Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Zbigniew Wawszczak, CZASY ŚWIETNOŚCI I ZAGŁADY JEDNEJ Z NAJBARDZIEJ OKAZAŁYCH REZYDENCJI W ZAMKU NA ZIEMI LWOWSKIEJ

Na Roztoczu, 15 km na południowy wschód od miasta Rawa Ruska, znajdują się dobra ziemskie, które niedługo po utworzeniu województwa bełskiego w roku 1462 otrzymała szlachecka rodzina Magierów. Być może pojawienie się tego rodu na krańcach nowego województwa łączyć można z kolonizacją tej części Rusi Czerwonej za sprawą książąt mazowieckich, którzy dzierżyli te ziemie jako swoje lenna. Wszak nazwa jednego z ważniejszych miast województwa bełskiego, Rawy Ruskiej, świadczy o jego mazowieckim pochodzeniu. Widocznie osadnicy przyszli tu z Rawy Mazowieckiej i nowy ośrodek, który założyli, zachował część macierzystej nazwy Rawa.

 

Zamek, widok rezydencji Siemińskich z lotu ptaka. Zdjęcie sprzed 1939 r. Być może wykonał je ostatni właściciel, hr. Jan Siemiński, kiedy przelatywał nad swoją rezydencją sportową awionetką ze Lwowa. Z lewej strony czwarta baszta, którą odbudowano po zniszczeniach z czasów I wojny światowej do wysokości I piętra.

 

Można założyć (ale wymagałoby to dalszych badań), że Magierowie przybyli na wyludnione ziemie ruskie z Mazowsza, a za zasługi oddane księciu mazowieckiemu lub też królowi polskiemu nagrodzeni zostali znacznym obszarem ziemskim.

Ziemie, tu rzadko zaludnione, straciły większość ludności na skutek nieustannych najazdów tatarskich. Tatarzy niemal co roku najeżdżali te ziemie, grabiąc cenniejszy dobytek i puszczając z dymem wsie i miasteczka. Najcenniejszą zdobyczą, którą pędzili na Krym, była ludność, zwłaszcza młode kobiety i mężczyźni, których sprzedawali za dobre pieniądze na targach niewolników w imperium otomańskim.

Zagospodarowanie zniszczonych przez najazdy tatarskie obszarów było rzeczą niełatwą, ale też i niebezpieczną, bo kiedy kolejny rajd koczowników nie wszystko zniszczył, państwo, choć rosnące w siłę, nie dawało sobie rady z najazdami agresywnych sąsiadów, zresztą nie tylko Tatarów, także Wołochów, Moskwy, a nawet Węgrów. W sytuacji nieustannego zagrożenia więksi właściciele ziemscy musieli brać sprawy w swoje ręce, wznosić od nowa bądź też odbudowywać zniszczone grody obronne.

Magierowie rezydowali w gródku obronnym, który nazywany był Zamkiem. Tylko wykopaliska archeologiczne mogłyby potwierdzić, czy zbudowali ów gród od podstaw czy tylko odbudowali istniejące wcześniej umocnienia obronne.

Po śmierci ostatniego męskiego potomka rodu Magierów, Jana, w 1567 r. jego córka Barbara wychodzi za mąż za Bełżeckiego, wnosząc w posagu cały majątek Magierów, który z kolei odziedziczył syn tej pary, Jan Bełżecki.

Pałac w Zamku imponował swoimi rozmiarami, zewnętrzną architekturą nie przedstawiał się tak korzystnie. Być może dlatego, że wpisany został w ramy wcześniejszego zamku z czterema basztami, murami obronnymi, wałami ziemnymi i fosą. Widać wyraźnie, że do głównego korpusu dobudowano część z arkadami.

 

Jak możemy przypuszczać, był to człowiek przedsiębiorczy i energiczny. Aby zwiększyć dochody, w roku 1591 zakłada od podstaw, czyli na tzw. surowym korzeniu, miasteczko, które na cześć swoich przodków nazywa Magierowem. I dopiero od końca XVI wieku cały majątek Bełżeckich, a później ich następców nazwany będzie dobrami magierowskimi. Jednak Magierów, położony w odległości 2 km od Zamku, nigdy nie stanie się tu większym miastem, być może dlatego, że położony był w niedalekiej odległości od takich ośrodków miejskich jak Rawa Ruska czy Żółkiew.

Jak podaje autor bardzo dokładnego opracowania G. Rąkowski (Przewodnik po Ukrainie Zachodniej, cz. III. Ziemia Lwowska), od którego zaczerpnąłem wcześniejsze informacje, król Zygmunt III zatwierdził w r. 1595 dokument lokacyjny Jana Bełżeckiego, a ten ostatni w tym samym roku ufundował tam parafię katolicką. W Magierowie zachował się kościół katolicki pw. św. Trójcy z połowy XIV wieku, który obecnie używany jest jako magazyn położony na skraju prostokątnego rynku. Nieliczni Polacy, katolicy, zbierają się na nabożeństwie w stylowej kaplicy na zaniedbanym cmentarzu.

Na pytanie, dlaczego, jak w tysiącach miejscowości kresowych, kościół nie wrócił w ręce katolików, mogą być dwie odpowiedzi. Być może władze miejscowe nie zgodziły się na zwrot zabytkowej świątyni. A może katolicy nie zabiegali o odzyskanie kościoła, gdyż obawiali się, że nie udźwigną odbudowy i utrzymania kościoła, którego wnętrze zostało zdewastowane w latach Związku Sowieckiego, kiedy w kościele ulokowano zakład przemysłowy.

Jednak głównym przedmiotem naszego zainteresowania pozostaje znacznie starszy od Magierowa Zamek, w którym od chwili gdy gród stał się własnością Magierów, aż do 1939 roku rezydowali właściciele majątków, którzy dosyć często się zmieniali. W ręku Bełżeckich były od połowy XVII wieku, później po kolei władali nimi Głogowscy, Markowscy, którzy w połowie XVIII stulecia sprzedali go Wilhelmowi Siemieńskiemu. Odtąd, z krótką przerwą w XIX wieku, Zamek i dobra magierowskie aż do 1939 r. pozostały w rękach Siemieńskich.

Chociaż warowny gród i dobra ziemskie przechodziły z rąk do rąk, kolejni właściciele musieli dbać o Zamek, bo napady tatarskie zdarzały się nierzadko – również w XVIII wieku. Dobry stan umocnień warownych Zamku w razie zagrożenia zapewniał bezpieczeństwo nie tylko właściciela, ale również okolicznej szlachty i chłopów.

Niektórzy autorzy podają, że umocnienia obronne Zamku oparły się Kozakom pod wodzą Chmielnickiego, którzy spustoszyli ogniem i mieczem niemal połowę ogromnego terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów, powodując dla państwa polsko-litewskiego ogromne straty. Nie jest to jednak informacja w pełni wiarygodna. Nie ulega wątpliwości, że pod Magierowem, zapewne pod Zamkiem, 11 lipca 1657 r. Stefan Czarniecki, znakomity dowódca, stoczył zwycięską bitwę z wojskami księcia siedmiogrodzkiego Jerzego Rakoczego, które powracały do swego kraju z łupieżczej wyprawy. Rabusie wieźli z sobą ogromne łupy w postaci złota, klejnotów, dzieł sztuki, załadowanych na prawie dwóch tysiącach wozów konnych. Łup ten odbity został przez żołnierzy Czarnieckiego, uwolniono również znaczną liczbę jeńców. Nie można wykluczyć, że w zwycięskiej bitwie z rabusiami z Siedmiogrodu uczestniczyła również załoga fortecy Zamku. A może brała również udział w pościgu za częścią oddziałów Rakoczego, które po kilku dniach pościgu zostały rozbite i zmuszone do kapitulacji pod Międzybożem na Podolu i wypłaty dużego okupu 1 240 tys. złotych.

 Z prawej strony fragment pałacu z arkadami i widocznym spiczastym dachem baszty. W części arkadowej na I piętrze mieściła się duża galeria obrazów z zespołem płócien F. Smuglewicza z XVIII w., ilustrującym ważne wydarzenia z dziejów I Rzeczypospolitej. Z galerii wchodziło się do obszernej kaplicy.

 

Są przesłanki, że to właśnie Wilhelm Siemieński, ur. w 1722 r. w Bieczu w Małopolsce, dokonał poważnych zmian w Zamku otoczonym murami, wałami i fosą. Zamek przekształcił w wygodniejszą w użytkowaniu rezydencję w stylu nowogotyckim, nie pozbawiając go jednak walorów obronnych w postaci baszt i innych umocnień.

On też zaczął gromadzić obrazy; z cyklu zamówionych przez niego obrazów historycznych u najwybitniejszego twórcy XVIII wieku Franciszka Smuglewicza utworzył galerię malarstwa, którą pomnażali następcy. Niestety nie zachował się ani jeden obraz z cennego cyklu Smuglewicza, obrazującego ważne wydarzenia w dziejach Polski. Nie zachowała się żadna dokumentacja bogatej galerii obrazów w Zamku; wyjątkowo cenny cykl Smuglewicza został nieomal w całości zagrabiony przez wojska Rosji Carskiej w 1914 r. Roman Aftanazy podaje w swoim kapitalnym dziele o rezydencjach kresowych jedynie tytuły dwóch obrazów, które przetrwały w całości, i jeden tylko we fragmencie Śmierć Adama Siemieńskiego pod Wiedniem.

A oto, jak podaje R. Aftanazy, tytuły zagrabionych przez Moskali w 1914 r. dzieł Smuglewicza: Bolesław Chrobry wbija słupy graniczne w Dnieprze, Wjazd Króla Bolesława do Kijowa, Młodociany Krzywousty prosi ojca Hermana o pozwolenie, Krzywousty w Bambergu, Władysław Jagiełło pod Grunwaldem, Obrona Trembowli przez Chrzanowskiego. Były też trzy większych rozmiarów kompozycje, m.in. Żółkiewski z carami Szujskimi przed Zygmuntem III, Śmierć Adama Siemieńskiego pod Wiedniem. Z powyższego dowiadujemy się, że jeden z przedstawicieli rodu Adam Siemieński uczestniczył wraz z własną chorągwią w wyprawie wiedeńskiej i tam poległ. Obraz świadczy o tym, że Siemieńscy byli dumni ze swego przodka i kultywowali pamięć o nim. Uzasadnione jest również przypuszczenie, że do rezydencji w Zamku trafiły jakieś trofea zdobyte na Turkach przez towarzyszy broni poległego dowódcy. Pytanie, czy nie zauważył tych pamiątek wiktorii wiedeńskiej Roman Aftanazy, czy też w czasie jego pobytu w rezydencji w Zamku już ich nie było lub nie były eksponowane.

W rezydencji w Zamku były również (oprócz obrazów olejnych) zbiory grafiki, rzeźby, kobierców i dywanów wschodnich, stylowych mebli. Wydaje się jednak, że najcenniejszą częścią galerii obrazów w rezydencji na Zamku był cykl obrazów historycznych, wykonanych na zamówienie Siemieńskich przez Franciszka Smuglewicza. Jego płótna były ciekawą próbą ukazania najważniejszych wydarzeń z dziejów przedrozbiorowej Polski, z czasów jej potęgi i chwały.

 Jedna z baszt o murach metrowej grubości, w której mieściła się biblioteka Siemieńskich, w sposób barbarzyński zniszczona przez Armię Czerwoną jesienią 1939 r.

 

Pamiętajmy, że wybitny malarz historyczny Jan Matejko (przez którego wizje artystyczne patrzymy na ważne wydarzenia i ludzi z naszych dziejów) pojawi się sto lat później.

Jakże ciekawa byłaby konfrontacja cyklu historycznych obrazów Smuglewicza z Matejką. Niestety te pierwsze, które były ozdobą galerii obrazów w Zamku, nie istnieją, zostały zniszczone, znamy jedynie ich tytuły. Nie zachowały się również fotografie obrazów Smuglewicza (o ile takie istniały).

Liczne pomieszczenia mieszkalne rezydencji, salę jadalnianą, gabinet, salon duży i mniejszy wypełniały zabytkowe meble, kobierce, porcelana, srebra z różnych epok. Niezastąpiony Roman Aftanazy w swym epokowym dziele Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej (t. VII: Województwo ruskie) podaje, że były tam meble w stylu Ludwika XV z brązami, Ludwika XVI i Ludwika Filipa; były to komplety mebli wysokiej klasy, sprowadzane z najlepszych warsztatów europejskich. Były także komplety nowszych mebli. Do pierwszej wojny światowej ściany pokrywały tapety lub obicia materiałowe. Układane w duże kwadraty posadzki wykonane były z dębu. Wyposażenie uzupełniały liczne żyrandole brązowe lub brązowo-kryształowe.

Ogromny (80×80 m) dziedziniec zamkowy, utrzymywany jako gazon strzyżony z klombami kwiatowymi i kilku wiekowymi drzewami, ozdobiono ok. połowy XIX w. kamiennymi posągami wybitnych Polaków przywiezionych z zamku z niedalekiej Żółkwi. Były tam m.in. posągi króla Jana III Sobieskiego, jego ojca Jakuba, Karola Radziwiłła i hetmana Żółkiewskiego.

Posągi te wykonane zostały przez wybitnych artystów rzeźbiarzy. Całe to ogromne bogactwo, cenne ze względu na walory artystyczne, a także historyczne, zostało rozgrabione, wywiezione w głąb Rosji lub zniszczone w czasie I wojny światowej. Tylko skromne resztki zostały z galerii obrazów, z której Siemieńscy mogli być dumni

. Dziedziniec zdobiło kilkanaście kamiennych posągów przedstawiających wybitne postacie z historii Polski.
Na zdjęciu posąg Stanisława Żółkiewskiego, hetmana w koronie na tle ostrołukowych arkad, oraz Radziwiłła. Łuki arkad upiększone pnącą rośliną. Wszystkie barokowe posągi zostały zniszczone jesienią 1939 r., a gruzu użyto do budowy drogi.

 

Dokładny, jak zwykle, Aftanazy zanotował, że z wyjątkowo cennego cyklu historycznych obrazów pędzla Smuglewicza ocalały tylko trzy: Wjazd Króla Bolesława do Kijowa, Krzywousty prosi ojca o pozwolenie…, Krzywousty w Bambergu oraz część obrazu Śmierć Adama Siemieńskiego. Uratowano też kilka portretów rodzinnych z XVIII i XIX wieku, kilkanaście kolorowych sztychów o tematyce końskiej i myśliwskiej, francuskich, angielskich, sporo makat buczackich, złocone brązy w postaci kandelabrów i żyrandoli oraz pojedyncze meble.

 

* * *

O losach rezydencji w Zamku w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu rozmawiałem z dawnym mieszkańcem wsi Zamek, Tadeuszem Materną:

 

Panie Tadeuszu, proszę powrócić do lat młodości, kiedy jako nastolatek na polecenie ojca przychodził pan do hrabiostwa Siemieńskich, kiedy przekraczał pan progi ich wspaniałej rezydencji.

Z rodziną hr. Siemieńskich byli zaprzyjaźnieni moi rodzice. Ojciec mój Stanisław prowadził we wsi Zamek zakład ślusarsko-mechaniczny, świadczący usługi dla okolicznych rolników, przede wszystkim jednak dla folwarków hr. Siemieńskiego. Nasza rodzina, a także inni mieszkańcy wsi Zamek, w tym grekokatolicy, przychodzili w niedzielę i święta na nabożeństwa do dużej kaplicy, usytuowanej na I piętrze pałacu. W nabożeństwach brali udział właściciele hr. Jan Siemieński, jego żona Natalia z Tyszkiewiczów i dwoje ich dzieci, córka Maria i syn licealista Stanisław.

 

To ciekawy przyczynek do charakterystyki właścicieli Zamku. W tym czasie (lata trzydzieste) nasilał się na Kresach konflikt polsko-ukraiński, stało się tak na skutek antypolskiej działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), wspieranych przez państwo niemieckie, które szkoliło potajemnie, m.in. w Gdańsku, członków OUN do działalności terrorystycznej, zasilało ich w broń i inny sprzęt wojskowy. Członkowie OUN dokonywali zamachów na patriotów polskich, rzeczników porozumienia pomiędzy Polakami a Ukraińcami. OUN był takiemu porozumieniu zdecydowanie przeciwny, próby nawiązania kontaktu z nacjonalistami były odrzucane. W zamachach przygotowywanych przez Stefana Banderę i jego współpracowników zginęli m.in. minister spraw wewnętrznych Bolesław Pieracki i poseł na Sejm Stefan Hołówko. OUN mordował również Ukraińców, którzy podejmowali współpracę z władzami polskimi. Głośnym echem odbiła się na Kresach podjęta przez nacjonalistów ukraińskich akcja palenia dworów, a także zbiorów należących do Polaków. Marszałek Piłsudski nie mógł patrzeć na bezkarność nacjonalistów i ulegając także prośbom poszkodowanych polecił, aby przeprowadzić pacyfikację obszarów, na których OUN szczególnie rozwijała antypolską działalność. Akcja ta jednak była krytycznie oceniana w kraju, a jej przeciwnicy ze strony polskiej uważali, że przyniosła ona wiele szkód.

W takiej niepozbawionej napięć sytuacji właściciel Zamku nie zamknął kaplicy zamkowej dla ludzi ze wsi, ani Polaków, ani Ukraińców, co mogło łączyć się z poważnym niebezpieczeństwem. Miał zaufanie do okolicznych rolników i oni też odwdzięczali się rodzinie Siemieńskich swoim zaufaniem.

Po tej dygresji wracamy do przerwanej opowieści Pana Tadeusza Materny:

 

Po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. i ustabilizowaniu sytuacji w kraju, kiedy produkcja rolna w zrujnowanych folwarkach zaczęła powoli przynosić dochody, Siemieńscy podejmowali wysiłki zmierzające do odbudowy zniszczonych obiektów gospodarczych, a także rezydencji, by przynajmniej częściowo odzyskała dawny blask. Nie było to łatwe, wymagało dużych pieniędzy, wielu zabiegów i cierpliwości. Nie udało się odtworzyć wspaniałej galerii malarstwa, na skutek wywiezienia i zniszczenia większości obrazów. Stopniowo odnowiono większość pomieszczeń rezydencji, lokując w poszczególnych pomieszczeniach resztki zbiorów ocalałych z kataklizmu I wojny światowej i bolszewickiego najazdu. Do 1939 r. został wyremontowany pałac, ale nie udało się urządzić, umeblować wszystkich pomieszczeń. Ale też trudno było tego oczekiwać. Bogactwo wyposażenia pałacowych komnat powstawało przez setki lat, dzięki staraniom kolejnych pokoleń rodziny Siemieńskich.

Rodzice opowiadali, że mimo dużych nakładów finansowych, zabiegów i starań właścicieli pałac nie wrócił do dawnej świetności, ale zrobiono bardzo dużo, nie przypuszczając, że tak szybko przyjdzie nowy kataklizm wojenny, z którego siedziba rodu już się nie podniesie.

 

Powróćmy jeszcze do relacji, jakie łączyły właścicieli pałacu z rodziną Maternów.

Przyjazny stosunek hr. Siemieńskich był utrwalany co najmniej od poprzedniego pokolenia. Mimo zasadniczo odmiennej pozycji społecznej obydwie rodziny pamiętały o imieninach, świętach itp. Kiedy przed świętami w należących do pałacu stawach wyławiano ryby, to posłaniec hr. Natalii zawsze pojawiał się u nas z partią ryb. Dziadek mój ze strony mamy, Grzegorz Bajorek, był wójtem (w Zamku) w gminie zbiorczej (do której należało kilka okolicznych wsi) przez kilka kolejnych kadencji – aż do nowego podziału administracyjnego w 1934 r. W sprawach lokalnej społeczności często spotykał się z hr. Janem Siemieńskim.

Rodzice moi chętnie udzielali się w sprawach społecznych, pracowali w Kółku Rolniczym, Kole Gospodyń Wiejskich. Dzięki inicjatywie hr. Natalii organizowane były rozmaite kursy, szkolenia, mające na celu podnoszenie poziomu gospodarowania. Na zajęcia takie przyjeżdżali instruktorzy z powiatu, z Rawy Ruskiej. Hr. Natalia wysyłała po tych specjalistów bryczkę i pokrywała koszty szkoleń odbywających się w szkole lub pomieszczeniach pałacowych. Hr. Siemieńska znana była również z pomocy medycznej, udzielanej chorym pracownikom i mieszkańcom Zamku. Jeżeli choroba była poważniejsza, wysyłała bryczkę po lekarza i pokrywała związane z tym koszty.

Hr. Jan opiekował się Związkiem Strzeleckim, którego zadaniem była praca nad podniesieniem obronności kraju. Wzorem swoich przodków był zapalonym myśliwym i chętnie polował wraz z sąsiadami z okolicznych majątków w ogromnych należących do niego lasach. Dysponował dużym arsenałem broni myśliwskiej, głównie belgijskiego pochodzenia.

Tę broń trzeba było konserwować i naprawiać. Czynności te wykonywał mój ojciec, który brał udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r. W czasie służby w XIX Pułku Odsieczy Lwowa, już po zakończeniu wojny, ukończył kurs rusznikarski i naprawiał broń również swoim dowódcom. Jak się później okazało, ta umiejętność bardzo mu się przydała, kiedy objął nadzór nad kolekcją świetnej broni myśliwskiej hrabiego.

 

Zapamiętał pan, jak to konna pałacowa straż pożarna pędziła co sił do pożarów, które zdarzały się na wsi?

Rzeczywiście tak było, z reguły hrabiostwo nie pozostawiali pogorzelców bez pomocy, przydzielając drewno na odbudowę krytych strzechą chałup. Pomagali także mieszkańcom Zamku w przypadku nieszczęśliwych wydarzeń losowych.

 

Zapewne wśród pracowników byli ludzie pozostający w bliskich stosunkach z właścicielami.

Niewątpliwie do grona zaufanych pracowników hr. Jana Siemieńskiego należał jego kierowca i mechanik w jednej osobie, pan Babicz. Bardzo często jeździł on jako pasażer, bo hrabia lubił prowadzić samochód. Do grona bliskich i zaufanych należał główny dyrektor Zarządu Dóbr, pan Walerian Barbadyn, który zajmował wraz z rodziną parterową willę położoną nieopodal pałacu. Wysoką pozycję zajmował główny kamerdyner p. Kowalczyk. Jakie były ich dalsze losy, nie bardzo pamiętam. Przypominam sobie jednak, że p. Barbadyn był po wojnie dyrektorem PGR-u na Ziemiach Zachodnich, a główna kucharka pracowała po wojnie jako szefowa kuchni w restauracji w Jarosławiu.

 

Wspominał pan, że w domu rodzinnym przechowywano dużo zdjęć fotograficznych, a także listy, karty pocztowe, otrzymywane także od dwóch braci, którzy byli oficerami zawodowymi i służyli w WP w Warszawie. Zdjęcia te ilustrowały różne wydarzenia, w których brali udział hrabiostwo Siemieńscy. Co stało się z tymi zdjęciami?

Niestety niemal wszystkie przepadły. Kiedy ojciec wrócił szczęśliwie, udało mu się zbiec z obozu przejściowego w Tarnopolu, natychmiast zainteresowało się nim miejscowe NKWD. Został aresztowany i osadzony w więzieniu w Rawie Ruskiej. Był przesłuchiwany przez całe noce, a prześladowcy nie szczędzili pytań związanych z wojną 1920 r.

Pytali prowokacyjnie, ilu zabił kawalerzystów Budionnego, jak i gdzie walczyła jego jednostka itp. W czasie gdy ojciec był w areszcie, funkcjonariusze NKWD z Rawy Ruskiej raz jeszcze wybrali się do nas i skrupulatnie przeszukali cały dom, zaglądając nawet za ramy obrazów świętych, wiszących na ścianach. Wszystkie fotografie, zwłaszcza członków rodziny w mundurach Wojska Polskiego, listy, karty pocztowe, rozmaite dokumenty zgarnęli do worka i już nigdy ich nie zobaczyliśmy. Na szczęście po kilku dniach i niekończących się przesłuchaniach ojciec został zwolniony. Nakazano mu, by co tydzień meldował się w placówce NKWD.

 

 Jedno z trzech zachowanych zdjęć wnętrz pałacowych przedstawia fragment gabinetu z kominkiem, empirowymi świecznikami i empirowym zegarem. Poniżej okrągły empirowy stolik i dwa wygodne fotele. Ściany do wysokości 2 m pokrywa dębowa boazeria.

 

Jeden z pokoi z kominkiem na parterze pałacu. Wystrój tego pomieszczenia świadczy o myśliwskich pasjach panów na Zamku. Zwraca uwagę bogata kolekcja trofeów myśliwskich. Choćby z faktu, że na I piętrze znajdowała się duża galeria obrazów, wiemy, że Siemieńscy kochali sztukę, a szczególnie malarstwo.

Na ścianach pokoju poniżej poroży po obydwu stronach kominka znajduje się dziesięć oprawionych w ramy obrazów mniejszego formatu. Prawdopodobnie są to akwarele i grafiki. Do wystroju tego pomieszczenia należy zaliczyć jeszcze stylowe biurko, na nim zdjęcie w kunsztownej ramie, wygodny fotel i dywan na podłodze. Jaka szkoda, że nie mamy żadnego zdjęcia z galerii obrazów.


 

 

Nieubłaganie zbliża się wojna. Piszą o niej gazety, rozmawiają ludzie. Większość Polaków ciągle ma nadzieję, że uda się jej uniknąć. Tylko pojedyncze osoby czarno widzą przyszłość, przewidując nadejście ciężkich czasów. Jednak rzeczywistość wojenna przekroczyła wszelkie oczekiwania. Większość właścicieli ziemskich, właścicieli ogromnych, ale także mniejszych posiadłości, miała bolesne kontakty z bolszewikami pod koniec pierwszej wojny światowej i wojny z 1920 r.

Również hrabiowie Siemieńscy pamiętali o tym, jak ograbiono bez litości ich rodową siedzibę, wywieziono lub zniszczono cenne kolekcje artystyczne, rodowe pamiątki gromadzone przez setki lat, bogate, ogromne i niezwykle cenne zbiory świadczące o umiłowaniu rodzinnej ziemi i głębokich uczuciach patriotycznych właścicieli rezydencji w Zamku. Siemieńscy, podobnie jak 95% polskiego ziemiaństwa na Kresach Wschodnich – zostali zaskoczeni przez inwazję bolszewików i bezpowrotnie stracili dorobek pokoleń, tak pieczołowicie z największym oddaniem gromadzony przez stulecia.

Czy można było uniknąć katastrofy? Odpowiedź brzmi jednoznacznie: nie. Zbyt późno podjęto przygotowania do opuszczenia rezydencji w Zamku i ocalenia przynajmniej drobnej części z nieocenionych bogactw zgromadzonych w pałacowych wnętrzach.

Mój rozmówca, pan Tadeusz, wówczas nastolatek, który dorastał w cieniu wielkopańskiej rezydencji, mimo bliskiej zażyłości, która łączyła jego dziadka i rodziców z hrabiostwem, nie pamięta dokładnie, jak było z ich ucieczką, opuszczeniem najdroższego miejsca na ziemi.

 

Pierwszymi zaborcami, którzy pojawili się w Zamku i Magierowie we wrześniu 1939 r. był niewielki oddział Wehrmahtu. Pytali zastaną w pałacu służbę, dlaczego grafowie wyjechali?

Przecież Niemcy nie mają wobec nich złych zamiarów. Służba odpowiadała, że wyjechali do swego domu we Lwowie. Po dwu lub trzech dniach wojsko niemieckie wycofało się. Prawdopodobnie było to 24 września, a jego miejsce zajęła duża jednostka Armii Czerwonej.

Zrekonstruujmy fakty. Siemieńscy wyjechali przed wkroczeniem niewielkiego oddziału Wehrmahtu. Hrabiostwo skierowali się do Lwowa, od Żółkwi do lwiego grodu prowadziła dobra droga, asfaltowa. Odległość Zamku od Lwowa wynosiła ok. 42 kilometry, a więc nie było zbyt daleko, tylko 15 kilometrów kiepskiej, szutrowej drogi. W ogólnym chaosie i zamieszaniu, jaki zapanował w rezydencji, nie przemyślano chyba, dokąd uciekać. Najbardziej bezpieczny wydawał się niedaleki Lwów, gdzie znajdował się drugi pałac Siemieńskich. Była to fatalna decyzja, którą podjęto w pośpiechu, w atmosferze ogarniającego cały kraj strachu przed wojskami Hitlera.

Z opowiadań naocznych świadków, którzy pracowali u hrabiostwa, wynika, że z pałacu wyruszyła nieduża kolumna, na którą składały się dwa samochody osobowe (w tym jeden kabriolet, drugi typu limuzyna). Kolumnę zamykał duży wóz drabiniasty zaprzężony w dwa konie. Do limuzyny wsiadły cztery osoby. Jan i Natalia Siemieńscy i ich dzieci. Samochód prowadził hrabia, kabriolet jego kierowca.

Do samochodów załadowano prawdopodobnie najcenniejsze rzeczy, klejnoty, biżuterię, srebra rodowe, ale ich pojemność była niewielka. Więcej cennych rzeczy z ogromnej rezydencji ulokowano na dużym wozie dwukonnym, z natury rzeczy poruszającym się wolno. I to właśnie ów wyładowany wóz stał się przyczyną nieszczęścia.

Do Lwowa podobno dotarli, ale nie zdążyli ukryć się we własnym pałacu przy ul. Piekarskiej.

Po kilku dniach powrócił do Zamku ulubiony furman hrabiego, Aleksander Moczur. Wrócił bez wozu i koni. Opowiadał, że wszystko, wóz z ładunkiem i samochody, zostały skonfiskowane przez Sowietów. Wygląda na to, że uciekinierzy wraz z najcenniejszym ładunkiem, zabranym w pośpiechu z rezydencji w Zamku, wpadli na ulicach Lwowa w ręce jakiegoś patrolu Armii Czerwonej. Można sobie wyobrazić, że sołdaci i ich dowódca wprost oszaleli z radości, gdy zorientowali się jakie niewyobrażalne skarby dostały się w ich ręce… Rodowa fortuna jednej z najbogatszych rodzin ziemiańskich w Małopolsce Wschodniej w jednej chwili została bezpowrotnie utracona.

Najprawdopodobniej szał radości, jaki opanował garstkę najeźdźców, spowodował, że hrabiostwo uratowali życie. Niepostrzeżenie opuścili swoich oprawców, ukryli się i przedostali na stronę niemiecką.

Jest jeszcze druga hipoteza: czerwonoarmiści wypuścili hrabiego, aby podzielić się łupem. Nieznane są okoliczności, w jakich właścicielom pałaców z Zamku, we Lwowie, a także licznych majątków ziemskich udało się przekroczyć linię demarkacyjną, jaką wytyczyli pozostający w sojuszu najeźdźcy.

 

Dlaczego pojechali do Tarnobrzega?

Pojechali nie tyle do Tarnobrzega, ale do Dzikowa, rezydencji hr. Tarnowskich. Właściciel okazałego zamku w Dzikowie i rozległych majątków był bratem matki hr. Jana Siemieńskiego. Hrabina Zofia Siemieńska z Tarnowskich co prawda w tym czasie mieszkała wraz z niezamężną córką Elżbietą w oficynie nieodbudowanego po I wojnie światowej pałacu Siemieńskich w Pawłosiowie k. Jarosławia. W skład majątku wchodziła oprócz Pawłosiowa także Tywonia, a oficynę otaczał istniejący do dzisiaj park pełen starych, pięknych drzew. Tak było do jesieni 1944 r., kiedy na skutek reformy rolnej majątek został rozparcelowany.

Hrabiostwo Natalia i Jan Siemieńscy przetrwali wojnę, pracując w administracji dóbr Tarnowskich w Dzikowie.

Po zakończeniu działań wojennych, jak tysiące Polaków, którzy nie chcieli żyć w kraju należącym do sowieckiej strefy wpływów, hr. Natalia i Jan Siemińscy wraz z rodziną nielegalnie przekroczyli granicę i przedostali się do Wielkiej Brytanii. Siemieńscy znaleźli się w Londynie, gdzie rezydował prawowity rząd polski i przebywało tysiące Polaków. Być może byli tam również dawni znajomi sprzed wojny, którzy pomogli hr. Natalii i Janowi uzyskać pracę w PCK.

Po pewnym czasie udało się zdobyć samochód i syn dziedziców Zamku, licealista ze Lwowa, Stanisław, zaczął zarabiać na życie jako taksówkarz, a córka Maria uczyła języka francuskiego.

Ogołocona całkowicie z wszelkiego majątku rodzina Siemieńskich stanęła przed trudnym wyzwaniem. Po pewnym czasie, jak tysiące uchodźców z Polski, poszukując lepszych warunków życia wyjechali do Kanady.

W Montrealu przebywał ich bliski krewny, starszy brat Jana, hr. Stanisław Siemieński-Lewicki, do 1939 roku bogaty ziemianin, właściciel rozległych dóbr w Chorostkowie na Podolu. W posiadaniu jego rodziny znajdowały się dwa pałace, stary i nowy, ujeżdżalnia koni, słynna stadnina koni arabskich. Cały ten duży majątek został utracony po wkroczeniu Armii Czerwonej pierwszego dnia inwazji, 17 września, bo Chorostków leżał blisko granicy, w podobnych okolicznościach jak w Zamku.

 

Proponuję, byśmy cofnęli się w czasie i wrócili do chwili, kiedy we wrześniu 1939 r najeźdźcy ze Wschodu rozgościli się w rezydencji Siemieńskich w Zamku. Na Podolu szał niszczenia był mniejszy, w Chorostkowie przetrwały wymienione wyżej obiekty, wyłączając stadninę.

Pałac był najważniejszą częścią rezydencji, ale oprócz niego na zapleczu znajdował się ogromny zespół obiektów gospodarczych, przeznaczonych do obsługi właścicieli.

 

Na prośbę wnuka Natalii i Jana Siemieńskich, Stanisława, zamieszkałego w Kanadzie, p. Tadeusz Materna przygotował szczegółowy opis pałacu i obiektów gospodarczych, które znajdowały się w Zamku. Ten opis, zwięzły, konkretny, świadczący o doskonałej pamięci mego rozmówcy, okazał się przydatny w staraniach wnuka o rekompensatę za stratę mienia zabużańskiego (ustawa przewiduje zwrot 20% utraconego majątku). Rezydencja w Zamku została doszczętnie ograbiona, najeźdźcy zniszczyli wszelkie dokumenty, tak że potwierdzony przez notariusza opis pałacu, zespołu gospodarczego i relacja w dziele R. Aftanazego zostały uznane za istotne.

 

Panie Tadeuszu, proszę przedstawić kilka fragmentów z pańskiego dokumentu.

Główny korpus zamku Jana Siemieńskiego, pierzeja wschodnia będąca mieszkaniem właściciela i jego rodziny, miała około 50 metrów długości i ok. 13 metrów szerokości. Dach wysoki, trzyspadowy, kryty dachówką ceramiczną, po prawej stronie była ośmioosiowa część arkadowa, stanowiąca integralny fragment głównego korpusu. Część arkadowa w poziomie parteru była otwarta w kierunku dziedzińca – gazonu, piętro zaś stanowiło długą na ok. 20 metrów, zamkniętą salę galerii, szerokiej ok. 6 metrów (kiedyś tam była tzw. galeria obrazów, która łączyła się z kaplicą zamkową). Duża baszta narożna, jedna z wielu, mieściła na piętrze bibliotekę… Za bramą główną pompownia zaopatrująca w wodę cały zespół pałacowy, przy niej myjnia samochodów i zaprzęgów, a dalej garaże samochodowe oraz duża powozownia. W skrzydle zachodnim mieściły się stajnie dla koni cugowych, wierzchowców oraz pomieszczenia na uprząż i siodła.

Wspomnieć jeszcze należy, że za istniejącymi w części południowej ogrodami i sadem owocowym usytuowane były zabudowania folwarczne, tj. stodoły, stajnie, obory, chlewnie, kurniki, spichlerze itp. Od strony południowo-wschodniej znajdowała się parterowa ogrodowa willa, którą zajmował zarządca wraz z rodziną, do 1939 r. był nim Walerian Barbadyn.

Wyliczone tutaj obiekty (chociaż nie wszystkie) dają pojęcie o wielkości i różnorodności budowli wzniesionych nieopodal rezydencji.

Wszystkie te budynki utrzymane były w dobrym stanie i funkcjonowały bez zakłóceń aż do chwili, kiedy w Zamku pojawiły się oddziały Armii Czerwonej (24 września 1939). Pałac oraz obiekty gospodarcze przejęła jednostka artylerii ciężkiej. Na ogromnym wypielęgnowanym dziedzińcu zamkowym, który ozdabiały rabaty kwiatowe, stanęły działa, ciągniki, samochody. W jeden dzień dziedziniec przekształcony został w magazyn ciężkiego sprzętu wojskowego, a w pałacu i innych pomieszczeniach zakwaterowani zostali artylerzyści. W stajniach koni cugowych i siodłanych stacjonował oddział konny.

 

Czym zajmowali się żołnierze Stalina (wtedy odziani w kiepskie mundury, wystrzępione płaszcze, z karabinkami na sznurkach) w pierwszych tygodniach pobytu w rezydencji?

Wszelkie wyposażenie pozostawione w części mieszkalnej pałacu i innych pomieszczeniach użytkowych zostało zabrane i gdzieś wywiezione. Wyjątek stanowiła biblioteka. Tę niszczono systematycznie, wyrzucając książki z piętra baszty (gdzie była zlokalizowana) na ziemię. Sołdaci zabierali je i wrzucali do rozpalonego ogniska, wokół którego kręcili się chłopcy ze wsi Zamek. Ich próby wyciągnięcia z ognia jakiegoś tomu, często oprawnego w skórę ze złoconymi napisami, kończyły się niepowodzeniem. Przy stosie ksiąg i tlącego się ogniska stał sołdat z karabinem i odpędzał chłopców. Bezwzględnie przepędzał nastolatków, dbając o to, aby żadna z „kontrrewolucyjnych” ksiąg nie ocalała. Inny sołdat repetował zamek karabinu i pokrzykiwał: Uchodi, strelać budu! Nie udało się ocalić żadnej, choćby najmniejszej książki czy dokumentu.

Wszystkie posągi, zgromadzone przez hr. Siemieńskiego pod arkadami, także te trzy, które zostały odrestaurowane przez specjalistów z Krakowa (prof. Szyszko-Bohusz z Wawelu, studenci i dwóch, trzech pracowników hrabiego) i przygotowane do ustawienia na cokołach, zostały zniszczone. Rozbijano je ręcznymi młotami, a gruz wywożono, aby załatać dziury na drogach, rozjeżdżonych przez ciężki sprzęt wojskowy (a był to okres jesienny). Niszczenie cennych rzeźb obserwowała przez wiele dni pomoc kucharki hrabiego i jej rodzina, która jeszcze ponad miesiąc mieszkała w oficynie pałacu.

Żołnierze z jednostki artyleryjskiej (a był to 500-osobowy batalion) nie pomieścili się w obiektach należących do Siemieńskich. Dla tych, dla których zabrakło miejsca „u panów”, zajmowano kwatery na wsi u gospodarzy, którzy dysponowali większymi domami.

U nas zajęto dwa pokoje: w większym zakwaterowano 12 sołdatów z drużyny łączności z bębnami nawiniętych kabli telefonicznych. Musieliśmy opróżnić pokój z mebli i czerwonoarmiści wykonali przy dwu ścianach ławy do spania. Byli to przeważnie chłopcy po szkołach zawodowych z okolic Charkowa i Krzywego Rogu. Jedzenie przywozili ze sztabu (który mieścił się w pałacu) w dużym baniaku, obiad w jednym daniu, a „kipiatok” przygotowywali sobie sami w ustawionej w korytarzu kuchni węglowej.

W drugim pokoju rezydował szef sztabu tej jednostki w stopniu majora, moskwianin, który ukończył szkołę wojskową im. Frunzego (jak mówił). Inteligentny, grzeczny człowiek, twierdził, że jest synem geodety. Był kawalerem, nienadużywającym alkoholu. Prosił, aby mógł korzystać z naszej kuchni. Mama zgodziła się na to. Posiłki spożywał w innych aniżeli my porach, dopiero po powrocie z zajęć. Zaprzyjaźnił się z nami, po jakimś czasie jego matka pisywała do naszej. Zawsze prosiła, by uważać, czy nie umawia się z jakąś Żydówką.

Moja mama uspakajała ją, że u nas nie ma takich kandydatek dla przystojnego oficerka. A Żydówek jest niewiele. Wdzięczna była, że jej syn stołuje się u nas.

Muszę dodać, że przez cały czas pobytu Czerwonej Armii mówiono nam, szczególnie w szkole, że między ZSRR a Niemcami zapanowała „wieczna przyjaźń”, a Polska już nie powróci.

 

Jakie jeszcze „porządki” wprowadzali najeźdźcy po zagarnięciu połowy terytorium Rzeczypospolitej?

W części zabudowań gospodarczych rezydencji Siemieńskich zorganizowano (około półtora miesiąca po wkroczeniu) gospodarstwo zespołowe, kołchoz, włączając do niego ziemię należącą do chłopów. Zabrano również maszyny i cały żywy inwentarz (krowy, konie, świnie), a rolnicy stali się pracownikami kołchozu. Chłopi byli wściekli, ale nie mogli nic zrobić, bo grożono im deportacją na Syberię.

 

Jak pamiętam z pańskich opowieści, nie kończyło się tylko na groźbach.

Rzeczywiście, wiele rodzin z Zamku i okolicy wywieziono do Kazachstanu. Wywózki nie ominęły również naszej rodziny. 10 lutego 1940 r. wywieziony został, wraz z babcią, między innymi mój dziadek Grzegorz Bajorek, który był przez kilka kadencji wójtem gminy zbiorczej w Zamku. Już nigdy ich nie zobaczyliśmy.

 

Panie Tadeuszu, proszę opowiedzieć o okolicznościach, w jakich nastąpiła zmiana okupantów w 1941 r.

Atak wojsk niemieckich wczesnym rankiem 22 czerwca 1941 r. był wielkim zaskoczeniem dla władz sowieckich. Pułk ciężkiej artylerii kwaterujący w Zamku znajdował się na poligonie w lasach pod Rawą Ruską. Niemieckie samoloty stoczyły walkę z sowieckimi. Niemcy zestrzelili jedną z sowieckich maszyn, która spadła niedaleko stawu, wbijając się głęboko w ziemię. Pilot się uratował. Kwaterujący u nas szef sztabu, mjr Mikołaj Tihułow, był zaskoczony zaistniałą sytuacją. Szybko ubrał się, zabrał teczkę i pobiegł do sztabu (pałacu), w którym znajdowała się niewielka grupa czerwonoarmistów, podobnie jak on zdezorientowanych, zaskoczonych. Wydał im jakieś rozkazy i pogalopował konno na poligon do swojego pułku. Walcząc z Niemcami, pułk wycofywał się na wschód. Pod Złoczowem na Podolu pułk został rozbity, zginął jego dowódca płk. Szaludin. Dowiedzieliśmy się o tym z kartki napisanej ręką „naszego” majora. Jadąc z transportem wojskowym do Niemiec, mjr Tihułow w Częstochowie podał kartkę jakiemuś kolejarzowi, a ten dostarczył ją do nas.

 

Bardzo wymowna jest ta kartka z informacjami, którą wysłał mjr Tihułow, jadąc z wojskowym transportem do Niemiec. Świadczy ona wymownie o przyjaźni, jaka łączyła grzecznego oficera najeźdźczej armii z rodziną Maternów, u których kwaterował.

Niemcy rozwiązują kołchoz, zarząd gruntów należących do hrabiów Siemieńskich obejmuje oficer Wehrmahtu, inwalida wojenny, wraz z dwoma pomocnikami plus kilku żołnierzy, którzy dobrze znali się na gospodarce rolnej. Cel jest jeden: produkować jak najwięcej żywności (zboża, mięsa, mleka, warzyw i owoców) i dostarczać ją na potrzeby armii hitlerowskiej i głodującej ludności III Rzeszy.

Zgodnie z ideologią nazistowską – zmierzającą do wyniszczenia Żydów, z kobiet i mężczyzn zdolnych do pracy tworzą dwa komanda i wykorzystują ich do rozmaitych, trudnych robót. Żydzi pracowali za nędzne wynagrodzenie aż do połowy 1943 r., kiedy wywieziono ich do obozu zagłady w Bełżcu. Uratowało się kilka osób narodowości żydowskiej dzięki pomocy, jakiej udzieliły im rodziny Heleny Puszkowej z Zamku, państwa Ziembów z Magierowa.

Okupanci niemieccy starali się wykorzystać możliwości, między innymi zajęli się zdewastowanymi stawami dworskimi, oczyścili je i zarybili narybkiem karpia.

W 1943 nacjonaliści ukraińscy spod znaku OUN nasilają wrogą działalność wobec ludności polskiej. Utworzona pod koniec 1942 r. UPA rozpoczęła na Wołyniu krwawą rzeź ludności polskiej. Powiat Rawa Ruska graniczy z Wołyniem, skąd napływają okropne wieści. Zachęcone przykładem z Wołynia oddziały UPA zaczynają krwawą rozprawę z Polakami na terenie Małopolski Wschodniej.

Rodzina Maternów przeżyła już bardzo nieprzyjemne zdarzenie: przed świętami Bożego Narodzenia w grudniową noc 1943 r. zbrojna banda ukraińska napada na dom Maternów. Załadowano wszystko, co dało się wynieść z domu. Na szczęście nie wymordowano całej rodziny, ale było to bardzo ważne ostrzeżenie. Z każdym miesiącem Polacy czuli się coraz mniej bezpiecznie. W marcu 1944 r. Maternowie, ostrzeżeni przed mającym nastąpić napadem UPA, opuszczają Zamek. Zatrzymali się najpierw w Rawie Ruskiej, a później ruszyli na zachód, zostawiając dorobek kilku pokoleń: dom, świetnie wyposażony warsztat ślusarsko-kowalski, spory szmat ziemi rolnej, którą uprawiali dzierżawcy. Ale to już odrębna historia.

 

Proponuję jeszcze na zakończenie powrót do miejscowości i rezydencji Siemieńskich. W jakiś czas po zajęciu tych miejscowości przez wojska III Rzeszy przyjechał z Tarnobrzega hr. Jan Siemieński.

Było to dla niego bardzo trudne przeżycie: chodził po zdewastowanej rezydencji, po dobrze znanych mu komnatach, korytarzach ogołoconych z wszelkiego wyposażenia z zerwanymi parkietami i boazeriami. Hrabia zalewał się łzami. Bezsilny patrzył na zagładę wszystkiego, co było jego sercu bliskie i drogie. Było to jakże smutne, ostatnie pożegnanie z niewyobrażalnie zniszczoną kolebką kilku pokoleń rodu Siemieńskich. Jednak, choć zrujnowane, stały jeszcze mury pałacu, baszty, większość kompleksu zabudowań gospodarczych.

 

Dokończyli złowrogiego dzieła banderowcy. Po odejściu Niemców podłożyli ogień w pałacu. Spłonął doszczętnie. Pozostały jednak mury, niekiedy w najstarszych fragmentach budowli, np. basztach metrowej grubości. Co się z nimi stało?

Zostały rozebrane, wykorzystane jako materiały budowlane. Wzniesiono budynki kołchozu, kilka domów kołchoźników, rozbudowano szkołę.

 

Po latach, kiedy upadł Związek Sowiecki, powstała niepodległa Ukraina, Tadeusz Materna wyruszył z Rzeszowa (gdzie po tułaczce osiadł), by zobaczyć miejsca, gdzie się urodził. Z ogromnego Zamku – pałacu zostały zarysy fundamentów.

 

Spotkałem młodą wykształconą Ukrainkę i pytam: dlaczego zniszczyliście to wszystko, przecież mogło wam służyć długie lata. Po co?

Odpowiedź była krótka: „bo naszych didów takij dur wziaw” (bo naszych dziadków ogarnęła taka głupota). Po chwili dodała jeszcze „wany zawsiem zahoriły” (oni całkowicie zwariowali).

Myślę jednak, że przypadkowo spotkana młoda Ukrainka nie powiedziała prawdy.

Zniszczenie wielkiej rezydencji w Zamku nie było wybuchem wściekłej nienawiści do polskich panów (jak wiemy, stosunki pomiędzy hr. Siemieńskimi a mieszkańcami wsi Zamek były przyjazne, właściciele pałacu nie wyróżniali szczególnie Polaków). Wszystkie trzy nacje (oprócz polskiej i ukraińskiej była także mniejszość żydowska) starali się traktować rzeczowo, ale sprawiedliwie. Na pomoc w trudnej sytuacji (pożar, poważna choroba) mogli liczyć wszyscy, bez względu na narodowość i wyznawaną religię.

Decydującą rolę w podłożeniu ognia w pałacu odegrała UPA. Zachowały się rozkazy do dowódców oddziałów banderowskich, w których bez osłonek, wprost mówi się, że Lachów należy zabić, domy i zabudowania gospodarskie spalić, ba, wyciąć drzewa, tak by nie pozostał żaden ślad polskiej obecności na ziemi kresowej, a Lachy nigdy nie mogą wrócić! Dur (czyli głupota) był również, ale dopiero na drugim planie. Cel założony przez OUN został osiągnięty. Nie ma śladu po Lachach w Zamku; do fundamentów zniszczony został pałac, wszystkie jego niepoznane do końca skarby i ulokowana w nim piękna kaplica, która pełniła rolę kościoła. A w lakonicznym internetowym opisie wsi Zamek nawet nie wspomina się o tym, że do połowy 1944 r. znajdowała się tu jedna z najbardziej okazałych rezydencji ziemiańskich Ziemi Lwowskiej.

 

* * *

O ostatnich właścicielach rezydencji Zamek k. Magierowa, hrabiach Natalii i Janie Siemieńskich, mój rozmówca p. Tadeusz Materna wyraża się z szacunkiem, a nawet serdecznością. Widocznie na to zasłużyli. Jak na czasy, w których żyli, byli to ludzie nowocześni. Hr. Natalia z własnej woli blisko współpracowała z miejscowymi rolnikami, zmierzając do poprawy warunków życia na wsi kresowej. Hr. Jan Siemieński, oficer wojska polskiego, kapitan w stanie spoczynku, pasjonował się lotnictwem. Miał licencję pilota, jako członek Aeroklubu Lwowskiego często nadlatywał małą awionetką ze Lwowa i krążył nad swoją rezydencją i wsią Zamek.

Jak niemal wszyscy arystokraci byli osobami dobrze wychowanymi i wykształconymi. Przyjaźni, otwarci wobec ludzi nie tylko ze swojej sfery. Nie obnosili się ze swoją „pańskością”, nie okazywali wyższości, dystansu, właściwego niekiedy ludziom bogatym.

Hrabiostwo żyli w sposób właściwy swojej warstwie społecznej, bawili się, polowali, udzielali społecznie, spotykali ze znajomymi z kręgów arystokracji. Zapewne część zimy, a zwłaszcza w okresie karnawału, bawili w swoim (nieco skromniejszym) pałacu we Lwowie. Chodzili na słynne lwowskie bale w Kasynie Ziemiańskim, brali udział w życiu towarzyskim tego pięknego miasta. Ich dzieci, Maria i Stanisław, kształciły się we Lwowie, syn był uczniem jednego ze znakomitych lwowskich gimnazjów.

Czasami hr. Jan Siemieński zasiadał do stolika karcianego w wykwintnym hotelu „George’a”. Zdarzyło się, że karta nie szła i wyczerpał się zapas gotówki. Wtedy przegrał w preferansa spory kawał lasu. O tym wyjątkowym zdarzeniu opowiadał ojcu p. Tadeusza rządca Barbadyn. Nie było w tym nic szczególnie ekscytującego, czytamy o takich zdarzeniach z pamiętników z tamtych lat. Niektórzy panowie z „wyższych sfer” bardzo cenili sobie tę czasami kosztowną rozrywkę…

Zarówno hr. Siemieńscy, zamożni ziemianie, jak i Maternowie rzemieślnicy oraz Peszkowie rolnicy (którzy pomogli przetrwać okupację jednemu Żydowi) byli reprezentantami polskiej kultury na Kresach. Tworzyli ją na miarę swoich możliwości i potrzeb. Wszyscy zostali wypędzeni, utracili swoje pałace, domy, warsztaty i gospodarstwa rolne. Bezpowrotnie stracili dorobek wielu pokoleń żyjących na kresowej ziemi.

Najdotkliwsza jest strata dzieł sztuki, wysokiej klasy kolekcji artystycznych, malarstwa, grafiki, zabytkowych mebli, sreber, porcelany, gromadzonych przez pokolenia rodu Siemieńskich.

Gdzie znajdują się te skarby z Zamku, a także innych licznych rezydencji ziemiańskich kresowych? Skoro zabierano je i wywożono, przynajmniej część trafiła do muzeów na Wschodzie, a część została zniszczona.

Ile było na Kresach rezydencji ziemiańskich tak bogato wyposażonych jak ta, którą się zajmujemy?

Kilkanaście, kilkadziesiąt a może ponad 100? To da się policzyć, również dzięki temu, że zostały z taką dokładnością opisane w cennym opracowaniu R. Aftanazego.

Ale tego, ile cennych pamiątek historycznych znajdowało się w dziesiątkach i tysiącach dworów, dworków, pałacyków kresowych, nigdy się nie dowiemy.

Straty kultury polskiej na rozległych obszarach ziem utraconych są ogromne i trudne do dokładnego oszacowania. Najbardziej boli fakt, że jakże bogate, różnorodne, nigdy nie zinwentaryzowane, zostały bezpowrotnie utracone.

Dodajmy jeszcze, że z niemal wszystkich rezydencji kresowych współczesne muzea polskie nie mają żadnych obiektów zabytkowych, nawet drobiazgów. Jedyny wyjątek stanowi Ossolineum we Wrocławiu, z tym jednak, że zwrócono nam jedną trzecią całości zbiorów.

 


 

Wyłączając zdjęcia rezydencji z lotu ptaka i 3 fotografie sprzed 1914 r – wszystkie pozostałe fotosy wykonał w 1938 r. Roman Aftanazy. Widocznie w tym roku, krótko przed nadciągającym kataklizmem, odwiedził on Siemieńskich w Zamku.