Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Kamil Woźniak, ROZMOWA Z ALEKSANDREM SAWARYNEM

 „Lwów mam we krwi” wywiad z Aleksandrem Sawarynem lwowianinem, wiceprezesem radomskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich

 

Znamy się już wiele lat, wspólnie działamy w radomskim oddziale TMLiKPW. Opowiedz proszę, skąd u Ciebie taka miłość do tego miasta?

Urodziłem się 8 lipca 1939 roku, więc jeszcze zdążyłem się urodzić w polskim Lwowie. Jestem chyba ostatnim rocznikiem takich ludzi, potem już niestety ten Lwów nie był polski. Zawsze był pod czyimś bardzo skrupulatnym nadzorem. Urodziłem się w rodzinie zdecydowanie długo mieszkającej w tym Mieście, dziadkowie ze strony mamy, ze strony ojca, pradziadkowie i prapradziadkowie. Wcześniej trudno będzie cokolwiek zdobyć, bo jak wiadomo dokumenty uległy rozproszeniu, teraz już łatwiej je zebrać, ale faktem jest, że Lwów mam we krwi. Nawet kiedy opuściliśmy Miasto Lwa i zamieszkaliśmy w Radomiu, to Lwów był u nas w mieszkaniu, rodzice do końca swoich dni mieli nadzieję, że jest to stan przejściowy i że do swojego ukochanego Grodu nad Pełtwią powrócą. To wszystko przekazali mi nieomal genetycznie. Jestem skazany na Lwów i dlatego postanowiłem resztkę swojego życia poświęcić temu, aby miał należyte miejsce w historii wśród Polaków i żeby Polacy wiedzieli, że jest to miasto zdecydowanie polskie, mimo że obecnie jest poza granicą, że ma długą historię w budowaniu kultury państwa polskiego i że nie wolno o nim zapominać.

 

Każdego dnia wspominasz tamten Lwów. Jaki obraz rodzinnego miasta zachował się w Twojej pamięci?

Z lat dzieciństwa nie zachowałem wiele w pamięci, ale dorastałem we Lwowie i są to lata bardzo ważne, które mijały w pewnej obawie, bo zawsze mieliśmy okupanta, który nie chciał się zgodzić, że my, Polacy, we Lwowie mieszkamy. Byli to na zmianę Rosjanie, Niemcy, Rosjanie, a zawsze Ukraińcy, którzy nas już wtedy przestali lubić i najchętniej by się nas pozbyli, czego dawali różne świadectwa. Były napady na Polaków, moja mama bała się wychodzić na ulicę w futrze, bo mogłaby wrócić bez futra albo w ogóle nie wrócić. Były napady na mieszkania, różne takie „sympatyczne” okoliczności, które nie pozwalały na beztroskie toczenie młodego życia. Rodzice bali się, dalekich kręgów nie zataczali. Rodzinne więzy także były ograniczone, ponieważ każde większe skupisko Polaków było zawsze inwigilowane.

 

Zatrzymajmy się na chwilę przy wspomnieniu o rodzinie. Opowiedz coś więcej.

Mój stryj Roman Sawaryn biegał w „Pogoni Lwów”, był mistrzem Polski na 3 i 5 km. Ojciec Marian Sawaryn grał w piłkę nożną w drużynie lwowskiego „Sokoła”. Roman był moim ojcem chrzestnym, jak przystało chrzczony byłem w kościele św. Elżbiety, zresztą postawionym przez kolejarzy lwowskich, ponieważ urodziłem się na ulicy Gródeckiej. Także w tym kościele moi rodzice brali ślub. Mój dziadek był kolejarzem. Pamiętam wycieczki z ojcem do Żelaznej Wody. Dziadek po stronie ojca pracował na kolei, a dziadek ze strony matki był maszynistą kolejowym. Brał też udział w obronie Lwowa.

 

Gdzie mieszkaliście w tamtym czasie?

Pod koniec wojny mieszkaliśmy na ulicy Zadwórzańskiej, ale to był krótki moment, bo zaraz potem musieliśmy się wyprowadzić. Tak jak wspomniałem, dziadek był obrońcą Lwowa, dostał informację, bo rodzice ciągle się wahali, czy ten Lwów opuścić, czy będzie za chwilę tak, że ktoś po niego się autentycznie upomni. Nie w głowie nam było, że pomimo tylu dowodów na polskość tego miasta, tyle przelanej krwi, walki kresowiaków chociażby pod Monte Cassino, nie mieściło się w głowie, że oni wszyscy nie mieliby dokąd wrócić, to było dla nas niemożliwe, żeby odłączyć granicą miasto tak związane z Polską, stanowiące niebagatelną podstawę kultury polskiej. Wystarczy tylko o nazwiskach cokolwiek wiedzieć, zawsze się trafi ktoś, kto tam się urodził, zaczynał karierę, jak chociażby Modrzejewska, Herbert, Lem czy Hemar.

 

Jak wyglądało codzienne życie w okupowanym mieście?

Jak już wspomniałem, ojciec grywał w piłkę nożną. Mimo okupacji mieli swoje spotkania, chadzałem z ojcem na treningi. Mam nawet szereg zdjęć. We Lwowie przestałem wierzyć w Świętego Mikołaja. Były to biedne czasy, nie było specjalnie ani jedzenia, ani prezentów. Tato jak mógł, tak się starał, żebym dostał prezenty mikołajowe. Dostałem klocki, zwykłe, drewniane sześciokąty, każda ścianka malowana na inny kolor. Niestety tato źle odmierzył czas Mikołaja i czas schnięcia farby. Jak je dostałem, to ta farba zaczęła mi się przylepiać do rąk i przy okazji zauważyłem, że mój tata ma tak samo brudne ręce. Tak że poznałem w ten sposób twórcę prezentu i domyśliłem się, kto tak naprawdę był tym Świętym Mikołajem. Mimo okupacji i ciężkich czasów rodzina była zawsze serdeczna i uśmiechnięta. W domu ojciec śpiewał lwowskie piosenki, których i mnie uczył. Później szokowałem zebranych przy stole, kiedy śpiewałem sobie: „Czy Pani mieszka sama?” etc. Wesoły tata, nigdy nie widziałem go smutnego, zawsze starał się emanować humorem, mimo że nie zawsze było do śmiechu. Niejednokrotnie chodziło się głodnym. Drugi epizod z tamtego okresu to, że bardzo długo nie jadłem kurzego mięsa. Ciężko było wtedy o jedzenie, dziadek skombinował skądś siwą kurkę, która miała jedno przeznaczenie, pójść na rosół. Okazało się, że ta kurka zaczęła znosić jajka, jajko wtedy to było coś, zwłaszcza dla dziecka w moim wieku, więc tę kurkę wypuszczano na podwórko, ona potrafiła sobie na pierwsze piętro wrócić i była prawie domownikiem. Zaprzyjaźniłem się z nią niesamowicie. I w momencie, kiedy ze Lwowa musieliśmy już wyjechać, kury nie mogliśmy ze sobą wziąć. Wróciłem do domu i mojej ulubienicy wystawały tylko dwie łapy z garnka. Od tamtego momentu nie jadłem i nadal nie jem mięsa kurzego. Jak to epizod w młodym wieku zostawia trwałe ślady w pamięci. Do dzisiaj omijam kurczaki, wszystkie mięsa, które kojarzą się z większą częścią zwierzęcia, z kością, raczej staram się omijać. Nie świadczy to chyba o mnie dobrze, ale taka jest prawda.

 

Jak wspominasz koegzystencję z mieszkańcami Lwowa innych narodowości?

We Lwowie nie przelewało się z jedzeniem, ale mój dziadek, który jako maszynista kolejowy jeździł w dalekie trasy, zawsze coś z tej trasy przytaskał. Obok nas mieszkał malarz ukraiński, który miał syna, mojego rówieśnika. Kiedy jadłem śniadanie lub obiad, to on zawsze akurat wtedy przychodził do mnie się pobawić. Oczywiście mama nie odmawiała mu jedzenia, więc jedliśmy razem. Bardzo się przyjaźniliśmy, zresztą na podwórku panowała atmosfera przyjaźni, nie odczuwałem żadnej wrogości pomiędzy dziećmi różnych narodowości. Miałem bardzo dobrą koleżankę Gruzinkę. Bawiliśmy się wszyscy razem na podwórku. Mam do dziś w mieszkaniu dwa obrazy od tego Ukraińca. Udało nam się je przewieźć. Dostaliśmy je w prezencie na drogę. Miałem również swoje auto, na pedały oczywiście, i miałem konia na biegunach. Mnie się nieźle jak na te czasy powodziło, rodzice starali się, żeby to moje dzieciństwo przebiegało w sposób normalny. To było trudne, tym bardziej że naokoło mieliśmy samych ludzi nastawionych do nas niezbyt przyjaźnie. Mówię o okupantach, bo z tego, co pamiętam, to nigdy nie było problemów z Rusinami, bo wtedy tak nazywano Ukraińców. Zawsze wspominam ich jako porządnych ludzi, zresztą Lwów słynął ze swojej tolerancji i zawsze traktował wszystkich równo. Kto mógł do tego miasta włożyć coś mądrego, to był traktowany na równi ze wszystkimi, każdy był tak samo ważny. Nie spotykałem odruchów nacjonalistycznych w szerszym zakresie. Chociaż faktycznie do Lwowa zaczęło napływać coraz więcej ludzi z zewnątrz. Lwów zaczęto zasiedlać na miejsce Polaków, którzy go opuszczali, ludźmi z okolicznych wsi, którzy tak naprawdę nie wiedzieli. jak w tym mieście mieszkać. W związku z powyższym to miasto było stopniowo dewastowane. Była to celowa działalność i do tej pory to, co jest polskie, polskie ślady, są niechętnie odsłaniane poza tymi, których nie sposób ukryć, jak np. pomniki cmentarne (co nie znaczy, że są szanowane).

 

Tak to wyglądało z perspektywy dziecka, ale rzeczywistość, z jaką przyszło się zmierzyć dorosłym, była przecież o wiele trudniejsza.

Pamiętam też, jak przy ul. Zadwórzańskiej, po drugiej stronie naszego wynajmowanego domu, mieściło się niemieckie stanowisko artylerii przeciwlotniczej. Kiedyś ojciec w nocy mnie wyciągnął i trzymając na rękach obserwowaliśmy razem, jak reflektory szukają na niebie samolotów. Polacy już pod koniec drugiej okupacji rosyjskiej musieli wręcz uciekać z miasta, byli na listach proskrypcyjnych skrzętnie przygotowywanych przede wszystkim przez Ukraińców.

Kiedyś z mamą szliśmy na dworzec, gdzie w wagonach ludzie jechali na wschód, zakratowane okienka, widzieliśmy tylko wystające ręce i ludzi próbujących wrzucić do tych wagonów jedzenie. To byli Polacy wywożeni na wschód. Pamiętam również, jak po strzelaninach mama omijała ze mną pewne rejony Lwowa, gdzie jeszcze nie zdążono usunąć trupów. Rosjanie pięknie się zabawili w wigilię Nowego Roku, puszczali flary, żeby oświetlić miasto i niebo, a potem strzelali do ludzi, którzy z ciekawości podchodzili do okien.

Przyjaciel ojca musiał wyjechać i dał ojcu pod nadzór kamienicę na Zadwórzańskiej. Myśmy tam mieszkali około 2 lat. Do czasu aż przyszedł do nas wcześniej wspomniany artysta, malarz ukraiński, który był bardzo przyjaznym człowiekiem, bardzo sympatycznym, nawet próbował namalować mój portret, ale ja byłem szybszy niż jego ręka z pędzlem i z tego niewiele wyszło. To on przyniósł wieść dla dziadka Józefa, że jesteśmy na liście do wywózki w kierunku, w który niekoniecznie chcemy jechać. Była próba napaści na nasz dom. Zajmowaliśmy jeden pokój. Do naszego domu dokwaterowali sowieckiego oficera, NKWDzistę, lotnika, kapitana lotnictwa, pamiętam po takich dużych, żółtych pagonach, zresztą sympatyczny, młody człowiek. On nawet buty zakładał przed domem, żeby nas rano nie budzić, jak wychodził do pracy. Pamiętam łomot i hałas. Okazało się, że jakaś grupa ludzi chce sforsować nasz dom, prawdopodobnie różnie mogłoby się to skończyć. Wtedy pan kapitan kazał się nam wszystkim położyć na podłodze, wyszedł na balkon i zaczął strzelać. Strzelanina zaalarmowała wojska radzieckie, które szybko pojawiły się na miejscu. Wszystko rozeszło się po kościach, ale to było niestety ostatnim sygnałem, że nie mamy czego już w swoim Lwowie szukać, że może być tylko gorzej, a nawet zdecydowanie źle.

 

Wtedy to właśnie podjęliście najtrudniejszą decyzję o wyjeździe.

Wpakowaliśmy się do wagonu bydlęcego i przez 12 dni jechaliśmy, przy każdej rzece pociąg się zatrzymywał i ludzie szli za potrzebą. To był maj 1946 roku. Rodzice do końca nie wierzyli, że ktoś może tak podle postąpić z lwowianami. Powszechnie było wiadomo, że to stan przejściowy, że lada chwila wybuchnie pomiędzy potężnymi tego świata, koalicjantami do tej pory, III wojna światowa i że wszystko wróci do stanu pierwotnego. Były to oczywiście przypuszczenia, ale znając naturę lwowiaków, to nadzieję tracą ostatni. Do końca wierzyli, że tam powinniśmy powrócić. Tam od pokoleń mieszkała nasza rodzina, tam były groby naszych przodków na cmentarzu Janowskim. Tam dziadek, ojciec mojego ojca, miał domek na osiedlu domków kolejowych.

 

Tak długa i męcząca tułaczka w wagonie musiała wryć się jakoś w Twoją pamięć?

Jest jedna opowieść, którą pamiętam doskonale. W wagonie, którym wracaliśmy do Polski, w rogu zawsze stał zwinięty dywan. I ten dywan dziwnie w nocy był rozwijany, bawiłem się przy nim wieczorami. Natomiast kiedy przychodził nowy dzień, dywan znowu stał oparty o ścianę wagonu. I tak sobie jechał z nami ten dywan w ten sposób aż do granicy, kiedy został rozłożony definitywnie. Pociąg był czasem zatrzymywany i szukano różnych ludzi. AK-owcy szukali banderowców, banderowcy AK-owców, za granicą nowej Polski już tego nie było. Potem się okazało, że tata w tym dywanie przewoził jakiegoś człowieka. Nie mówił mi oczywiście nic, bo byłem za młody, bał się, że gdybym może wiedział, to chciałbym się pochwalić, a to nie byłoby bezpieczne. W Radomiu już na początku mieliśmy problemy. Ojciec pracował w Zakładach Metalowych Fabryka Broni w Radomiu i ludzie byli tam szczególnie sprawdzani. W rodzinie mieliśmy dziadka, obrońcę Lwowa, a brat matki był spadochroniarzem u generała Sosabowskiego, walczył pod Arnhem, potem wyemigrował, listy od niego nie mogły do nas przychodzić, bo nikt nie mógł się dowiedzieć, że mamy w rodzinie kogoś, kto przebywa na zachodzie. Prawdopodobnie tato straciłby wtedy pracę. Listy od wujka przychodziły w ten sposób, że ktoś nieznajomy pukał do drzwi, wręczał nam list i wychodził.

 

Trafiliście do Radomia. Dlaczego akurat w tym mieście postanowili się osiedlić Twoi rodzice?

Model przedwojennej rodziny był taki, że jeśli mężczyzna chciał się żenić, powinien wylegitymować się stałą pracą, zawodem, tak żeby mógł utrzymać rodzinę. Generalnie panie rzadko kiedy pracowały, poza zawodami szczególnymi, bo na ogół zajmowały się domem. We Lwowie o pracę było dosyć ciężko, ojciec miał jakieś prace dorywcze, ale nigdy nie gwarantowały stabilności. Poza tym atmosfera w mieście była niepewna. Już od 1918 roku nasi sąsiedzi coraz głośniej zadawali sobie pytanie, czy Polacy powinni mieszkać na tych ziemiach. Na terenach Radomia i nie tylko powstał COP (Centralny Okręg Przemysłowy). Tato na Targach Wschodnich we Lwowie poznał kogoś z dyrekcji Fabryki Broni w Radomiu. Przyjechał tu przed wojną na rekonesans. Dostał propozycję pracy. To był rok 1937, mnie na świecie jeszcze nie było. Miał już załatwione wszelkie formalności. Pewnie wybrałby się do Radomia, gdyby nie to, że akurat miałem przyjść na świat. Pierwszy syn w rodzinie nie mógł się urodzić gdziekolwiek indziej, jeśli nie we Lwowie. Urodziłem się więc we Lwowie w 1939 i już tam zostaliśmy, gdyż w trakcie okupacji rodzina, gromada dawały większe bezpieczeństwo. Koniec końców i tak trafiliśmy do Radomia.

 

Adaptacja w zupełnie nowym miejscu musiała być trudnym procesem?

Środowisko radomskie było diametralnie inne niż lwowskie. Pamiętam, ile na podwórku miałem problemów. Musiałem swojej polskości często bronić, dla miejscowych byliśmy jakimś dziwnym tworem, Polakami zza Buga, jak to oni mówili, a często nawet nazywano nas Ukraińcami! Taka to była mentalność niektórych tutejszych. Ja żeby to udowodnić, musiałem stawać w obronie swojego Miasta. Niejednokrotnie miałem podbite oko, ale to się przydało, bo potem nie tylko ja miałem podbite oczy, lecz inni też. Poza tym sam język, tutaj np. sznycel to był kotlet, kotlet to był sznycel, borówka – jagoda, o pełechach, trymbulkach już nawet nie wspomnę. Mama do końca życia nie mogła zrozumieć tego, że ludzie otaczający nas już po wojnie ­mieli w sobie jakąś dozę zazdrości, nienawiści, zupełnie nieracjonalnej. To było niezrozumiałe, ja do dzisiaj nie potrafię kogoś nienawidzić, komuś zazdrościć. Lubię, jak się komuś powodzi. Cieszę się, że takich ludzi znam i nie rozstrzygam, skąd mają pieniądze, dlaczego je mają, a dlaczego ja ich mam mniej. Dopóki mnie nie okradają, to wszystko jest w porządku. W Radomiu było z tym dosyć trudno, zwłaszcza że nasze bloki były robotnicze. „Wykorzystywano” mnie, że byłem lwowiakiem, gdy zacząłem już pracować zawodowo, szczególnie kiedy jeździłem do Warszawy załatwiać sprawy służbowe. Gdy spotykałem lwowiaka, to zawsze mogłem liczyć na pomoc. Lwowianin, szczególnie przez starszych urzędników warszawskich, był traktowany jako człowiek specjalnej troski. W ministerstwach i urzędach było bardzo dużo lwowiaków, dlatego dyrektor zawsze mnie tam wysyłał, bo wiedział, że wszystko załatwię. Bałak lwowski niestety straciłem, ale kiedy mówiłem, że jestem ze Lwowa, otwierały się przede mną wszystkie drzwi i jak tylko mogli, to mi pomagali.

 

Okres młodzieńczego buntu połączony z żalem wywołanym nagłą utratą małej ojczyzny. To musiała być wybuchowa mieszanka!

Kiedy pierwszy raz dawano mi dowód osobisty, to miałem napisane, że urodziłem się we Lwowie w ZSRR, więc uprzejmie pana milicjanta poinformowałem, że to nie jest mój dowód osobisty. Zapytał: dlaczego? Odpowiedziałem, że przecież ja nie urodziłem się w Związku Radzieckim. Ale to jest teraz ZSRR, powiedział. Niech pan spojrzy, kiedy ja się urodziłem, w tamtym czasie, to nie był ZSRR. No tak! Ale teraz jest! Proszę pana, to nie moja wina, ja tego dowodu nie przyjmę. Mogłem sobie na to pozwolić, bo jako 18-letni uczeń nie sypiałem po hotelach, książeczki PKO nie miałem. Wystarczyła mi legitymacja szkolna, a tam nie było napisane, gdzie się urodziłem. Długo nie przyjmowałem tego dowodu, także w ten sposób walczyłem o swoją polskość i pochodzenie, zwłaszcza że my na Kresach wiedzieliśmy dosyć dokładnie, co ze sobą niosą te zmiany ustrojowe. Byliśmy na to bardzo uczuleni. To jest śmieszne, ale muszę się przyznać, że nigdy do końca nie nauczyłem się języka rosyjskiego. Przebrnąłem przez szkołę podstawową, średnią, a nawet studia operując raczej umiarkowanie tym językiem. Tyle na ile było mi to potrzebne, choć w chórze umiałem śpiewać piosenki po rosyjsku. Dzięki temu, że miałem lwowską rodzinę i historia Polski stała na naczelnym miejscu w naszym domu, przetrwałem te wszystkie naloty „Młodej Gwardii”, „Jak hartowała się stal”, „Samotny biały żagiel”. Miałem nauczyciela w technikum, lwowianina, wspaniałego człowieka, uczył on metaloznawstwa. Kiedyś na lekcji wezwał mnie do odpowiedzi. Bąkałem coś jak Piekarski na mękach. Moniek (tak na niego mówiliśmy) zdenerwował się i mówi do mnie: – Ta jasna cholera! Ta z jakij książki Ty si uczył? Więc ja odpowiedziałem: – Jak to z jakiej panie profesorze? „Jak hartowała się stal”. Trzeba było słyszeć te salwę śmiechu! I od tego czasu miałem już u niego chody.

 

Nasza pamięć przechowuje również zapachy i smaki, które prawie namacalnie pozwalają nam odczuć klimat dawnych miejsc. Jak smakuje Lwów Aleksandra Sawaryna?

Pamiętam do dziś smak i zapach czerechy kleparowskiej. Pięknie rosła u dziadka w ogródku. Odkąd wróciłem do Radomia, ciągle szukałem śladów tego owocu i w ubiegłym roku mi się udało (2017), nawet kupiłem sadzonkę i zasadziłem na swojej działce w Rajcu pod Radomiem. Było to skrzyżowanie wiśni i czereśni. Bardzo duże, bardzo soczyste, a owoc był taki ciemny, bordowy jak jeden z kolorów Lwowa. U nas w radomskim domu były ciągłe rozmowy o Lwowie, lwowskie potrawy, tradycje. Mało tego, ci lwowianie, którzy po wojnie jeszcze nie osiedli na dobre, zwykle koło Radomia lub przez Radom przejeżdżali. Tu w naszym mieszkaniu bardzo często odbywały się spotkania ojca przyjaciół ze Lwowa. Nawet był u nas sam Kazimierz Górski, którego mój tato znał osobiście. Miałem też szczęście wygrać jednego gema w tenisa ze słynnym wielokrotnym mistrzem Polski, Józefem Hebdą, rodem ze Lwowa.

Lwów odcisnął ogromne piętno na całym moim życiu, zawsze będę tęsknił do mego Miasta. Często powtarzam, że to taki mój tatuaż, który pozostanie ze mną już na zawsze.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ta joj!