Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Sławomir Gowin, LIRA W SŁUŻBIE AMORA

Zdołał umknąć przed papieskim gniewem, wzbudził podziw najtęższych umysłów epoki, zdobył uznanie królów, uległ wdziękom lwowskiej szynkarki…

 

Mroczne widoki

W czasie śnieżnej i mroźnej zimy 1470 roku średniowieczny Lwów był senny, mroczny i milczący. Ulice wyludniały się po zachodzie słońca i czasem tylko latarnia nocnego stróża zachybotała w gęstych ciemnościach. W drewnianych mieszczańskich domach z rzadka migotał żar rozgrzanych palenisk, świece i łój oszczędzano, taniej było iść spać. Żółte płomyki majaczyły tylko w oknach Niskiego Zamku, nad którym unosił się Zamek Wysoki, tak odległy, że blask choćby najokazalszych lichtarzy nie zdołałby spłynąć stamtąd na miasto.

Za dnia krzątało się tutaj nie więcej niż kilkanaście tysięcy mieszkańców. Od paru pokoleń wznosili gród w jagiellońskim gotyku, a raczej wskrzeszali z popiołów, w które obrócił go wielki pożar z roku 1381. Mieścinie wtulonej pomiędzy siedem wzgórz daleko było do średniowiecznej metropolii, ale ówcześni lwowianie mieli już gdzie prosić Boga, by ustrzegł ich przed kolejną pożogą i obdarzył lepszym losem. Działała katedra ormiańska, budowa łacińskiej dobiegała końca, w swoich gotyckich formach istniały kościoły Dominikanów i Franciszkanów. Od ponad pół wieku była tu siedziba arcybiskupstwa, którą przeniesiono z Halicza. Mieszczanie mogli zatem cieszyć się, że modlitw wysłuchano i wiele oczekiwać od najbliższej przyszłości. Nadzieje ich nie zawiodły, skoro w 1498 roku, a więc niespełna trzydzieści lat później, w tureckiej relacji czytamy, jak to Mołdawianie i Turcy po kilku dniach drogi dosięgli miasta zabudowanego wspaniale, w zachwycającym położeniu, otoczonego mnóstwem ogrodów i sadów, które znajome jest pod nazwiskiem Illi [Lwów].

Ale póki co, trzy dekady przed końcem XV stulecia, mieszkańcy Lwowa w codziennym mozole nie rozpalali zanadto wyobraźni. Ich praktyczne dusze zaprzątały rzemiosło i handel, co nieco rozrywki dostarczały jarmarki i nieliczne karczmy. Grzechem rodzącym się w tych niewyszukanych warunkach z powodzeniem zarządzali miejscowi duchowni.

Zimą wąskie uliczki prowadziły szlakiem zamarzniętych rynsztoków w stronę miejskiego rynku, na którym stał niewielki drewniany ratusz. I właśnie tej zimy jedną z nich dreptał pewien Włoch, który przybywał tu z Rzymu po wielomiesięcznej tułaczce przez Grecję, Egipt, Trację i Macedonię. Spowita śniegami kraina wydała mu się zapewne tajemnicza i egzotyczna, jednak poza kontemplowaniem malowniczej bieli musiał jakoś tutaj żyć ze swoją południową naturą i cudzoziemskimi nawykami. Mroczne piwniczki pod lwowskim ratuszem nie przypominały gwarnych rzymskich winiarni, jednak krzepkie słowiańskie dziewki, połyskujące blond warkoczami w poświacie łojowych kaganków, potrafiły obudzić w przyjezdnym nadzieję, że życie tutaj nie okaże się wcale takie złe.

Mimo to zimowy przybysz, stawiając pierwsze kroki na lwowskim bruku, nie mógł się spodziewać, że nie tylko jakoś mu się ułoży, ale właśnie tu przeżyje żarliwą namiętność, być może największą w życiu, która w dodatku podyktuje mu kilkadziesiąt płomiennych erotyków o wiekopomnym znaczeniu dla przyszłych pokoleń poetów tej północnej krainy.

 

Niewieści hetman

Wędrowiec nazywał się Filippo Buonaccorsi, choć w jego ojczyźnie lepiej znano go pod pseudonimem Kallimach. Był włoskim humanistą i poetą, miał trzydzieści trzy lata, niezłe wykształcenie, niemałe doświadczenie polityczne i jeszcze większe kłopoty, które przygnały go aż tutaj.

 

 Domniemany wizerunek Kallimacha z ołtarza Wita Stwosza w krakowskiej Bazylice Mariackiej.

 

Zdrożony Włoch, poszukując w tym ośnieżonym grodzie wina lub czegoś, powiedzmy, temperamentnego, wybór miał niewielki. W piwnicy pod ratuszem szynkują do syta win mołdawskich i greckiej małmazji, której beczki pieczętowane są lwią pieczęcią – pisał o ówczesnych biesiadach Stanisław Wasylewski. W 1387 roku wyszedł wilkierz, który stanowił, że we Lwowie nigdzie indziej nie wolno sprzedawać wina, tylko w piwnicach ratusza. Kiedy Filippo suszył tu dzbany, od wydania tego prawa minęło wprawdzie osiemdziesiąt lat, ale można przypuszczać, że w 1470 roku ratuszowe piwnice zupełnie miastu wystarczały. Wino było drogie, a więc mało popularne, spowszednieć miało dopiero w następnym stuleciu, gdy pojawiły się nawet gatunki miejscowe. W źródłach powiada się o dwóch lwowskich kanoniach czerpiących w owym czasie zyski z jego produkcji i sprzedaży. W połowie XIX wieku karmelita Ignacy Chodyniecki pisał, że pierwszy raz do Lwowa sprowadzone z Mołdawii przez Niemców r.1433 latorośle winne, zaszczepione były na wzgórzach przyległych koło Zamku Wysokiego, gdzie utrzymywały się dwieście lat przeszło, dopóki przez wojny rusko-moskiewskie nie zostały całkiem zniszczone.

Jednak wino – własne czy importowane – mimo rozmaitych przeciwności zrobiło tu wielką karierę. Już o obyczajach XVI wieku Aleksander Brückner napisze, że nigdzie tyle nie było handlów winnych co we Lwowie.

Na razie jednak lwowscy amatorzy wina musieli pijać je w domach lub zmieścić się w piwnicach ratusza, gdzie bywali przede wszystkim liczni w mieście Włosi, których było na to stać. Dzięki temu możemy przypuszczać, gdzie swą lwowską przygodę zaczął zziębnięty Filippo. Pomiędzy stołami ratuszowych piwnic uwijały się biało odziane dziewczęta z lwowskiego ludu, rzecz jasna zaradne i uczynne, nade wszystko zaś przyjmujące perlistym śmiechem fawory okazywane im w języku wprawdzie obcym, ale jakże pieszczotliwie brzmiącym.

Posada w winiarni, przy zamożnych gościach, nie była zajęciem dla byle posługaczki, dobierano je starannie. Dla szynkarza zaś poeta dopiero co przybyły z ekscytującej tułaczki, oblegany przez ciekawskich rodaków, był biesiadnikiem wartym specjalnej uwagi. Nic więc dziwnego, że samotny Włoch rychło docenił bogactwa północnych krain i zrymował swoiste lwowskie credo:

 

Jako we Lwowie są dziewki przecudne,

A mieszczek lwowskich czar szeroko znany,

Przeto, gdy staną przy muzyce w tany,

Zda się tańcuje wieniec kwiatów złudny:

Znajdziesz tam róże i lilije, co wonią

Wzrok swój rozjaśniają i lico rozpłonią…

– Choćbyś się w pancerz zakował rycerza,

Cypryjska Wenus, przemożna to pani!

W tanecznem kole cięciwą uderza

Amor, co sprawom niewieścim hetmani.

Więc z cudzoziemców niech każdy się dowie,

Że Amor w służbie – u niewiast we Lwowie!

Stanisław Wasylewski wierzył, że równocześnie z narodzinami Lwowa średniowiecznego przypadają narodziny jego temperamentu. U schyłku średniowiecza Kallimach, bynajmniej nie zaniedbując się w służbie lwowskiego Amora, obudził w nim temperament prawdziwie renesansowy.

 

Łaski i rozkosze

Filippo Buonaccorsi urodził się w 1437 roku w toskańskim San Giminiano w rodzinie bogatego kupca, obywatela weneckiego, który nie żałował grosza na kształcenie syna, zamierzając wychować go na wielkiego artystę. Chłopiec uczył się najpierw we Florencji, później w Wenecji, którą opuszczał już jako dobrze zapowiadający się poeta. Pisywał tam klasycznie stylizowane erotyki, inspirowane uczuciem do weneckiej piękności o imieniu Sylwia. W 25. roku życia spełniło się jego wielkie marzenie, trafił do Akademii Rzymskiej, której założyciel, słynny Giulio Pomponi Leto, będąc pod wrażeniem talentu młodzieńca, porównał go do największego poety epoki aleksandryjskiej i nazwał Kallimachem.

Wkrótce w Rzymie zaliczano go do intelektualnej elity, a godziwe dochody i rozległe koneksje w całej Italii zapewniała mu posada sekretarza potężnego wówczas kardynała Bartolomeo Roverelle. Weneckie i florenckie obeznanie z rosnącym w siłę humanizmem, nadzwyczajna umiejętność zawierania przyjaźni, a nade wszystko talent literacki zapowiadały niczym niezachwianą karierę.

Jednak Rzym ogarniał coraz gwałtowniejszy konflikt zwolenników papiestwa z humanistami, spośród których wielu uważało, że przyszłość Italii to republika. W roku 1468 watykańscy stronnicy wykryli spisek, w wyniku którego papież Paweł II miał być pozbawiony władzy. Uważano, że Kallimach był jego uczestnikiem, a nawet przywódcą. Większość spiskowców została aresztowana, ale Buonaccorsi zdołał uciec z Rzymu i wciąż tropiony przez papieski wywiad, chroniąc się na Peloponezie, Krecie i Cyprze, poprzez Chios i Konstantynopol dotarł wreszcie do Polski.

 

 

Spiżowa płyta nagrobna Kallimacha (Filipa Buonaccorsi) wykonana przez Wita Stwosza (uważana za ostatnie jego dzieło wykonane w Polsce) w krakowskiej Bazylice Świętej Trójcy – kościele oo. Dominikanów

 

We Lwowie zajął się nim krewny, florentyńczyk od dawna mieszkający w Polsce, protegowany Medyceuszy, Ainolf Thedaldi. Kallimach mógł tu odetchnąć, jego bogaty promotor był bowiem niekwestionowanym autorytetem nie tylko dla zyskującej coraz większe wpływy włoskiej kolonii we Lwowie, ale miał liczne znajomości w najwyższych kręgach władzy. To starania Thedaldiego sprawiły, że gdy papieski legat zażądał wydania poety, wsparcia zbiegowi udzielił sam król Kazimierz Jagiellończyk. Widoki na taki obrót wypadków wpłynęły zapewne na decyzję Kallimacha, by, nie zważając na północne niewygody, szukać schronienia pod polskim berłem. Ślepy, acz szczęśliwy los sprawił natomiast, że na początku jego polskiej kariery nie mniej ważna od królewskiej łaski okazała się na pozór pospolita znajomość z pewną dziewką, która ochoczo pomogła mu pozbyć się wspomnień dręczących o tak niesłusznym wygnaniu i przywrócić stracone siły duszy.

Wiersze erotyczne i miłosne, które Kallimach kierował w Wenecji do tajemniczej Sylwii, wzorem elegików rzymskich sławiąc ją niczym Lesbię, Cyntię czy Korynnę, były owszem, cenione przez akademików, kunsztowne i zręcznie zrymowane, zarazem jednak konwencjonalne i chłodne. Żarliwie namiętne, sycone szczerą intymnością były dopiero utwory rzucone do stóp jednej z przecudnych dziewek lwowskich, która w ten sposób stała się bohaterką najbardziej twórczej przygody erotycznej schyłku średniowiecza.

 

Świątynia uczuć

Kim była dziewczyna, która tak zawróciła w głowie przybyszowi z dalekich krain? Nie wiadomo wiele ponad to, że Kallimach poznał ją w ratuszowych podziemiach, gdzie szynkowała gościom wino, i nazywał ją Fanią, Fanniolą albo Fannią Świętochą. Najczęściej twierdzono, że to rzymskie imię, które poeta sam nadał kochance dla zmylenia domysłów i dla elegancji wiersza. Ale inna, bardzo kusząca hipoteza powiada, że Kallimach znacząco przełożył imię Świętocha lub Świętochna, sięgając po łacińskie fanum, czyli miejsce święte, świątynia, w której składał swoje żądze i uczucia.

Uczynił ją patronką wielkiego cyklu wierszy zatytułowanego Fannietum. W 32 elegiach miłosnych i 28 epigramatach zacierał, gmatwał i wyprowadzał w pole wszelkie tropy, które mogłyby pomóc rozwiązać zagadkę Fannioli. Ale czy identyfikacja pięknej dziewczyny z lwowskiego pospólstwa jest w ogóle możliwa i potrzebna? Nie pisał przecież dla niej – Fania, o ile w ogóle byłaby piśmienna, to na pewno nie w łacinie. Nie mogła więc przeglądać się w jego wersach jak w lustrze kaprysząc przy tym, że niepodobna. Kallimach, pozostawiając ją dla potomnych tajemniczą szynkarką, która rozdaje pocałunki za darmo, a wino za pieniądze, uczynił z niej wszakże wiekopomny symbol. Nie szło mu przecie o zrymowanie erotycznego dzienniczka – targany namiętnością stworzył opowieść uniwersalną, ukazującą miłosne zauroczenie tyleż radosne, co mroczne i bolesne. Czyż i dzisiaj nie znalazłaby się lwowska dziewczyna, którą można opisać słowami, w jakich pięć i pół wieku temu robił to Kallimach w poetyckim liście do przyjaciela?

 

Gdy pytasz, jaki włos zdobi jej głowę –

zmieszaj z lilią róże purpurowe.

Wdzięk, jaki barwy te obie zespoli,

Będzie połyskiem piersi Fannioli…

Bohater Kallimacha doświadcza to rozkoszy, to udręki. Raz Fanniolę kocha, raz nienawidzi z zazdrości, krążąc wieczorami wokół jej domu i nasłuchując odgłosów rywala. W kolejnych wierszach gotów jest skazać ją na najokrutniejsze cierpienia, by po chwili wołać, że pragnie leżeć u jej stóp z wyrwanym językiem podłym, który ośmielił się bluźnić przeciw wierności i cnocie ukochanej. Ulega wreszcie, nazwijmy to, pragmatyce uczuć, którą wyraża w pokornym życzeniu:

 

Och, w opiece boskiej trwaj, wierna czy  zdradliwa.

Pragnę cię, o Fanio, czułą choć zawodną,

Niżby złość moja gniewem bogów cię  okryła…

Wszak najwyższą nawet miłosną gorączkę – bez względu na epokę – studzi w końcu refleksja, która podpowiada, że

 

Tyle jest dobrych stron w miłości ile złych

Ten jest najbardziej szczęśliwy z kochanków,

kto zawsze umie radość i gorzki żal utaić

                                                w sercu swym.

Tak oto wybornie władająca językiem namiętności Fanniola zapanowała nad Kallimachową wyobraźnią. Była niezastąpiona jako towarzyszka biesiadnych rozrywek, radosna muza, zręczna figlarka w alkowianych potyczkach – słowem nic co ludzkie nie było jej obce, a jednak nie była wyrafinowaną humanistką. Nie mówiła po włosku, tym bardziej po łacinie, a więc z braku, że tak powiem, podstawowych instrumentów intelekt kochanka nie był przedmiotem adoracji z jej strony. I Kallimach nie takich karesów spodziewał się od Świętochny, a artystyczne owoce ich żądz nie dla niej w gruncie rzeczy były przeznaczone.

 

Twierdza poezji

Utalentowany Włoch miał wokół siebie znamienite grono czcicieli swojej lutni. Najhojniejszym z nich był Thedaldi, najwybitniejszym zaś ówczesny arcybiskup lwowski Grzegorz z Sanoka, który szczęśliwie dla polskiej literatury znalazł się na szlaku rzymskiego zbiega, bo oto po ośmiu miesiącach spędzonych za przyzwoleniem króla we Lwowie, Kallimach i tutaj popadł w tarapaty. W październiku 1470 roku sejm w Piotrkowie uchwalił, że należy go wydać papieżowi. Aynolf Thedaldi zwrócił się wtedy o pomoc do wielmożnego arcybiskupa. Trudno było o lepszego protektora dla ukrywającego się poety.

Grzegorz z Sanoka, jedna z najtęższych głów przyozdobionych kiedykolwiek arcybiskupią sakrą, był kimś znacznie więcej niż kościelnym hierarchą. Gdyby Grecja lub Italia wydała na świat podobnego, czciłaby jakby swoją gwiazdę i chlubę – napisze później Kallimach. Ten bywały i wykształcony we Włoszech znawca i admirator Bocaccia był jednym z pierwszych Polaków, którzy po 1450 r. przynieśli do kraju humanistyczny styl myślenia i życia. Powiadano, że Grzegorz z Sanoka był w tym czasie wytworem i kwiatem humanizmu.

Zdobył sławę jako odważny reformator, filantrop, prawdziwy arystokrata ducha, w dodatku wywodzący się ze stanu mieszczańskiego. W tej części kraju powszechnie uznawano jego autorytet. Kiedy brał pod opiekę Kallimacha, głową lwowskiego kościoła był już blisko dwadzieścia lat, niełatwo było zachwiać jego pozycję, mógł podjąć ryzyko obejścia sejmowej uchwały broniąc swojej decyzji zarówno politycznie, jak również, gdyby zaszła taka potrzeba, całkiem dosłownie, bowiem dwór arcybiskupi ulokował w podlwowskim Dunajowie. Wzniósł tam zamek, a następnie głębokim rowem i wałem obwarował pozostałą część miasta – pisał Kallimach. – Nadto porozstawiał na zamku i w basztach bardzo wiele najrozmaitszych machin wyrzucających głazy, jako też wielką ilość obosiecznych toporów, kusz i pocisków, aby można nimi było odeprzeć z łatwością każdy napad. Ta zmyślna warownia była zarazem jednym z najnowocześniejszych ośrodków życia w ówczesnej Polsce.

Z młodszym o trzydzieści lat Kallimachem doskonale się rozumieli i uzupełniali. Rzutki Włoch był dla Grzegorza emisariuszem humanistycznych nowin z samego serca Italii. Sędziwy arcybiskup dla Filipa był protoplastą idei, których on sam omal nie przypłacił życiem. Imponował mu także jako silny w swych poglądach władca niezwykłej twierdzy humanizmu wzniesionej pośród północnych kniei. Być może dla Kallimacha zażyłość z Grzegorzem była przygodą, o którą zabiegał u Thedaldiego, musiały bowiem docierać do niego barwne plotki towarzyszące metropolicie nieprzerwanie, od dnia kiedy Kazimierz Jagiellończyk doprowadził do powierzenia mu lwowskiej kurii. W kraju natychmiast odezwały się protesty przeciw jego nieprzystojnym zagranicznym obyczajom. Te zagraniczne obyczaje to – jak pisał Tadeusza Sinko – humanistyczny sposób życia, któremu mógł się oddawać dopiero u siebie, w Dunajowie. Otworzył on tu jakby schronisko dla humanistycznych uczonych i literatów, wyprawiał dla nich biesiady, urozmaicone dysputami filozoficznemi, deklamacyami własnych wierszyków, niemniej jak „trefnymi” żartami i dowcipami.

Cudzoziemszczyzna, z której czyniono mu zarzut, brała się raczej z niechęci do prowincjonalnego średniowiecza. Niedawne idee, którymi żywiła się epoka, z wolna schodziły do poziomu parafialnych zabobonów. Towarzystwo obrońców takiego status quo byłoby dla arcybiskupa – łagodnie mówiąc – pozbawione intelektualnego powabu. Być może dlatego – jak powiadał Kallimach – od ucztowania z Polakami się wstrzymywał. Co więcej biesiady ich nazywał obżarstwem, mówiąc, że nie należy jakiegokolwiek zebrania się ludzi na jednem miejscu w celu jedzenia i picia, nazywać biesiadą, bo w takim razie można by nazwać biesiadą, kiedy trzody bydła dla paszy zbierają się na łąkach; tylko tych ludzi zgromadzenie godnem jest imienia uczty, którzy na podstawie pewnego rozsądnego doboru zebrali się przy stole z jakiejś szlachetniejszej pobudki, niż chęci zadowolenia żołądka i gardła. Dlatego też, czytamy dalej u Kallimacha, najchętniej biesiadował z dobranymi przez siebie rozumnie cudzoziemcami i w ich towarzystwie się rozluźniał. A w przyjmowaniu ich przewyższał przepychem nawet najznamienitszych.

Wśród pokrewnych dusz goszczących stale w Dunajowie arcybiskup żył jak prawdziwy epikurejczyk, daleki od umartwień, powtarzając współbiesiadnikom, że sama starość jest wystarczającym umartwieniem. Trudno się dziwić, że Kallimach, wdzięczny za tak niepospolitą gościnę, dozgonnie czcił go w swych pismach, nazywając ojcem wszystkich wykwintności.

 

Żądza usidlona

Polaków nieobecnych przy arcybiskupim stole rozpalały więc niewybredne domysły, a najżywiej przemawiała do wyobraźni ta okoliczność, że na dworze arcybiskupim przebywały kobiety, młode przyjaciółki i pociechy humanistycznych towarzyszów Grzegorza.

Jan Długosz wprawdzie zaznaczył w swoich pismach, że arcybiskup, wielki miłośnik muz, najbardziej jest godzien pamięci z powodu pełnej polotu prozy, poezji i wymowy, ale nie omieszkał też uwiecznić plotki, iż nie wiadomo z pewnością, azali zwyczajną umarł śmiercią, czy z zadanej mu trucizny od kobiet, z któremi nad miarę lubił obcować.

O tej stronie życia samego Grzegorza nic pewnego, ani tym bardziej pikantnego nie wiadomo. Jeśli jednak nie gościł panien w łożu, to już miejsca przy stole na pewno im nie odmawiał, o czym najdobitniej zaświadcza Kallimach, gdy wspomina gościnność dunajowskiego gospodarza: żeby w niczem nie ograniczać swojej życzliwości względem mnie, zapraszał również do stołu Fanniolę, o której dobrze wiedział, że jest w mym nieszczęściu nieocenioną pociechą.

Zatem w listopadzie 1470 roku Włoch trafił do Dunajowa w towarzystwie nadzwyczaj ponętnej dziewki z szynku, dla której musiała być to przygoda doprawdy bajeczna – porzucić roznoszenie wina i pieczystego, skończyć z szorowaniem dzbanów i zasiąść przy arcybiskupim stole jako faworyta cudzoziemskiego poety. A w dodatku, jak pisał lwowski badacz Józef Skoczek, Kallimach ruchliwy humanista oddziałał także ze swej strony na starego arcybiskupa tak dalece, że 70-letni starzec począł pisać wierszyki miłosne do kallimachowej „pociechy” Świętochny. Poeta to potwierdzał opowiadając, że Grzegorz, ojciec wszystkich żartów pisał ku rozrywce i w żarcie na moją Fanusię. Przyznawał, że jest ona ozdobą i chlubą jego miasta. Obaj znakomici mężowie byli bowiem zgodni, że

 

… ile tylko dryjad i oread,

I nimf jak wiele w północnej krainie

Zaludnia łąki, źródła, wioski, góry

I lasy – każda zazdrości jej.

Czas spędzony we Lwowie i Dunajowie okazał się najpłodniejszy w poetyckim żywocie Kallimacha. Nigdy później nie pisał tak wiele, w dodatku utworów tak odważnych i przełomowych dla ówczesnej poezji. Literackie rzemiosło przywiózł z Włoch, jednak wiele wskazuje na to, że dopiero plebejski, żywiołowy erotyzm uroczej lwowianki uczynił Kallimacha wielkim mistrzem słowa i emocji. Pierwotna siła Fannioli uwolniła kobietę ze średniowiecznych stereotypów – w nienagannie skrojonych wersach Kallimacha ujawniała się bowiem jej różnorodność, uczuciowość, była partnerką, adresatką zwierzeń, myśli, rozterek. Targając uczuciami mężczyzny także jego samego czyniła kimś więcej niż zachłannym panem jej ciała i duszy. Jeśli był wybitnym poetą, mógł w ten sposób zajrzeć w najgłębsze zakamarki własnych żądz i emocji. We Lwowie późnego średniowiecza – ba, w całej północnej krainie – było to coś nowego, kuszącego i groźnego zarazem, jak w Kallimachowym wierszu:

 

Dała mi Fannia pocałunek złoty, taki co podwaja

Ogień kochanków, gdy budzi się żądza.

Gdy rozchylone łączą się z wargami wargi  i oddech zdławiony zamiera.

Lecz gdybym dłużej w pocałunku złotym trwał,

Moja dusza – żądza usidlona – do Fanni  chciałaby na wieki

Zbiec, zostawiając martwe ciało.”

 

Rozkaz Afrodyty

W lipcu 1471 roku umarł prześladowca Kallimacha papież Paweł II. Jego następca Sykstus IV znany był z artystycznych sympatii i wspierania humanistów. Kallimach mógł więc opuścić Dunajów, nie wrócił jednak do Włoch.

Przełożyłem północne ludy i śnieżne zawieje

Ponad czar wiosny etruskiej i Wezuwiusza  fiołki

 

– pisał. Lubił przy tym sugerować, że to jakieś miłosne lub erotyczne fatum sprowadziło go do Lwowa:

 

Nad losem mym nędznym i nad mych  trudów ogromem

Ulitowało się w końcu współczucie bogów,  czy matka

Uskrzydlonego Amora – do twej ojczyzny me życie,

Kroki kierując i tutaj każąc mi zostać.

 

A więc to Afrodyta, matka Amora, kazała mu zostać w Polsce. Cokolwiek naprawdę stało za postanowieniem Kallimacha, trzeba przyznać, że trudno byłoby wśród realnych motywów znaleźć równie elegancki co działanie z rozkazu miłosnej bogini.

Prawda – jak to w życiu – była bardziej prozaiczna. Przebywając w północnej krainie, nie mogąc przecież przewidzieć odejścia papieża, który zmarł mając 54 lata, Kallimach zaczął, przy pomocy wpływowych przyjaciół Grzegorza, budować swoją przyszłą pozycję. Wróciwszy do Włoch byłby jednym z wielu triumfujących humanistów. Tymczasem po dwóch latach we Lwowie i w Dunajowie miał widoki na poważną karierę nie tylko artystyczną, ale i państwową. Włosi coraz bardziej liczyli się w Europie, a w tej jej części Kallimach był już jednym ze słynniejszych, choć owszem, sława ta była nieco dwuznaczna i wypadało spoważnieć. Być może taka kalkulacja podyktowała mu wiersz Do Wenery, którym zamykał dunajowski cykl i zapewniał, że porzuca miłosną lirę. To samo uczynił wkrótce z jej muzą Fanią. O ile jako artysta mógł w jej towarzystwie baraszkować po komnatach arcybiskupa-humanisty, to już na podobną ekstrawagancję nie mógłby sobie pozwolić jako polityk na dworze królewskim, a taką karierę myślał niebawem rozpocząć. Wyjechał ze Lwowa, by osiąść w Krakowie, gdzie ugruntował swoją legendę wielkiego humanisty, reformatora kultury i zręcznego publicysty politycznego.

W 1476 r. został sekretarzem króla i nauczycielem królewiąt, dał się też poznać jako ceniony i skuteczny monarszy dyplomata, a po śmierci Kazimierza Jagiellończyka pozostawał zaufanym doradcą i przyjacielem Jana Olbrachta. Jego pióro nigdy już nie osiągnęło takiej wirtuozerii jak we Lwowie i Dunajowie, ale pisał do końca życia, tworząc dzieła zmieniające oblicze ówczesnego piśmiennictwa, jak choćby pierwsza w Polsce świecka biografia, którą poświęcił – jakżeby inaczej – Grzegorzowi z Sanoka.

Zmarł dość młodo 31 października 1496 r. w Krakowie, pochowano go w kościele Dominikanów, a nagrobek wykonał mu sam Wit Stwosz.

 

Jej cudna postać

Gdyby dać wiarę poetyckiej ekspresji to rozstanie Kallimacha z Fanią odbyło się w doprawdy melodramatycznym uniesieniu. Gdy z jego ust padło bądź zdrowa, to nie ziemskie łzy roniła, lecz cały strumień brylantów spadł na jej łono. Losy kochanków były jednak nieubłagane. Poeta w 1472 roku, krótko przed wyjazdem ze Lwowa, zebrał wiersze „dunajowskie”, których większość krążyła w licznych odpisach, i ofiarował je swojemu lwowskiemu mecenasowi Aynolfowi Thedaldiemu. Dla Kallimacha miało to być podsumowanie jakiegoś etapu jego życia i twórczości. Wiele razy zapowiadał rozstanie z poezją miłosną na rzecz „poważniejszych” tematów, i choć w jakiejś mierze tak się stało, to w elegii dedykowanej Aulusowi Bossusowi mówił o sobie jako poecie miłości, piewcy sarmackiej Fanii.

Co się stało z muzą ze Lwowa? Dokąd się udała opuszczając Dunajów? I czy w ogóle go opuściła? Być może pochodziła ze Lwowa, a może z Bóbrki – w jednym z wierszy Kallimach nazywa ją bowiem sławą bobrzeckich skał. Wiadomo, że poeta nadal się nią interesował, chciał mieć nawet wpływ na jej zamążpójście i poczuł się osobiście urażony, że nie zechciała wyjść za drobnego szlachcica, z którym ją swatano. Ostatecznie pogodził się z faktami i napisał utwór weselny na cześć ślubu niezapomnianej kochanki z wieśniakiem, którego nazwał Muzeuszem z Dunajowa. Może więc Fanniola osiadła wraz z przyszłą rodziną przy arcybiskupim dworze? Byłoby to wszakże rozsądne, skoro sam arcybiskup uważał ją za ozdobę miasta. Pozostanie tajemnicą także i to, czy z dziatwą Fanii i Muzeusza wychowywał się potomek Kallimacha. Wśród poświęconych jej wierszy znajdziemy wyrzut, jaki poeta czyni jej z powodu groźby spędzenia płodu, owocu ich namiętności. Czy Fanniola tę groźbę spełniła?

Wiadomo, że Kallimach był we Lwowie przynajmniej raz jeszcze, w1485 roku wraz z królem Kazimierzem Jagiellończykiem, nie wspomniał jednak ani słowem o spotkaniu z dawną ukochaną. Jednak po paru latach spędzonych w Krakowie, będąc u szczytu stołecznej kariery, pisał do przyjaciela, który najwyraźniej mógł znać jej losy: Chciałbym się dowiedzieć, Glauku, co teraz Fania porabia, czy jeszcze mnie dosyć pamięta? Tylko prawdę mi donieś. Weselej mi było w skromnej mieścinie niż wśród niebotycznych wież stolicy. Milsze mi były oczęta Fanii i jej cudna postać

Choć po tych słowach słuch o Fanii Świętosze, pięknej i namiętnej szynkarce ze Lwowa, zaginął bezpowrotnie, to Amor, ów hetman lwowianek, przez kolejne stulecia pełnił swoją służbę z niezmiennym oddaniem.