Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Artur Schroeder, ORLĘTA

Sto lat temu, w listopadowe dni pod bronią stanęły polskie dzieci, by bronić Lwowa. Bohatersko opierały się atakom nieprzyjacielskich oddziałów ukraińskich. Dzielnie doczekały odsieczy polskich wojsk, które w niemałym trudzie przez wiele jeszcze miesięcy musiały walczyć o utrzymanie miasta będącego w potrzasku. Wojna polsko-ukraińska szybko przedzierzgnęła się w wojnę polsko-rosyjską, a Lwów powtórnie znalazł się w niebezpieczeństwie. Poniżej przypominamy kilka opowiadań-reportaży poświęconych obronie Lwowa w 1918 r. zaczerpniętych z książki Artura Schroe­dera[1] „Orlęta” (Wydanie Spółka Nakładowa „Odrodzenie”, Lwów 1937) oraz ilustracjami Kamila Mackiewicza[2]. Książkę, którą otrzymał od swych rodziców, wypożyczył nam pan Andrzej Pawłowski.

(jmp)

 

 

 

WSPÓŁPRACOWNIK

– Proszę pani, ja chciałbym się przydać na co w redakcji. Do wojska mnie nie chcą, więc bodaj w wojskowym piśmie, w „Pobudce”[3].

Wychodziłem właśnie z zecerni, kiedy usłyszałem te słowa. W malutkim pokoiku obok, który stanowił „lokal” redakcyjny, administrację, „salon przyjęć”, ekspedycję itd., w nikłym świetle malutkiej lampki stała drobna postać chłopięca. Dzieciak kręcił czapkę w rękach, przestępował z nogi na nogę i patrząc w oczy redaktorce Walickiej, mówił cienkim wyraźnym głosikiem:

– Może pani…

– Mamy nowego współpracownika – z uśmiechem odezwała się redaktorka. – A cóżbyś ty tu chciał robić?

– Ja bym proszę pani, zawsze tak, jak dziś wieczór, codziennie przychodził, brał kilka numerów gazety i przenosił do „tamtego Lwowa”.

– Zarobiłbyś dobrze – wtrąciłem – tylko widzisz, nie dostaniesz się tam.

Dzieciak energicznie się zwrócił w moją stronę: – Ja nie za pieniądze!

– Tylko jak?

– Dawałbym ludziom, żeby czytali, że już niedługo będzie cały Lwów nasz i żeby się nie martwili, a przedostać, to ja się już potrafię. Byłem już raz przez Cytadelę u cioci.

– I puścili cię?

Chłopiec się ośmielił:

– Trochę puścili, trochę potem strzelali, alem uciekał skulony, i jakoś nic.

Było to w pierwszych dniach założonej przez nas „Pobudki”, zanim jeszcze zorganizowaliśmy regularną „dostawę” dziennika poza front, przez dzielne nasze kurierki i sprytnych starszych łobuzów, którzy sprzedawali go w części miasta zajętej jeszcze przez Rusinów po 5, a nawet 10 koron. Właśnie przemyśliwaliśmy nad tym, by tych kilka numerów, jakie już wyszły, rzucić na „tamten” Lwów. Trafia się więc okazja. Cóż kiedy ten mały pędrak gotów wpaść z bibułą w ręce Ukraińców.

– Proszę mi dać na próbę dziś kilka gazet. Ja przyniosę poświadczenie, że oddałem.

– Dobrze. A cóż chcesz za to?

– Niiic! – ostro jakoś wykrztusił. A potem prawie płaczliwym głosem: – Do wojska mnie nie chcą, bom nie wyrósł, więc tak. Ja chcę też coś zrobić, a ojciec to dziś mówił, żeby kto tę gazetę tam zaniósł, to by ludzie we Lwowie zaraz lepiej oddychali. Więc ja zaraz tutaj.

Oczy nasze zbiegły się na tej mizernej, niepokaźnej figurce i z miłością spoczęły na ciemnej strzępiastej czuprynie. Prawie równocześnie spytaliśmy:

– Ile masz lat?

– Będę miał dziesięć w grudniu.

– Dobrze więc, dostaniesz, jakże ci to na imię?

– Józek.

– Dostaniesz Józiu osiem gazet.

– A jaki adres?

– Bez adresu. Dasz komu zechcesz. Tylko Polakom.

To się wi – szepnął z powagą.

– Niechże się dobrze „wi” i uważa, żeby gdzie Ukraińcy nie przyłapali, bo będzie źle!

– Zobaczą państwo – zawołał głośno i oczy mu się zaśmiały. Wziął osiem numerów „Pobudki”, troskliwie je złożył, szurgnął nogami i uciekł.

Na drugi dzień w południe zjawił się z miną markotną.

– Jużeś z powrotem?

– Proszę obywatela (już się nauczył tego słowa i wymawiał je specjalnie) redaktora, placówka nasza nie chce mnie puścić. Może by tak poświadczenie, że jestem współpracownikiem „Pobudki”.

– Jak to współpracownikiem?

– A no tak, jak raz słyszałem. Niby, że pomagam.

– Czekaj, od nas takiego poświadczenia dostać nie możesz, „współpracownikiem”, jeśli tak chcesz koniecznie, jesteś, ale przepustkę dać musi kto inny.

Poszedłem z nim do szkoły Konarskiego, gdzie w ekspozyturze żandarmerii dano mu pozwolenie dostania się do ostatnich placówek.

Upłynęło dwa dni. „.współpracownik”, jak go żartobliwie już nazywaliśmy, nie wracał. Koło godziny 10 w nocy, gdy w redakcji pochyleni nad stołem, zbici w kulącą się gromadę, pracowali koledzy Szarota, Przybyła i Walicka, a ja zajęty byłem przygotowaniem numeru u metrampaża[4], zjawił się nagle Józek.

– Cześć! – stał rozpromieniony, uśmiechnięty.

– A, Józek! No i jakże?

– Poszło świetnie. A jak się tam ludzie cieszyli!

– Jak się dostałeś?

– Przez pola od Cytadeli, z powrotem na Żelazną Wodę.

– Spokojnie przeszedłeś?

– Zaraz w polu złapał mnie jakiś żołnierz ukraiński. Pyta, gdzie idę, a ja tak jakoś od razu zacząłem „strugać” niemowę. Mówię mu: „u-y-chy-chy-o”, macham rękami, o tak, potem żegnam się trzy razy, jak Rusini. A bałem się, żeby „Pobudka” zza spodni nie wyleciała. Puścił. Ja najpierw powoli, a potem nogi za pas, tylkom się za brzuch trzymał, tam, gdzie gazety. Żeby obywatel redaktor wiedział, jak się tam cieszyli. A jedną „Pobudkę” to dałem na Akademickiej jakiejś pani, co mówiła po polsku. Aż krzyknęła. Chciała coś mi powiedzieć, ale ja dymnąłem, bo widziałem, że z bocznej ulicy wyłazi zbój z karabinem. Proszę obywatela redaktora, ja teraz więcej wezmę.

Uścisnąłem dzieciaka. Chciałem go przynajmniej czymś poczęstować, cóż kiedy w redakcji prócz konserw, chleba i baniaka czarnej kawy, nad którym jak nad Zniczem, nieustannie czuwało oko naszej koleżanki, nie mieliśmy literalnie nic.

– Ja zaraz proszę obywatela redaktora wezmę, bo jutro rano znowu idę.

– Dobrze. A uważaj!

– Ho, ho!

Wziął dwanaście numerów.

Odtąd codziennie wieczorem lub nawet nocą przychodził i zabierał paczkę gazet. Ożywił się nadzwyczajnie, drobna figurka jakby wyrosła, wchodził do redakcji jak do własnego domu, krzyczał z powagą na cisnących się chłopców, którym zawsze przedstawiał się jako współpracownik „Pobudki”.

Po pewnym czasie przyszedł jakiś skromniejszy, bardziej nieśmiały, wyjął z kieszeni pomięte korony i oddał mi je.

– Cóż to?

– Nie chciałem wziąć, ale tam, na drugiej stronie, gwałtem mi powpychali, niby za to, że przyniosłem „Pobudkę”.

– Zarobiłeś, weź sobie. I tak już chcieliśmy ci…

– Proszę obywatela – szybkim, zdyszanym głosem zaczął – ja to na wojsko polskie. Czytałem, że jest składka.

– Ależ weź – próbowałem tłumaczyć.

– Proszę obywatela redaktora – tym samym głosem – ja to na wojsko polskie…

Twarz mu się zarumieniła.

– Niech to stoi w gazecie, że za przeczytaną „Pobudkę”.

Nie rzekłem już ani słowa. Uścisnąłem tylko serdecznie wyciągniętą drobną rączkę, pełną papierowych koronówek.

Chłopiec chcąc widocznie, by o tym jak najprędzej zapomnieć, zaczął opowiadać:

– Ale dziś grzali do mnie Ukraińcy pod parkiem Stryjskim. Oni tam do każdego strzelają. Nie chciałem się wracać, bo lało, a przede wszystkim muszę jutro przynieść „Pobudkę”, bo tam obiecałem. Kule to tak piszczały jak muchy. Nigdy nie trafią. Tylko trzeba tak przy ziemi i zygzakiem – pouczał mnie na serio. – Ja jeszcze więcej wezmę teraz „Pobudki”, mam morowy sposób.

– Jakiż to?

– Powiem, jak wrócę.

I rzeczywiście wynalazł sposób. Porozumiał się jakimś cudem ze swoim kolegą szkolnym, Rusinem, który czatował na niego w umówionym miejscu, odbierał część „Pobudki” i sprzedawał z dobrym zyskiem w mieście. Józek resztę z łatwością już rozrzucał po Lwowie i nosił do znajomych domów, gdzie go zawsze witano z radością.

Aż raz, zamiast naszego współpracownika zjawił się jakiś starszy jegomość, konduktor kolejowy.

– Jestem ojcem Józka – mówił – tego, co to nosił tam „Pobudkę”. Chłopiec jest ranny.

– Co!? Kiedy?

– Przed chwilą właśnie ledwo dowlókł się do domu, but cały we krwi. Przebiegał od Żelaznej Wody, a że go widocznie już te psi syny znały, iż nosi „Pobudkę” – musiał ktoś wypatrzyć – więc chcieli go koniecznie złapać. Chłopak uciekł już na naszą stronę, ze złości jednak, jak mówi, że zgubił czapkę, odwrócił się i pokazał żołnierzowi z daleka język. W chwili gdy się zatrzymywał, ugodziła go kula w nogę. Jakoś jeszcze zdołał dokusztykać do domu. Dalej nie mógł. Właśnie przyszedłem ze służby. Wdowiec jestem, więc nie miałem czasu badać, dokąd i gdzie chodził.

– Sam chciał.

– Ja wiem. Przecież się nie gniewam, niech i on… Prosił mnie, mówił: „Niech tata idzie, odda te pieniądze, osiem koron i powie, że ja dopiero za kilka dni”.

Dziwne wzruszenie ogarnęło me serce.

– Rana ciężka? Można go widzieć?

– Lekka, obok nas lekarz, już był, mówi, że chłopiec ma szczęście, bo jeszcze trochę, a byłoby źle. I to dobrze, że nie ekrazytówka[5]. Jeśli pan chce, to proszę.

Niebawem byliśmy już w mieszkaniu. Na łóżku siedział nasz „współpracownik” i majstrował coś koło bandaża. Gdy mnie zobaczył, stropił się i zaraz zaczął:

– Tata pewnie wszystko powiedział. Nie mogłem nie pokazać mu języka, bo przez niego zgubiłem czapkę. A zresztą on tak strasznie na Polaków zaklął – świnia! Ale mi to zaraz przejdzie.

– Przejdzie, przejdzie, tylko leż spokojnie – uspokajałem, ściskając to dzielne, drogie dziecko.

– Niech mi obywatel redaktor przyśle przez tego małego (specjalnym tonem) z drukarni „Pobudkę”. Dobrze? I jeszcze jedno. Chciałbym nad łóżko widokówkę z panem dowódcą Mączyńskim[6].

– A ty skąd wiesz?

– Czytałem pod afiszem. To on taki, naczelny. W „Pobudce” musi być taka kartka, tata zapłaci.

Obiecałem, że „Pobudkę” przyszlę, widokówkę z „panem dowódcą” może kiedyś później, bo jeszcze nie ma.

– Ale panowie się nie gniewają?

– Za co?

– Niby, za ten język? Bo teraz kto „Pobudkę”?…

Wytłumaczyłem mu, że „Pobudka” już od dwu dni idzie „tam” regularnie.

– Ale ja pierwszy…

– Tak, ty byłeś pierwszy – najpierwszy!

 

 

POWSTAŃCY

– Rany Boskie! Alei to biją, że chałupa się trzęsie.

– A cóż to mama nie wi, że to wojna? Do szczylania mama jeszcze nie przyzwyczajona?

– Cóżeś taki mądry, Felek, i uczysz matkę? Widzicie go! O, to gdzieś koło nas buchnął granat.

– A niech se bucha, cholera ruska. Już jak my im buchniemy, to będzie dopiero.

– A ino, z czego? Armat przecie nie mamy.

– Będą, bo je zdobędziemy.

– Pewnie ty to zrobisz? – Chryste, znowu!

– Mycyje! Wywalił gdzieś i nic pewnie nie zrobił. A mama zaraz gwałtu.

– Siedź cicho, raku! Nie wiesz to, że ojciec poszedł i tam teraz, w tym zimnie…

– Miał siedzieć w chałupie, jak się Polska robi? No nie, Józek? Ma teraz robotę, to nie ma czasu się bać. Ja bym też się nie bał. I ty Józek?

– Takie mikrusy, nie o wojnie wam… Znowu!

– Nie rób, mama, harmideru! A z tymi mikrusami to też nie tak, jak mama mówi. Tacy jak my też są w wojsku. Mamy już prawie po czternaście lat.

– Żebym ci nie powiedziała, jacy to żołnierze.

– Gadaj se, mama, co chcesz, a my wiemy swoje. Nie nosiłem to do zajętej części Lwowa „Pobudki”, nie widziałem? Tylko mama zawsze przeszkodzi. Po co było mnie do domu ściągać. Teraz wstyd tylko, że nie noszę. Mogę to, skoro mi mama zabrała buty?

– Dość już, że ojciec jest. On powinien, ale takie bąki!

– E, nie zna się mama na wojsku. Duch musi być!

– Dam ja ci ducha z takim gadaniem. Teraz kogoś trafiło na ulicy, bo jęczy.

– Wyjdziemy zobaczyć.

– Ani się ważcie! Ja sama.

– Kiedy się mama boi.

– Ej, bo cię zdzielę! Lecę i zaraz wracam.

W suterenach zapadł już mrok. Trzeszczały po ulicach strzały karabinowe, ryczały granaty i szrapnele, a wszystko to mieszało się z wyciem jesiennego wichru, który w tym dniu miótł w dodatku ostre igły śniegowe.

Felek i Józek, bliźniaki, podsunęli się pod okienko, tuż prawie przy chodniku.

– Do diabła z takim mieszkaniem! Nogi tylko widać. Dymnąć nie można, bo matka z tymi butami. – Józek?

– Co?

– Pożycz mi butów.

Józek, zawsze milczący, powoli odpowiada, jakby ważył każde słowo:

– Butów?

– No, pewnie, że nie fortepianu.

– Gdybym miał dwie pary…

– Cóżeś to hrabia? Masz jedne. Nie potrzebne ci, bo siedzisz w domu.

– Tak, ale ja właśnie…

– No, wypluj! Co właśnie?

– Nie powiesz mamie?

Felek się zrywa, przyskakuje do Józka, oczy mu płoną, mówi jakby wzruszony:

– Ty też? A ja myślałem, że ty taki mamin bubek!

– Dawniej już miałem – mówi teraz już pospiesznie, jakby się chciał od razu wywnętrzyć – ale ciebie przy mamie nie było. Teraz, skoro musisz siedzieć w domu…

– Józek, mój Józek! Nie będę musiał, jak mi dasz buty.

– Tyś już był, a ja nie. Jeśli nie wezmą do wojska, to i ja „Pobudkę”.

– Nie dasz rady – rzekł tonem doświadczonego. – Trzeba wiedzieć, umieć w nocy przez linie przeleźć i tak rwać, żeby cię kula nie trafiła. A tam, po tamtej stronie morowo trzeba się zwijać, by nie wpaść im w łapy, bo kula zaraz w łeb. Ho, ho!

– Dam radę, Feluś!

– Nie ma co! Dawaj buty.

– Nie dam, Feluś! – powiedział stanowczo.

Chwila ciszy. Obaj nasłuchują. jak grzmocą strzały i wyje wicher. Wreszcie Felek, widząc, że inaczej nie poradzi, zaczyna:

– Słuchaj, Józek. Zrobimy tak: pożycz mi pod słowem honoru, no, wiesz, takim żołnierskim, buty na trochę.

– Jak to?

– Dasz buty, ja pójdę do komendy odcinka. Tam mam kolegów w wojsku, wydostaną gdzieś jakieś buciska, a te ci odeślę przez kogoś. Słowo wojskowe! Rozumiesz? Chyba że mnie po drodze trafią. Ale ja mam szczęście. Wypróbowałem. No, prędzej, bo mama wróci. Skoro i ty chcesz, toś kolega, a kolega musi pomóc!!

Ten argument poskutkował. Józek zdjął buty, Felek w mig je ubrał i wyleciał jak z procy.

Za pół godziny przysłał istotnie buty z powrotem i nagryzmoloną kartkę, że mają się spotkać obok gmachu komendy odcinka, szkoły Konarskiego.

Wieczorem zgłosił się do nas chuderlawy chłopczyna z prośbą o przydzielenie go do przemycania na front „Pobudki”.

– Brat mój już nosił – mówił – i nauczył mnie, ale on teraz z karabinem, bo jest starszy i silny, jak nie wiem co!

– Dobrze! Zgłosisz się u żandarma w drukarni.

– A jak mi nie da?

– Zrobimy. Tylko uważaj!

– Wi się!

– Pójdziesz na razie z drugim.

Poszedł i spisał się doskonale. Już kilka­krotnie przełaził front, wreszcie kiedyś w nocy, przed nowym transportem, spotkał mnie na ulicy i zaczepił.

– Proszę pana.

– Co? A usuń się, bo padają strzały.

– E, głupstwo – powiedział tonem starego „wojaka” – nie dziwne mi. Czy mogę prosić, by ktoś zaniósł tę kartkę?

– Do kogo?

– Do mamy – zląkł się, że może za dużo powiedział i zaraz dodał:

– Nic, tylko taki interes domowy.

– Dobrze. Gazety wziąłeś?

– Mam już – i zniknął w mroku nocy.

Na kawałku odwrotnej strony odezwy komendy nasmarowane były te proste śliczne słowa:

„Nie gniewaj się, mama, na mnie i na Felka, ale przecież musieliśmy, bo mało ludzi. Nie trzeba się o nas bać. I niech mama nas nie szuka, bo po wojnie sami się znaleziemy. A tak byłby znowu wstyd. Teraz my razem z tatą. Nie ma nikogo w domu, to i mama może do sanitetek[7]. A Felek ma buty całkiem nowe, więc tamtych nie zniszczy.

Na rozczulenia nie było czasu. Wnet też o tym zapomniałem.

W kilkanaście dni potem odwiedziłem kolegę w szpitalu. Już wychodziłem, kiedy doszedł mnie słaby, dziecinny głos.

– Proszę pana!

Odwróciłem się. W rogu Politechnki, przemienionej na szpital, leżał obandażowany chłopiec. Miał rękę przestrzeloną. Poznałem Józka.

– Nie wiedziałem, żeś ranny. Boli?

– Nic już teraz. Trochę z początku. Wstanę za kilka dni i znowu „Pobudkę”. Noszą dobrze?

– Dzielnyś! Noszą, noszą – mówiłem, kryjąc wzruszenie – a ty nie myśl o tym. Dobrze ci tu?

– Ojej! I tata tu jest. Ale z nim gorzej, bo go skrobnęli w nogę. Niech się pan zapyta, czy będzie z nim dobrze. Pielęgnację ma, bo mama pilnuje. Posłuchała mnie i jest u sanitetek. O, idzie.

Podeszła do łóżka skromna kobiecina i pochyliła się nad dzieckiem.

– Zuchów ma pani!

– A no, te raki i tak by nie usiedziały w domu, skoro tak potrza. O tych dwu jestem już spokojna, ale Felek… – zatroskała się serdecznie.

– Nie bój się, mama – szeptał Józek – da se radę. On morowy. Mówią, że dobrze się zwija. Pewnie, silniejszy ode mnie i nauczył się z karabinem. Szczęściarz! W polskim wojsku. Może już nawet zostanie. Ale proszę pana, my ich wywalimy z naszego Lwowa?

– Bądź spokojny. Wywalimy, a wtedy ty, twój tata i Felek dostaniecie odznaczenia.

– Nam nie o to. O Polskę! Prawda, mama? Tak jak mamy dziadek w powstaniu. Opowiadała mama.

– Opowiadałam. A teraz leż cicho i nie kręć się, bo bandaż.

Szepce jeszcze:

– I my byliśmy powstańcami, tylko nam się już uda…

 

STARSZY ŻOŁNIERZ

Wybraliśmy się do szpitala na Technice, by odwiedzić por. Jankowskiego. Po drodze, w sprawie pewnej składki, chcieliśmy się widzieć z Maurycym hr. Mycielskim, który pamiętnej nocy z 3 na 4 listopada pełnił z całym poświęceniem służbę sanitarną na głównym dworcu kolejowym, obecnie zaś przydzielony był od kilku dni do szpitala.

Technika cała przepełniona była rannymi i chorymi. W salach wszystkie łóżka były zajęte, ponadto poustawiano na ziemi nosze. Na pierwszym piętrze, w skrzydle, spotkaliśmy znajomą siostrę, która również dawniej była na dworcu.

– Szukacie kogo?

Powiedzieliśmy cel przybycia.

– Chwilowo wyszedł, wróci za pół godziny. chodźcie do mnie na salę.

Sala natłoczona była rannymi. Wśród nich zwrócił naszą uwagę młodziutki chłopczyk z nogą wiszącą w powietrzu w bandażach. Chłopczyk bawił się mimo to z zajęciem blaszanymi żołnierzami, których ustawiał na rogu łóżka.

– Cóż to za jeden?

– Ranny jedenastoletni chłopiec.

– Z pewnością w przechodzie ulicą?

– Ale, gdzie tam! Walczył.

Podszedłem do łóżka. Dzieciak tak był zajęty ustawianiem żołnierzy, że mnie nie spostrzegł. Silnie zbudowany, nad wiek wyrośnięty, miał jasną czuprynę, która niesfornie spadała mu ustawicznie na białe czoło.

– Bardzo cię boli noga?

Chłopiec podniósł na mnie duże, niebieskie oczy.

– Nie bardzo – odpowiedział, zabierając się dalej do blaszanych żołnierzy.

– Gdzie cię ranili?

– Jak pan widzi… w nogę.

– No tak, ale w której części miasta?

– Na cmentarzu Janowskim.

Udawałem, że nie wiem, iż brał udział w walkach.

– Skądżeś się tam wziął?

– Jak to skąd? Biłem się.

– Z kim?

– Pewnie, że nie z chłopcami! Strzelałem do Ukraińców – sarknął zniecierpliwiony.

– Ty?

– Albo co? – rzucił hardo patrząc mi w oczy.

– Udźwignąłeś karabin?

– Siły mam. Byłem najmocniejszy w klasie. Zresztą pan sierżant dał mi taki krótki, lekki karabin, że aż ha. A strzelać to mnie dawniej nauczył brat cioteczny, który chodził na strzelnicę gimnazjalną.

Udawałem dalej, że mnie nic nie dziwi, i pytałem, tak, niby mimochodem:

– Musiałeś się tam dosyć namęczyć?

– E, nie. Raz byłem cały dzień i całą noc w ogniu i nic a nic. Spraliśmy wtedy ich strasznie i zabraliśmy im granaty ręczne. Pan sierżant potem obiecał, że powie panu porucznikowi, aby mnie zamianował starszym żołnierzem. Wie pan, taki, co to przedtem nazywał się freiter. Jedna gwiazdka. Może to już się stało? Gdyby się tak pan dowiedział. Mama zaraz by mi przyszyła obok paska na kołnierzu. Może pan się zapytać?

– Dobrze. A ty jak się dostałeś?

– Dymnąłem mamie i kwita. Przez ogród Jezuicki dostałem się na naszą stronę i do szkoły Konarskiego. Tam był bardzo dobry, ale bardzo ostry pan kapitan Kamiński, taki wysoki, duże wąsy, a pani kapitanowa bardzo dobra, prawie jak mama. Dali mi płaszcz, czapkę i przydzielili do „wojska kartoflanego”. No, pan wie…

– Wiem. Ale przecież…

– Pan chce powiedzieć, że nie byliśmy przeznaczeni do linii. Jak już miałem płaszcz i czapkę, a w dodatku wystałem się o bagnet, razem z jednym znajomym z mojej klasy daliśmy dęba. On nie wiem, gdzie się podział, ja zgłosiłem się na Bema i skłamałem, że gdzieś mi się karabin zapodział, niby że to już walczyłem. Taka tam była potrzeba! Powiedziałem, że mam czternaście lat. Bo ja proszę pana, jestem wysoki, żebym tak wstał, to by pan widział.

– Widzę i tak.

– No. Potem to już pan sierżant mną się zaopiekował. Byłem ciągle koło niego. Jak on ślicznie strzelał! Raz, już ranny, chciał mnie zasłaniać i krzyczał: „Ustąp się, zatracony raku, bo tam karabin maszynowy”. Pomogłem mu wstać z ziemi, a on znowu: „Ani mi się waż znowu tam leźć, bo ci łapę skręcę”. Inna rzecz, że wróciłem. Rękaw mi tylko przestrzelili. Alem ja im dał bobu!

– Tak?

– No! Potem byłem w kilku miejscach, nie chciałem się tylko spotkać z panią kapitanową, ażeby mnie nie poznała. Chociaż przecież to nie dezercja. Prawda?

– Rozumie się.

– Kilka razy to już myślałem, że mnie utrącą Ukraińcy.

– A nie bałeś się?

Chłopiec z jakimś zdziwieniem i oburzeniem burknął:

– Także coś! A cóż to ja jeden? Ja panu powiem, bałem się tylko, żeby mama nie przeszła na drugą stronę, nie odszukała mnie i na wstyd nie kazała wracać do domu. Aj, ta noga! Niech mi pan poprawi. Ten psubrat musiał akuratnie w nogę, żebym nie mógł chodzić. Trochę niech pan tak z boku, o tak, dobrze, dziękuję.

– Boli cię?

– Nie, piecze tylko. Żeby tylko jak najprędzej stąd uciec. Aleśmy im nasolili, co? Na Kadeckiej? Szkoda, że ja tam nie byłem. Ten złodziej, co mnie tak zdzielił w nogę, był taki ogromny, jak drzwi.

– Leż spokojnie. A któż ci tych żołnierzy blaszanych naznosił?

Chłopiec się zażenował:

– A… to mama, z domu. Dawne moje zabawki. Nie mam co robić, więc tak sobie…, ustawiam bitwę…

Przemknęło mi przez myśl: Kilka dni temu bił się po rycersku z takimi prawdziwymi żołnierzami „ogromnymi jak drzwi”, a teraz w samotni szpitalnej znowu dziecko, tymi samymi rączynami, co dzierżyły grzmiący karabin, ustawia, jak za spokojnych czasów, żołnierzy – blaszanych. Cudne; nieznane nigdzie zespolenie się naiwności dziecka z bohaterstwem obrońcy grodu rodzinnego.

Chłopiec tymczasem zgarnął żołnierzy i przykrył dyskretnie ręką.

– Idę już. Wylecz się prędko. Cześć.

– Cześć! A proszę pana, może się pan spyta naszego sierżanta o…

– O co?

– O to, no wie pan, czy naprawdę nie zapomnieli, że miałem być starszym żołnierzem.

– Dobrze, spytam. Przyjdę za kilka dni jeśli będę mógł.

Z końca sali, wychodząc już, raz jeszcze spojrzałem w jego stronę:

„Starszy żołnierz” ustawiał już na nowo żołnierzy blaszanych.

 

 

STASZEK

Było to w nocy z 3 na 4 listopada 1918 roku na głównym dworcu kolejowym.

Wyekwipowani przez dzielnego komendanta szkoły Konarskiego Starcka[8], który potem jako kapitan zginął pod Lwowem, udaliśmy się; dzielna redaktorka Janina Lada Walicka, która była pierwszą kobietą pod karabinem, literat-publicysta Ludwik Szczepański i ja na patrol w stronę toru kolejowego, prowadzącego ku Podzamczu.

Deszcz lał jak z cebra.

W odległości kilkuset metrów od hali dworca spotkaliśmy się z patrolem pod komendą kaprala legionowego. Rozkaz opiewał: kilku ludzi obsadzi odcinek koło budki kolejowej i uważać będzie na wozy kolejowe, koło których kręcili się uzbrojeni bandyci i do których od pól próbowały podchodzić patrole ukraińskie, ostrzeliwujące gęsto tę część odcinka – druga część krążyć będzie po obu stronach torów ku stacji Podzamcze. Gdyby szedł jaki pociąg od Podzamcza, rozbiegnąć się po torach w linii tyralierskiej, ostrzeliwać go gęsto i w porządku cofać się do hali dworca.

Zaledwie przybyliśmy na miejsce i rozdzieliliśmy nasze role, rozpoczął się od pól ogień karabinowy w naszą stronę. Osłonięci z jednej strony kupą progów kolejowych, odpowiadaliśmy na ślepo. Po jakimś czasie strzały ustały. Przyszło jeszcze do małego starcia z dwoma rabusiami, rozbijającymi wozy kolejowe, których odstawiliśmy pod strażą do komendy dworca.

Cisza. Deszcz lał ciągle, zimno przejmowało do kości. Po jakimś czasie ujrzałem sylwetkę kaprala legionowego, który podczołgiwał się w naszą stronę z jakimś małym chłopcem. Chłopczyk miał może lat trzynaście. Był tak wielki, jak karabin, który ściskał w ręku.

– Obywatelu – usłyszałem szept kaprala – pociąg od strony Podzamcza! Placówki się ściągają. Ten mały wraz ze mną podsunął się prawie pod sam nos Ukraińcom na Podzamczu. Właśnie miał odejść pociąg.

W istocie za chwilę z naszego nasypu kolejowego ujrzeliśmy zarysy zbliżającego się pociągu z pogaszonymi światłami. Rozrzuceni w tyralierkę po torach, dobrze celując, rozpoczęliśmy szybki ogień, cofając się ku hali. Zarysy pociągu zatrzymały się, jak człowiek wahający się, co ma robić, i poczęły z wolna się cofać. Mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na tak głupiego przeciwnika, który zląkł się kilkunastu karabinów.

Zadanie wypełniliśmy. Zluzowano nas po dwu i pół godzinach.

W komendzie dworca dostaliśmy posiłek i koniak.

Mały, który z kapralem był pod Podzamczem, stał teraz skromnie w kącie, wsparty o karabin. Koniec lufy sterczał mu nad jasną głowiną.

– A ty co? – zapytał go przechodzący porucznik.

– Staszek – odpowiedział prostując się i nie wymieniając nazwiska. – Wróciłem z patrolu.

– A karabin udźwigniesz? – rzucił ktoś z kąta.

– Czemu nie, nie ciężki.

– No, no!

– Znam go – zwrócił się do mnie jeden z kolejarzy – od dwu dni już tu jest. Sprytny, tylko tak obładowany patronami, że ledwo się rusza. O, popatrzcie!

Podszedł do chłopca i uderzył go po kieszeniach. Zadźwięczały gilzy od ładunków.

– Zawsze mu tego za mało. Jeszcze mu kiedy od ciężaru portki zlecą.

Staszek stał dalej. W blasku kilku świeczek nikła jego postać, oparta na karabinie, zdawała się jeszcze drobniejsza. Dano mu „szalkę” herbaty, chleb i mięso. Potem zniknął mi z oczu.

O godzinie 11 w nocy alarm. Huk piekielny w hali od granatów ręcznych. Ukraińcy rozpoczęli atak od frontu i z boku od strony torów prowadzących z Zimnej Wody.

Światła pogasły. Jedna tylko świeczka w kącie, w głębi wejścia. Donośny głos komendanta.

– Wypełzać na peron! Rozrzucić się po torach!

Wśród pierwszych, którzy zaczęli pełzać na peron, zasypywany już granatami ręcznymi, ujrzałem drobną figurkę Staszka. Zwinny, jak jaszczurka wysunął się i zniknął.

Gorąca walka trwała godzinę. W jakiś czas przyniesiono dzielnego porucznika Jankowskiego, ciężko rannego w nogę odłamkiem granatu.

Zaświeciliśmy świeczkę, by go obandażować.

Nagle w drzwiach ujrzałem figurkę Staszka. Brudny od błota i dymu, zbierał w kącie ładunki i spiesznie chował je po kieszeniach. Znowu zniknął, a tymczasem znowu wzmógł się wściekły atak Ukraińców. Widziałem go potem w ogniu. Z daleka dopalały się resztki jakichś desek, wśród których wzniecili ogień Ukraińcy. W dogasającej łunie widziałem Staszka, jak osłonięty tylko słabo bokiem muru, niedaleko zegara w hali, klęcząc, strzelał równo, prędko, nieustannie, niezmordowanie.

Przydały mu się naboje, których mu było zawsze za mało! Tylko jak te drobne rączyny się nie znużyły tym ciągłym nabijaniem ciężkiego karabinu i dźwiganiem go do twarzy…

 Rano cicho, skromnie, zgłosił się pierwszy do znoszenia rannych. Zobaczyliśmy, że lewy policzek ma opuchnięty.

– A to co?

– Nic – odpowiedział wesoło – kopnął mnie raz „gwer”[9], bo mi się ześliznął. Każdemu się przytrafi – dorzucił, jakby się chciał usprawiedliwić. „Gwer” jednak, prawie jeszcze ciepły, przytulił miłośnie do siebie.

– Idź się połóż. Tu niepotrzebnyś, ludzie pomogą.

– To ja na chwileczkę do mamy i wracam.

– A otrzyj sobie krew z nosa. To też pewnie od „gweru”, co?

– Nie wiem.

Staszek sięgnął do kieszeni, wyciągnął brudną szmatkę. Zadźwięczało coś i wypadły trzy naboje.

– Tyleś się nastrzelał, a jeszcze masz naboje?

– Ostatnie! Już nie było do kogo, bo uciekli – wyszeptał, jakby z żalem, podnosząc z ziemi żółte łuski.

 



[1]    Artur Schroeder (1881–1934) – pisarz, historyk sztuki, krytyk teatralny. W listopadzie 1918 był ochotnikiem podczas obrony Lwowa. Brał udział w wojnie polsko-sowieckiej, w lipcu 1920 został ciężko ranny pod Zadwórzem. Od 1927 mieszkał w Krakowie, Był członkiem zarządu i sekretarzem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. 16 kwietnia 1934 popełnił samobójstwo. Pochowany na cmentarzu w podkrakowskiej Luborzycy.

 

[2]    Kamil Mackiewicz (1886–1931) karykaturzysta, ilustrator książek, prekursor polskiego komiksu.

 

[3]    „Pobudka”, pismo ukazujące się we Lwowie podczas jego obrony w listopadzie 1918 r. Pierwszy numer ukazał się 5 listopada 1918 r. Było dziennikiem Komitetu Obywatelskiego VI Okręgu miasta Lwowa, ukazywało się pod redakcją Jana Przybyły, Artura Schroedera, Janiny Walickiej i Jana Szaroty. W czasie obrony Lwowa wydano 17 numerów „Pobudki”.

 

[4]    Metrampaż – pracownik zecerni układający kolumny gazet ze szpalt przygotowanych przez zecera.

 

[5]    Amunicja ekrazytowa – pociski wskaźnikowe pokrywane ekrazytem służące do wstrzeliwania się w cel – po trafieniu wybuchały, wywołując widoczny obłok dymu ułatwiający celowanie.

 

[6]    Czesław Jan Mączyński (1881–1935) – pułkownik artylerii Wojska Polskiego, naczelny dowódca obrony Lwowa w listopadzie 1918, członek Naczelnej Komendy Obrony Lwowa, polityk II Rzeczypospolitej – poseł na Sejm RP (1922–1927), nauczyciel historyk.

 

[7]    Dawna nazwa sanitariuszki.

 

[8]    Kapitan Wilhelm Jan Starck (1897–1918), oficer austriacki i członek konspiracyjnych Polskich Kadr Wojskowych, podczas Obrony Lwowa komendant odcinka ulicy Leona Sapiehy, ulokował swą komendę w szkole im. Konarskiego. W walkach o Wulkę wykazał się brawurą i talentem dowódczym, usunął Ukraińców ze swego rodzinnego Zamarstynowa. Zginął 6 grudnia 1918 roku w czasie ataku na Laszki Murowane.

 

[9]    Gwer – w gwarze lwowskiej karabin.