Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

POEZJA

Krzysztof Kołtun

Wstańcie! Chodźmy!

Płaczę nad wami Orlątka…

jak nie płakać, jesień płacze

– dzika róża kapie krwawo w ziemię

zmrożonymi owocami – słodko.

Trzmielina na Pohulance

pospuszczała babie oczka z nitek.

Chryzantemy na suchym piasku

ledwie w wieńcu trzymają główki

– bladych kwiatków.

Posmutniały kościelne wieże

– antychryst pozamykał dzwonnice:

„Małczat! Nykryczat!”

kopiąc nogą w dzwon, który runął

z belki.

Nie mógł znieść milczenia

– u kolejarki, świętej Elżbiety…

Płaczą więzieni święci u Jezuitów, Karmelitów

– od Dominikanów – święty Jacek wszedł

na mur obronny – z monstrancją!

Ruskie wy, ukraińcy – kołchoźniki

jeszcze wy w piekle będziecie tańczyć

z Banderą,

 

z Leninem, Stalinem, Berią…

 

A święty Kapistron z Janem od Bernardynów,

z Zygmuntem od biedaków

i Bilczewskim biskupem

– wziąwszy karawan świętych babuszek w jasyr

– uciekli,

do Dukli,

gdzie niebo jaśniutkie do dzisiaj.

Oparł się święty Antoni Pustelnik

z bratem Antonim z Padwy.

Krzyż spod ratusza podjęli

– obrócili ku Jerozolimie.

Lwowa antychrystom nie damy!

Murem stanęli przed cmentarzem na Łyczakowie

– stąd wszystkie ścieżki, na groby Orlątek…

Chodzę nimi każdej nocy czarnej

– płaczę z paciorkami różańca.

Chłopczęta, młode kawalery

– na wesela was prosić

a nie do trumien kłaść

– głowy młode?

 

Z marszem weselnym do was chodzić,

z druhnami z Rzęsny Polskiej

a nie z płaczem…

Suche łzy kapią,

po trzykrotnie pobitych kamieniach,

nienawiścią ukraińców

– na podróżne buty…

Tutaj przychodził Karol z Krakowa

ze studentami – po cichu

„Wszyscy zmartwychwstaniemy!”

krzyże obłaskawiał

– do Orląt wołał…

A tu jesień wczorajsza

– łzami niebo kapie

we Lwowie

 

(z rękopisu), XI 2017 r., Lwów

 

 


Krzysztof Kołtun (ur. w 1958 r. w Chełmie), poeta i animator, który swą twórczość i pracę poświęcił Kresom. Oprócz tomów wypełnionych poezją w ostatnim czasie ukazał się tom prozy poświęcony ludobójstwu na Polakach mieszkających w okolicach Lubomla, gdzie tkwią korzenie poety. Prezentujemy wiersz, który powstał w listopadzie 2017 r. we Lwowie, przepełniony emocjami, spisany z rękopisu specjalnie dla Czytelników „Cracovia-Leopolis”.

 


 

Stanisławów w wierszach profesor Ewy Nawrockiej

 

Fotografia z Wenecji

Czas wytrawił kolory.

Blednie czyjaś żółta sukienka

spłowiały lazur nieba wiotczeje.

To ja

ta dziewczyna złota od uśmiechu

w aureoli świetlistych włosów

z gołębiami u ramion

na Piazza di San Marco

w Wenecji.

Byłam tam, byłam na pewno

z Tante Lilli Geib, moją cioteczną babką,

wdową po pastorze w Bydgoszczy

zamordowanym przez faszystów.

Rozmawiałyśmy o Stanisławowie

gdzie ja się urodziłam, a ona była szczęśliwa.

Tu, w sercu Wenecji wracała jej umarła

młodość

i nazwy miasteczek wschodniej Galicji

jak egzotyczne potrawy:

Nadwórna, Jaremcze, Worochta,

Sambor, Husiatyn, Kamionka Strumiłowa…

Umarłe słowa, umarłe miasta,

pogrzebany czas.

 

Byłam w Wenecji – niczego nie pamiętam,

Tylko to ostre słońce, gołębie u ramion,

Tłum falujący na Piazza di San Marco

i słowa, słowa, słowa

mojej ciotecznej babki

Tante Lilli Geib z domu Merk.

 

W Wenecji byłam we wrześniu 1965 roku, krótko przed wielką powodzią.

 

 

Stanisławów

 

Mama mówiła: nie chcę tam wrócić

w domu obcy ludzie, ogród zaniedbany,

nie odnajdę śladu Ewy, przekopany cmentarz

skrył pamięć o grobach.

 

A ja wiem, że czeka na mnie

tajemnica dzieciństwa.

Muszę ją sobą przemierzyć,

sprawdzić, czy sny nie kłamią.

 

Są tam wąskie kręte uliczki,

gdzie wąsaci sprzedawcy rozdają kukurydzę

i kasztany o nieznanym mi smaku.

Słońce odbija się w kopule złoconej fary,

a środkiem strumień płynie brukowanym

korytem.

Woda w nim czysta –

Ilekroć próbuję sięgnąć do niej dłonią

sen mąci obraz.

 

Wrócę tam, choć mówią,

że żaden strumień tam nie istniał

i miasto też

być przestało.

 

Gdańsk 1977

 

*  *  *

 

Stanisławów był dla mnie zawsze tylko słowem, istniał wyłącznie w opowieści, a właściwie w opowieści rodziców, babci, ciotek, wujków, stryja, przyjaciół i znajomych rodziców i nie opuszczał mnie nigdy… – wspominała na łamach „Przeglądu Politycznego” profesor Ewa Nawrocka, urodzona w Stanisławowie w 1942 roku.

Z księgi adresowej miasta wiemy, że jej ojciec Mieczysław był asesorem rady szkolnej, a matka Cecylia z domu Czerwińska – nauczycielką. Mieszkali przy ulicy Sedelmajerowskiej, córka Ewa w rozmowie uzupełnia, że niedługo przed wojną przenieśli się na ulicę Szopena, która do dziś zachowała swoją dawną nazwę. To właśnie w Stanisławowie Mieczysław rozpoczął przygodę ze sceną, gdzie przez wiele lat występował jako aktor w amatorskim zespole Teatru im. Aleksandra Fredry, a później Teatru im. Moniuszki. Z pasją malował również portrety i krajobrazy miasta.

W 1945 roku państwo Nawroccy z resztką swojego dobytku opuścili Stanisławów i trafili do Gdańska, gdzie zastali morze gruzów. Nie porzucili jednak zniszczonego miasta, ale zakorzenili się tu i zostali na długie dziesięciolecia. Część bliskich sercu pamiątek udało się im przewieźć i ozdobić nimi gdańskie mieszkanie.

 

 

Mieczysław Nawrocki podpisał: „Mój skarb Ewunia. Rok 1943”. Źródło: zbiory E. Nawrockiej

 

Ewa Nawrocka dorastała w zupełnie innej rzeczywistości niż jej rodzice. W nowej Polsce zabroniono mówić o ziemiach utraconych, pamięć ta jednak żyła w domach dawnych jej mieszkańców. Ojciec, który z oddaniem włączył się w organizację życia artystycznego na Wybrzeżu, opowiadał córce o przedwojennym teatrze i odgrywał fragmenty sztuk. Matka wspominała nieistniejące już nazwy ulic i związane z nimi wydarzenia. Do ich domu od czasu do czasu przyjeżdżali z całego kraju starzy znajomi.

Udało się także nawiązać kontakt z rozsianą rodziną w Polsce i za granicą. Na spotkanie z cioteczną babką Lilli Geib, która swoją młodość spędziła w Stanisławowie, Ewa Nawrocka wybrała się niedługo po ukończonych studiach. Wspólnie spędzony czas zainspirował ją do napisania wiersza pt. Fotografia z Wenecji. Mijały lata, a w snach zaczęła widzieć jakieś piękne miasto, podobne do tych z krajów południowych z wąskimi uliczkami, rwącym strumieniem. Po jakimś czasie wiedziała już, że to był Stanisławów i taki właśnie tytuł nadała drugiemu wierszowi.

W roku 2001 – już jako profesor filologii – udało się jej odwiedzić miasto swojego urodzenia. Na miejscu – jak pisała – okazało się, że wróciłam.

 

Opracował: Jarosław Krasnodębski