Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Zbigniew Wawsz, ROZMOWA Z MAJOREM ANDRZEJEM CHŁOPECKIM

Jak potomek Podolan ratuje zabytkową świątynię w Głuchowie na Ziemi Lubuskiej

 

Proces wrastania w nową ziemię był długi, niepozbawiony wielorakich trudności. Wydaje się, że jedną z głównych trudności była niepewność, poczucie tymczasowości. Polacy z Kresów, a także przybysze z centralnej Polski obawiali się, że Niemcy nie pogodzą się z zaistniałą sytuacją i prędzej czy później wrócą na ziemię, którą musieli opuścić.

Poza tym wypędzonych z Kresów nie opuszczała nadzieja, że wrócą do swoich utraconych wsi i miasteczek, za którymi ogromnie tęsknili. Można założyć, że podobnie wyglądała sytuacja społeczności „wasylkowieckiej”, przeniesionej brutalnie w obce sobie środowisko. Wędrówka Polaków z Wasylkowiec rozpoczęła się pod koniec maja 1945 roku, w chwili opuszczenia rodzinnej wsi. Ponad tydzień koczują w Husiatynie, czekając na podstawienie pociągu i załadunek. 8 czerwca 1945 r. rusza transport, który po pokonaniu około 1200 km, w nocy 24/25 lipca 1945 roku dociera na stację w Gorzowie Wielkopolskim. Tu ekspatrianci spędzają pięć dni, a 30 lipca 1945 roku wyjeżdżają do Głuchowa i tam się osiedlają. Podróż trwała zatem około 70 dni, spędzonych, nawet jak na pierwsze miesiące po wyzwoleniu, w koszmarnych warunkach.

Pierwsze powojenne lata nie były łatwe dla Kresowian. Koszmar przeżytej wojny oraz wygnanie z rodzinnych stron, tysiące kilometrów na nieznaną ziemię powodowały dręczące uczucie tymczasowości. Ludzie bali się, że Niemcy nie pogodzą się z przegraną i prędzej czy później będą chcieli wrócić na zajmowane przed wojną tereny i odebrać je nowym mieszkańcom. Poza tym tu, na nowej ziemi, wszystko było inne, obce. Wszystkiego trzeba było uczyć się od nowa. Od nowa nauczyć się żyć. Te negatywne uczucia potęgowała szalona tęsknota za opuszczonym, wbrew własnej woli, domem rodzinnym.

Pamiętam, że ten temat pojawiał się w moim domu rodzinnym w rozmowach rodziców. Przy omawianiu planów na przyszłość w pewnej chwili padało pytanie: „A co będzie, jak Niemcy wrócą?” i odpowiedź któregoś z rodziców: „Może wrócą, a może nie wrócą”, „Kto im pozwoli wrócić, nie wrócą, a pożyjemy, zobaczymy”. Następowało milczenie i widziałem, że rodzice o czymś myślą, są z nami, ale nie są obecni, bo ich myśli prowadzą ich gdzieś daleko. Dziś wiem, że myślami, sercem i duszą byli w swoich rodzinnych stronach. Zastanawiali się, czy znowu trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa? Gdzie zaczynać i jak? Czy ich dzieci będą musiały przeżywać koszmar, jaki był ich udziałem? Takich rozmów nie brakowało wśród rodzin wasylkowieckich osiadłych w Głuchowie i pewnie wśród wielu rodzin wysiedlonych z Kresów.

W przezwyciężaniu uczucia tymczasowości, tych lęków, niepewności i goryczy tęsknoty pomagały ludziom wiara i kościół. Księża, którzy otaczali duchową opieką wygnańców Europy, Kresowian budujących swoje nowe życie na zachodnich rubieżach powojennej ­Polski.

W początkowym okresie pobytu Kresowianie często zbierają się w sołtysówce, aby wspólnie podejmować decyzje dotyczące wsi i jej mieszkańców. Spotkaniom tym prawdopodobnie przewodniczy Antoni Kunicki. To z jego notatek dowiadujemy się, jakie sprawy uznano za najważniejsze do załatwienia. Ustalono, że przedstawiciele mieszkańców pojadą do parafii w Słońsku z prośbą o poświęcenie kościoła i odprawienie mszy. Mieszkańców reprezentować będą Klementyna Chłopecka i Julian Korczyński. Ludzie zobowiązują się co niedzielę przywozić i odwozić księdza. Poświęcenie głuchowskiego kościoła ma miejsce 16 września 1945 roku, czyli 48 dni po zasiedleniu wsi przez nowych mieszkańców, co ma swoją wielką wymowę. Kościół zostaje poświęcony pw. Matki Boskiej Szkaplerznej. Tak więc kościół od początku staje się najważniejszym elementem życia kresowej społeczności, która Bogu zawierza siebie i swoje życie w nowej ojczyźnie.

 

Mijały lata, marzenia o powrocie do rodzinnych stron na Kresach stopniowo traciły sens. W sposób naturalny budziło się przywiązanie do nowych siedzib. Dla młodej generacji Głuchowo stawało się domem ojczystym. Tutaj dorastali, zakładali rodziny, wychowywali dzieci. Wydaje się, że wspomniane wyżej procesy przebiegały w Głuchowie w podobny sposób jak na całym terytorium określanym mianem Ziem Odzyskanych. Co nie wyklucza pewnych odrębności na niektórych obszarach. Czy potrafiłby Pan określić dokładnie, kiedy Głuchowo z obcego, nieprzyjaznego przekształciło się w swojskie, bliskie, nasze.

Strach, czy znowu nie zostaną wypędzeni z miejsca, gdzie zaczynali budować nowe życie, zaczął pomału ustępować trosce i zmaganiom o zapewnienie godziwego życia rodzinie. Pragnienie normalności wyzwala inicjatywy i zaangażowanie w tworzenie codziennej rzeczywistości, budowanie przyszłości swojej i swoich bliskich. Nowa, ludowa władza zdaje się sprzyjać tej społecznej aktywności. Ludzie zajęci troskami dnia codziennego początkowo nie dostrzegali, że ta nowa władza, ludowa jest tylko z nazwy, a troska o ludzi będzie na szarym końcu problemów, które znajdą się w kręgu jej zainteresowania. Osadnicy z Kresów chcą pracować, uczyć się i żyć normalnie. Rodziny chcą uruchomienia szkoły dla ponad dwudziestu dzieci w wieku szkolnym. Doprowadzenie do poświęcenia kościoła oraz uruchomienie szkoły stało się sprawą honoru osadników z Wasylkowiec. Młodzież nakłoniono do sprzątania szkoły, do czego początkowo garnęła się niezbyt chętnie, zdając sobie sprawę, że wkrótce skończy się laba. Później już bez ociągania się wynosiła stare, poniszczone meble i łóżka. Na boisku szkolnym rozpalono ognisko, w którym spalono pozostałości po szpitalu. Mężczyźni naprawiali drzwi i okna, które szklił Antoni Kunicki, właściciel „diamentu” do cięcia szkła. Klasy wybielono wapnem. Kołodziej Korczyński z synem Julianem zrobili tablice, identyczne jak w szkole w Wasylkowcach. W 1946 roku uruchomiono czterooddziałową szkołę. Niebawem po okolicy rozniosła się wieść o funkcjonującej szkole. Szybko więc zaczęło przybywać uczniów, tak że w następnym roku szkolnym otworzono sześć oddziałów. Powołano do życia Ochotniczą Straż Pożarną. Jej komendantem został Władysław Przybyła, mąż mojej matki chrzestnej, cioci Janiny. Wybór był uzasadniony, bo wujek Władek był komendantem męskiej drużyny OSP w Wasylkowcach. Komendantem żeńskiej drużyny OSP w Wasylkowcach była moja ciocia Klementyna, kolejna siostra mego taty.

Pierwsze lata 1945,1946 były pełne społecznych inicjatyw, których motorem napędowym było środowisko wasylkowieckich osadników, stanowiących ponad 65% społeczności wsi.

Na początku czerwca 1946 roku przyjeżdżają urzędnicy PUR-u w Sulęcinie. Chodzą po domach i spisują mieszkańców, którym w „KARCIE EWAKUACYJNEJ” (posiadał ją każdy Polak wysiedlony z Kresów) wbijają pieczęć o treści „osiedlił się” – z datą rejestracji. Obiecują wypłacić zapomogi finansowe i zapowiadają przyjazd sklepu obwoźnego z artykułami pierwszej potrzeby. 7 czerwca przyjeżdża ponownie przedstawiciel PUR-u i wypłaca mieszkańcom, bezzwrotne zapomogi w wysokości 400 zł. Ludzie nie znają nowych pieniędzy ani ich wartości. Po tygodniu przyjeżdża do wsi zapowiadany sklep – samochód ciężarowy kryty plandeką. Staje na rozdrożu, gdzie zbiega się cała wieś. Ludzie kupują chleb, cukier, sól, mydło i sodę do prania. Resztę pieniędzy zostawiają na czarną godzinę.

Rok 1946 przynosi też zmianę dotychczasowych, niemieckich nazw miejscowości. Nazwę Woxfelde przemianowaną przez Podolan na Stalowa Wola, zmieniono na Głuchowo. Ludziom bardzo się ta nazwa nie spodobała. Złożono więc do Starostwa w Sulęcinie petycję informującą, że mieszkańcom nazwa wsi się nie podoba i źle się kojarzy. Ogromne zdziwienie wśród osadników wywołał przyjazd sołtysa z urzędnikiem starostwa w celu wytłumaczenia mieszkańcom, skąd wzięła się nowa nazwa wsi. Okazało się, iż nazwy miejscowościom nadaje Komisja do spraw Nazw Miejscowości. Wchodzący w jej skład uczeni proponują nazwy nawiązujące do nazw historycznych itd. W efekcie spotkania nazwa Głuchowo pozostała, ale mieszkańcy mieli satysfakcję, że władza ma szacunek dla ludzi, bo przyjechali wytłumaczyć się – aż z powiatu.

Pierwsze lata pobytu przyniosły mieszkańcom jeszcze jedno zmartwienie – powódź. W 1945 roku wezbrane wody Warty podeszły pod Głuchowo, wzbudzając ogromny niepokój mieszkańców. Ludzie w Wasylkowcach nigdy nie widzieli takiej powodzi. Zalana wodą droga odcięła Głuchowo od reszty świata. Od granic wioski aż pod Lemierzyce było jedno wielkie morze wody. Druga powódź przyszła w 1946 roku. Woda powoli ustępowała z łąk i pól, tworząc liczne i płytkie jeziorka. Wiosna była ciepła, więc woda w nich szybko się nagrzewała, tworząc idealne środowisko dla rybiego tarła i zarybienia tych zbiorników. Zanim mieszkańcy odkryli tę tajemnicę przyrody, ryby podrosły, a szczególnie szczupaki, które żywiły się drobnicą innego gatunku. Przez kilka tygodni okoliczne wioski miały w swoim jadłospisie ryby w najróżniejszej postaci.

W ludzkie życie powoli wkraczała stabilizacja. Po wsiach włączono elektryczność, w domach zapaliły się żarówki. Ludzie obsiewali pola zbożem, sadzili ziemniaki i czekali na plony pracy swoich rąk. Wygnańcy z Kresów powoli zaczynali budować swoje nowe życie, swój mały dobrobyt – tysiące kilometrów od ukochanej ziemi ojców. Z dręczącą serca i umysły tęsknotą oraz poczuciem tymczasowości, dziękowali Bogu za każdy nowy dzień przeżyty w nowej ojczyźnie.

Mijały lata, w rodzinach pojawiły się dzieci urodzone na Ziemi Lubuskiej. Na cmentarzu powstały pierwsze mogiły tych, którzy w nowej ojczyźnie zakończyli swoją ziemską pielgrzymkę. Dorośli nosili w sercu tęsknotę za Podolem, co dało się odczuć w rozmowach i wspomnieniach minionych lat. Czas płynął, wypełniając ludzkie życie ciężką pracą na roli, troską o dzieci i ich przyszłość, ale również radością ze stabilizacji i wiarą, że Boża Opatrzność czuwa i obdarzy przyszłością wypełnioną spokojem i dostatkiem. Podobnie jak w Wasylkowcach rodziny pomagały sobie przy żniwach i razem świętowały dożynki. Sąsiad przyjaciel zostawał rodzicem chrzestnym nowo narodzonych dzieci. Razem bawiono się na weselach. Razem opłakiwano zmarłych. Ludzie mieli swoją ziemię uprawną, której na Kresach czasem brakowało. Z innych rejonów Ziem Odzyskanych docierały wiadomości od bliskich i znajomych, że dziękować Bogu żyje się dobrze.

Pierwsze wakacyjne pobyty w Głuchowie, które zostały w mojej pamięci, sięgają początku lat sześćdziesiątych. Pamiętam, że w rozmowach mojej rodziny i jej przyjaciół często wspominano Wasylkowce, opowiadając wiele przeróżnych historii. Nie mówiło się o chęci powrotu, a raczej odwiedzenia tamtych stron, choć opowiadano o nich z wielkim rozrzewnieniem. Nabierano przekonania, że w tej rzeczywistości nie da się wrócić tam, gdzie nikt nie czeka, z wyjątkiem grobów przodków. Z Wasylkowiec wyjechali wszyscy Polacy. Kościół zamieniono na magazyn zboża. Wygnańcy z Kresów zaczęli wrastać w nową ojczyznę. Pomagała im w tym głęboka wiara i kościół, do którego zanosili swoje radości i smutki. Za swoimi dziećmi coraz częściej mówili: mój dom, moja wieś, moje miasto, moja Polska.

W sercu głęboko było Podole i Wasylkowce, widziane czasem jak żywe we śnie albo malowane obrazami wspomnień. Ziemia najpiękniejsza ze wszystkich. Pamiętam, z jakim rozrzewnieniem i iskrą w oczach mój tata opowiadał o cudownych widokach nad granicznym Zbruczem. Że są cudowne, przekonałem się sam, odwiedzając Podole oraz Wasylkowce w 2013 roku.

W procesie adaptacji do nowej rzeczywistości, zaakceptowania Ziem Odzyskanych i uznania ich za ziemię ojczystą bardzo ważną rolę odegrał Kościół. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że odegrał rolę decydującą. Kościół jako instytucja nie popełnił takiego błędu jak na Kresach Wschodnich II RP, gdzie kościoły były tylko w większych miejscowościach, a po wsiach dominowały cerkwie grekokatolickie lub prawosławne, co miało swoje przykre konsekwencje.

Na Ziemie Odzyskane przybywają księża, często również wygnańcy z Kresów Wschodnich. W drugiej połowie listopada 1945 r. w Głuchowie osiedla się ksiądz Antoni Wawrzyński. W tym samym czasie do sąsiednich Lemierzyc przybywa ksiądz Paweł Styszko. Obaj pochodzą z archidiecezji lwowskiej. Lemierzyce stają się siedzibą samodzielnej rzymskokatolickiej placówki duszpasterskiej. Warto przypomnieć, że przed wojną na terenie obecnej parafii w Lemierzycach mieszkały tylko 4 rodziny katolickie, a najbliższe kościoły były w Kostrzynie i Sulęcinie. Początkowo placówka lemierzycka należy kanonicznie do parafii w Kostrzynie. Kanoniczna erekcja parafii w Lemierzycach następuje 1 czerwca 1951 r. Do parafii w Lemierzycach zostały włączone następujące miejscowości: Ownice, Podgórze, Głuchowo, Grodzisk, Lubomierzycko, Jamno-Czaplin, Budzigniew, Polne i Kłopotowo. Od czasu przybycia księży Styczki i Wawrzyńskiego zaczyna powoli organizować się życie religijne mieszkańców, w czym kapłanom pomagają utworzone samorzutnie komitety kościelne w Głuchowie i Lemierzycach. 2 grudnia 1945 roku poświęcono kościół w Lemierzycach, a wiosną 1946 – kościół w Ownicach. Najwcześniej poświęcony w parafii był więc kościół w Głuchowie.

Na początku 1946 roku Lemierzyce opuszcza ksiądz Styczko. Duszpasterzem samodzielnej placówki w Lemierzycach zostaje ksiądz Antoni Wawrzyński, który z wielkim zaangażowaniem oddaje się pracy duszpasterskiej. Obsługując również miejscowości należące do parafii Krzeszyce i Kołczyn, dojeżdża pociągiem do tak odległych miejscowości jak Rudnica. Organizuje oddział „Caritas”, rozdziela dary dla ubogiej ludności przysyłane z centrali w Gorzowie. Podejmuje również zadania organizacyjne w lemierzyckiej parafii. Aktywna działalność ks. Antoniego Wawrzyńskiego w Lemierzycach trwa również krótko, bo tylko do 1 maja 1946 roku. Po wyjeździe ks. Wawrzyńskiego lemierzycką placówkę obejmuje na krótko salezjanin ojciec Piecuch, który przyjechał ze swoimi parafianami do Krzeszyc z Kochawiny, położonej również na Kresach Wschodnich II RP. Na skutek usilnych starań wiernych z Lemierzyc i Głuchowa, zarządzeniem władz kościelnych, administrację parafii w Lemierzycach obejmuje w czerwcu 1946 r. ksiądz Władysław Piękoś, ówczesny proboszcz parafii w Słońsku. Administrowanie nową parafią nie było sprawą łatwą, przy jednoczesnym pełnieniu funkcji proboszcza w Słońsku. Dodatkowo pracę duszpasterską utrudniał brak komunikacji. Mimo tych trudności ks. Piękoś z wielkim poświęceniem i zaangażowaniem oddał się kapłańskiej służbie, dojeżdżając na przemian do Lemierzyc, Głuchowa i Ownic do końca września 1949 roku. Praca duszpasterska księdza Władysława Piękosia w lemierzyckiej parafii zapisała się we wdzięcznej pamięci parafian. Pełnił on swoją posługę z wielkim poświęceniem oraz zaangażowaniem, otaczając parafian opieką duszpasterską. Nieustające starania miejscowej ludności, reprezentowanej przez Komitet Parafialny w Lemierzycach, spowodowały, że Kuria Administracji Apostolskiej w Gorzowie, dekretem z dnia 28 września 1949 roku, mianowała księdza Mariana Gryszla na stałego duszpasterza z prawami, obowiązkami i tytułem proboszcza. 1 października 1949 roku odbyło się uroczyste wprowadzenie nowo mianowanego proboszcza do kościoła parafialnego w Lemierzycach. Uroczystościom towarzyszył ksiądz Henryk Kowalczyk, ówczesny proboszcz parafii w Krzeszycach, oraz licznie zgromadzeni parafianie, serdecznie witający długo oczekiwanego duszpasterza. Księża ci z dużym zaangażowaniem i wielkim poświęceniem objęli opieką przybyłych ze wschodu osadników. Ksiądz Marian Gryszel odegrał bardzo znaczącą rolę w życiu lemierzyckiej parafii i jej wiernych. Organizuje życie religijne, prowadzi remonty kościołów. Nadzwyczajnym dziełem w historii parafii była przebudowa kościoła parafialnego oraz odnowienie kościołów filialnych w Roku Maryjnym 1954. Koszty wszystkich prac remontowych wraz z materiałem wyniosły 101 487,18 zł, co na dzisiejsze czasy jest kwotą ogromną, a wówczas była to kwota wręcz gigantyczna.

Ponadto parafianie w czasie remontu kościołów wykonali 1033 dniówki robocze i 40 dniówek konnych. Liczby te pokazują nie tylko rozmach prowadzonych prac, ale również zaangażowanie parafian i wielką odwagę pierwszego proboszcza ks. Mariana Gryszla, z jaką podjął się tak wielkiego przedsięwzięcia. Przeprowadzenie remontów świątyń na terenie parafii było ważnym elementem mającym wpływ na jej funkcjonowanie. Jednak najważniejszym elementem funkcjonowania chrześcijańskiej wspólnoty parafialnej było jej życie religijne. Jego organizacja i rozwój był w początkowym okresie istnienia parafii zadaniem napotykającym wiele trudności, jak również wymagającym od księdza Gryszla wielkiego osobistego zaangażowania i mądrości. W napisanej przez siebie historii ksiądz Marian Gryszel podkreślił wielką ofiarność ludzi, więź łączącą ich ze swoim duszpasterzem, przywiązanie do Kościoła i wiary oraz, jak to określił, „ofiarne serce dla sprawy Bożej”. Mimo ogromu pracy, będącej wynikiem jego kapłańskiej służby Bogu i ludziom, widać w niej niedosyt i świadomość zadań do wykonania w dalszej pracy duszpasterskiej.

Takie działania księży wpływały na tworzenie wspólnoty, mobilizowały ją do podejmowania wysiłków dla wspólnego dobra i jednoczyły ją. Sytuacja polityczna w kraju nie zniechęcała księży, a wręcz przeciwnie, mobilizowała ich do wytężonej pracy duszpasterskiej. Nie spowodowała również odsunięcia się ludzi od kościoła.

W Głuchowie kościół był zawsze w centrum. Wokół niego jednoczyła się społeczność dawnych mieszkańców Kresów Wschodnich i przybyszów z innych stron. Miało to wielki wpływ na wrastanie tej społeczności w tą nową ojczyznę, przywiązanie do niej, aż do zrodzenia się świadomości, że ta nowa Polska to mój dom, to moja ziemia, to moja ojczyzna.

 

Ten proces zmienił nastawienie do dziedzictwa kulturowego pozostałego po poprzednich mieszkańcach osady położonej na krańcach Polski pojałtańskiej. Zaczęto dostrzegać urodę okazałego, neogotyckiego kościoła, wzniesionego w drugiej połowie XIX stulecia przez protestantów. Świątynia, nieremontowana przez dziesięciolecia, wymagała poważnego remontu. Jednak potrzebne nakłady przekraczały możliwości niewielkiej społeczności Głuchowa. To bardzo trudny problem w kraju, który mimo dynamicznego rozwoju po roku 1989, po odzyskaniu niepodległości, ciągle boryka się z niedostatkiem środków w różnych dziedzinach życia. Taką dziedziną są m.in. ogromne potrzeby w zakresie opieki nad obiektami zabytkowymi. Mamy w kraju dziesiątki tysięcy obiektów architektury, jak i zabytków ruchomych, które pilnie wymagają remontów i zabiegów konserwatorskich. Pieniędzy na zaspokojenie pilnych potrzeb nie starcza. W tej sytuacji Głuchawo miało szczęście. Oto pojawił się człowiek energiczny i przedsiębiorczy, który chociaż od dawna nie mieszka w tej miejscowości, jest uczuciowo bardzo blisko związany ze społecznością, która wypędzona z Kresów w 1945 roku tutaj na rubieży kraju w nowych granicach znalazła swój dom. I tym człowiekiem okazał się mój rozmówca, Andrzej Chłopecki.

Nie jest dla mnie zupełnie jasne, co zdecydowało o tak dużym i serdecznym zaangażowaniu pana w rozwiązywanie żywotnych problemów nadwarciańskiej osady.

Postanowił Pan ocalić, przybliżyć mieszkańcom historię, przeszłość ich nowej ojcowizny. Oczarowany monumentalnym pięknem głuchowskiej świątyni – podjął pan prace nad przygotowaniem monografii kościoła i historii wsi Głuchowo. To nie było łatwe przedsięwzięcie dla człowieka nadal pracującego zawodowo w mieście położonym na drugim końcu kraju, mającego również obowiązki rodzinne.

Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że dla byłego oficera wojsk rakietowych niełatwe było, zwłaszcza na początku, zgłębienie historii, tajników architektury, zasad prowadzenia rewitalizacji zabytków.

Zbierając informacje o przeszłości Głuchowa i kościoła, nawiązuje pan kontakty z urzędami, służbą konserwatorską. Równolegle postępują prace nad monografią kościoła i wsi oraz zabiegi o środki na remont świątyni. Dopisuje panu szczęście w tych mozolnych zabiegach, poznaje pan ludzi życzliwych. W ich gronie znajdzie się również historyk zamieszkały po drugiej stronie granicy, w Niemczech, który również interesuje się przeszłością tego zakątka Ziemi Lubuskiej.

Mieszkańcy Głuchowa, i ja również, bardzo długo nie mieliśmy świadomości, że głuchowska świątynia jest szczególnie cennym zabytkiem protestanckiej architektury sakralnej. Ma ona istotne wartości architektoniczne i krajobrazowe, które decydują o znacznej randze tej budowli w zabudowie historycznej wsi na obszarze Łęgów Warciańskich, dla której świątynia stanowi dominantę przestrzenną. Jej bogaty, oryginalny wystrój architektoniczny, wraz z detalem, a także zachowane oryginalne wyposażenie i wystrój wnętrza powodują, że kościół ten, obok budowli sakralnych zlokalizowanych w Lemierzycach, Ownicach i Jenińcu, pretenduje do cenniejszych przykładów tego typu realizacji architektonicznych w regionie. Wartości te zadecydowały, że Lubuski Wojewódzki Konserwator Zabytków w Zielonej Górze 10 lipca 2007 roku wpisał kościół w Głuchowie do rejestru zabytków województwa lubuskiego. Pamiętam, że od najmłodszych lat ten kościół bardzo mi się podobał. Szczególnie jego wnętrze z drewnianym wystrojem, a w nim prospekt organowy i fisharmonia, na której organista, pan Rykała, grał w czasie mszy. Miałem nawet pretensję, że w moim rodzinnym Gubinie kościół nie jest taki ładny jak ten w Głuchowie. Moja chrzestna ciocia Janina, osiedlając się z rodziną w Głuchowie, wybrała dom położony naprzeciwko kościoła. W jej domu przechowywane były od czasu osiedlenia klucze od drzwi kościoła. I jak spojrzę wstecz, to głuchowski kościół był zawsze gdzieś blisko mnie. Moje życie również wpisało się małym epizodem w jego historię. 1 sierpnia 1954 roku w głuchowskim kościele zostałem ochrzczony przez ks. Mariana Gryszla, za patrona przyjmując św. Andrzeja apostoła. Tak, według chyba jakiegoś planu Bożego, moje życie zostało połączone z kościołem w Głuchowie, bo dziś staram się pomagać w jego rewitalizacji.

Czas jest nieubłagany, nie tylko dla ludzi, ale również takich budowli jak kościoły. Przez lata ogromna budowla, posadowiona na kamiennym cokole, zdawała się nie poddawać wpływowi czasu. Pomału jednak zaczęto dostrzegać, że kościołem trzeba się zająć i myśleć o remoncie, przede wszystkim dachu. W każdej społeczności jest grupa ludzi, którzy angażują się w jej życie i rozwiązywanie problemów, którymi ona żyje. Wśród mieszkańców Błot Warciańskich również nie brakuje takich „niespokojnych duchów”, których wszędzie pełno, osób, które dostrzegają sprawy istotne i wymagające działania. Jednym z nich był mąż mojej kuzynki Adam Kaszyński. Zapoczątkował zbiórki pieniędzy wśród mieszkańców na fundusz remontowy. Dzięki staraniom mieszkańców i ich liderów udało się w 2004 roku wymienić dachówkę na dachu prezbiterium i daszkach zakrystii. Remont sfinansowała Gmina Słońsk. Była to jednak kropla w morzu potrzeb. Kilka lat temu, w czasie mojego urlopowego pobytu, Adam opowiedział mi o problemach, jakie spędzają sen z powiek mieszkańcom Głuchowa i okolic, dotyczących kościoła.

Dach i wieża zaczęły przegrywać walkę z czasem. Obiecałem rozpoznać źródła dotacji na rewitalizację zabytków. Słyszałem, że w Małopolsce wiele kościołów zabytkowych korzystało z różnych dotacji, aby wykonać remonty i prace konserwatorskie. Wiedziałem, że po otrzymaniu takich informacji nie odpuszczę tematu. Niestety w lipcu 2011 roku tragiczna śmierć przerwała działania Adama Kaszyńskiego dla ratowania kościoła. Życie nie znosi jednak próżni. W działania te włączyła się jego córka Kamila. Zadzwoniła do mnie bodajże na początku 2012 roku. Dowiedziałem się, że wszystko jakoś stanęło w martwym punkcie. Ludzie są chętni, ale nie bardzo wiedzą, co robić. Powiedziała mi: – Wujek, jak ty nam nie pomożesz, to kto? – Zacząłem się zastanawiać, jak mam pomagać mieszkając na drugim końcu Polski. Po tej rozmowie nie mogłem, jak to się mówi, znaleźć sobie miejsca. Zacząłem sobie uświadamiać, jak bardzo czuję się związany z Głuchowem.

No i zaczęło się. Przeglądanie stron internetowych, rozmowy ze znajomymi oraz telefonowanie do instytucji, które w swoich budżetach mają środki na odnowę zabytków. W Delegaturze Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gorzowie Wlkp. dowiedziałem się, że tak duże potrzeby to może zaspokoić tylko dotacja Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W ministerstwie bardzo sympatyczna pani poradziła mi, abyśmy wystąpili do Lubuskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków o wydanie zaleceń konserwatorskich. Wtedy będziemy wiedzieli, jaki jest rzeczywisty zakres robót konserwatorskich przy kościele. Zacząłem interesować się kościołem i przyglądać się mu. Zrozumiałem, że przez tyle lat swojego życia nie widziałem go. Tego, czym jest i że jest naprawdę wyjątkowy. W czasie kontaktów ze specjalistami zauważyłem również, że mówią oni językiem, którego nie rozumiem. Zrobiłem sobie indeks pojęć dotyczących neogotyckiej architektury sakralnej. Musiałem więc szybko nauczyć się podstawowych tematów związanych z tą architekturą. Śmieję się, że skończyłem przyśpieszony kurs znajomości neogotyku. Zacząłem rozumieć, o czym mówią specjaliści od ochrony zabytków i co jest napisane w dokumentach dotyczących naszego kościoła znajdujących się w gorzowskiej Delegaturze Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków.

Jestem przekonany, że moja służba w wojskach rakietowych, wbrew wszelkim pozorom, pomogła mi w opanowaniu podstawowych pojęć dotyczących architektury neogotyckiej. Byłem przyzwyczajony do tego, że aby się zajmować tematem, trzeba go poznać, nauczyć się. Na tyle zgłębić daną materię, żeby stała się dla ciebie przyjazna, nie straszyła cię, ale dawała satysfakcję z zajmowania się nią. Pomogło mi również to, że mimo iż całe życie uczyłem się przedmiotów technicznych i zajmowałem się techniką wojskową, to w głębi duszy zawsze byłem, i jestem, humanistą.

W gorzowskiej delegaturze poznałem wspaniałych ludzi, otwartych na problemy i służących pomocą. Pani Edyta Szreder-Siaska stała się moim konsultantem. To właśnie od niej otrzymałem informacje, jak przygotować się do złożonego zadania rewitalizacji zabytku w Głuchowie. Dostałem pierwsze dokumenty dotyczące kościoła i jego historii. Zaczęła się moja fascynacja historią głuchowskiej świątyni. Zdobywałem coraz więcej dokumentów dotyczących tej zabytkowej budowli. Początkowo zbierałem informacje, aby wykorzystać je we wniosku o dotację do ministerstwa. Po napisaniu pierwszego wniosku w październiku 2014 roku zrobiłem przegląd posiadanych materiałów. Było tego sporo, a część z nich dotyczyła również powstania wsi. Pomyślałem, że przydadzą mi się do historii rodziny, do której od dłuższego czasu zbieram materiały. Zbliżała się 70. rocznica poświęcenia kościoła i już wcześniej planowałem opracować coś w rodzaju folderu. Chciałem w nim umieścić trochę informacji o kościele i zdjęć, aby pozostała pamiątka po tym jubileuszu. Materiałów było jednak dosyć dużo i ciągle jeszcze coś odkrywałem. Miałem również książkę pana Edmunda Kunickiego, w której w niesamowity sposób opisał historię zasiedlenia i pierwsze lata w Głuchowie.

Odwiedziłem Archiwum Diecezjalne w Zielonej Górze, gdzie spotkałem się z wielką sympatią ze strony jego dyrektora ks. Roberta Kufla, który udostępnił mi dokumenty z powojennej historii głuchowskiego kościoła.

W Archiwum Państwowym w Gorzowie Wlkp. znalazłem masę dokumentów dotyczących historii wsi: przedwojennego Woxfelde i powojennego Głuchowa. Pan Goworko, wieloletni, emerytowany dyrektor szkoły, udostępnił mi jej kronikę, zawierającą dane od 1946 do 1988 roku. Głuchowski lekarz p. Albin Posieczek przekazał mi masę informacji na temat ośrodka zdrowia.

Materiałów przybywało i były na tyle ciekawe, że nie mogłem ich zamknąć w szufladzie. Była w nich historia osuszania Łęgów Warciańskich przez zakon joannitów, związane z tym osadnictwo olęderskie i kolonizacja fryderycjańska oraz ściśle związane z tymi procesami powstanie, przed 145 laty, kościoła w dawnym Woxfelde. Chciałem, aby społeczność zamieszkująca Błota Warciańskie, tak bardzo związana ze swoim kościołem, poznała jego historię na tle dziejów wsi. Ludzie zaczęli dostrzegać ponadczasową wartość kościoła nie tylko jako świątyni, ale również jako zabytku. Jego piękno wyrażone neogotycką architekturą. Doszedłem do wniosku, że muszę te zebrane materiały przetworzyć w opracowanie zawierające informacje o historii wsi i jej kościele, bo i wieś, i kościół są tego warte. Zbliżająca się 70. rocznica poświęcenia kościoła bardzo mnie mobilizowała. Tak powstawała moja książka „Głuchowo. Szkic historyczny wsi i kościoła”.

Mieszkańcy Błot Warciańskich z wielką energią podjęli działania zmierzające do zdobywania środków na remont świątyni. Od 2013 roku zaczęto organizować parafialne festyny odpustowe na lipcowe święto patronki naszego kościoła Matki Bożej Szkaplerznej. Mieszkańcy sołectw należących do głuchowskiego kościoła to wulkan energii i pomysłowości. Tysiące pierogów, dziesiątki upieczonych ciast i inne smakołyki, loteria fantowa z atrakcyjnymi nagrodami ufundowanymi przez lokalnych przedsiębiorców, tort wystawiany na licytację – to jedne z wielu atrakcji odpustowych. Dochód z festynów w całości zasila fundusz remontowy kościoła. W 2015, jubileuszowym roku kościoła wybiliśmy okolicznościową monetę, co, przyznam nieskromnie, było moim pomysłem. Udało mi się również zaprosić regionalną TVP z Gorzowa Wlkp., która w lokalnym programie informacyjnym pokazała reportaż o naszym kościele i zaangażowaniu lokalnej społeczności w jego ratowanie. Te inicjatywy mieszkańców wspiera wójt Gminy Słońsk, p. Janusz Krzyśków. Gmina finansuje badania konserwatorskie oraz opracowanie dokumentacji przedprojektowej – program prac konserwatorskich, opinię o stanie technicznym i wstępny kosztorys. Dokumenty te opracowane są na podstawie zaleceń konserwatorskich wydanych przez p. Błażeja Skazińskiego, kierownika Delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Pan kierownik to kolejna osoba, która wspiera nasze działania. Miałem przyjemność spotkać się z p. Skazińskim, odwiedzając go w urzędzie. Pamiątką z tego spotkania jest książka pt. „Zamki, dwory i pałace województwa lubuskiego”, którą mi podarował. Kolejną osobą, która sympatyzuje z nami, jest Günter Walter Büscher, emerytowany profesor etyki prawa na Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Ten sympatyczny Niemiec mieszka od wielu lat w Polsce, w niedalekiej miejscowości Przyborów. Obecnie, z inicjatywy burmistrza nadwarciańskiego miasta Witnica, pracuje nad książką „Kościoły Ziemi Lubuskiej”. Mamy więc wspólny temat, a nasze kontakty z pewnością będą intensywne i mam nadzieję owocne.

Tak więc inicjatywy społeczne łączą się z sympatią i pomocą, jakiej udzielają decydenci. Ja w tych działaniach mam swój udział, biorąc na siebie odpowiedzialność za przygotowywanie niezbędnych dokumentów, jak wnioski, pisma, podziękowania, zaproszenia itp. Mam już kolejne pomysły, które zostały zaakceptowane przez mieszkańców. Zaczynamy w dawnej salce katechetycznej tworzyć izbę pamięci, w której gromadzimy pamiątki dotyczące kościoła i wsi. Jak uporamy się z rewitalizacją kościoła, weźmiemy się za odnowę znajdującego się przy kościele pomnika, upamiętniającego Brandenburczyków, mieszkańców Błot Warciańskich, poległych w czasie I wojny światowej. Jest ciekawym w swojej formie, zabytkowym elementem przyległego do kościoła cmentarza. W przyszłości chcemy również z pozostałych nagrobków i tablic nagrobnych po dawnych mieszkańcach utworzyć coś w rodzaju lapidarium. Taka jest historia tej ziemi i myślę, że głupotą byłoby wyrzucić ją na śmietnik. Dalszy ciąg tej bogatej przecież historii dopisali wygnańcy z Kresów, a dziś piszą ją ich potomkowie, do których i ja należę.

 

Udaje się uzyskać dotację, dzięki czemu stopniowo rusza odnowienie kościoła, a na rynku księgarskim pojawia się publikacja pańskiego autorstwa zatytułowana „Głuchowo. Szkic historyczny wsi i kościoła”. Książka dzieli się na dwie części: pierwsza poświęcona jest historii wsi Głuchowo, a w drugiej autor zajmuje się przeszłością kościoła. Bardzo ciekawa jest przeszłość Głuchowa (niemiecka nazwa Woxfelde), powstałego w drugiej połowie XVIII wieku. Szczególną rolę odegrał tu zakon joannitów, z którego inicjatywy powstały na osuszonych błotach warciańskich dziesiątki wsi, wśród nich również Głuchowo. Pierwotna nazwa miejscowości Woxfelde wskazuje, że założyli ją osadnicy z Holandii, zwani w Polsce Olędrami. To oni zagospodarowali m.in. położone u ujścia Wisły Żuławy. Szczególnie zaciekawił mnie opis tworzenia się nowej wsi, po przybyciu Polaków wypędzonych z Kresów, powstanie szkoły, biblioteki, ośrodka zdrowia, utworzenie parafii.

Chciałbym prosić o krótkie przypomnienie, jak wyglądały pierwsze tygodnie i lata mieszkańców Głuchowa, które w pierwszym powojennym okresie nazywane było Stalową Wolą.

Bardzo się cieszę, że udało mi się wydać książkę tuż przed oficjalnymi uroczystościami, upamiętniającymi jubileusz 70-lecia poświęcenia kościoła. Rok 2015 był dla parafian kościoła filialnego w Głuchowie rokiem jubileuszy. Pierwszy to 145. rocznica wybudowania głuchowskiej świątyni, co miało miejsce w 1870 roku. 29 lipca 1945 roku Polacy ekspatriowani z Kresów Wschodnich II RP, przybyli transportem kolejowym na stację w Gorzowie, zostają furmankami przewiezieni do miejsc nowego pobytu i zasiedlają Głuchowo oraz okoliczne wsie i osady. Od przybycia osadników mijało więc dokładnie 70 lat. Kolejny jubileusz to 70. rocznica poświęcenia kościoła w Głuchowie. Wydarzenie to miało miejsce 16 września 1945 roku. W tym dniu głuchowski kościół został poświęcony pod wezwaniem Matki Boskiej Szkaplerznej oraz przekazany rzymskokatolickiej wspólnocie nowych mieszkańców Ziemi Lubuskiej. W 2015 roku proboszcz lemierzyckiej parafii, ks. Grzegorz Białobłocki, obchodził 30. rocznicę kapłańskiej posługi. Tak więc mijający 2015 rok był rokiem wielu jubileuszy.

Staraniem ks. Proboszcza oraz mieszkańców zorganizowano w niedzielę 15 listopada główne obchody jubileuszowe. W tym dniu o godz. 14:00 w uroczystej Eucharystii mieszkańcy dziękowali Panu Bogu za Jego obecność w głuchowskiej świątyni. Uroczystej liturgii przewodniczył dziekan dekanatu Kostrzyn, ks. prałat kan. dr Wojciech Skóra – proboszcz parafii pw. Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła w Kostrzynie.

Dzięki zaangażowaniu i wysiłkom mieszkańców, po uroczystościach w kościele odbyło się spotkanie w głuchowskim Domu Pokoleń, w którym uczestniczyli zaproszeni goście, m.in. kierownik Delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gorzowie Wlkp. p. Błażej Skaziński, wójt Gminy Słońsk p. Janusz Krzyśków, profesor Uniwersytetu Viadrina we Frankurcie nad Odrą p. Günter Walter Büscher, szef firmy „BUDEX” p. Stanisław Bach, wykonawca dokumentacji remontu i konserwacji kościoła. Obecni na spotkaniu byli również przedstawiciele mieszkańców z sołectw należących do kościoła w Głuchowie oraz wiosek sąsiednich. W trakcie obchodów można było kupić książkę oraz monetę wybitą z okazji jubileuszu głuchowskiej świątyni. Dochód z dystrybucji książki oraz monety został w całości przeznaczony na remont kościoła. W czasie spotkania w Domu Pokoleń moja książka, a szczególnie zawarte w niej archiwalne zdjęcia, stały się okazją do wspomnień, które umilał występ zespołu „Drzewiczanie”. Te wspomnienia wiązały się z życiem i codzienną pracą mieszkańców Głuchowa i okolic.

To właśnie dzięki inicjatywie mieszkańców powstała pierwsza w okolicy szkoła. Jej powstanie było przyczynkiem do utworzenia w dawnym dworze jedynej w okolicy biblioteki, która miała swoje punkty w wioskach Jamno i Polne. Biblioteka nie tylko wypełniała swoją misję szerzenia czytelnictwa wśród mieszkańców Głuchowa i okolic, ale również zajmowała się działalnością artystyczną. Jej pomysłodawcą i organizatorem był nauczyciel pan Baś. Z jego inicjatywy i z udziałem miejscowej młodzieży przygotowano przedstawienie teatralne pt. „Moralność pani Dulskiej”. Przedstawienie to cieszyło się dużą popularnością. Największym sukcesem teatralnej grupy z Głuchowa był występ w konkursie organizowanym w Sulęcinie na Winnej Górze. Grupa za swój występ zdobyła pierwsze miejsce, za które nagrodą były skrzypce.

W pomieszczeniach obok biblioteki mieściła się klubokawiarnia, do której wejście było z drugiej strony budynku. Oficjalna nazwa kawiarni brzmiała „KIub Prasy i Książki Ruch”. Była ona nie tylko miejscem spotkań towarzyskich młodzieży z Głuchowa i okolic. W jej pomieszczeniach odbywały się seanse filmowe, które wyświetlało kino objazdowe, jedna z atrakcji tamtych czasów.

25 września 1954 roku uchwalona została ustawa o reformie podziału administracyjnego wsi i powołaniu gromadzkich rad narodowych. Głuchowo stało się siedzibą Gromadzkiej Rady Narodowej. Jej pierwsza sesja odbyła się 20 grudnia 1954 roku. Jestem przekonany, że wpływ na decyzję o utworzeniu GRN w Głuchowie miało nie tylko to, że jest ono wsią dużą, ale przede wszystkim pomysłowość w kreowaniu rzeczywistości, przybyłych z Kresów, nowych mieszkańców Ziemi Lubuskiej. To z inicjatywy mieszkańców w połowie lat sześćdziesiątych powstaje Spółdzielnia Zdrowia w Głuchowie, która znajduje swoje lokum w siedzibie, zlikwidowanego w 1963 roku, Prezydium GRN. Istniała ona do 1971 roku, kiedy w jej miejsce utworzono przychodnię lekarską.

Poza opisanymi wyżej instytucjami wieś miała również inne, związane z codzienną pracą mieszkańców w gospodarstwach i na roli. Pracował w Głuchowie skup warzyw i owoców, prowadzony wiele lat przez Ludwika Chabudę. Istniało Kółko Rolnicze, mieszczące się na posesji pomiędzy budynkiem biblioteki i mleczarni. Ze względu na to, iż w każdym gospodarstwie było po kilka krów – co dziś jest rzadkością – miało Głuchowo swoją zlewnię mleka, zwaną popularnie mleczarnią. Prowadził ją przez długie lata Adam Kaszyński, który w latach siedemdziesiątych był również sołtysem Głuchowa oraz członkiem Zarządu w Gminie Słońsk.

Do jednej z najstarszych placówek funkcjonujących we wsi trzeba zaliczyć sklep, zwany kiedyś popularnie spółdzielnią, gdyż należał on do tzw. Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, która prowadziła wiejskie sklepy. Pod innym szyldem działa on do dziś – choć ma konkurenta – w miejscu, gdzie przed laty swój sklep prowadził von Franz Zhebe. To świadczy o pracowitości i mądrości mieszkańców Błot Warciańskich, umiejących kreować otaczającą ich rzeczywistość.

Z historii tej ziemi można wyczytać, że zarówno dawne Woxfelde, jak i dzisiejsze Głuchowo oraz jego okolice zmieniały się na przestrzeni dziejów. Nie zmieniają się jednak ludzie, pełni pomysłów i umiejący walczyć o sprawy swoje i swojej wsi. Olędrzy, Brandenburczycy i dzisiejsi mieszkańcy, ludzie z charakterem, a także ich przodkowie przybyli z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej.

 

W pańskiej monografii budzi podziw bardzo staranny i rzetelny opis zarówno architektury, jak i dziejów kościoła od czasu jego powstania w drugiej połowie XVIII stulecia. Narrację w obu częściach monografii doskonale uzupełniają zdjęcia, fotografie map, dokumentów osób związanych z przeszłością tego zakątka Ziemi Lubuskiej.

Zdjęcia, których autorem jest Andrzej Chłopecki, ukazują piękno neogotyckiej świątyni w Głuchowie. Pan Andrzej zadał sobie wiele trudu, by przedstawić zewnętrzny wygląd kościoła, detale architektoniczne. Udało mu się również zaprezentować wewnętrzne bogactwo głuchowskiej świątyni, jej złożone nietuzinkowe wyposażenie. Jestem przekonany, że trud ten opłacił się w pełni.

Szkic historyczny Głuchowa i jego kościoła to obraz mojej fascynacji historią tej wsi i jej świątyni. Śmieję się, że to nie przypadek, iż urodziłem się dokładnie dwieście lat po założeniu Głuchowa. W 1754 roku w miejscu dzisiejszej wsi, na kępie zwanej „Fichtenwerder”, położonej na terenie tak zwanych Bagien Lemierzyckich, założony został folwark należący do zarządu dóbr joannickich w Słońsku. Folwark ten był zalążkiem dzisiejszego Głuchowa, a rok 1754 należy przyjąć za rok jego powstania. Moim zamiarem nie było stworzenie dokumentu historycznego, choć dołożyłem wszelkich starań, aby opisywane fakty miały potwierdzenie w dokumentach oraz archiwaliach. Celem, jaki przyświecał mojej pracy, była chęć przybliżenia mieszkańcom oraz osobom odwiedzającym Głuchowo i jego okolice walorów zabytkowych głuchowskiego kościoła i jego neogotyckiego piękna. Uświadomienia mieszkańcom, że tak naprawdę, mieszkając w małych lubuskich wioskach, mieszkają na wyjątkowo pięknych krajobrazowo oraz przyrodniczo terenach z ciekawą historią. Chciałem pokazać, że mają żywą historię na wyciągnięcie ręki, że mają kościół, który jest nie tylko świadectwem wiary ludzi zamieszkujących te tereny od ponad 200 lat, ale jest również pięknym obiektem zabytkowym. Większość z nas, odwiedzając kościół przez kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat, nie dostrzegało jego neogotyckiego piękna oraz wartości architektonicznych. Tego piękna wtopionego w osuszone Warciańskie Łęgi, które są jednym z najpiękniejszych zakątków naszego kraju.

W opracowaniu znajdują się również informacje pochodzące z ustnych relacji mieszkańców Głuchowa oraz tego, co zapamiętałem z opowiadań moich bliskich lub co pozostało w mojej pamięci z dziecięcych lat. Te informacje obarczone są największym prawdopodobieństwem błędu. Nie są to jednak błędy zamierzone, a wynikające jedynie z subiektywnego postrzegania rzeczywistości i zacierających się w pamięci obrazów z przeszłości. Nie udało mi się uniknąć w moim opracowaniu akcentów osobistych. Było to jednak prawie niemożliwe, gdyż wśród wielu osób związanych z historią Głuchowa są członkowie mojej rodziny. Myślę jednak, że te osobiste akcenty i wspomnienia dodają temu, co napisałem, odrobinę realizmu. Pragnąłem również rozbudzić, szczególnie w młodych czytelnikach, kresową świadomość. Musimy pamiętać, że nasi ojcowie, dziadowie i pradziadowie nie urodzili się w ZSRR, jak wpisywała im w dokumenty komunistyczna władza, ani też na Ukrainie, jak próbują to określać grupy ludzi, których celem jest zakłamywanie historii. Nasi przodkowie urodzili się w Polsce, między innymi na terenach Galicji Wschodniej, zwanej Kresami Wschodnimi II Rzeczypospolitej, na Podolu, Wołyniu, Pokuciu, Ziemi Lwowskiej i innych terenach historycznie należących do Polski, bezprawnie zagarniętych przez sowietów. Chciałbym, aby młode pokolenie, będące potomkami Kresowian, miało świadomość kresowej tożsamości. Bo Kresy to nie tylko obszar wspomnień, to sposób na życie i szacunek do historii naszej Ojczyzny. Kresy to pamięć i szacunek dla ofiary złożonej przez naszych ojców na ołtarzu wolności i niepodległości. To honor i patriotyzm, to serce bijące po polsku i dla Polski.

We wstępie do mojej książki napisałem: Grecki filozof Platon powiedział, że „miarą mowy nie jest ten, który mówí, lecz ten, który słucha”. Parafrazując to powiedzenie Platona można powiedzieć, że miarą pisania nie jest ten, który pisze, lecz ten, który czyta. Wierzę, że to, co napisałem na temat Głuchowa oraz jego kościoła, wzbudzi zainteresowanie zarówno starszych, jak i młodych mieszkańców Głuchowa i jego okolic. Jeśli tak się stanie, będę to uważał za swój wielki sukces. Dziś w głuchowskim sklepie zostały dwa lub trzy egzemplarze książki. Pozostałe trafiły do ludzi, nawet mieszkających daleko od Głuchowa. Z tego wnioskuję, że mój trud miał sens.

 

Sądzę, że pańska monografia kościoła i wsi Głuchowo ma znaczenie nie tylko lokalne, ale stanowi ważny i cenny przyczynek do bogatej literatury podejmującej problematykę zagospodarowania ziem zachodnich i północnych, które Polska otrzymała na konferencji przywódców zwycięskiej koalicji w Poczdamie jako rekompensatę za utracone Kresy Wschodnie. W swojej książce ukazuje pan decydującą rolę, jaką w zagospodarowaniu Ziem nad Odrą i Nysą Łużycką odegrali Polacy wypędzeni z Kresów Wschodnich. Co oczywiście nie umniejsza roli, jaką odegrali przybysze z centralnej Polski. Należy podkreślić, że książka powstała z potrzeby serca i musiał pan wykazać wielką determinację oraz pokonać wiele trudności, żeby monografia ukazała się drukiem. To wielkie dokonanie, którego nie umniejszają pewne mankamenty, które można by usunąć w drugim wydaniu. Między innymi chodzi o pewne zachowanie proporcji w przedstawieniu rozmaitych dziedzin życia społecznego Głuchowa. Być może należałoby pokazać ludzi, którzy dzisiaj odgrywają decydującą rolę we wsi. A także sylwetki osób, które ukończyły studia i zajmują rozmaite stanowiska w kraju.

Przyznam się szczerze, że w literaturze dotyczącej zagospodarowania zachodnich rubieży Polski powojennej nie spotkałem się z opisem przybycia i osiedlania się ekspatriantów. Pozycją, która mi najbardziej przypadła do gustu, jest książka pt. „Ujarzmianie rzeki. Człowiek i woda w rejonie ujścia Warty”, napisana przez Zbigniewa Czarnucha i wydana przez Fundację Zielonej Doliny Odry i Warty. Już z samego tytułu widać, jak rozległe problemy są opisane w tej liczącej prawie czterysta stron książce.

W centrum mojego zainteresowania jest kościół w Głuchowie, którego historia jest wpisana w historię miejscowości powstałych na osuszonych Błotach Warciańskich. Tej historii stworzonej przez ludzi, którzy tę ziemię pokochali. Nie miałem wątpliwości po zgromadzeniu materiałów, że to, co napiszę, musi być bliskie ludziom, którzy są solą tej ziemi. Chciałem, aby spojrzeli wstecz, zobaczyli, z jakim trudem powstało to, co dziś kochają, aby w tej historii odnaleźli również cząstkę samych siebie. Taki układ wydał mi się najodpowiedniejszy. Wpisujący się w to, co znalazło się aktualnie w centrum zainteresowania mieszkańców, co mobilizuje ich do podejmowania działań. Może w niedalekiej przyszłości przyjdzie czas, aby dopisać kolejną część historii Głuchowa i okolic.

 

Wróćmy jeszcze na zakończenie do sprawy rewitalizacji zabytkowej świątyni w Głuchowie. Co dotychczas udało się zrobić i jakie są szanse ukończenia tego ważnego przedsięwzięcia?

Myślę, że udało się zrobić to, co było najważniejsze. Odrestaurowano wieżę kościoła. W trakcie prac okazało się, że jej ceramiczny hełm był w tragicznym stanie i gdyby nie remont, groziło mu zawalenie. Trzeba było zastosować specjalne technologie, aby ją wzmocnić i odrestaurować. Odnowiony został ozdobny krzyż wieńczący hełm. Odtworzono zniszczony detal architektoniczny i elementy zewnętrzne elewacji wieży. Wykonano nowe okna żaluzjowe. W środku odrestaurowano drewniane elementy kondygnacji oraz schody. Wymienione zostało pokrycie dachów, aneksów klatek schodowych po obu stronach wieży. Nowe są rynny i instalacja odgromowa. Zadanie to nie było łatwe. Wystarczy wziąć pod uwagę choćby to, że wysokość wieży wynosi prawie 37 metrów. Oceniając jej stan techniczny wieży z całą pewnością mogę stwierdzić, że jej remont był najtrudniejszym przedsięwzięciem w całym zadaniu rewitalizacji kościoła. Zadanie to kosztowało prawie 165 000 złotych. Udało się pozyskać dotację od Marszałka Województwa Lubuskiego w wysokości 40 000 €. Gmina Słońsk przyznała nam pomoc w wysokości 20 000 €. Pozostałą kwotę parafia pokryła ze środków własnych, zebranych przez mieszkańców.

Niestety nie mieliśmy szczęścia, jeśli chodzi o uzyskanie dotacji z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Trzy wnioski, złożone kolejno na 2015, 2016 oraz 2017 rok, rozpatrzono negatywnie. Ale nie tracimy nadziei. W tym roku złożymy kolejny, który będzie uzupełniany dotacjami z gminy i środkami własnymi. Z dotacji tych planujemy przeprowadzić remont dachu. To najbardziej kosztowne zadanie, do którego realizacji potrzeba ponad 400 000 zł.

Wszystkie prace remontowe wykonujemy zgodnie z programem prac konserwatorskich, projektem budowlanym i oczywiście mamy pozwolenie na budowę, wydane przez starostę sulęcińskiego. Jestem dobrej myśli. Ostatnim elementem odrestaurowanym na wieży był zegar. Odnowiono tarcze i zamontowano mechanizmy. Dziś ten zegar mierzy nowy, wierzę, że lepszy czas dla kościoła w Głuchowie i mieszkańców tego uroczego zakątka Ziemi Lubuskiej.

 

Przypuszczam, że nie jest panu obca myśl, by doprowadzić do świetności także inne obiekty w Głuchowie, np. dawny dwór.

Rzeczywiście myślałem o tym. Jest jednak problem, bo budynek ten, a właściwie ta część, w której były biblioteka i klubokawiarnia, została sprzedana. Kupiła to jakaś osoba mieszkająca w Niemczech. Niestety zainteresowanie nowego właściciela tym obiektem jest żadne. Stan budynku jest opłakany, żeby nie powiedzieć – tragiczny. Na jego los nie patrzę niestety z optymizmem.

 

Warto przypomnieć o jeszcze jednej inicjatywie, podjętej przez pana. Chodzi o pismo „Wox” z podtytułem Gazeta Przyjaciół Kościoła w Głuchowie, którą pan redaguje.

Rzeczywiście „Wox” jest moim pomysłem i doczekał się już siedemnastu wydań. To jeden z pomysłów, jaki zrodził się podczas pracy nad pierwszym wnioskiem o dotację do ministerstwa. Tytuł nawiązuje do dawnej nazwy Głuchowa, czyli Woxfelde. A jest również głosem w sprawach kościoła i okolicznych wiosek. Umieszczam w nim aktualności dotyczące wszystkich przedsięwzięć związanych z kościołem i jego remontem, z inicjatywami mieszkańców i ich zaangażowaniem. Opisuję planowane roboty, ich wykonanie i rozliczenie kosztów. Jest też część dotycząca historii. Podtytuł mówi, że jest to gazeta Przyjaciół Kościoła w Głuchowie. To mój kolejny pomysł – Towarzystwo Przyjaciół Kościoła w Głuchowie. Napisałem statut, który został sprawdzony przez zaprzyjaźnioną kancelarię prawną. Przygotowałem dokumenty do przeprowadzenia zebrania założycielskiego. Myślę, że zebranie mieszkańców, którzy zaakceptowali ten pomysł, odbędzie się na przełomie września i października. Jestem przekonany, że powołanie stowarzyszenia pomoże w opiece nad zabytkami, w zachowaniu dziedzictwa kulturowego oraz podtrzymywaniu tradycji. W szerokim ujęciu tych pojęć, bo ta część Ziemi Lubuskiej to przecież dziedzictwo związane z rolą zakonu joannitów oraz Brandenburczyków w rozwoju gospodarczym i kulturowym tych terenów, ale również tradycja i kultura Polaków z Kresów Wschodnich II RP. Myślę, że po powołaniu do życia towarzystwa „Wox” mógłby przekształcić się w biuletyn stowarzyszenia z poszerzoną formą i treścią.

 

Gratuluję panu zaangażowania w sprawy nobilitacji niewielkiej miejscowości na zachodnich Kresach Rzeczypospolitej, w której osiedli wypędzeni z podolskiej wsi Wasylkowce. Pańskie działania zdają się nieść przesłanie. Nie zapominajmy o naszych korzeniach na Podolu, ale skoro je utraciliśmy, dbajmy o Głuchowo, gdzie jest nasz dom. Traktujmy je jako ukochaną i niezbywalną część naszej Ojczyzny.

Bez wątpienia Polacy przyczynili się do kulturowego i gospodarczego rozwoju terenów określanych mianem Kresów Wschodnich. I czy to się komuś podoba czy nie, taka jest prawda. Inne nacje najczęściej występowały w roli łupieżców i grabieżców. Nawet jeśli przedstawiciele innych narodowości włączali się w rozwój tych ziem, to ich udział był niewspółmiernie mały, żeby nie powiedzieć – mierny, w stosunku do udziału Polaków.

Podobnie jest z Ziemią Lubuską. Należąca przez stulecia do Brandenburgii, osiągała swój rozwój kulturowy i gospodarczy dzięki mądrości zakonu joannitów oraz ówczesnych władców Prus.

Kochamy Kresy Wschodnie, bo to ziemia naszych przodków i taka jest nasza powinność. Kochamy też miejsce, gdzie na świat przyszły nasze dzieci i wnuki. Ziemię, gdzie spoczywają bliscy, którzy właśnie tu zbudowali nam rodzinny dom. Świadomość swojego pochodzenia wzbogaca człowieka. Świadomość i właściwe postrzeganie rzeczywistości oraz umiejętne łączenie jej z historią pozwalają człowiekowi odnaleźć się w niej i dają poczucie bezpieczeństwa.