Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

POEZJA

Włodzimierz Lewik

Lwowskie rymy

Do druku podała Karolina Grodziska

 

Gramofon

 

Dźwięczna możliwość zastygła w membranie,

A kiedy zgrzytnie stal po sercu – płycie,

To – cierpliwości, Panowie i Panie,

Ustami tuby głos jego słyszycie.

 

Stal zbyrcząc z szumem zjeżdża z toru na tor,

Membrana drży wyczarowaniem tonu,

To dyszy on – wszechgłosów imitator,

To grubo charczą płuca gramofonu.

 

Wszystko wam wygra, tylko płyt nanieście,

On – połowica rejentów bezżennych

I starowinek w powiatowym mieście.

 

On – na komodzie, jak sprzęt drogocenny,

Dla wielu – jabłko z ogrodu Hesperyd,

Przyjaciel nudy – poczciwy emeryt.

 

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 136 z 19 maja 1929 r., s. 9. Sonet poświęcony staroświeckiemu przedmiotowi codziennego użytku – równie niezwykły jak myśl, by w dzisiejszych czasach napisać sonet o magnetofonie kasetowym i uroku kaset.

 

 

 

Autobus

 

To właśnie metalowe pudło

Podbiło dzisiaj cały globus,

Przedziwnych dreszczów istne źródło

I upiór bitych dróg: autobus.

 

Jak kundys warczy, zgrzyta, chrzęści,

W tumanach pyłu łeb kolebie,

A stawać lubi jak najczęściej

I bryknąć chytrze, rżąc jak źrebię.

 

To wlecze się – ospała mucha,

To znowu skoki dziwne czyni,

Wstrząsając treścią swego brzucha,

Gdy zbliży się nareszcie finish.

 

Lecz wszystko w świecie gdzieś coś kończy,

Skazańców zwykle kat, a strofa

Mych słów zgryźliwych potok rączy –

Autobus zawsze – katastrofa.

 

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 197 z 21 lipca 1929 r., s. 7.

 

 

Turniej poetów

 

To za mało, za mało – o rety!

Trzeba jeszcze złociściej i górniej,

Narobiły tumultu „poety”

Przywabiły ludzisków na turniej.

 

Nie na kopie, topory i lance –

Ostrze żywot doczesny przewierca;

A gdy słowem – pociskiem grzmią stance,

Słowo w wieczność szturmuje – do serca.

 

Trzeba kochać, przeklinać i płakać,

Niech rytm w serca uderza, jak młotem,

Takie prawo i dola już taka’ ć,

Trzeba budzić do życia martwotę.

Ale mocniej, sierdziściej – o rety!

Czas uśmiercić już żywot niemrawy.

Do roboty, panowie „poety”

I zakasać junacko rękawy.

 

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 82 z 24 III 1929 r., s. 7. Turnieje młodych poetów były obyczajem lite­rackim. W 1927 r. (21 V) zorganizowano taki pod patronatem prof. J. Kleinera (jednym z uczestników był Lewik), zwyciężył zespół krakowski. W 1929 r. (21 III) w turnieju uczestniczyło 278 autorów, nagrody pierwszej nie przyznano, drugą nagrodę otrzymał Włodzimierz Lewik za wiersze: Nawrócenie pokorne, Pogrzeb, Park w Beńkowej Wiszni.

 

 

Radio

 

Rzym śpiewa słodko (dolce) „Cara mia”,

Trach – tatarach – trach: grzmi burza w Londynie,

Powietrzem smuga rozdzwoniona płynie,

Tchnie dźwięk antenom – i mija, i mija.

 

W Warszawie perli ktoś na mandolinie,

Aż spazmem szlocha głośnikowa szyja,

A drut melodię z powietrza wypija

Nim przytłumiona, w dal ciszą przeminie.

 

Tak, to są znane ogólnie już rzeczy:

Fala, co śpiewa i płynie wciąż dalej.

Choć czasem smętnie w głośniku zaskrzeczy.

 

O! jakże byśmy miłośnie słuchali,

Gdyby choć jeden, jeden głos człowieczy

Drgnął w aparacie z naszej, lwowskiej fali.

 

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 105 z 17 IV 1929 r. Ciekawe: ta tęsknota za lwowskim „głosem człowieczym” z radia nieznacznie wyprzedza zarówno podjęcie w radiu pracy przez autora wiersza, jak i wielkie sukcesy Wesołej Lwowskiej Fali, nadającej od lipca 1933 r. na całą Polskę.

 

 

List do…

 

Więc to Was gnębi, że długo nie piszę,

Że się tu wielki zrobił ze mnie pan –

A ja naprawdę żyję coraz ciężej

I „błogosławię” dziennikarski stan.

 

Bo to nie sztuka pół dnia siedzieć w biurze

I w nosie dłubać przez drugie dnia pół.

Chciałbym ja widzieć, jak by w mojej skórze

Ów pan „od biurka i nosa” się czuł.

 

I tak od rana do nocy i co dnia,

Gdzie co się stało – wywąchuj jak chart,

Byś czytelnikom świecił, jak pochodnia,

Żebyś się nigdy nie późnił na start.

 

A nocą wszystkie codzienne wywiady

Dręczą mnie we śnie: ach, la vie est triste!

Budzę się nagle wymęczony, blady

I jakże do Was napisać mam list?

 

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 173 z 26 VI 1929 r., s. 6.

 

 

Maturzystom

 

Dla was – część Dziadów czwarta

I koniugacyj szereg,

A dla nas – pani Marta,

Słodziutka jak cukierek.

 

Sejm dla was, Złota Bulla

I bitwa pod Raszynem.

A nas tak maj rozczula

I buteleczka z winem.

 

Wam cosinusy, całki,

2 pi r kwadrat z kreską

A dla nas łyk gorzałki

I w głowie – fiut – niebiesko.

 

Cezary wam, Pliniusze

Quousque Catilina.

A nam drzew pióropusze.

Na niebie wiatr rozpina.

 

O – dla was stół zielony

I oniemiała trema.

Nam miłość, maj, androny

I myśl, że nas tam nie ma.

 

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 148 z 1 VI 1929 r., s. 7.

 

 

Jedziemy do szkoły

 

A zatem w płaszcza zawijam się poły,

Odprowadzicie mię chyba na stację:

Mam lat piętnaście i jadę do szkoły,

Bądźcież mi zdrowe, kochane wakacje.

 

Uwożę z sobą złocistych dni marę,

Wieczory wonne i noce ze srebra.

Jutro się czule przywitam z Cezarem

I dłoń kościstą poda mi algebra.

 

A potem ciągle te same godziny,

Którym już żaden nie pomoże protest,

I straszne dwóje: z historii, z łaciny

I wróg: katalog klasowy – i notes

 

I tylko czasem rozpłaczą się chwile

Niezapomnianą, rzewliwą kantatą

Kiedy w zeszycie „literackim stylem”

Opiszę smętnie „jak spędziłem lato”.

Dedykacja

Dla Was pisałem te słowa najprostsze

Kochani moi… ten wiersz niewesoły

Może opowie, jak bardzo zazdroszczę

Wam, którzy jeszcze chodzicie do szkoły.

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 238 z 31 sierpnia 1929 r., s. 6.

 

 

Żegnam się z Lwowem

 

Dosyć! Nareszcie! Wystarczy już chyba,

Świat mi we Lwowie do reszty już zbrzydł.

Wzdycham ku polom, jak ku wodzie ryba,

Albo do ryby – oczywiście – Żyd.

 

Udrękę ulic puszczam wreszcie kantem,

Tramwaje, auta, kawiarnie i szyk,

Albowiem w lecie jestem obskurantem

I żyję niby prawowierny dzik.

 

Żegnajcie zatem, choć trochę was żal mi

Rozkosze miejskie – dziś w sercu mi pstro

I dusza mi się zielenią wypalmi

Co najmniej – wierzcie – aż po oka dno.

 

A rivederci! Cześć! Najniższy sługa,

Kochany Lwowie – na lato bądź zdrów,

A muza wnet ci coś rymem wystruga

W najbardziej wzniosłem z wszystkich polskich słów.

 

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 180 z 4 VII 1929 r., s. 6.

 

My chcemy mieć
swoją miss

 

Co krok, co miasto – urzędowa piękność,

Krzyk, fotografie, długie szpalty słów.

Upadaj plackiem i bukietów pęk noś!

Tak, proszę państwa. A u nas? A Lwów?

 

Do wszystkich diabłów! Czas skończyć już raz z tem,

Czas, by nareszcie smętek ziemię gryzł,

By Lwów od innych nie gorszym był miastem –

My chcemy także dziś mieć swoją „Miss”!

 

Młodo, z impetem, na udry, do mety,

A zobaczymy, kto więcej jest wart,

Czy są na świecie piękniejsze kobiety –

Więc szkoda czasu! Gong! Panie na start.

 

Co krok, co miasto, urzędowa piękność,

Aż ból mi serce rozżalony ścisł.

Upadaj plackiem i bukietów pęk noś.

A my? My chcemy mieć też swoją „Miss”.

 

Pierwodruk: „Słowo Polskie”, nr 40 z 10 II 1929 r., s. 7. Sąsiadujący z wierszem artykuł nosi tytuł: „Po klęsce miss Polonii”.