Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Marta Walczewska, LISTY PRABABCI

Jadwiga Machalska, 1900 r.W moim rodzinnym archiwum zachowały się dokumenty, listy, świadectwa wiele mówiące o przeszłości. Szczególnie cenną jest korespondencja z lat 1918–19 między prababcią Marią z Gorazdowskich Machalską (1858–1938) a jej córką Jadwigą z Machalskich Breitową (1883–1971). Listy były pisane ze Lwowa do Żółkwi w okresie toczących się walk polsko-ukraińskich o Lwów. Maria Machalska mieszkała wówczas na plebanii kościoła św. Mikołaja przy ul. św. Mikołaja we Lwowie, gdzie jej starszy brat – ksiądz kanonik Zygmunt Gorazdowski (1845–1920) był proboszczem. Obecnie ten uniwersytecki kościół jest cerkwią prawosławną Pokrowy, a ulica nosi nazwę Hruszewskiego. W dawnym kościele zachowała się kazalnica w kształcie Łodzi Piotrowej, z której kazania głosił ks. Gorazdowski. Ksiądz Zygmunt zmarł w opinii świętości. Został beatyfikowany przez Jana Pawła II we Lwowie 26 czerwca 2001, a następnie kanonizowany przez Benedykta XVI w Rzymie 23 października 2005 r.

Listy mojej prababci, lwowianki, pisane blisko sto lat temu, ilustrują wydarzenia i nastroje panujące wówczas we Lwowie, ukazują problemy codzienności w tych trudnych czasach. Obrazują pracę księdza udzielającego pomocy głodującym lwowianom, tak jak to czynił w tym samym czasie w Krakowie św. Brat Albert – Adam Chmielowski.

W nocy z 31 października na 1 listopada 1918 roku, we Lwowie, został dokonany zamach – Ukraińcy opanowali budynki rządowe i miejskie, zajęli cały Lwów. 1 listopada na wieży ratusza powiewała niebiesko-żółta ukraińska flaga. Proklamowano utworzenie państwa ukraińskiego. Przerażenie padło na miasto. Młodzież polska nie straciła wiary w zwycięstwo. 31 października zarządzono mobilizację. W Domu Akademickim i w Szkole Sienkiewicza zebrała się młodzież szkolna i lwowskie batiary pod dowództwem kapitanów Zdzisława Tatar-Trześniowskiego i M. Boruty-Spiechowicza, stawiając opór wojsku ukraińskiemu. Obroną Lwowa kierował kapitan Czesław Mączyński. Walki uliczne trwały trzy tygodnie. Walczyły dzieci lwowskie, kobiety i „batiary”. Zdobywano broń i amunicję od oddziałów ukraińskich. 22 listo­pada 1918 roku Lwów był wolny! Ukraińcy musieli wycofać się z miasta. Ukonstytuował się Tymczasowy Komitet Rządzący, który objął władzę w mieście. Walki toczyły się nadal. Lwów przetrwał oblężenie trwające cztery miesiące. W marcu 1919 roku udało się odeprzeć ataki Ukraińców. W uznaniu bohaterskiej walki Miasto Lwów zostało odznaczone przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego orderem Virtuti Militari. Gdy w 1920 roku nawała bolszewicka zagrażała miastu, znów mieszkańcy stanęli do obrony. Napór bolszewicki został złamany, ich armia musiała się wycofać. 14 marca 1923 roku, wobec woli Narodu, uznano przynależność Lwowa i Galicji Wschodniej do Polski.

Moja prababcia Maria Machalska przeżywała te wszystkie wydarzenia, pisała o nich w listach do córki Jadwigi. Oto kilka fragmentów tej korespondencji:

„Żyjemy, modlimy się dzień cały, a często i w nocy, gdy strzały armatnie spać nie dają, idziemy do kaplicy”.

„Ach, ciężkie czasy na nas przyszły, ale tak świetnej karty w historii jak obecna obrona Lwowa nie ma drugiej. Aż serce boli, że człowiek stary już i musi siedzieć pod piecem”.

„My siedzimy za murami niby bezpiecznie, ale kulki świstają dzień i noc po ogrodzie”.

„Pogrzeby obecnie odbywają się bez księdza, a trumnę na wózku ciągnie dwóch ludzi. Armaty huczą nasze, aż szyby brzęczą, bo nasi zdobywają zamek i dworzec Podzamcze. W Bogu cała nadzieja”.

„Wczoraj mieliśmy w całym zakładzie rewizje, od piwnic aż do strychu, nawet za klauzurę zeszli i robili poszukiwania. Kiedy my się zobaczymy, Droga Córuś, pewnie dużo czasu upłynie, ale myśli nasze i modlitwy zawsze z Wami, módlcie się i Wy i dzieci co dzień, aby Bóg się zmiłował nad biedną ojczyzną”.

„Dziś zupełny spokój, czy Rusini się zlękli wojsk z Warszawy przybyłych? Wszystko wojsko tu świeże, zuchy na pokaz, wesołe, rezolutne i bitne, żartują, że przez trzy dni marszu za mało spotykali wrogów i nie mieli się z kim bić”.

„Strzały armatnie i szrapnele padają wciąż na miasto, byłam wieczorem na mieście, aby zaczerpnąć jakiej wiadomości o Was, a będąc ogromnie zmęczoną wstąpiłam do Michaliny M. – po chwili słyszymy ogromny huk rzucanych granatów, ale do domu wracać trzeba, na ulicy Asnyka spotykam masę uciekających ludzi (…) na placu Bernardyńskim upadło kilka bomb, jedna wpadła do kawiarni, biegłam co tchu, no i doszłam jakoś szczęśliwie do domu”.

„3 lutego. Dziś około 8 wieczór padły trzy szrapnele. Jeden pod naszym oknem w ogródku, drugi uderzył w okno i ścianę domu zakonnic, wyrwał ramy, potłukł szyby i wpadł do pokoju, gdzie leżała umierająca siostra Prakseda. Obsypana gruzami wyskoczyła z łóżka do drugiego pokoju – znów cud, jutro dziękczynne nabożeństwo Wuj odprawia”.

„10 luty. Dziś wielkie święto narodowe ogłoszone przez naczelnika państwa polskiego. Dziś pierwsze posiedzenie Sejmu polskiego w Warszawie. Szkoły i wszystkie sklepy zamknięte, miasto uflagowane, a my modlimy się gorąco, by Bóg zesłał Ducha św. na tych, którzy się tam zgromadzili, by radzić nad sprawami Polski”.

„Przed pięcioma dniami wysłałam znów list do Was przez Szwedzickiego, ale pieniędzy stanowczo nie chciał dla Was wziąć, mówiąc, że kto się w tak niepewną drogę wybiera, nie jest pewny ani życia, ani pieniędzy”.

„15 marca. Miesiąc cały nie pisałam – dlaczego? Nerwy nasze są tak stargane, że po prostu pisać nie mogę, dzień i noc żyjemy wyczekując jakiegoś cudu, który by nas uwolnił od tej zmory, co nas piąty miesiąc gnębi, ach jak okropnie gnębi! Niepewność, co się z Wami dzieje, jak i z czego żyjecie – życie nasze do reszty zatruwa, toteż ojciec z każdym dniem ma się gorzej”.

„20 kwietnia. Ot, i doczekaliśmy się Świąt Wielkanocnych. Ach, jakież one smutne, te pierwsze święta w wolnej Polsce. Dziś w nocy nikt w całym mieście nie spał. Rusini przez dwa dni poprzednie bombardowali Lwów, siejąc zrujnowanie i śmierć. Polacy odwzajemnili się im, pukanina trwała całą noc, ale nad ranem o czwartej przybrała charakter huraganowego ognia, który nie umilkł ani na minutę przez dwie godziny. Błysk, huk, łomot piekielny na wzgórzach południowych wprost naszych okien. Gdy dzień zaświtał, pospieszyłam po nowiny do miasta, więc od żołnierzy wracających z pola dowiedziałam się, że Rusini odpędzeni od Lwowa, nasi wzięli 9 wsi okolicznych, gdzie wróg był silnie oszańcowany. Z radości wielkiej zebrałyśmy święcone nasze i zaniosłam do szpitala, gdzie sama obdzielałam żołnierzy leżących w łóżkach w kilkunastu salach, myśląc ciągle o Was, moi najdrożsi, aby Was tak samo Bóg obdarzył cudownie żywnością i wybawił od wszelkiego złego. Dziś mówią, że Żółkiew już nasza, ale ja nie wierzę i drżę z obawy o Was”.

„1 grudnia. Kochana Córuś! Już tydzień mija, jak jesteście uwolnieni od zmory ukraińskiej, a dotąd nic nie wiemy o Was i niespokojni jesteśmy, czyście cało i zdrowo wyszli z tych okropności. (…) Tyle jest do opowiadania z ostatnich naszych przeżyć. Bogu dzięki, wyszliśmy zupełnie zdrowi i cali, choć «kochani nasi» nie żałowali trudu, aby nas na tamten świat wyprawić! Najpierw nasadzili w sąsiednim ogrodzie na drzewie jakiegoś zbója, który dzień i noc strzelał do okien naszego zakładu [dom sióstr Józefitek przy ul. Kurkowej], kulki wpadały o czwartej rano lub ósmej albo piątej po południu. Na Wuja Zygmunta [ks. Gorazdowskiego] mieli szczególną ochotę, bo skoro tylko wyszedł na wierzchołek ogrodu, by przez szkła popatrzeć na miasto, w tej chwili pan dał strzał w jego pobliżu. Potem wpadło kilkunastu mołojców na rewizję, szukając legionistów i broni, ale to był tylko pozór, chodziło im głównie o Wuja. (…) Zamknięci byliśmy przez całe trzy tygodnie, tramwaj nie chodził, lampy się nie świeciły na ulicach, kamienice pozamykane na klucz, a na schodach straż trzymać musieli wszyscy lokatorzy po porządku. Jeść nie mieliśmy wiele, bo i chleba brakowało, i mięsa, ale dziękowaliśmy Bogu, bo i tak było u nas lepiej aniżeli w mieście. Jeszcze tydzień takiej gospodarki, a byliby ludzie z głodu marli. Po tych okropnych dniach i 22 nieprzespanych nocach, rano 22 listopada wstał dzień cudowny, promienny, słoneczny, a obudziły nas krzyki i grzmot wystrzałów coraz bliższych tuż na ulicy Kurkowej, więc wszyscy w strachu, że to wrogi nadchodzą, biegną do kaplicy, Msza św. odprawia się wśród nieustającego huku. Ale jeszcze Wuj był przy ołtarzu, gdy wpadła zakonnica i woła: – Lwów nasz, legioniści przy furcie! Więc zaraz wszyscy padli na kolana i z płaczem odśpiewano Te Deum. Wybiegam na ulicę, a tu garstka naszych chłopaków biegnie z polską chorągwią, zrywają ruskie połączenia telefoniczne prowadzące do Kijowa”.

„Rusina ani znaku, w nocy uciekli, jak biblijny Kain, bratobójca, a za to po ulicach co parę kroków legioniści stoją, każdy ich wita i całuje. Zakonnice baniaki kawy i herbaty gorącej wyniosły, z kamienic wybiegają panie z dzbankami kawy (…) a wszyscy płaczą z radości, bo Bóg spełnił cud, w który wierzyliśmy mocno, a spełnił przez ręce dzieci. Ale ofiary były ciężkie. Wiele matek płacze swych jedynaków, żony mężów, ile osób zabitych cywilnych przechodzących ulicą albo siedzących spokojnie w domu, jak np. Kulińska miała gości u siebie, wyszła do drugiego pokoju i w tej chwili padła kula ruska z cytadeli, gdyż w tym domu była czerwonego krzyża stacya. (…) U nas w rodzinie wypadków nie było, choć młodzi wszyscy brali udział w obronie Lwowa. Tadeusz Machalski i Tadeusz Nowosielecki latali w samolotach. Machalski został raz zestrzelony i skoczył na ziemię z samolotu połamanego, potłukł trochę nogi i musiał trzy dni leżeć, ale teraz jest komendantem ułanów polskich. Maurycego czterech synów służy w wojsku polskim, dzieciaki 16 lat, nie chcą wracać do gimnazjum, tylko dźwigają karabiny. Zabawny był widok, gdy upojeni zwycięstwem malcy 12-letni wracali do domu, pytam jednego: – A gdzież masz broń, żołnierzu? Pokazuje mi na plecak i mówi: – Nosiłem kule w plecaku! Tak, był to cud niewidziany! I wszyscy w to wierzą, czego najlepszym dowodem jest, że legioniści stanąwszy przy naszej furcie zaraz składali ofiary prosząc o Msze Święte do św. Józefa za ocalenie. Nie tak dobrze działo się Rusinom. 2 grudnia ataman Lewicki pochował córkę, zmarłą nagle. Potem ataman, główny ich dowódca, ciężko ranny, pochwycony do niewoli przez nasze dzieciaki. Gdy mołojcy strzelali z karabinu maszynowego do ratusza, nadszedł odział ruski ulicą Kilińskiego. Tamci sądząc, że to nieprzyjaciel idzie, strzelili raz i drugi i w tej wąskiej uliczce padło ich od razu kilkudziesięciu. Gdy rabowali sklep z bronią, zaświecili sobie zapałkami, a tam proch rozsypany był, więc nastąpiła eksplozja, wszystkim wypaliła oczy. Gdy strzelili do samolotu naszego koło kościoła Zmartwychwstańców, zabili 30 swych ludzi. Ale zbrodniarze ci nie uznali tego za palec Boży, tylko dalej hulają i znęcają się nad polskimi wsiami. Ale i do nich dzień sądu przyjdzie”.

„10 grudnia. Niepokój nasz o Was nie ma granic. Walka ze Lwowa przeniosła się na prowincję. Boże, ratuj Was!”.

„Kochana Jadwiś! Tracę już nadzieję, abyśmy się kiedyś zobaczyć mogli, stan wojenny przedłuża się w nieskończoność, wytężamy wszystkie siły i wszystko mały skutek odnosi, cóż znaczy nasze zwycięstwo, gdy znów za parę dni w tej samej miejscowości bandy chłopstwa się zbierają i znów niewinna krew się leje. Niepokój o Was dręczy mnie i nie ma sposobu dowiedzieć się, czy żyjecie i czyście wypadku i szkody nie ponieśli. Wieści z prowincji nadchodzą okropne i to nas przeraża co się z Wami dzieje. (…) Dziś przyjechał Piłsudski, ale Lwów go nie wita ostentacyjnie, wszyscy mają żal do niego, że lekceważy obronę Lwowa i nie chce zrozumieć niebezpieczeństwa, jakie grozi z tej strony Polsce. Zresztą nikt nie uznaje rządów socjalistycznych obecnych i dlatego wiele osób wstrzymuje się od podpisywania pożyczki polskiej. Dręczy mnie też myśl, jak i z czego żyjecie (…) pieniędzy nie można Wam posłać, szukam jakiegoś Żydka usłużnego, ale bezskutecznie. Sny miewam takie gorączkowe i okropne, że noc spokoju i wytchnienia nie przynosi. W Bogu cała nadzieja. (…)Nadchodzą Święta i jakże smutne, bolesne będą z dala od Was. Przed rokiem zasiadaliśmy razem przy wilii wesoło, nie przypuszczaliśmy nawet, co nam los zgotuje, ile przecierpieć nam trzeba, nim naprawdę zejdzie nad nami słońce sprawiedliwości. Ale maluczko! O już i u nas zmieni się sytuacya. Generał Haller z wojskiem polskim już wylądował w Gdańsku, w tym starym porcie polskim! Witamy go radośnie.”

„6 stycznia 1919. I nowy rok niewiele przyniósł nam zmiany. O Was drogie dziecko nic nie wiemy. W Bogu nadzieja, że żyjecie! My od tygodnia żyjemy jak potępieni w piekle pozbawieni elektryki, wody, tramwaju i gazet. Błądzimy po ciemnych pokojach i korytarzach, trując się gorzkimi myślami, co się dzieje z Wami i co będzie dalej, a za oknami walą z armat, bo dziś ruska wilia, więc się wściekają, że im się dotąd nie udało zdobyć Lwowa. Boska Opatrzność czuwa nad nami – zamiast mrozu zsyła nam w styczniu powietrze wiosenne, kilka stopni ciepła, a gdy zabrakło wody spadł tak obfity śnieg, że na kilka dni wszyscy mieli go dosyć zamiast wody”.

„19 stycznia. Dziś przeżyliśmy dzień okropny. Rusini wypędzeni z Żółkwi ze złości bombardują Lwów. Na miasto padło 550 granatów, a tym razem nie oszczędzili i naszego zakładu. Jeden granat uderzył w komin, dach i ugrzęzł na strychu (…), drugi wpadł do stajni, a trzeci na dziedzińcu wyrwał dziurę”.

„Kochana Jadwiś! My Bogu dzięki zdrowi, mamy się całkiem dobrze fizycznie i duchowo, bo krzepi nas wiara i ufność w Boga, który nad nami czuwa. Bogu dzięki, żeście i Wy zdrowi i że na razie nic Wam nie zagraża. Czekajcie z ufnością, co przyniesie Kongres Światowy.(…) Gazet polskich nie ma, bo drukarnie zostały bombami zniszczone, a Lembergerka tłumaczy żywcem z gazety ruskiej wszelkie kłamstwa. (…) Ponieważ nie ma co o nas pisać, więc napiszę Ci wiadomości polityczne, które sobie zamiast gazet przeczytacie. We Lwowie bawi delegacya ententy, kilku oficerów z Odessy, przyjechali, aby się na miejscu o stosunkach tutejszych poinformować. Wskutek tego mamy trzy dni zawieszenie broni, cicho, spokojnie, ludzie robią zapasy, w «Polskim Lwowie» sprzedają kartofle kg 30 cent – tu u nas na froncie ruskim podobno po 50 cent. (…)

Siostra Gertruda wyszedłszy we wtorek z domu nie mogła przez dziesięć dni wrócić do klasztoru będąc między dwoma frontami. Przez ten czas mieszkała na żółkiewskim przedmieściu, zbierała kule, które padały do mieszkania przez okna. Jednego dnia zebrała ich 50. Opatrywała rannych, chrzciła umierających Żydów, grzebała na dziedzińcu lub w ogrodzie zabitych. No i cała wróciła do nas. Całujemy Was tysiące razy, módlcie się i nie traćcie nadziei”.