki. Znowu niepokój pojawił się na ich twarzach, gdyż od stepu tętent się podniósł mocny i chmura pyłu uleciała wysoko nad zbitą ławą jadących konno. I coraz bliżej
byli, aż ocknął się Hryhor i tknięty przeczuciem pobiegł ku dworowi z donośnym wołaniem:

– Kozacy!

Na szczycie wzniesienia był, gdy się obejrzał. A tam w dole szarzy od kurzu jeźdźcy, na niezbyt rosłych konikach, przekraczali granicę, a było ich tak wielu, że wydawało się, iż rzeka nagle znikła. Już pierwsze wierzchowce otrząsały się z wody na tym brzegu, a młody esauł z burką zarzuconą na lewym ramieniu i w kołpaczku futrzanym na głowie błyskał szablą i śmiał się głośno. I reszta też huknęła śmiechem, powyciągali kindżały, a jeden nadział na długą pikę leżące w koszu obrusy i prześcieradła i puścił je na wodę. Białe płachty rozłożyły się delikatnie porwane nurtem, lecz niedługo były białe, bo czysta woda krwią spłynęła.

I biegł dalej Hryhor z krzykiem straszliwym, tuż pod oknami dworu, a potem przez park koło kaplicy i kierował się prosto na łąkę, gdzie pasło się stado. Tylko jedno miał w sercu i w głowie, że konie trzeba chronić. Wybiegł za nim Kostek po chwili i obaj zrzucili drągi na pastwisku. I uchwycił się grzywy gniadego ogiera młody dziedzic i pojął, że trzeba natychmiast uciekać. Ruszyło za nimi stado w swoim ordynku ustawione, wyczuwając, że grozi im niebezpieczeństwo – a skrzydeł znowu dostał Ikar! Niewiele czasu minęło i znikli bez śladu w ciemnościach lasu. Drogę zaś znali dobrze – na Pustelnik pamięć stada ich prowadziła.

Stanął w drzwiach dworu Konstanty, bo park zapełnił się Kozakami. Esauł krzyknął do niego:

– Konie! Łoszadi! Dawaj łoszadi!

I nie pytając o nic, popędzili jeźdźcy na małych konikach prosto do stajni. I wyciągnęli z boksów konie, jednego po drugim. A potem ustawili je pośrodku parku.

Popatrzył na nie esauł, lecz nie był zadowolony, złości nie krył – kilka sztuk zaledwie znaleźli. Same pociągowe, perszerony, do jazdy niezdatne.

Zdążył dojechać do Lwowa, zanim obce wojska tam wkroczyly. Załatwił sprawy w banku, lecz na noc musiał zostać w mieście, gdyż zewsząd dochodziły wieści, że drogi są już zamknięte i odjechały ostatnie pociągi na zachód. A na ulicach od rana ruch panował ogromny, ze szpitali wylegli ranni żołnierze, których nie zdążono na czas ewakuować, i teraz sami szukali drogi ucieczki, ciągnąc nieprzerwanym sznurem w stronę dworca kolejowego. Na próżno! Wlokła się chodnikami i brukowaną jezdnią masa niebieskich płaszczy nieprzepasanych niczym, a na ich tle mocno odcinały się białe temblaki, obwiązane bandażami głowy, gipsem powleczone kończyny i wszędzie czuło się ostrą woń jodoformu, eteru, krwi i ropy. I nagle ta masa zafalowała, jakby jeden drugiemu przekazywał tajemną wieść – od Łyczakowa poszedł ten powiew zły. Stamtąd właśnie wynurzył się spomiędzy cmentarnych nagrobków oszalały ze strachu austriacki podoficer i galopował przez całe miasto z krzykiem:

Die Russen sind da!

I jeszcze wzmogła się panika, tłum okaleczonych żołnierzy przewalał się z jednej ulicy na drugą, nie znajdując schronienia, gdyż wszystkie bramy były pozamykane. Chciał się Konstanty przedrzeć przez tę krwawiącą ludzką masę, lecz za blisko stali siebie i niósł go ten tłum na wprost, a zapach spotniałych ciał wypełniał wokół upalne powietrze. Słabo mu się zrobiło, gdyż od dziecka był wyczulony na zapachy. Ten przeklęty jodoform, pomyślał i zasłonił twarz chusteczką. Nie na wiele się to jednak zdało, ostry zapach wciskał mu się do nosa, a on nic nie mógł zrobić.

Wstręt go ogarnął i wściekłość.

Otworzyła się wreszcie brama w jednej z kamienic, zdążył przebiec przez podwórko i nagle znalazł się na rynku. Pusto było tutaj zupełnie, wszystkie okna pozamykane w ten upał i wydawało mu się, że nikt tu nie mieszka, że nie ma wojny, że panuje pokój. Tylko w niektórych oknach pojawiły się obrazy Matki Boskiej. I wtedy ujrzał, jak w słońcu zza ratusza wyjechał patrol konny. Zatrzymali się. Młody oficer krzyknął do Konstantego:

Zdies’ Rassija!

Zadrżał na dźwięk tych słów. Słyszał ten okrzyk już – dawno temu nad rzeką, gdy rysował pławiące się konie, a ojciec jego pierwszy raz użył słowa – barbarzyńcy. Podniósł głowę i popatrzył w twarze rosyjskich żołnierzy. Były twarde, pewne swej siły.

I znowu ogarnął go wstręt.

Szły ze śpiewem, we wzorowym porządku, szeregi doskonałych wysokich sołdatów i nieśli na ramionach karabiny z długimi jak szpady bagnetami, i przejeżdżały niekończącym się sznurem wozy i działa z jaszczami okrytymi sianem i słomą. W powietrzu zapach juchtu i dziegciu się unosił – a wokół tylko te długie aż po kostki szare płaszcze, okrągłe czapki i sterczące w niebo sztyki.

I wszędzie głosy pełne pychy.

Musiał natychmiast opuścić hotel ­„George”, w którym zawsze się zatrzymywał, bo teraz zajęli go w całości rosyjscy oficerowie i służba na ich polecenie wystawiła rzeczy wszystkich gości do holu. Nie mógł jeszcze z miasta wyjechać, gdyż drogi wylotowe były nadal zamknięte i stały tam mocno uzbrojone posterunki. Błąkał się więc po ulicach, nie wiedząc, co począć dalej, a nowe obyczaje, jakie wprowadzał okupant, docierały do niego na każdym kroku. Oto kilku pijanych pastuchów w mundurach pędziło przez środek miasta stado bydła, które postępowało za wojskiem jako żywe zapasy żywności ubijane codziennie i gotowane w wielkich kotłach. Byki, krowy, cielęta, owce, a nawet kozy, wszystko to ryczało i biegło przed siebie na oślep, poganiane długimi batami, a po ich przejściu cała elegancka ulica Sapiehy, przy której zatrzymał się Konstanty, stała się wielką nieczystością. Jeden z pastuchów, wywijając gołą szablą, szedł z krzykiem w jego stronę i gdyby nie nadbiegł piechur z eskorty transportu i nie odepchnął czabańczyka, zapewne ciąłby tą szablą dla przyjemności.

Wrócił na rynek, gdyż tam wydawało się bezpieczniej, lecz i w tym miejscu miasto zmieniało się z godziny na godzinę. Nagle, nie wiadomo skąd i kiedy, nadciągnęła sfora urzędników, przechadzali się już stójkowi w carskich policyjnych uniformach, a wiatr rozwiewał czarne sutanny krzykliwych długo­włosych popów. Wszędzie ich było pełno.

Wstrząsnął nim ten obraz. Zrozumiał wreszcie – to są obcy.

Nazajutrz ujrzał, jak stójkowi rozwieszają na murach ogłoszenia cyrylicą zapisane, nakazujące pod grozą sądu wojennego oddanie wszelkiej broni. I zobaczył, jak zatrwożeni ludzie znosili do magistratu śrutówki, browningi i sztucery w solidnych futerałach i oddawali również ze łzami w oczach stare rodzinne pamiątki od pokoleń będące w ich domach, zabytkowe muszkiety. rapiery i cenne skałkowe pistolety. Pod karą śmierci niosła stara samotna kobieta, ubrana na czarno, ozdobną karabelę.

Zapełniły się aż pod sufit sale na parterze magistratu.

I nagły wstyd go ogarnął na ten widok. Tak przestraszyli się najeźdźców, że oddaliby im to, co najcenniejsze, pomyślał zdumiony swoją reakcją.

Znowu wstręt poczuł, lecz tym razem do siebie – on także z tego ograbionego narodu pochodzi.

I tak na przemian, wstręt i wstyd, i wreszcie duma się obudziła – pojął w jednej ­chwili, że ojcowych czarnych szabel husarskich nigdy by nie oddał.

A gdy tak stał pośród tych biednych ludzi, zagadnął go znienacka sołdat w długim do kostek szynelu.

Czasy u tiebia jest’?

Wyjął Konstanty odruchowo z kieszonki surduta złoty zegarek po ojcu i otworzył jego wieczko. Już chciał powiedzieć obcemu, która jest godzina, a wtedy żołnierz wyciągnął spokojnie rękę, jak gdyby nigdy nic, i szarpnąwszy lekko za łańcuszek, zerwał go i schował trofeum do kieszeni. Oddalił się nieśpiesznym krokiem, pogwizdując. I tylko bagnet trójkątny postawiony na sztorc na karabinie kolebał mu się regularnie na plecach.

Po powrocie do domu zamknął się w gabinecie ojca i przeglądał dokumenty rodowe, listy, a wreszcie sięgnął po zapiski z powstania, które rodzic trzymał w starym kufrze zawinięte w jedwabny szal, jak najcenniejszą pamiątkę życia. Studiował je długo, wnikliwie, odkładał, znowu zaczynał od początku. I pojawiło się to męczące pytanie:

– Ale jaka racja?

Potem otworzył wszystkie drzwi w amfiladzie, a stara Marfuta pozapalała świece w każdym pokoju, gdyż wieczór się już zrobił, i przechadzał się tak po całym dworze. W tę i z powrotem. Przystawał, znowu wracał do gabinetu, jeszcze raz czytał zapiski, smutne i rozdzierające, a trwało to przez noc, aż do rana.

– Jaka racja?…

Powtarzał sobie to pytanie wiele razy – czy lęk tylko i słabość nie pozwalają mi odpowiedzieć, myślał w napięciu.

O świcie zdał sobie sprawę, że jego ojciec w najważniejszych chwilach życia też tak czynił. Spacerował godzinami w amfiladzie i wtedy nie mógł do niego podchodzić, nie mógł mu przeszkadzać, i nie wiedział dlaczego. Obraz ten prześladował go przez wiele lat. Sięgnął w roztargnieniu do kieszonki, aby sprawdzić, która jest godzina. Dłoń jednak nie wyczuła zegarka. Tylko łańcuszek zerwany.

Poszedł do kaplicy i tam modlił się przed figurą Chrystusa ze związanymi rękoma – świadom swojej małości.

Wrócił do dworu i powiedział matce, co chce uczynić, a ona przyjęła to ze zrozumieniem. W milczeniu. Wręczył jej na przechowanie testament, który sporządził w nocy i poprosił o błogosławieństwo.

Klęknął przed rodzicielką z pochyloną głową i poczuł znak czyniony nad nim.

Świeżo otynkowane wnętrze cerkwi jaśniało bielą w jaskrawym słońcu, robotnicy wynosili rusztowania, baby ze wsi brały się za porządki. Żańcia z dumą pokazywała na ściany i przestronne wnętrze:

– Jeszcze tylko ikonostas i będą się modlić.

Patrzył na nią Konstanty chyba pierwszy raz ze wzruszeniem Zbudowała świątynię dla miejscowej ludności i powtarzała, że idą ciężkie czasy, a prosty lud potrzebuje wtedy najbardziej modlitwy. Nie podzielał jej przekonania, a nawet doszło między nimi do istotnej różnicy zdań, wydatek w takim czasie był ogromny, ale jej wiara w zalety tego ludu zawsze wlewała w jego serce nadzieję, toteż ustąpił.

Teraz szukał słów, które mogłyby wynagrodzić jej wszystkie ciężkie chwile, jakie z nim przeżyła.

– Żańciu, kochana…

Urwał i nagle, jakby wbrew sobie, przytulił ją do siebie. Poddała się zdumiona i przylgnęła mocniej, i chciała, żeby ta chwila trwała wiecznie – przecież nigdy jej nie tulił.

I zaraz się domyśliła.

– Wyjeżdżasz…

Tylko Kostek nie chciał się z nim pożegnać. Gdy usłyszał, że ojciec znowu ich opuszcza, wyjął wiolonczelę i zaczął grać suity Bacha. Bez końca. I nie chciał rozmawiać. Słuchał Konstanty muzyki i tak się rozstali.